Zdjęcia tej jesieni oglądane dawno, dawno temu, przed przyjazdem do Kanady, wydawały się sztuczne, zrobione przez filtr, zjawisko niemożliwe do zaistnienia w naturze. Ale taka ta jesień tu jest, nieprawdopodobnie barwna, piękna, najpiękniejsza na świecie. Każdego roku jest inna, nie sposób przewidzieć, w jakich kolorach się objawi, czy będzie bardziej czerwono-pomarańczowa, intensywna, czy bardziej w żółtawym odcieniu, czy może zupełnie żółta, nasyconą żółcią rozświetlaną dodatkowo przez słońce, jakiej kiedyś doświadczyliśmy w Algonquin, kiedy czerwone i pomarańczowe liście gwałtownie opadły, a żółte nie wiedzieć czemu twardo trzymały się gałęzi. Wszystko podobno zależy od skoków temperatury, jak wyjaśniają naukowcy, dla nas to jednak jest proces mający więcej z tajemnej magii niż nauki.

Gdzie się wybrać na oglądanie tych cudów? Na pewno tam, gdzie w drzewostanie przeważają drzewa liściaste, gdzie najwięcej jest kanadyjskich czerwonych klonów, czerwonych dębów i brzóz. Sztandarowym miejscem do oglądania jesieni jest w Ontario zachodnia część Algonquin Provincial Park, ale i jest on co roku oblężony do niemożliwości, a przyjemność podziwiania przyrody psują na szlakach tłumy turystów z całego świata zwabione sławą parku. Wydawałoby się, że z powodu koronawirusa ludzi będzie w tym roku mniej, ale nic z tego. Sprawdzaliśmy na stronach Ontario Parks (tekst piszemy dwa tygodnie przed długim październikowym weekendem, świętem Thanksgiving), wszystkie miejsca na kempingach nie w interiorze zajęte. Ale jest jeszcze dużo wolnych kempingów w całym Ontario.

W zeszłym roku trafiliśmy w Thanksgiving do Parku Prowincyjnego Charleston Lake. Położony trzy i pół godziny jazdy samochodem od Toronto na wschód, jest częścią jednego z piętnastu rezerwatów biosfery UNESCO w Kanadzie. Jezioro Charleston to raj dla wędkarzy i canoeistów, ponad 26 kilometrów kwadratowych powierzchni, ponad 91 metrów głębokości, sto wysp, brzegi to granitowe i piaskowe skały, krajobraz typowy dla Tarczy Kanadyjskiej. Teren zamieszkuje w lecie i na stałe około ośmiuset mieszkańców, więc w weekendy kursują motorówki, ale w parku obejmującym zatoki Running’s i Slim nie wolno używać łodzi motorowych, więc jest cisza i spokój.

Park ma trzy kempingi, rustykalny domek dostępny tylko z wody, jurty i dziesięć miejsc w interiorze na brzegach jeziora. Miejsca nie są może za bardzo prywatne, ale rekompensują to ciekawe trasy, piękne piaszczyste plaże i klarowna woda. Gdyby ktoś chciał przyjechać tu tylko na ryby na jeden dzień, to może zrobić sobie piknik na kilku wyznaczonych miejscach na brzegu.

Charleston Lake przywitało nas w zeszłym roku na pomarańczowo-żółto. Mieliśmy miejsce w klonowym lesie, pod nogami wielokolorowy dywan, a z nieba leciał z cichym szelestem żółty śnieg liści. Było pięknie. Przeszliśmy dziesięciokilometrowy Tallow Rock Bay Trail. Trasa trudna, na przemian w górę i w dół, granitowe skały, punkty widokowe, pływający most i miejsca do odpoczynku ze stołami piknikowymi w najciekawszych punktach. Dziki teren. Wypożyczyliśmy też canoe i popłynęliśmy osiem kilometrów do Huckleberry Hollow, z którego sześć kilometrów w tę i z powrotem prowadzi trasa na najwyższe wzniesienie w okolicy, Blue Mountain, 194 metry nad poziomem morza. Widok stąd niesamowity, szczególnie piękny jesienią. Widać Charleston Lake, a w pogodne dni, gdy powietrze jest klarowne, nawet góry Adirondack w stanie Nowy Jork. Na szczyt można się dostać także pieszo, wtedy trasa wydłuża się do prawie dziesięciu kilometrów. Z powodu różnych perturbacji z wypożyczaniem canoe w biurze i idiotycznych godzin jego oddawania mieliśmy niestety bardzo mało czasu i trasę musieliśmy pokonywać w iście stachanowskim tempie.

Czasu w ogóle było mało nawet jak na długi weekend. Nie starczyło nam go na zobaczenie między innymi krótkiej trasy Sandstone Island, przy której znajduje się jaskinia najczęściej umieszczana na zdjęciach z parku, i Hemlock Trail, która prowadzi przez rzadko spotykane stare modrzewie i sosny.

Nie udało nam się też zobaczyć występującego na terenie parku węża obrożnego (łac. Diadophis punctatus), po angielsku zwanego ringneck snake. Charakteryzuje go żółta lub pomarańczowa obroża za głową i takież podbrzusze. Prowadzi on nocny tryb życia, dlatego trudno go w dzień wypatrzyć. Jest lekko jadowity, ale bardzo łagodny, dlatego ludzie nie boją się go brać do ręki. Przestraszony, w charakterystyczny sposób zwija i podnosi ogon.

Mieliśmy wrażenie, że w Charleston Lake było wyjątkowo dużo psów. Małe i wielgachne, rasowe i kundle, paradowały z właścicielami parkowymi drogami w kierunku psiej plaży i z powrotem. Nasza dwudziestoletnia kocica Fifka, czarna w rude ciapki, rozłożona na strategicznym posterunku na karimacie przed namiotem, łypała na nie złowrogo podobnymi do koloru liści żółtymi ślepiami. Niechby który spróbował podejść, marny jego los, kęsim, kęsim pewne. Jeszcze żaden pies nie wygrał z zajadłym wojownikiem, jakim była Fifka.

Gdyby ktoś z Państwa wybierał się na spotkanie z kolorową jesienią, to przydatna może być strona Ontario Parks https://www.ontarioparks.com/fallcolour. Podaje ona procent opadłych liści, stopień ich wybarwienia i kolor w różnych rejonach wszystkich parków prowincyjnych Ontario.

I wiadomość dla miłośników parku Algonquin, którzy wybierają się na jesienną jednodniową wycieczkę. W tym sezonie z powodu koronawirusa wdrożono system mierzenia liczby odwiedzających. Jeśli maksymalna założona liczba turystów zostanie osiągnięta, park może zostać zamknięty w każdej chwili. Informacja zostanie podana na Twitterze pod adresem
@Algonquin_PP https://twitter.com/Algonquin_PP.

Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński