Kto kie­dy­kol­wiek zaj­mo­wał się czymś takim jak nisz­cze­nie nie­po­trzeb­nych papie­rów, wie że nie jest to zaję­cie łatwe, ani przy­jem­ne. Raczej moż­na je zali­czyć do kate­go­rii zawro­tu gło­wy i cze­goś, co nad czło­wie­kiem wisi, a kie­dy się już zacznie, idzie powo­li, przy­no­si małe efek­ty i kosz­mar­ny bałagan.

Oczy­wi­ście wyma­rzo­ną opcją było­by pale­nie w pie­cu lub komin­ku, ale nie każ­dy ma taką moż­li­wość. Ja na przy­kład nie.

W dzie­ciń­stwie i mło­do­ści miesz­ka­łam w miesz­ka­niu, w któ­rym jeden z pie­ców kaflo­wych nie został prze­ro­bio­ny na elek­trycz­ny. W tym pali­li­śmy papie­ry i z roz­rzew­nie­niem wra­cam do nie­go myśla­mi, kie­dy rośnie przede mną góra do zniszczenia.

Moja cór­ka chęt­nie towa­rzy­szy­ła mi w pra­cach, o któ­rych mówi­my, pra­wie od uro­dze­nia. Wszyst­ko zaczę­ło się od nisz­czar­ki pod­sta­wo­wej. Małej, bo sta­ram się za bar­dzo nie zagra­cać. Szyb­ko musia­łam szu­kać nowej meto­dy, bo machi­na łyka­ła, o ile pamię­tam, po jed­nej kart­ce, i zaci­na­ła się  z byle powo­du, a zszyw­ki trze­ba było usu­wać pod groź­bą zepsu­cia się na amen.

Zaczę­łam prać papie­ry w pral­ce, w sia­tecz­ce do pra­nia deli­kat­nych ubrań. Sia­tecz­kę dosta­łam w Pol­sce od mamy i oka­za­ła się na wagę zło­ta, bo podob­ne siat­ki kupo­wa­ne tutaj mia­ły za duże otwo­ry. Kie­dy sia­tecz­ka się wykoń­czy­ła, kupi­łam kil­ka lnia­nych posze­wek na podusz­ki ozdob­ne, któ­re też się do tego nada­wa­ły. Zam­ki bły­ska­wicz­ne wor­ka albo posze­wek zapi­na­łam agraf­ka­mi, żeby się nie otworzyły.

Naj­więk­szym plu­sem tej meto­dy był pro­dukt koń­co­wy czy­li papie­ro­we gła­zy róż­nej wiel­ko­ści i w róż­nych atrak­cyj­nych kolo­rach (w zależ­no­ści od rodza­ju nisz­czo­nych dokumentów).

Jul­ka wyko­rzy­sty­wa­ła je z zachwy­tem na róż­ne spo­so­by, na przy­kład jak na zdję­ciu z latar­nią mor­ską. Minus był taki, że cały czas wisia­ła nad nami moż­li­wość zepsu­cia pral­ki. Z tego powo­du, mimo że Jul­ka napraw­dę doce­nia­ła tę meto­dę, musia­ły­śmy ją zarzucić.

Prze­szłam na goto­wa­nie papie­rów w naj­więk­szym garn­ku. Uzy­ski­wa­ły­śmy masę papie­ro­wą do zaba­wy i nawil­ża­ły­śmy suche powie­trze. Zaczę­ły­śmy nawet doda­wać olej­ków ete­rycz­nych. Mimo to, goto­wa­nie zupy z papie­ru oka­za­ło się na tyle żmud­ne, że posta­no­wi­łam, po latach, posta­rać się o kolej­ną, domo­wą nisz­czar­kę. Małą, żeby nie zagracać.

Nowa maszyn­ka oka­za­ła się znacz­nie bar­dziej zaawan­so­wa­na tech­no­lo­gicz­nie: mie­li kar­ty kre­dy­to­we, pły­ty cd, zszyw­ki w papie­rach i małe spi­na­cze (dużych nie). Poły­ka po 12 kar­tek naraz i w ogó­le jest super, gdy­by nie to, że… kie­dy jej mini­mal­ne wia­der­ko się napeł­ni (co dzie­je się po chwi­li), zaci­na się tak, że cza­sem po godzi­nie pra­cy nie byłam w sta­nie jej odetkać.

Oczy­wi­ście chcia­łam uży­wać jej bez mikro­sko­pij­ne­go wia­der­ka, ale oka­za­ło się że wyra­fi­no­wa­ny czuj­nik nie pozwa­la jej się włą­czyć jeże­li nie sie­dzi na swo­im wła­snym wia­der­ku. I tutaj nad­szedł czas, żeby się wyka­zać, czy­li zamiast wyrzu­cić ją do śmie­ci albo oddać, odpi­ło­wać jej dno. Po doda­niu jesz­cze wor­ka na śmie­ci, zestaw dzia­ła jak marzenie.

🙂

Mar­ta Kotburska

https://www.starystoldowszystkiego.com/