Kontynuujemy  druk nigdzie nieopublikowanych wspomnień – zapisu dziejów jednej polskiej rodziny, wyimka polskich losów. Tragiczna historia naszych ziem, w wielu wypadkach przerwała ciągłość międzypokoleniowych relacji, dlatego tak ważne są dzisiaj opowiadania o tym, jak było; jak było naprawdę…

Książka Babci. Rodzina Kramarskich i Wilczyńskich około 1910. Pierwsza z lewej w pierwszym rzędzie siedzi matka autorki Książki Babci, Helena Kramarska z domu Wilczyńska (1882-1955), z najstarszym synem Marianem na kolanach. Archiwum rodzinne.

***

Domki stały w dużej odległości od siebie. Zabudowa niska nie ograniczała przestrzeni. Gdy dziadzio pod krzyżem gwizdnął na psa, po chwili miał go przy sobie, a krzyż stał przy obecnej ulicy Włóczków, niedawno przeniesiono go nad Wisłę. Tak było cicho. Ulica Włóczków nazwę otrzymała od tego, że tam była posesja rodziny Micińskich, stałych w XIX w. organistów klasztornych, w której tradycyjnie ubierał się „Lajkonik”, Stamtąd zaczynał obchód.

Poniżej kontynuacja tekstu

Prawie naprzeciw naszego domu był wielki klasztorny staw. Drugi był na folwarku „Swoboda”. Kiedy ja byłam dzieckiem wszystkie stawy na Półwsiu były już zasypane w związku z regulacją Rudawy, z tym, że ten największy niełatwo było zlikwidować, więc zewsząd zwożono śmieci. Stąd przez okno często oglądaliśmy ludzi z pogrzebaczami szukających na śmietniku skarbów. Nad tym stawem odbyła się jedna z tragedii rodziny mojej babci. Strażnik pilnujący stawu, nie mogąc złapać chłopaków łowiących ryby, poturbował jej dziewięcioletniego syna tak ciężko, że dziecko zmarło. Tamci uciekli, bo wiedzieli, że źle robią, mały siedział na płocie i przyglądał się; nie uciekał, więc padł ofiarą. O wielkiej szlachetności dziadzia świadczy jego zachowanie w tym strasznym nieszczęściu. Zrezygnował z dochodzeń, bo jak powiedział: Dziecka już nikt nie wskrzesi, a strażnik spełniał swój obowiązek jak potrafił.

Za naszym ogrodem, nieco z boku, w zupełnej pustce, stała szkoła miejska im. dr Jordana wzniesiona niedawno zamiast szkoły ludowej, stojącej nad Wisłą, ufundowanej przez Norbertanki w r. 1808, którą zamieniono na zakład wychowawczy im. Brata Alberta. Codziennie widywaliśmy szereg chłopców w jednakowych ubraniach (brązowych, sztruksowych), bo do szkoły wychowawcy prowadzili ich w kolumnie.

Przed oknami naszego domu rozciągało się wielkie pole klasztorne od nazwiska dzierżawcy zwane przez nas „Zamorskim”. Za nim stał nieotynkowany piętrowy dom, nazywany „Czerwoną kamienicą”, wystający na środek ulicy (teraz też sterczy, ale otynkowany), a dalej wysoka, trzypiętrowa kamienica mojego wuja Józefa Wilczyńskiego i świeżo wytyczona ul. Kraszewskiego. Naprzeciwko naszego domu był inny widok (ten oglądaliśmy z balkonu): nieduży dom z facjatką, także zbudowany przez wujcia Józia, jako poprzednie pomieszczenie dla jego rodziny. Widzicie, jak to było. Zamiast wynajmować mieszkanie wujek budował coraz większy dom dla siebie.

Obok niego stał przedziwny twór. Budował go wprawdzie dyplomowany architekt, ale chyba w chwili zaćmienia umysłu. Parterowy, zawierał siedem mieszkań, z każdego wychodziło się prosto na podwórko. Architekt był znajomym rodziców, mama nie omieszkała żartować z jego dzieła, wobec tego do każdego wejścia dobudował drewnianą budkę, istny kurnik. Mieszkało tam siedem rodzin robotniczych, stamtąd wywodziło się wielu naszych towarzyszów zabaw; już zburzono to cudo. Teraz stoi tam blok.

Obok był mały domek, dawniej młynarza klasztornego, i stary pochylony dworek, ongiś Tomaszowej, która uczyła mamę robót na drutach.

Wzdłuż trzeciej ściany babcinej posesji leżała druga część pradziadkowej posiadłości, babcia miała przecież rodzeństwo. Siostry babci sprzedały grunt obcym ludziom, o co podobno ich szwagier, a mój dziadek, miał do nich żal. Nowy właściciel zbudował dom.

W dawnej siedzibie Modelskich mieszkali lokatorzy, a reszta przez długi czas była pięknym ogrodem, który kupił już w latach dwudziestych XX w. kolega wuja Józefa, inż. Cyrankiewicz, aby wznieść willę dla swojej rodziny.

Przed domem dziadzia był ogródek kwiatów, a w nim jeden orzech włoski i jedna grusza bera, za domem podwórko, sad, ogród warzywny i staw, który w moim dzieciństwie był już łąką. Na tym stawie matka moja będąc dzieckiem, z rodzeństwem uprawiała sport łyżwiarski, do tego stopnia, że nawet do obiadu zasiadali nie zdemując łyżew, aż służąca zachęcona ich przykładem przywiązała sobie do buta łańcuszek od zegara zamiast łyżwy i złamała nogę. Jako młoda panna z bratem Józefem stanowiła moja mama popisową parę w jeździe figurowej na lodzie i nieraz występowała na krakowskich lodowiskach, co wtedy należało do rzadkości.

Do tego stawu, tak ulubionego w dzieciństwie, w latach późniejszych wrzuciła mama bukiet od odpalonego konkurenta, a gdy ten zdziwionym i oburzonym głosem wykrzyknął: Panno Heleno!, pocieszyła go, że kwiaty będą się długo trzymały, bo im nigdy nie zabraknie wody. (Obecnie na miejscu stawu stoi blok).

Franciszek Wincenty Wilczyński (1848 – 22 VIII 1904), syn Piotra i Marii Bażeli, dziadzio autorki Książki Babci.

Dziadzia Franciszka znaliśmy tylko z portretu, ponieważ osierocił rodzinę na długo przed naszym urodzeniem. Wielki portret dziadzia narysowany jakąś przedziwną techniką w 1904 r. przez J. Dutkiewicza, do dzisiaj wzbudzający podziw, bardzo podobno udany (według słów osób znających dziadzia), odkąd babcia zaczęła zmieniać mieszkanie na mniejsze, wisiał zawsze u nas na głównej ścianie w stołowym pokoju. Chowaliśmy się niejako pod okiem dziadzia. Jeszcze moja najstarsza córka Ewa świetnie to pamięta i portret jest u niej.

Dziadzio musiał mieć dużo zalet. Wszyscy wspominali go z rozrzewnieniem i od obcych też słyszało się pochwały dla jego prawości, uczciwości i życzliwego podejścia do ludzi. Był tak zwanym wtedy przedsiębiorcą budowlanym, mistrzem murarskim, prowadzącym roboty budowlane na własną rękę. Finansowo stał bardzo dobrze. W ramach obowiązków społecznych piastował godność wójta Półwsia Zwierzynieckiego i właśnie pełniąc tę publiczną służbę nabawił się długotrwałej choroby nóg, która strawiła go w sile wieku (56 lat). W czasie wielkiej powodzi w r. 1903 osobiście rozwoził łodzią chleb oczekującym pomocy na dachach domów mieszkańcom Półwsia i wtedy się zaziębił.

•••

Rodzina Wilczyńskich w papierach klasztoru Norbertanek notowana jest już w końcu XVII w., jako posiadająca Hortulanię, czyli dworek, który wtedy odsprzedali klasztorowi.

Antonina Wilczyńska z domu Modelska (1853 – 12 X 1935),
matka Heleny, babcia babci Krystyny.

Babcia Antonina była matroną w starym stylu, człowiekiem z sercem na dłoni. Rodzina i dom wypełniały całe jej życie.

Charakterystykę członków rodziny zaczynam właśnie od niej, bo była dla mnie osobą bardzo bliską od najwcześniejszych lat mego życia.

Urodziła dziesięcioro dzieci: troje zmarło w niemowlęctwie, czwarte, 9-letni syn Leon, na skutek wypadku, piąte, syn Tadeusz, o wielkim talencie malarskim, zmarł nagle w 18 roku życia (obaj właściwie z powodu głupoty ludzkiej). W r. 1900 jej szwagier zabił się spadając z rusztowania, jedyna zamężna siostra zginęła również tragicznie. Babcia, jeszcze dochodząc prawie osiemdziesięciu lat, przeżyła swego najmłodszego syna Kazimierza, który zmarł w 37 roku życia. Wielka to była dla niej tragedia.

Poza tym, ponieważ prowadziła duży dom, wszyscy krewni, którzy przyjeżdżali z prowincji leczyć się w Krakowie, zatrzymywali się u niej, a bywało, że pobyt ich trwał kilka miesięcy, gdy leczenie tego wymagało. Przyjęła na dożywocie siostrę swoją Anielę, cierpiącą na bezwład nóg.

Dla każdego szeroko otwierała serce i sakiewkę. Była uczynna, pracowita, ruchliwa i małomówna. O nikim nigdy nie powiedziała złego słowa, wielu starała się wyrozumieć i wytłumaczyć, a w odpowiednim momencie poratować.  Żyła życiem wewnętrznym, Można określić, że dewiza jej życia brzmiała: Kochajcie dobrych za cnotę, a złych za nieszczęście.

Była czarna, wysoka, zgrabna kobieca, w miarę upływu lat garbiła się coraz bardziej, jak określił mój brat Adam, stała się babcią „wysoką, malutką”. Dla nas była czułą opiekunką w każdej chwili, powiernicą zmartwień i tarczą, gdy któremu groziła kara.

Owdowiała, gdy jedynie najstarszy syn Józef miał zabezpieczoną przyszłość, a zamożność domu zachwiała się z powodu dużych kosztów leczenia męża i braku przypływu świeżej gotówki. (Leczyć można się było tylko prywatnie). Dziadzio Franciszek chorował siedem czy też dziewięć miesięcy. Trzeba było bardzo zmniejszyć gospodarstwo: wysprzedać konie i krowy, ograniczyć ilość służby.

Pomimo tego Babcia starała się utrzymać dom na dawnej stopie. Gdy córka Helena (moja mama) wychodziła za mąż w dwa lata po śmierci ojca, otrzymała bardzo bogatą wyprawę, tak że przez długie lata widziałam w domu różne przedmioty zaliczane do niej. Koronki u bielizny, wszystkie robione ręcznie, przetrwały dłużej niż płótno, a łyżeczki srebrne z upływem czasu stawały się coraz mniejsze, ale ciągle służyły.

Wesele następnej córki, Walerii, odbyło się bardzo hucznie, z powozami, z wynajętą służbą.  W czasie tego wesela zdarzyły się dwa „omeny”, z których ludzie przesądni wysnuliby złą prognozę dla młodej pary i jak bardzo by się pomylili!

Pierwsze, że jak wszyscy goście opuścili dom udając się na ślub, panna młoda według zwyczaju musiała wyjść z domu ostatnia (ja też tak wychodziłam), wtedy okazało się, że zamknięto ją w jednej połowie domu.

Drugie, gdy ksiądz miał poświęcić obrączki, nowe zaskoczenie, druhna zapomniała je przynieść i dopiero mój ojciec, a szwagier panny młodej końmi jechał po nie do domu, a goście w kościele czekali. Radzę wam, nie wierzcie w żadne zabobony.

W miarę jak kurczyły się dochody, przybywało w „willi” na Senatorskiej lokatorów (chodziło przecież o czynsze), a gdy dzieci, to znaczy moja mama i jej rodzeństwo, zaczęły zakładać rodziny, babcia metraż swojego mieszkania ograniczała coraz bardziej i wędrowała z dołu do góry, a potem z powrotem na dół i jeszcze raz do góry, aby starym, obywatelskim obyczajem pomieścić dzieci wokół siebie. We własnym domu sześć razy zmieniała mieszkanie.

Wtedy dopiero, po upływie dwudziestu lat od śmierci dziadzia, majątek rodzinny został podzielony. Dziadzio dla każdego dziecka planował osobny dom. Dla syna Józefa na rogu ul. Przegożały, dla mamusi też zdążył wybudować willę przy ul. Królowej Jadwigi 1, ale niestety podczas jego choroby została ona sprzedana.

Niewiele tego zostało: wspomniana wyżej posesja przy ul. Senatorskiej 27 i mały dom z ogrodem i piekarnią przy ul. Królowej Jadwigi 88. Także dom przy ul. Przegoń (późniejsza „Rodzina Sieroca”).

Babcia otrzymała dożywocie na całości i trzeba przyznać, że do końca życia mogła się czuć i czuła gospodynią. Była bardzo skromna, nie ubiegała się o względy dla siebie, nie szukała towarzystwa i rozrywek, natomiast zawsze się zjawiała, gdy ktoś był chory albo potrzebował pomocy.

Pamiętam ją od czasu, kiedy dobiegała sześćdziesiątki. W okresie, kiedy miałyśmy z siostrą dużo nauki, rano cichutko wsuwała się do naszego pokoiku, aby napoić kozim mlekiem, jeszcze ciepłym po udoju, bo wierzyła w jego wzmacniające działanie. Kozy chowała przez długie lata jako jedyną pozostałość po dawnym gospodarstwie. Do ostatka towarzyszył jej tylko kot.