Każda pora roku ma swoje zapachy i smaki. Dla mnie zapach lata to przede wszystkim skoszona trawa i związany z tym zapach siana. To nie to samo, choć jedno pochodzi z drugiego. Skoszona trawa pachnie świeżością zielonej trawy, intensywnie, aż dech zatyka. Skoszona trawa schnąc wydaje coraz to łagodniejsze zapachy, kończąc na aromatycznym melanżu suszonych ziół, kwiatów i trawy. Kto pamięta jak dobrze spało się na sianie? Odurzający zapach siana uspokajał i rozprężał. Wstawało się po takiej nocy wypoczętym i rześkim – gotowym do przejścia najtrudniejszego szlaku górskiego, nie zważając na liczne ugryzienia skorków i innego robactwa, które też w sianku gustowało. Zwykle należałam do tych najbardziej pogryzionych. Jakby ktoś czerwone kropki rysował całą noc na moim wątłym ciele. Równo, jak przez sito. Tak jakby skorki się umówiły, żeby mnie zaatakować i pogryźć równym wojskowym szykiem. Jedyny porównywalny widok, to ukąszenia pcheł piaskowych z Kuby. Niektórzy wracali do domu do Kanady z Kuby tak nakrapiani jak ja po spaniu na sianie.

Ale lato ma też swoje smaki. Ja mam dwa. Pierwszy to ogórki z pola, nazywane tutaj ‘pickling cucumbers’ – ogórki do kiszenia.  U nas nazywane korniszony. Pamiętam moją pierwsza wizytę u babci w Rydzynie w Wielkopolsce. Dostałam z ogrodu warzywnego obranego ogórka, lekko posypanego solą. I tyle. Smak ten pozostał ze mną na zawsze. Smak wywołujący ogród warzywny, wakacje i babcię. Do dzisiaj kupuję całe koszyczki ogórków do kiszenia, i zajadamy się nimi, tak jak mnie babcia nauczyła – obrane i lekko posypane solą. Takie świeże żadnych innych dodatków nie potrzebują. Wtedy ogórki były jeszcze ‘sezonowe’, bo nikt nie sprowadzał ich w zimie. Obecnie, te zimowe ogórki sprowadzane z ciepłych krajów nie mają ani takiego smaku, ani takiego zapachu. Biedne one, muszą przelecieć tak daleko, i być składowane tak, aby dojechać w stanie do kupienia.

Drugim moim letnim smakiem to smak świeżych, bardzo dojrzałych malin. Najlepiej zebranych ranną porą, prosto z krzaczka. I podobnie jak z ogórkami, te maliny sprowadzane z dalekich, ciepłych krajów, tracą po drodze swój aromat i smak. Zważywszy jak daleko i długo musiały jechać, i jak były do tego przygotowywane (czytaj opryskiwane) nie ma się co dziwić. Smak letnich malin jest dla mnie tak ważny, że gdziekolwiek jestem i jest to tylko możliwe, to sadzę krzaki malin. Po kilku latach przez kilka tygodni na początku lata, delektuję się moimi czerwonymi cudeńkami. Najlepsze są malinki prosto z krzaczka, które już, już mają opaść. Są tak soczyste i delikatne, że trudno je zebrać bez ubrudzenia palców sokiem. Ale za to co za smak!  Niestety, takie maliny ani do sklepu, ani na stragan na targu ze zdrową żywnością nie dojadą.

Ale cieszmy się, tym co mamy, bo maliny są fontanną zdrowia. Trzeba tylko pamiętać, żeby te kupione dobrze spłukać ze środków chemicznych koniecznych, aby maliny nie uległy zniszczeniu w czasie transportu. A wy?  Zapewne każdy ma swoje smaki i zapachy pór roku. Podzielcie się i przyślijcie maila na MichalinkaToronto@gmail.com. Te nasze smaki i zapachy lata dają nam radość sezonu i to one pozwalają przetrwać upały.  Dobrze jest umieć cieszyć się tym co mamy. Tym co jest stałe i niezmienne, bez względu na COVID-19.