Stanisław Tymiński podczas wyborów prezydenckich w 1990 roku o mały włos nie wywrócił „okrągłego stołu” do góry nogami. Ale dzisiaj nie będziemy rozmawiać o polityce; mało osób wie, że Stanisław Tymiński to człowiek wielu pasji i przedsięwzięć, dlatego postanowiliśmy porozmawiać o jednej z nich – gotowaniu.

Goniec: – Zawsze fascynował mnie Pan, jako człowiek który gotuje z pasją; pan gotował swoim pracownikom w firmie.

Stanisław Tymiński: – Nadal to robię,

        – Pan zrobił kurs, o ile dobrze pamiętam szefa kuchni.

– Tak na George Brown College w Toronto

        –  I Pan zawsze miał taki wspaniały stosunek do jedzenia, jedzenie otwiera ludzi.

–        Tyle że ja nie lubię jeść, lubię gotować, jedzenie dla mnie jest trudne, ponieważ ja od tego tyję tak że mało jem.

        – Pan miał restaurację?

–  Miałem w Peru, ale w restauracji zatrudniałem zawodowych kucharzy, ta restauracja przetrwała 30 lat, dopóki jej nie zabił ten wirus, padła w tym roku.

        – Co najbardziej Pan lubi gotować?

– Wszystko, dla mnie gotowanie to jest sztuka kreatywna, nigdy się nie nudzi, zawsze są nowe pomysły. Przychodzę do pracy, nie wiem co będę gotował, wkładam głowę w lodówkę, patrzę, co mam i gotuję, bo już jestem na tym poziomie, że potrafię gotować na zaplanowany smak.

        – Jakie smaki Pan najbardziej lubi?

– Mamy różne tu różne kultury, różne narodowości z różnych krajów i każdy przywozi swoją kuchnię, a zaopatrzenie na poziomie wielokulturowym jest bardzo dobre, bo są sklepy chińskie, japońskie, koreańskie, niemieckie, polskie, do wyboru, do koloru. No i też są restauracje, z których można skorzystać,  zobaczyć, z której jedzenie nam najbardziej odpowiada. Więc na przestrzeni lat, a jestem w podeszłym wieku,  w moim wieku akumuluje się te smaki i te różne przepisy kulinarne czy pokazy kulinarne, bo dla mnie każde jedzenie to jest pokaz kulinarny.

Więc nauczyłem się gotować po polsku, bo odtworzyłem smaki mojej kochanej babci, która gotowała po warszawsku, nauczyłem się gotować po chińsku, po japońsku, po peruwiańsku, po niemiecku, po rosyjsku, po hindusku – na wiele różnych kuchni i z tego powstaje fuzja, często łączę dwie czy trzy kuchnie. Na przykład, w piątek miałem na jednym talerzu kuchnię meksykańską, angielską i kanadyjską i był  bardzo ciekawy smak.

Jeśli chodzi o smaki to najczęściej gotuję na smaku cebulowym, bo cebulę można przyprawić na wiele różnych sposobów i jest bardzo przyjemnym warzywem do obróbki, a przede wszystkim jest zdrowa.

Moja pani doktor, która o mnie dba, bo co roku mam check-up i  przepisuje mi jakieś leki, od czasu do czasu daje mi jedną pigułkę dla zdrowia, a ja codziennie moim pracownikom daję wielki talerz jedzenia i to jest zdrowie, bo my jesteśmy tym, co jemy.

Moja żona lubi świeże rybki. Chińskim zwyczajem w sklepach tutaj mają wielkie akwaria i tam zabijają ryby przed klientem, bo musi być świeża. Poszedłem krok dalej, kupiłem wielki metalowy zbiornik, postawiłem przy domu i w lato ponieważ wtedy jest ciepło,  mamy tilapie, które kupuję w sklepie chińskim,  małe i mizerne. Po dwóch miesiącach tuczenia dobrym jedzeniem dla ryb – kupuję bardzo dobre jakościowo jedzenie tutaj w sklepie farmerskim – one zaczynają ładnie wyglądać, są przepiękne, kolorowe, mają swoją wagę, przyjemnie jest na nie patrzeć, no ale niestety trzeba je zabić.                         Żona sobie je bardzo chwali.

Ryby mają największy przyrost wagi od jedzenia ze wszystkich zwierzaków, łącznie z nami, to jest przykład na rybie, że my podobnie możemy wypięknieć, jeżeli będziemy jeść dobre jedzenie.

        – O to też chciałem zapytać, jak Pan to robi, gdzie Pan kupuje  składniki, bo w dzisiejszych czasach to jest jeden z głównych problemów. Gdzie kupować jedzenie, żeby być pięknym i zdrowym?

– Jest kłopot z mięsem. Po mięso my mniej więcej co dwa miesiące jedziemy do St. Jacobs, znamy farmę Mennonitów, którzy prowadzą hodowlę i mają rzeźnię, sprzedają pół świni, całego barana, różne rzeczy, jak tam pojedziemy to się zaopatrzymy co najmniej na dwa miesiące w mięso wieprzowe, baraninę i tak dalej. Oni też prowadzą warzywa, więc mają doskonałe kartofle, buraki, kapustę, marchew.

        – Nie używają środków ochrony roślin?

– Tylko nawóz z chlewni, naturalny. I bardzo dobrze im to wychodzi. Z kolei tutaj, koło domu mamy bardzo duże ogrody warzywne i mamy już specjalistyczną wiedzę, jak uprawiać warzywa chińskie. Kupuję nasiona warzyw chińskich od chińskiej firmy koło Hamilton, oni są bardzo dobrzy w tym zakresie i potrafimy hodować bardzo dorodne warzywa  różnego rodzaju. Mimo mrozów – niektóre są odporne – mamy świeże warzywa w ogrodzie.

        – Czyli kuchnia zaczyna się od zaopatrzenia?

– Tak. Z wołowiną jest trochę kłopotliwie ponieważ, jak się zapytam rzeźnika, jak stara była krowa to się obrażają, z tego powodu, że oni sami nie wiedzą. Jedynie Costco ma gradację różnej jakości wołowiny i jest tam 3, 4 gwiazdki czy też „złota” jest najlepsza i w zależności od tego jest cena. Tak że warto w Costco zaopatrzyć się w lepszej jakości kawałek mięsa.

My już z powodu wieku, diety i tak dalej mało jemy, 20 lat temu to każdy z nas miał steka, teraz jeden stek wystarczy na 3 – 4 osoby.

        – Rozmawialiśmy panie Stanisławie o Święcie Dziękczynienia, pytałem pana o indyki, dlatego że indyki jest trudno zrobić, żeby nie były suche, zwłaszcza te tutejsze, które są olbrzymie, natomiast Pan mi wtedy powiedział, że chciałby pan porozmawiać o czym innym, o pieczeni żeberkowej czyli o prime rib, to Pana ulubiona potrawa?

– Tak i nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny, z indykami to była trudna sprawa, bo dużo zależy od jakości indyka. Są te butterball nadziewane masłem, żeby były bardziej soczyste, myśmy to też przerabiali, ale jak się zrobi całego indyka to rodzina skubnie trochę i reszta zostaje i nie wiadomo co z tym zrobić, to się przejada.

Indyki są trudne, bo dużo zależy od ptaka, myśmy próbowali wstrzykiwać ciekłe masło, żeby mięso było bardziej soczyste, ale z niektórymi indykami nic się nie da zrobić. To jest mięso nie dla nas. Poza tym indyk usypia i jak rodzina tutaj przyjedzie – my jesteśmy godzinę drogi od Toronto – jak rodzina przyjedzie tutaj to taki indyk, jak zjedzą, to on ma w sobie jakieś tam związki, jak melanina, która powoduje usypianie. Oni tylko zjedzą indyka i już ich tracimy, odlecieli, idą spać.

Tak, że po co zapraszać rodzinę na spanie.

Z kolei zacząłem gotować ten prime rib, bo kiedyś dawno temu Honest Ed miał restaurację w Toronto na King Street przy Roy Thomson Hall. To były 3 piętra bardzo ładnie udekorowane, mieli tam klatki z papugami. Ford Model T stał czy wejściu, nie można było wejść bez marynarki, ale kelnerzy mogli marynarkę pożyczyć.

Oni podawali tylko 3 talerze small, medium i large, ale prime rib zrobiony do perfekcji; bo czym większy kawał mięsa żeberkowego, tym lepiej się piecze. I ja zawsze zamawiałem ten różowy, medium rare, to znaczy nie całkiem wypieczony, ten bardzo wypieczony, to jest szary, szare mięso, a tu jest różowe i jeszcze może być krwawe, takie jak to bardzo lubił świętej pamięci Wilek Markiewicz, zawsze prosił, nie przypal, on jadł prawie surowe mięso. A więc są te skrajności; ja się nauczyłem w Kanadzie jeść ten medium rare, to różowe mięso. I właśnie prime rib bardzo dobrze wychodzi na różowo, tylko trzeba być ostrożnym, żeby nie przeholować, żeby mięso nie stało się szare, bo wtedy staje się suche i nie ma w sobie soku.

A więc pamięci tej restauracji, gdzie często woziłem dostawców, jak przyjeżdżali z Kalifornii czy z Massachusetts do mnie na wizyty do Toronto, to żeby ich ugościć, wiozłem ich tam i byli zawsze zachwyceni. Bardzo żałuję, że ją zamknęli,  wszystko ma swój czas – ale pamiętam!

Bo właściwie to jest jedyne jedzenie, które zaadoptowałem z Anglii. W Anglii nic innego dla nas nie ma, kidney pies  nie będę jadł; tak że z całej kuchni angielskiej dla mnie to jest najlepszy posiłek.

Lepiej kupić większy kawałek teraz taki prime rib, w Costco jest taniej o 30%, ale jak się pójdzie do sklepu warzywniaka polskiego, gdzie mają też mięsa przy Burnhamthorpe i Dixie, no to  tam kosztuje 38 dol. za kilo.

Większy kawałek jest lepszy, bo lepiej zrobić większy i później kroić na kanapki czy do innych talerzy, można podgrzewać, ale najlepszy jest, jak wyjdzie z pieca i się odczeka godzinę, żeby soki w środku się rozprowadziły – to jest bardzo ważne.

Trzeba mieć cierpliwość.

No więc, mimo że to jest zwyczaj angielski żeby jeść prime rib to ja zacząłem tutaj piec dla rodziny właśnie medium rare.

Chinki, moja rodzina, tak jak Polki – wszystko musi być dobrze wypieczone, szare mięso najlepsze, a steki to na czarno. Nie lubią krwi. Raz mieliśmy tutaj dziennikarkę telewizyjną  z chińskiej agencji to jak jej podaliśmy mięso na różowo, to się obraziła, więcej nie przyszła. Dla niej to była obraza „surowe mięso” podali. Jej strata…

Teraz rodzinie też się to podoba, zmieniły swoją kulturę na tyle, że teraz tylko chcą różowe mięso.

        – Rozmawialiśmy o smakach, smak można kształcić, żeby poznawać nowe, coś nie smakowało, a nagle okazuje się, że możemy się nauczyć rozpoznawać i cenić ten smak; okazuje się że jest to jedna z ulubionych potraw…

– Tak, ma Pan rację, zresztą do dobrego zawsze się można przyzwyczaić.

I akurat, jak moja rodzina przyjechała z Chin, to tam steków nie było,  na samym początku jedliśmy steki i ceasar salad.  To nam się szybko przejadło. Wtedy to były  steki „na podeszwę”, a później różowe – wielka zmiana, tak że przekonałem je, zabrało to trochę czasu, ale ludzie do dobrego się przyzwyczają.

        – Pan mówił że w Costco kupuje to najlepsze mięso, co jeszcze jest ważne?  Jak to się robi? Najpierw marynata?

– Przepis, który mam jest niesłychanie prosty, tylko trzeba być ostrożnym, krok po kroku, żeby tego nie zepsuć.

Najpierw trzeba wyciągnąć mięso z lodówki i najlepiej nie mrożone. Mrożone też można  piec, ale to nie jest to samo, bo już to zmienia strukturę krwi.

Najlepiej kupić w Costco świeży prime rib i trzymać w lodówce, ale wyciągnąć na 24 h przed pieczeniem, żeby na zewnątrz doszedł prawie do temperatury pokojowej, szczególnie w środku, żeby temperatura się wyrównała, bo inaczej na brzegach będzie wypieczony, a w środku będzie surowy – szczególnie, że to jest duży kawałek mięsa i ja wkładam termometr, jak wyciągnę z lodówki i oczywiście temperatura jest niska, ale po 24 godzinach jest prawie 21° może 20 – 21° i wtedy jest gotowe do pomalowania.

Albo można malować od razu, jak się wyciągnie z lodówki, to już zależy od gustu, ja robię marynatę na pędzel, to znaczy w miseczkę wkładam sól koszerną, pieprz to jest podstawowe, a do tego można dodać magi, czyli soya sos, można dodać czerwoną czy ostrą paprykę,  trochę oleju i też dodaję mirin japoński, to jest takie słodkie wino japońskie z małą zawartością alkoholu, ale szlachetne, wymieszam to żeby było pół ciekłe, żeby się dobrze lepiło do mięsa i pomaluję na okrągło pędzlem. Jak nie ma pędzla to ręką naniosę warstwę.

          – Jaki kawałek Pan zazwyczaj robi?

– Zazwyczaj 2,5 kg, 5 funtów. Piec trzeba rozgrzać do temperatury 260°C to jest 500 Fahrenheita – w Kanadzie piece głównie są Fahrenheitach – i trzymać! Musi być 500 F jak drut. To jest chyba najwyższa temperatura jaką można uzyskać w domowym piecu.

I wtedy, jak już to mięso jest przyprawione i swoje odczekało co najmniej ze 3 h z tym malunkiem, wkłada się je do pieca, nastawia się timer na 25 min przy 500° i później trzeba odczekać bez otwierania pieca – to jest bardzo ważne! Nie wolno otwierać, bo się zepsuje.

Po 2 godzinach – bardzo ważne – wyjąć odstawić na zewnątrz, okryć folią aluminiową na godzinę  – trzeba mieć cierpliwość. Niektórzy już chcieliby kroić po wyjęciu z pieca, bo są głodni, ale trzeba poczekać żeby soki się rozprowadziły.

To jest prosty przepis, prościej być nie może.

To jest strategiczne planowanie –  przygotowanie takiego mięsa wymaga strategii.

        – Mięso jest z kością, tak?

– Tak, można później, jak się wyjmie z pieca, kość odkroić, żeby łatwiej kroiło się w plasterki.

Więc, później po godzinie czekania, kroję w plasterki i daję jeszcze ciepłe na stół.

Ja mam międzynarodową rodzinę, jest wiele narodowości, zaczynając od polskiej, chińskiej, po peruwiańską, włoską.

Wszystkie narodowości lubią to mięso tak zrobione. Wszystkie!

        – A czy ważna jest pozycja mięsa w piekarniku, bo mamy kość, jak to położyć?

– Tak, ważna, stawia się na sztorc na kościach. Trzeba je wstawić, jak się gotuje na brytfance na tzw. metal rack,  na ruszcie, żeby nie pływało we własnym tłuszczu.

Ja wstawiam w miednicę, więc tam się ten tłuszcz zbiera pod mięsem i tymi kośćmi, ale na płaskiej brytfance trzeba włożyć rack.

        – Ten tłuszczyk, który z mięsa wychodzi, do czego Pan używa?

– Można użyć do sosu, więc ja normalnie robią jakiś sos na boku, cebulowy jakiś, i dorzucam ten tłuszczyk ze wszystkim, zamieszam to i jest bardzo smaczny sos, aż ślinka leci  już przy samym rozmawianiu.

Rodzinie to też bardzo smakuje, tak że właściwie myśmy to zaadoptowali na wszystkie święta, czy na Wielkanoc czy na Boże Narodzenie czy na Dziękczynienie i ludzie tego jedzą dużo.

         – Chyba jest to jedno ze zdrowszych dań, jakie można sobie wyobrazić.

– I to mięso różowe jest łatwe do żucia;   szare mięso jest trudne, wchodzi między zęby Poza tym dla mnie, to szare mięso wygląda nieapetycznie, jak zdechłe, a to różowe jest interesujące. Zresztą to widać na zdjęciach, to jest radosne mięso.

        – Co by Pan polecił z trunków do tego rodzaju mięsa?

– Ja już alkoholu mało piję, praktycznie jak u nas jest kolacja to już alkoholu nie ma na stole, kiedyś było trochę, ale teraz już w ogóle nie ma, bo są ograniczenia drogowe, ludzie przyjeżdżają z Toronto, nikt nie chce stracić prawa jazdy i ja też ze względu na wiek nie piję, bo to szkodzi, to jest potwierdzone moimi okresowymi badaniami, że jednak jak się wypije trochę alkoholu też się wagi nie traci, więc ja pracuję nad tym, żeby stracić wagę dla zdrowia i tutaj napiję się alkoholu i przez kilka dni waga mi nie opada, ciało nie spala  tłuszczu, bo jest zajęte spalaniem alkoholu. To po co to?

Ale mówiąc o trunkach, to normalnie do takiej kolacji by się podało czerwone wino i to już zależy od gustu.

Moim ulubionym przez wiele lat był merlot bardziej łagodne wina, no ale niektórzy lubią ostry cabernet.

        – Tutaj z regionu Niagara?

– Nie piłem merlotów stąd, merloty piłem głównie włoskie, ale tutaj z Niagary moim ulubionym winem, jak zaczęli produkować na bazie pierwszych winogron, które sprowadzili, Marechal Foch, to jest ten słynny marszałek francuski, tak jak Piłsudski, na więc Marechal Foch mi się podobał do tego stopnia, że mam tutaj posadzone na południowej stronie mojego domu i czasem robię z tego wina.

        – Zawsze był Pan dla mnie przykładem człowieka, który robi niesamowite przetwory, robił Pan żółte sery, robił pan miód, robił pan nalewki miodowe, robił pan wina, kiełbasy, miał pan pszczoły przez długi czas.

– Tak przez wiele lat.

        – Już nie mówię o takich rzeczach, jak truskawki i różne warzywa, skąd ten zapał do rolnictwa? Bo ser żółty zrobić, jeszcze oblać go woskiem, zabezpieczyć to jest dosyć trudna rzecz.

– Poszedłem na kurs na uniwersytecie Guelph, oferowali taki tygodniowy. Tam głównie były panie w średnim wieku z Ameryki, które przyjechały z daleka, bo tam u nich takich kursów nie było, a one miały owce i chciały się nauczyć jak robić owcze sery. Ja razem z tymi 10 Amerykankami jak jeden rodzynek byłem przez tydzień na kursie.

To był bardzo ciekawy kurs i nauczyłem się jak robić ser.

        – Później Pan kupował mleko gdzieś z Peterborough?

– Raz kupiłem z Peterborough, ale to jest daleko,  tam było owcze mleko, a tutaj znalazłem farmę Kanadyjczyków holenderskiego pochodzenia, którzy trzymają jakieś 50 krów w oborze na produkcję mleka i pozwolili mi kupować „mleko dla psów”. „Dla czego pan potrzebuje dla psów, a to mogę sprzedać…”.

Pełnotłuste doili maszynowo i widziałem jak ściekało wprost do mojego kontenera przez rurkę, niepasteryzowane.

        – Bo w Ontario w ogóle nie wolno sprzedawać mleka nie pasteryzowanego.

– Dlatego trzeba było „dla psów” kupić, jak się zadeklaruje, że jest dla psów, to jest ok.

Robiłem te sery, ale to jest strasznie pracochłonne i drogie. Dlatego, że aby kupić bakterie kulturowe dla tych serów to trzeba je sprowadzać ze sklepów gdzieś tam w Quebeku i w dużej ilości. Oni nie sprzedają w maleńkiej ilości tak, jak dla mnie na 3 razy, tylko jak się kupuje, to się kupuje takie bakterie na fabrykę.

To było jednak za drogie, żeby to kontynuować. Bo ileż tego sera można zrobić na 1 posiedzeniu?! Kupowałem tego mleka jakieś 5 galonów na jeden raz i to właściwie z 10 litrów mleka wychodzi kilogram sera. Dlatego ser jest drogi, bo samo mleko kosztuje powiedzmy 10 $ na kilo sera.

        – A kiełbasy? Mieszkamy tutaj obok polskich sklepów, jest bardzo dużo kiełbas, jest bardzo dużej producentów kiełbas, mamy z czego wybierać. Dlaczego Pan robił własne kiełbasy?

– Własna kiełbasa ma o wiele lepszy smak, ale przede wszystkim dla mnie to było wyzwanie, nie potrafiłem robić kiełbas, więc musiałem się nauczyć, to było głównym motywem – ale smak – byłem zaskoczony – jest naprawdę lepszy.

        – Dlatego, że wszyscy dodają polepszaczy?

– Jak kupię kiełbasy ze sklepów Mississaudze to mi się szybko nudzi,  a jak mam własną kiełbasę to  ona jest o wiele smaczniejsza. To samo, jak przywiozę dobrej kiełbasy do pracy jak podam swoim pracownikom dla spróbowanie to im to bardzo smakuje.

Poza tym mam pełną kontrolę nad tym, co robię, co jest w środku.

        – Czy to jest trudno zrobić? Czy Pan by polecał komuś, żeby sobie w domu samemu robić kiełbasy, czy trudno się je wędzi?

– Nie jest konieczne wędzenie, równie dobrze można to pod niską temperaturą w piecu zrobić, jeśli chodzi o smak dymu, to teraz jest płynny dym, kupuje się to w fiolce.

        – No, ale to już jest chemia.

– To nie jest taka specjalnie groźna chemia, bo to jest naturalny ekstrakt z drewna, robienie kiełbas to ja bym zarekomendował dla kogoś, kto ma dużą rodzinę, żeby rozdać te kiełbasy. Nie opłaca się robić jednej małej kiełbaski tylko trzeba zrobić tego wiele i nie da się rady tego zjeść. Dlatego straciłem motywację.

Usiądę na cały wieczór, zrobiłem tych kiełbas 10 czy 20, nie da rady tego zjeść…

        – Rozdawanie jedzenia to jest stara polska tradycja, zawsze we dworach, jak ktoś odjeżdżał to dawało mu się właśnie…

– Ja wiem, no ale kiedyś miałem tutaj pasiekę pszczół, to z wielkim trudem z własnej pasieki zrobiłem 50 półlitrowych słoików miodu co mnie dużo trudu kosztowało, żeby to wszystko zrobić, wyhodować te pszczoły, zebrać ten miód, co jest ciężką fizyczną pracą, odwirować to po nocach, gdy pszczół nie ma, przefiltrować przez różne siteczka, odcedzić tę całą pianę i wszystko, żeby był czyściutki, piękny miód pasteryzowany.

Wszystkiego się nauczyłem.

Pięknie wyglądał, złocisty 50 słoików, wszystko rozdałem, nie został mi ani jeden, było mi bardzo smutno. Więcej tego nie zrobiłem.

        – Wszyscy się zastanawiamy skąd Pan ma na to siłę, skąd Pan ma na to czas, jak Pan organizuje swój czas, że Pana stać na takie zaangażowanie w tyle różnych rzeczy, no bo przecież niektórzy jak mają firmę to jest 24 h na dobę przez 7 dni w tygodniu; Pan się zajmował polityką, udzielał na różne sposoby, to też wymaga czasu; ma Pan rodzinę; robi Pan te wszystkie przetwory… A jednak doba ma 24 godziny, jak to jest możliwe?

– Dla mnie to jest kwestia rozplanowania czasu, ale jeśli chodzi o energię, to  jak miałem 30 lat stało mi się coś dziwnego. Weszła we mnie niesamowita energia, a stało się to u mnie w biurze akurat w niedzielę opracowywałem nowy komputer i myślałam, że to już jest koniec, że zaraz umrę.

Energia tak we mnie weszła, że ręce mi się paliły i pokazywała czarna pręga, pomyślałem co to jest zakażenie, umieram; to podniosłem ręce do góry, powiedziałem, Boże, jak chcesz, to weź mnie, jestem gotowy. Potem weszło to w krzyż i siedzi do tej pory.

Teraz już mniej niż przedtem, ale siedzi. Zacząłem o tym czytać, szukałem pomocy różnych lekarzy, różnych znachorów, czego tam nie było, bo nie wiedziałem co się ze mną stało. Jak coś takiego człowieka uderzy to jest okropne. Wtedy nie było Internetu nie mogłem wrzucić hasła, objawów, myślałam że stracę zmysły od tego wydarzenia.

Potem znalazłem ludzi, którzy coś o tym wiedzieli; w Indiach nazywają to wyzwoleniem sprężyny w krzyżu człowieka, sprężyny spirytualnej, która daje niesamowitą energię i jeśli to jest zrobione w sposób przypadkowy, niekontrolowany to można nawet umrzeć czy zwariować. Bo to jest tak wielka siła. Mnie się to udało z czasem opanować, to zajęło kilka miesięcy. Sam się zastanawiałem, jak ja mogłem mieć tyle energii, żeby zrobić to wszystko, co zrobiłem w Peru, czy też tutaj i nawet no i w Polsce.

        – Pan zasłynął z kampanii prezydenckiej, ale Pan jest przecież prekursorem komercyjnego Internetu w Polsce. Maloka – pamiętam – bo też już wtedy byłem w Internecie, nie było jeszcze sieci WWW, wszystko było ascii, zielone ekrany, unix tym podobne historie; FTP, Telnet, IRC te wszystkie…

– A Google był uniwersyteckim serwisem informacyjnym.

        – No właśnie wspominam te czasy z łezką w oku, bo spotykało się w sieci niesamowitych ludzi,  wtedy Pan mi założył na Maloka konto,  miał pan link zrobiony bezpośrednio…

– Z NASKU, wtedy właściwie tylko Uniwersytet Warszawski, NASK, miał jedyne łącza kontrolowane przez komuchów, to była rodzina komuchów, którzy mieli licencję, żeby dawać internet dla studentów.

        – Pan zrobił pierwszy komercyjny internet w Polsce.

– Jak się zacząłem tym interesować i w Ameryce zaczęło to być popularne, a w Polsce nic. Mówiono mi, że nie wolno tego robić to jest zabronione, rząd tego nie pozwala, więc napisałem list do ministerstwa. Odpowiedź była pozytywna nikt nie mógł uwierzyć. Musiałem ten list pokazywać. Nikt nie miał odwagi napisać do ministerstwa, a odpowiedź była taka, że żadnego pozwolenia nie trzeba.

Ale taka była opinia, bo NASK nie chciał mi dać łącza dopóki nie miałem pozwolenia od ministerstwa. To jest dowód na to, że trzeba mieć śmiałość i odwagę żeby pytać.

Ja w Peru miałem ten kłopot, że przy restauracji  zacząłem fabryczkę alkoholi pędzonych z owoców. Tam mają owoce tropikalne, jak dżungla wyrzuci te owoce, to jest to za darmo i ze starfruit miałem alkohol 18%. Robiłem z tego wina i doskonały alkohol destylowany, ale nie mogłem tego sprzedać bez zezwolenia ministerstwa zdrowia.

Nie chcieli mi dać, bo stare prawo hiszpańskie mówiło że wino może być tylko z winogron. Nie wolno robić tego z owoców. No ale ja się pytałem o licencję, czy można dostać liquor licence na produkcję tego alkoholu w Peru. W końcu okazało, że w Peru nie trzeba mieć żadnej licencji na produkcję alkoholu, tylko trzeba mieć certyfikat z ministerstwa zdrowia.

         – Ile było ludzi, którzy wtedy korzystali z tego Internetu?

– Głównie była to grupa studentów, nawet stworzyli takie koło przyjaciół Maloki, na które mnie czasem zapraszali, zbierali się na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. To była grupa entuzjastów, którzy się chcieli ze sobą komunikować i korzystać z systemu informacyjnego. Do tej pory niektórzy się do mnie odzywają.

To był radosny czas, pionierski.

Byłem wzywany do prokuratury, bo ktoś – a każdy  mógł zawiesić plik – ktoś zawiesił plik, jak robić bomby i zrobili donos na mnie.

Wezwała mnie taka prokuratorka, która miała chyba 25 lat. Pytała tak, „co pan tam robi?!” Młoda, ale zachowanie typowo ubeckie. To było przykre, żeby się tłumaczyć, no ale skończyło się na niczym, nie było oskarżenia tylko przepytywanie, ale to wystarczy. Nikt nie lubi być ciągany po prokuraturach.

I niestety potem TP SA, którzy na mnie się bacznie patrzyli i Polpak, który oferował sieć cyfrową, ja byłem do tego też dołączony, patrzyli się na mnie, jak mi to wychodzi, jak mi to zaczęło dobrze wychodzić,  to sami skopiowali i zaoferowali dojście do Internetu za impulsy,  bo mieli metodę ściągania. Mnie w ogóle rodzice wtedy rozpaczali, bo te dzieciaki wykorzystywały  Maloka internet na 1000 zł miesięcznie, jak przychodził  rachunek telefoniczny to rodzice płakali, bo telefonia liczyła impulsy czego tutaj nie było. No i jak oni zaoferowali internet za darmo, to przez 24 h skasowałem instalację zadzwoniłem do siostry, kasuj, wyciągnij wszystkie komputery, powiedz dyrekcji w hotelu Marriott, że rezygnujemy i oddajemy lokal.

        – Pan miał lokal w piwnicach hotelu Marriott?

– Minus Dwa – miałem bardzo ładne pomieszczenie, gdzie była możliwość uzyskania łączy telefonicznych.

Oni mieli dojście do centrali, ale żeby dostać dojście do centrali to musiałem zapłacić 10 000 dol. prywatnej spółce dyrektorów TP SA, gdybym tego nie zapłacił, to by mi tych linii telefonicznych nie dali.

        – To była ta polska prywatyzacja, że na państwowym tworzyło się prywatną spółkę, po to żeby korupcja nie była kopertą wręczoną do ręki.

– Absolutnie tak, ale jak zapłaciłem te pieniądze, to od razu za kilka dni były linie telefoniczne, nie było żadnych problemów technicznych.

        – Pytałem Pana o gotowanie, a chciałem zapytać na koniec co Pan najbardziej lubi jeść?

– Najbardziej teraz lubię lekkie jedzenie, bo w moim wieku to już się dużo nie je, im człowiek starszy to jem coraz mniej mięsa,  przestałem jeść makarony, do tej pory jem ziemniaki i dużo warzyw, bardzo dużo warzyw, głównie w zupach.

Gotuję teraz coraz więcej zup takich treściwych zup, gdzie w okresie zimowym używam małe w kostki skrojone kartofle i marchew zeszklona cebula, brukiew, cokolwiek mam. W ostatni piątek spróbowaliśmy po raz pierwszy jicama, to jest takie połączenie brukwi i rzodkiewki, meksykańskie warzywo, wygląda jak brukiew. To było skrojone w kostkę i włożone do zupy i było bardzo ciekawe, teksturę miało taką chrupiącą.

Tak że można eksperymentować. Te moje zupy są treściwe czasem robię zupę na żeberkach, czasem robię na rosole albo używam z puszki clam juice. W Sobeys sprzedają takie duże puszki clam juice to akurat mi starcza na jedną zupę i  świetna zupa wychodzi na bazie smaku clam juice. Ja już nie używam przepisów  tylko gotuję na zamierzony smak, zamierzony efekt. I w pracy jak się zje taką zupę na lunch, to nas rozgrzewa od środka, człowiek się nawet spoci, co zabija wszystkie wirusy i bakterie przez podwyższenie temperatury ciała i już na drugie danie nie ma miejsca, na deser podam czasem owoc jakiś tropikalny,  albo kawałek arbuza, albo melona i wszyscy są zadowoleni.

        – Panie Stanisławie bardzo dziękuję za te wszystkie informacje, myślę że wiele osób skorzysta.

– Dziękuję, no ja zaraziłem wielu ludzi tym gotowaniem, tak że wielu ludzi w pracy czy w domu zaczęło gotować na serio, więc mam nadzieję, że trochę tej „zarazy” się przeniesie na pana czytelników.