Stanisław Barua. Polak i Kenijczyk (cz.1)

O polskości, rasizmie, katolicyzmie i tożsamości rozmawiamy z filmowcem, absolwentem Łódzkiej Szkoły Filmowej Stanisławem Baruą, od 20 lat mieszkającym w Kanadzie, zakorzenionym w kulturach Polski i Afryki, katolikiem wywodzącym się z rodziny muzułmańsko-katolickiej.

Andrzej Kumor: Staszku cieszę się, że wreszcie możemy się spotkać i porozmawiać, mimo tych wszystkich dzisiejszych ograniczeń. Jesteś Polakiem i Afrykańczykiem, jesteś dziedzicem dwóch kultur, jesteś jednocześnie absolwentem Łódzkiej Szkoły Filmowej, filmowcem, w tym przemyśle trochę przepracowałeś, z 3. strony,  może najważniejszej, jesteś katolikiem i wiara ma dla Ciebie duże znaczenie. Spotkaliśmy się na procesach Mary Wagner, w ten sposób się poznaliśmy.

        Chciałbym zapytać o reakcję na Ciebie w Polsce,  na Twój kolor skóry, bo wielu ludzi mówi; Polacy to rasiści, czy Polacy są większymi rasistami niż, na przykład, Brytyjczycy? Spotkałeś się z taką bardzo negatywną reakcją ze względu na kolor skóry w Polsce? Jak to jest, bo przecież Polska to jest część ciebie, Ty jesteś Polakiem?

Stanisław Barua: Absolutnie tak. Dziękuję ci za to pytanie. Jest to naprawdę bardzo ciekawy temat, bardzo osobisty też, ale temat, który tak jak mówisz, nosi w sobie bardzo dużo innych pytań, bo w zasadzie jest to pytanie o tożsamość, o nazewnictwo, o przynależność.

        To są pytania  bardzo ważne teraz, dlatego że trwa bitwa i wojna o tożsamość. I tak, jak zauważasz, te sprawy mają się coraz poważniej też w Polsce.

        Jeśli chodzi o mnie, musiałbym też trochę powiedzieć o swojej przeszłości, bo rzeczywiście jestem i Polakiem i Kenijczykiem, mieszkam od ponad 20 lat  w Kanadzie, więc też ze względu na moją pracę, mogę to nazwać błogosławieństwem, że miałem okazję być w wielu krajach, pracować w wielu krajach, zobaczyć sporo kultur. A mówię to nie dlatego, żeby jakiś sposób się napompowywać, ale po prostu, żeby też dać znać, że są to dla mnie ważne sprawy

        Zaczynając od początku. Moja mama jest Polką, mój tata jest Afrykańczykiem, Kenijczykiem, urodziłem się w Polsce w połowie lat sześćdziesiątych. Od tego czasu najpierw jako pięciolatek wraz z rodzicami przenieśliśmy się – ja i moje rodzeństwo – do Kenii, tak że polski to jest mój pierwszy język, ale bardzo mało go używam na co dzień, dlatego, że moja żona, nie jest Polką,  a zwykle raczej rozmawia się językiem takim, żeby i dzieci i żona się rozumiały. Ale, na przykład, moi rodzice w domu mówią tylko po polsku, chociaż mój tata jest Kenijczykiem i jego pierwszym językiem jest swahili  – dla mnie to był drugi język.

        Języka angielskiego dopiero zacząłem się uczyć idąc do szkoły podstawowej i wtedy mieszkaliśmy bardzo daleko od Nairobi, mieszkaliśmy w małej miejscowości, gdzie moi rodzice pracowali jako lekarze w prowincjonalnym szpitalu. Tak że najpierw wychowałem się w Polsce te 5 lat, później w Kenii do jakichś 12 lat później moi rodzice przenieśli się znowu do Polski, po to żeby robić specjalizację i dopiero później, po ich specjalizacjach, wróciliśmy do Kenii. Następnie po ukończeniu szkoły średniej – a zacząłem liceum w Łodzi, skończyłem szkołę średnią w Nairobi, żeby znów wrócić do Polski na studia.

        Moje doświadczenie właśnie tej różnorodności, tego znaku zapytania o tożsamość, zdaje się było trochę inne od większości moich rówieśników.

        Przytoczę może na początek takie zdarzenie; kiedy wróciliśmy do Łodzi, wtedy byłem w połowie piątej klasy w szkole podstawowej, w Kenii, ale ze względu na to, że rok szkolny w Kenii toczy się od stycznia do grudnia, a w Polsce oczywiście w zasadzie jest to połowa roku szkolnego, tatuś wziął nas do szkoły, żeby porozmawiać z panią dyrektor.

        Pamiętam, ja wraz z bratem i siostrą starszą siostrą – mam jeszcze młodszą siostrę, która była zbyt mała do szkoły podstawowej  – staliśmy na korytarzu w szkole. Co mnie uderzyło to, że niby taka duża szkoła, ale był straszny tłok na tym korytarzu. Pamiętam tak sobie staliśmy i dziwiliśmy się, że to coś nietypowego, że aż tyle dzieci, tyle uczniów jest w tej szkole, bo na tym korytarzu jest po prostu ogromny tłok. Oczywiście, okazało się wtedy, że calutka szkoła była na tym korytarzu, a my – też się okazało – byliśmy takimi właśnie Polakami Kenijczykami w obrębie  paru ładnych ulic Śródmieścia w Łodzi.

        Ja i moje rodzeństwo nigdy nie byliśmy wychowywani, jako ludzie pewnego koloru skóry. Nigdy kolor skóry wobec moich rodziców, między nami, między moimi rodzicami, nigdy nie był, jak gdyby tematem ani rozmowy jakiejś politycznej, krytycznej, społecznej; nigdy nie wychowywaliśmy się jako ludzie, gdzie rasa jest czymś ważnym.

        Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zdawałem sobie sprawy z mojego koloru skóry, czy z koloru skóry mojego taty, który jest kolorem czarnym, a nie brunatnym. Po prostu, jest człowiekiem, o bardzo ciemnej karnacji, a moja mama jest piękną blondynką o niebieskich oczach.

        Więc ja, z jednej strony, zdawałem sobie sprawę z tego, jak ja wyglądam, jak różni ludzie wyglądają…

        – A czy Twoi rodzice, w jakiś sposób przestrzegali Cię, ostrzegali, że możesz się spotkać z jakimiś złymi doświadczeniami w związku z kolorem skóry, czy to istniało w waszych rozmowach? W Twoim wychowaniu w domu?

        – Wychowanie w ogóle nie było na tym tle, ale – muszę powolutku dojść do tego –  wychowanie to jest jedna sprawa, a życie inna,  a też dojrzałość – muszę to podkreślić – jest czymś innym. Mówię to dlatego, że owszem, jako dziecko i też przede wszystkim jako już nastolatek, a później  szczególnie jako człowiek bardziej dojrzały, to tak, spotykałem się  sam osobiście, moi znajomi, moje rodzeństwo, zwłaszcza mój brat, też z wieloma przykrościami, gdzie właśnie kolor skóry był dla kogoś wszystkim, są ludzie, którzy nie widzą nic poza tym.

        A więc tak, jest to temat nieraz bolesny, ale zaznaczam, że myślenie o kolorze skóry oraz rasie nie było i nie jest, jak gdyby całym centrum myślenia w mojej rodzinie. I to nie mówię tylko wśród moich rodziców, ale też nie było myśleniem moich dziadków, moich wujów, czy moich cioć i dalszej rodziny w Polsce. Poza tym też to nie było to centrum myślenia mojej rodziny w Kenii. A różnice między kulturą moich dziadków w Polsce i moich dziadków w Kenii i reszty mojej rodziny są naprawdę kolosalne i były ogromne. Do tej pory nieraz, jak człowiek o tym pomyśli, to jest to wielkim darem, żeby człowiek mógł doświadczyć tego, czego moja rodzina doświadczyła. Oczywiście, patrzę na to trochę inaczej w tej chwili, ale nie zawsze to było ani miłe, ani łatwe.

        – Ale wzbogacające i dające mądrość?

        – Ta daj Panie Boże, mam nadzieję, że to, mogę przekazać swoim dzieciom, czy inne osoby mogą coś z tego mieć, daj Boże .

        – Twoje dzieci, twoja córka mieszka w Polsce, jedna z córek?

        – Tak, jedna z córek trzy lata temu, ponad trzy lata temu przeniosła się do Polski, a zrobiła to nie mówiąc w ogóle po polsku, będąc poprzednio w Polsce tylko raz w odwiedziny .

        Więc tak, temat tożsamości jest ciekawy.

        – Temat tożsamości jest ciekawy i to jest też trochę smutne, że – tak, jak powiedziałeś Ciebie nie wychowywano w poczuciu, że kolor skóry jest ważny – ale dzisiaj wraca to tylnymi drzwiami przy okazji prób pozytywnego  dowartościowania ludzi kiedyś dyskryminowanych, w związku z czym zaczyna się pytać, jakiej ty jesteś rasy, zaczyna się używać tej kategorii. I ktoś  zaczyna się zastanawiać, jak odpowiedzieć. Te problemy – co jest paradoksalne, śmieszne i smutne – zaczynają przypominać problemy, jakie mieli naziści ze zdefiniowaniem rasy w ustawach norymberskich. Dla mnie bardzo piękną jest wypowiedź Martina Luthera Kinga, „miałem marzenie”, bo tam jest o tym, żeby właśnie to nie miało znaczenia ani w jedną, ani w drugą stronę. Ale chciałem zapytać jeszcze o te kształtujące złe doświadczenia, chcesz o tym mówić w ogóle?

        – Mogę.

        – Które musiałeś przetrawić, które musiałeś jakoś w sobie otorbić, albo rozwiązać, bo zawsze złe uczucia, nienawiść powodują, że człowiek, który jest obiektem tej nienawiści ma problem, jak to wytłumaczyć?

        – Będąc dzieckiem, będąc nastolatkiem, w zasadzie, jeżeli wychodziłem z domu, bardzo rzadko się zdarzało, żeby ktoś na mnie nie wołał Bambo, czy Bambus czy Murzyn czy… ;

        – Powiedzenie „Murzyn” jest dla Ciebie obraźliwe?

        – Tak , nie jest to słowo, które jest bez skazy, ale wiążą się z tym długie, bardzo długie wątki historyczne. Z drugiej strony, języka nie można nakazać, po prostu język i nazewnictwo wychodzi z pewnych doświadczeń ludzi, które biorą się z kultury, które wychodzą też z ich własnego poranienia, z doświadczeń z innymi ludźmi, które w jakiś sposób nie raz, i to często są podsycane, ludzie bardzo często nie zdają sobie sprawy z tego, że pewne słowo, które jest – tak jak właśnie to słowo „Murzyn” – które jest dla wielu Polaków słowem bardzo niewinnym, i nie używają tego słowa, żeby komuś dokuczyć, czy kogoś obrażać czy komuś ubliżyć…

        – Poza tym, bardzo często ludzie nie biorą pod uwagę tego, że słowo to nie tylko zlepek liter; że to, w jaki sposób słowo wypowiadasz,  nawet to słowo narzucone, czy nakazane może być  ubliżające, zaś można używać innego słowa, nie wiążąc tego z żadnym ujemnym nacechowaniem.

        – Oczywiście, patrząc na słowo „Murzyn”, nie bardzo wiadomo skąd się ono wzięło tak naprawdę. Nawiązuję tutaj do długoletniej pracy mojego brata Jakuba i filmu który razem nakręciliśmy bardzo wiele lat temu pt. „Polskie odcienie”. W tym filmie jednym z wątków,  było też słowo Murzyn. Murzyn, wiąże się ze światem dawnej Polski, gdzie Polacy po raz pierwszy spotykali się z Maurami, w zasadzie ze światem arabskim, a  te spotkania nie były jakieś fajne i spokojne tylko były na polu bitwy, gdzie spotykali się z janczarami, niewolnikami, niewolniczymi dziećmi Afrykańczyków, ale to też tutaj chodzi o całe to powiązanie ze światem muzułmańskim. Też ma to powiązanie ze światem Polski magnackiej, gdzie niektórzy, nie wszyscy, ale niektórzy magnaci w Polsce kupowali właśnie Murzynów czyli niewolników afrykańskich.

Ciąg dalszy za tydzień