Rzadko zdarza się, żeby nazwa parku tak dokładnie odzwierciedlała jego charakter. Driftwood Provincial Park położony jest między Pembroke a North Bay, nad rozlewającymi się w tym miejscu w wielką zatokę wodami rzeki Ottawa. Nurt rzeki nanosi na jej brzegi dryfujące kłody drewna, tworząc ciekawą dla fotografika scenerię.

Kem­ping w par­ku jest nie­wiel­ki, kil­ka­na­ście zelek­try­fi­ko­wa­nych miejsc w lesie i 60 poło­żo­nych w więk­szo­ści nad brze­giem rze­ki. Miej­sca są bar­dzo bli­sko sie­bie, nie zapew­nia­ją pry­wat­no­ści, ale rekom­pen­su­ją to bez­po­śred­ni dostęp do dużych piasz­czy­stych plaż, kla­row­na woda, pano­ra­ma na doli­nę rze­ki Otta­wa i pięk­ne góry Lau­ren­ty­ny oraz zapie­ra­ją­ce dech w pier­siach zacho­dy słońca.

Onta­ryj­ska, połu­dnio­wa stro­na rze­ki upstrzo­na jest mały­mi mia­stecz­ka­mi, dom­ka­mi let­ni­sko­wy­mi i ośrod­ka­mi tury­stycz­ny­mi, pół­noc­na to już Quebec, trud­no dostęp­ne, nie­za­miesz­ka­ne brze­gi i par­ki pro­win­cyj­ne. Choć Dri­ftwo­od przy­cią­ga głów­nie rodzi­ny z dzieć­mi, czę­sto trak­tu­ją go jako bazę wypa­do­wą oso­by star­tu­ją­ce z wypra­wą do Algo­nqu­in lub szy­ku­ją­ce się do spły­wu rze­ką Dumo­ine, któ­rej ujście znaj­du­je się dokład­nie naprze­ciw­ko parku.

Dumo­ine to nie­dłu­ga rze­ka, ma zale­d­wie 130 kilo­me­trów. Wokół niej Quebec utwo­rzył park pro­win­cyj­ny o tej samej nazwie. Nie ma tu dom­ków let­ni­sko­wych, nie ma ośrod­ków wypo­czyn­ko­wych, jedy­nie parę chat myśliw­skich, nie ma tam i elek­trow­ni wod­nych, nie ma Inter­ne­tu. O bar­dzo daw­nej prze­szło­ści, kie­dy rze­ką wędro­wa­li han­dla­rze futer, a potem spła­wia­no nią wyci­na­ną pusz­czę, przy­po­mi­na jedy­nie kil­ka­dzie­siąt par butów przy­bi­tych do drzew za pierw­szym wodo­spa­dem upa­mięt­nia­ją­cych poto­pio­nych drwa­li. Pra­wie też nie ma tu ludzi, bo spływ rze­ką wyma­ga umie­jęt­no­ści. Wol­ne, nie­tknię­te ludz­ką ręką wody Dumo­ine prze­dzie­ra­ją się przez Lau­ren­ty­ny w kie­run­ku Otta­wa River szyb­kim, gór­skim nur­tem, two­rząc 39 bystrz i wodo­spa­dów. Te naj­trud­niej­sze mają nazwy, nie­któ­re mro­żą­ce krew w żyłach, jak np. “Poże­racz canoe”.

Wal­ly Scha­ber, legen­dar­ny cano­eista, poświę­cił jej książ­kę pod tytu­łem „Ostat­nia z dzi­kich rzek”. Scha­ber prze­pły­nął naj­dzik­sze rze­ki Kra­ju Klo­no­we­go Liścia, ale Dumo­ine uko­chał naj­bar­dziej. Prze­był ją ponad sto razy i całe życie wal­czył o utrzy­ma­nie jej dzi­ko­ści. Mało kto wie, że to wła­śnie on wymy­ślił nie­bie­skie becz­ki do trans­por­tu żyw­no­ści w canoe uży­wa­ne w całej Ame­ry­ce. Z kolei Wally’ego Scha­be­ra i rze­kę uczy­nił boha­te­ra­mi swo­je­go arty­ku­łu Roy Mac­Gre­gor. Prze­pięk­na opo­wieść o rze­ce, ludziach z nią zwią­za­nych, o pły­wa­niu canoe. Peł­na aneg­dot, cel­nych powie­dzo­nek i cie­ka­wych histo­rii – jak na przy­kład o tym, jak Wal­ly Scha­ber, będąc na wypra­wie prze­wod­ni­kiem ponad sie­dem­dzie­się­cio­let­nie­go wte­dy pre­mie­ra Kana­dy Pierre’a Tru­de­au, ojca obec­ne­go pre­mie­ra, pra­wie go uto­pił przy wywrot­ce canoe i jed­no­cze­śnie ura­to­wał (Roy Mac­Gre­gor, Let the water be your gide, Glo­be and Mail, 26 sierp­nia 2016). Z jego arty­ku­łu zaczerp­nę­li­śmy wie­le infor­ma­cji o rze­ce i tytuł, powie­dzon­ko Bil­la Man­so­na, men­to­ra Scha­be­ra, kana­dyj­skie­go fil­mow­ca nomi­no­wa­ne­go do Osca­ra w 1968 roku i auto­ra książ­ki o tech­ni­kach pły­wa­nia canoe, któ­ry kie­dyś stwier­dził, „Naj­pierw Bóg stwo­rzył canoe, potem kra­inę, po któ­rej moż­na nim pływać”.

Canoe to nie tyl­ko śro­dek trans­por­tu, to nie wyczyn spor­to­wy jak kajak, canoe to styl życia, canoe to prze­pust­ka, bilet do dzi­kiej przy­ro­dy, canoe to miłość, to nar­ko­tyk, któ­re­go pierw­sza daw­ka w posta­ci zanu­rze­nia wio­sła w wodzie powo­du­je stan nir­wa­ny. My pły­wa­my canoe, a canoe pły­nie w naszych żyłach. Nie ma nic gor­sze­go, niż brak canoe, któ­re­go doświad­czy­li­śmy wła­śnie w Driftwood.

Przy­je­cha­li­śmy do par­ku w sobo­tę po dru­giej po połu­dniu, kie­dy zwol­ni­ło się miej­sce. Pogo­da pięk­na, woda cie­plut­ka, pły­wa­li­śmy z wido­kiem na Lau­ren­ty­ny, nadmu­cha­li­śmy kajak i spe­ne­tro­wa­li­śmy zato­kę. Kajak stał się po tej wyciecz­ce bez­u­ży­tecz­ny z powo­du dziu­ry. Następ­ne­go dnia mia­ło lać. Liczy­li­śmy, że jak czę­sto się to zda­rza, pro­gno­za Envi­ron­ment Cana­da będzie nie­traf­na. Nie­ste­ty, obe­rwa­nie chmu­ry trwa­ło przez cały dzień. W biu­rze chcie­li­śmy zamó­wić canoe na ponie­dzia­łek, oka­za­ło się, że z powo­du koro­na­wi­ru­sa canoe nie wypo­ży­cza­ją. Na stro­nach Onta­rio Parks jest infor­ma­cja, że trze­ba mieć wła­sne kami­zel­ki ratun­ko­we, takie mamy, jak też wła­sne wio­sła, bar­dziej na pół­noc nie mie­li­śmy tydzień wcze­śniej żad­nych pro­ble­mów. Widać jest jakaś magicz­na linia w Onta­rio, poni­żej któ­rej canoe nie moż­na wypo­ży­czyć. Jeź­dzi­li­śmy po oko­licz­nych ośrod­kach, ale łodzie mie­li tyl­ko dla wła­snych klien­tów. Zre­zy­gno­wa­ni spo­glą­da­li­śmy na ciem­niej­szą pla­mę gór na hory­zon­cie, ujście Dumo­ine, cel naszej wycieczki.

Mło­da, chęt­na do pomo­cy mene­dżer par­ku, prze­ję­ta naszym pro­ble­mem, zawzię­ła się i zna­la­zła wypo­ży­czal­nię. Oka­za­ło się, że dwa canoe ludzie spły­wa­ją­cy Dumo­ine mają oddać w ponie­dzia­łek rano na tere­nie par­ku. W nocy jed­nak zerwał się potwor­ny wiatr, fale wali­ły w brzeg jak morze. Wła­ści­ciel wypo­ży­czal­ni dzwo­nił rano, że jego klien­ci już prze­pły­wa­ją rze­kę Otta­wa, ale wystra­sze­ni bar­dzo wyso­ką falą, dotar­li dopie­ro przed pierw­szą po połu­dniu. Zde­cy­do­wa­li­śmy się jed­nak pły­nąć, żeby choć poli­zać Dumoine.

Nie wie­dzieć cze­mu, park w ulot­ce infor­mu­je, że rze­kę moż­na poko­nać mor­skim kaja­kiem, a fir­ma wypo­ży­cza­ją­ca canoe prze­strze­ga, że to stre­su­ją­ce prze­ży­cie. Dla kogoś, kto pły­wał canoe po moto­rów­ko­wych auto­stra­dach Geo­r­gian Bay, rze­ka Otta­wa to oaza spo­ko­ju. Canoe było przy­sto­so­wa­ne do gór­skiej rze­ki. Cięż­kie, solid­ne, z dmu­cha­ny­mi pły­wa­ka­mi na dzio­bie i z tyłu i z gąb­ka­mi na kola­na. Przy bar­dzo wyso­kiej fali dotar­li­śmy z par­ku do ujścia Dumo­ine w 25 minut. Fakt, że gna­ła nas adre­na­li­na, tak mało cza­su, a tak wie­le do zobaczenia.

Od ujścia do pierw­szych wodo­spa­dów, gdzie zdo­ła­li­śmy dotrzeć, kil­ka­na­ście kilo­me­trów w tę i z powro­tem w kil­ka godzin, nurt Dumo­ine jest led­wie wyczu­wal­ny. Rze­ka roz­le­wa się w nie­wiel­kie jezio­ra z wysep­ka­mi oto­czo­ne pio­no­wy­mi kli­fa­mi gór. Dopie­ro przed wodo­spa­da­mi czuć, że to rze­ka wła­śnie. Nie mie­li­śmy nie­ste­ty zbyt wie­le cza­su na robie­nie zdjęć, ale war­to było tu przy­pły­nąć. Lata­ły nad nami orły, było dzi­ko, cicho i pięknie.

Spływ całą Dumo­ine to 5 – 7 dni, fir­ma zawie­zie Pań­stwa na punkt star­to­wy samo­lo­tem lub leśny­mi dro­ga­mi, moż­na wybrać krót­szą tra­sę, 3‑dniową. Jak ktoś nie czu­je się wyczy­now­cem, to posma­ko­wać Dumo­ine moż­na naszym spo­so­bem, pły­nąc w górę rze­ki z Dri­ftwo­od Pro­vin­cial Park.

Joan­na Wasilewska
Andrzej Jasiński