Kto by pomy­ślał, że w dwa lata po ogło­sze­niu przez Naczel­ni­ka Pań­stwa “zwy­cię­stwa” w “dąże­niu do praw­dy” doty­czą­cej przy­czyn kata­stro­fy smo­leń­skiej, spra­wa ta nie tyl­ko wró­ci na czo­łów­ki gazet, ale sta­nie się tema­tem zażar­tych pole­mik, przede wszyst­kim – estetycznych?

        Cho­dzi o to, że rzą­do­wa tele­wi­zja naj­pierw wyemi­to­wa­ła film o tym, co ponad wszel­ką wąt­pli­wość usta­li­ła pod­ko­mi­sja kie­ro­wa­na przez Anto­nie­go Macie­re­wi­cza. A usta­li­ła nie tyl­ko, że samo­lot został roze­rwa­ny tuż nad zie­mią dwie­ma bom­ba­mi, ale w dodat­ku – że bom­by te zosta­ły tam umiesz­czo­ne pod­czas remon­tu w Sama­rze. Ponie­waż powszech­nie wia­do­mo, że w Rosji nic się nie dzie­je bez wie­dzy i zgo­dy Wło­dzi­mie­rza Puti­na, no to jest jasne, jak słoń­ce, że to on kazał te bom­by tam umie­ścić. Co praw­da, remont odby­wał się w cza­sie od czerw­ca do grud­nia 2009 roku, pod­czas gdy bom­by wybu­chły dopie­ro 10 kwiet­nia 2010 roku, z cze­go wyni­ka, że nasi dygni­ta­rze, wśród nich rów­nież pre­mier Donald Tusk, przez całe mie­sią­ce lata­li z bom­ba­mi pod tył­kiem. Trud­no się tedy dzi­wić, że Donald Tusk na przed­sta­wio­ne w fil­mie usta­le­nia pod­ko­mi­sji zare­ago­wał bar­dzo ner­wo­wo, cho­ciaż jego zde­ner­wo­wa­nie cał­ko­wi­cie mie­ści­ło się w gra­ni­cach stra­te­gicz­ne­go part­ner­stwa nie­miec­ko-rosyj­skie­go. Zde­ner­wo­wał się bowiem nie na pre­zy­den­ta Puti­na, tyl­ko na Anto­nie­go Macie­re­wi­cza. Naj­wy­raź­niej Donald Tusk dosko­na­le wie, na kogo wol­no mu się dener­wo­wać, a na kogo nie.

        Ale mniej­sza o to, bo rzą­do­wa tele­wi­zja wkrót­ce wyemi­to­wa­ła film nakrę­co­ny przez panią Ewę Stan­kie­wicz na ten sam temat. Emi­sja tego fil­mu podob­no była wcze­śniej wstrzy­ma­na pod pre­tek­stem, że pani Stan­kie­wicz  wyko­rzy­sta­ła w nim mate­ria­ły ze wspo­mnia­nej pod­ko­mi­sji “bez jej wie­dzy i zgo­dy”, ale róż­nie na ten temat mówią na mieście.

REKLAMA

        Tak czy owak, film pani Stan­kie­wicz wyemi­to­wa­ny został przez rzą­do­wą tele­wi­zję aż dwu­krot­nie, bijąc rekor­dy oglą­dal­no­ści. Oka­za­ło się, że obej­rza­ło go 1,8 milio­na widzów w związ­ku z czym wstrzy­ma­no nawet emi­sję pro­gra­mu pana red.  Pospie­szal­skie­go “War­to roz­ma­wiać”. No bo po co tu jesz­cze “roz­ma­wiać”, kie­dy wszyst­ko jest powiedziane?

        Nie to jed­nak sta­ło się przed­mio­tem gwał­tow­nej pole­mi­ki mię­dzy obo­zem “dobrej zmia­ny” a obo­zem zdra­dy i zaprzań­stwa, tyl­ko foto­gra­fie pani Ewy Kopacz, któ­ra, jako mini­ster zdro­wia w rzą­dzie pre­mie­ra Tuska, poje­cha­ła do Rosji, żeby dopil­no­wać zbie­ra­nia szcząt­ków z miej­sca kata­stro­fy, a potem – dopil­no­wać pra­wi­dło­we­go prze­pro­wa­dze­nia sek­cji zwłok ofiar. Pamię­ta­my, że pani Kopacz zapew­ni­ła opi­nię publicz­ną, iż miej­sce kata­stro­fy zosta­ło spe­ne­tro­wa­ne “na metr w głąb zie­mi”, no a sek­cja też zosta­ła prze­pro­wa­dzo­na bez zarzu­tu. Nie­ste­ty praw­da wkrót­ce wyszła na jaw, bo  już po zakoń­cze­niu skru­pu­lat­nej zbiór­ki szcząt­ków, przy­pad­ko­wi oby­wa­te­le co i rusz znaj­do­wa­li tam to i owo, a jesz­cze gorzej wyglą­da­ła sama sek­cja. Oto, co praw­da póź­niej, nie­mniej jed­nak, oka­za­ło się, że w trum­nach ze szcząt­ka­mi ofiar kata­stro­fy albo były dwie gło­wy, albo trzy ręce, nato­miast noga – tyl­ko jed­na – i tak dalej. Jeśli nawet przy­jąć, że noga mogła się w zamie­sza­niu gdzieś zawie­ru­szyć, to nawet po naj­więk­szej kata­stro­fie ofie­rze nie wyra­sta ani dru­ga gło­wa, ani trze­cia ręka.

        Pew­ne świa­tło na ten feno­men rzu­ci­ła wła­śnie pani Stan­kie­wicz, poka­zu­jąc w swo­im fil­mie panią mini­ster Kopacz, jak robi sobie pamiąt­ko­we foto­gra­fie z Rosja­na­mi prze­pro­wa­dza­ją­cy­mi sek­cję. Z tego powo­du pan Rafał Trza­skow­ski zarzu­cił pani Stan­kie­wicz “wyjąt­ko­wą pod­łość” oraz “objaw czy­ste­go cyni­zmu”. I tak dobrze, że cho­ciaż “czy­ste­go”, bo prze­cież mogło być gorzej. Podob­nie oce­ni­ła tę spra­wę pani filo­zo­fo­wa Mag­da­le­na Śro­da – że to co PiS zro­bi­ło z tą kata­stro­fą, jest “wyjąt­ko­wo ohyd­ne” — cho­ciaż z dru­giej stro­ny nie­po­dob­na nie zauwa­żyć, iż uwa­ża ona, że jed­no­cze­śnie jest to “dobra pro­pa­gan­do­wa zagryw­ka”. Oczy­wi­ście obóz “dobrej zmia­ny” ma cał­kiem inne zda­nie na ten temat. Mia­no­wi­cie Donald Tusk spe­cjal­nie wysłał do Rosji panią Ewę Kopacz, żeby ruscy sza­chi­ści wyko­rzy­sta­li ją do swo­ich machi­na­cji, bo wie­dział, że ona się nie zorien­tu­je, co tam z nią wypra­wia­ją. Pan Ceza­ry Gmyz sta­wia krop­kę nad “i” mówiąc, że prze­cież pani Kopacz była poczci­wą, “pro­win­cjo­nal­ną lekar­ką”, pod­czas kie­dy po dru­giej, to zna­czy – rosyj­skiej stro­nie – byli sta­rzy wyja­da­cze, dla któ­rych taki prze­ciw­nik to praw­dzi­wy dar Nie­bios. Wszyst­ko to oczy­wi­ście być może, cho­ciaż war­to zwró­cić uwa­gę, że nawet pro­win­cjo­nal­ne lekar­ki wie­dzą ile głów, czy rąk ma czło­wiek. Cóż; jak tam było, tak tam było – ale waż­niej­sze od tego, co tam było jest to, co jest. A jest to, że nasi Umi­ło­wa­ni Przy­wód­cy wła­śnie pod­su­nę­li opi­nii publicz­nej gumę do żucia, kolej­ne maka­gi­gi, któ­re może odwró­cić uwa­gę od tego, co rząd “dobrej zmia­ny” wypra­wia z Pol­ską pod pre­tek­stem epi­de­mii zbrod­ni­cze­go koronawirusa.

   Ale chy­ba na tym spra­wa  się nie wyczer­pu­je. War­to bowiem zwró­cić uwa­gę, że rzą­do­wa tele­wi­zja aż trzy­krot­nie wyemi­to­wa­ła fil­my o kata­stro­fie smo­leń­skiej aku­rat teraz, kie­dy zim­ny ruski cze­ki­sta Putin ścią­ga woj­ska nad gra­ni­ce  z Ukra­iną i na Krym. Oczy­wi­ście może to być przy­pa­dek, ale czy w ogó­le są przy­pad­ki? — pyta reto­rycz­nie poeta. Rzecz w tym, że Nasz Naj­waż­niej­szy Sojusz­nik bar­dzo Ukra­inę w tej sytu­acji popie­ra:  powy­rzu­cał z Ame­ry­ki jakichś rosyj­skich dyplo­ma­tów, a nawet “roz­wa­ża” sank­cje – ale oczy­wi­ście chciał­by, żeby w pierw­szej kolej­no­ści sto­sow­ne­go wspar­cia Ukra­inie udzie­li­li rów­nież sojusz­ni­cy Nasze­go Naj­waż­niej­sze­go Sojusznika.

        Toteż Pol­ska skie­ro­wa­ła prze­ciw­ko Puti­no­wi to, co w zana­drzu ma naj­lep­sze­go, to zna­czy – oskar­że­nie o zamach w Smo­leń­sku. To bar­dzo spryt­ne posu­nię­cie, bo z jed­nej stro­ny poka­zu­je, że pryn­cy­pial­nie sto­imy na nie­ubła­ga­nym sta­no­wi­sku, ale z dru­giej – jest to cał­ko­wi­cie bez­piecz­ne i to nie tyl­ko dla Puti­na, ale rów­nież — dla jego pol­skich oskarżycieli.

        Nawet gdy­by na pod­sta­wie fil­mów, czy niech­by i “rapor­tu”, na któ­ry od lat z utę­sk­nie­niem cze­ka­my, moż­na było Puti­na posta­wić w stan oskar­że­nia, to dla nie­go takie bez­piecz­ne by to nie było. Sęk w tym, że ani na pod­sta­wie fil­mu, ani na pod­sta­wie rapor­tu złe­go Puti­na oskar­żyć nie moż­na tym bar­dziej, że nie ma wła­ści­we­go nie­za­wi­słe­go sądu, któ­ry pod­jął­by się orze­ka­nia w tej spra­wie. Zatem dla Puti­na jest to cał­ko­wi­cie bez­piecz­ne, podob­nie jak dla jego oskar­ży­cie­li, któ­rzy w tej sytu­acji mogą swo­je oskar­że­nia budo­wać na hipotezach.

        Co inne­go, gdy­by wpa­dli na pomysł, że bom­by zosta­ły do samo­lo­tu wsa­dzo­ne nie w Sama­rze, tyl­ko w War­sza­wie. W takiej sytu­acji trze­ba by wszyst­ko dopro­wa­dzić do koń­ca, ale na to prze­zor­nie nikt nie chce się zde­cy­do­wać, więc spra­wa może wra­cać nawet w kolej­ne lata po otrą­bie­niu “zwy­cię­stwa”.

Sta­ni­sław Michalkiewicz