W Jantarze, wsi na pograniczu Mierzei Wiślanej i Żuław Wiślanych, jeszcze nie ma tłumów. Sezon letni zacznie się wkrótce.

Ostatni raz byłam tu jakieś 10 lat temu, niby niedawno, ale widzę, jak rozwinęła się baza noclegowa. Są nowe ośrodki, nowoczesne domki, prawie na każdym płocie tablica z informacją o pokojach do wynajęcia. Nie ma za to małej wędzarni, przy której stał wypchany żuraw, i budki z naleśnikami przy ul. Rybackiej. Naleśniki tak smakowały mojej mamie, że kiedyś w końcu spytała o przepis. Nie kryła rozczarowania, gdy pani odpowiedziała jej, że kupuje gotową mieszankę. Wieczorem, siedząc na wydmie, jadłyśmy świeżo wędzoną, jeszcze ciepłą rybę, a w dzień chodziłyśmy wzdłuż brzegu, do ujścia Wisły i z powrotem, bo żadna z nas nie lubi plażowania. Potem nas plecy bolały od schylania się po bursztyny. Chyba mogę sobie wyobrazić, czym jest gorączka złota.

Teraz pokazałam moje stare miejsca mężowi i dzieciom. Wystarczył jeden weekend. Ryba zjedzona, bursztyny pozbierane, kąpielówki zamoczone, zamek z piasku zbudowany, plecy spalone.

Morze zaliczone. Można wracać do domu.