23-go Maja. Żywot bło­go­sła­wio­ne­go Jędrze­ja Bobo­li, Męczen­ni­ka. (Żył oko­ło roku Pań­skie­go 1650)

        Ze sław­nej i ojczyź­nie swo­jej nie­po­spo­li­cie zasłu­żo­nej rodzi­ny Bobo­lów, pocho­dził ten słu­ga Boży, któ­ry przy­szedł na świat roku Pań­skie­go 1591. Od poboż­nych rodzi­ców w naukach i świę­tych oby­cza­jach wyćwi­czo­ny, wstą­pił za mło­du jesz­cze do zako­nu Jezu­itów, aby w nim zdro­wie i życie dla Chry­stu­sa poło­żyć. Zostaw­szy kapła­nem, oddał się całem ser­cem pra­cy oko­ło zba­wie­nia bliź­nich swo­ich. Bóg też hoj­nie bło­go­sła­wił wytrwa­łej, a gor­li­wej pra­cy misy­ona­rza Swe­go, darząc go ku temu szcze­gól­niej­szym darem wymo­wy, sło­dy­czą w obco­wa­niu z bliź­ni­mi, i prze­dziw­ną gor­li­wo­ścią o roz­sze­rza­nie chwa­ły Bożej, któ­rej żad­ne cier­pie­nia, ani wysił­ki Apo­stol­skiej pra­cy zwy­cię­żyć nie zdo­ła­ły. Taki­mi dara­mi wzbo­ga­co­ny błog. Jędrzej prze­bie­gał wszerz i wzdłuż całe Pod­la­sie, nauczał i prze­ko­ny­wał tak pro­sty lud, któ­ry całem ser­cem lgnął do nie­go, jak też i wykształ­co­nych i moż­nych tego świa­ta, pro­wa­dząc wszyst­kich do jed­no­ści wia­ry i do Chrystusa.

 Ato­li im wię­cej dusz bło­go­sła­wio­ny wyry­wał z mocy pie­kiel­nej, im bar­dziej lud wier­ny za jego pra­cą i nauką do poku­ty się gar­nął, im gor­li­wiej oczysz­czał tę win­ni­cę Chry­stu­so­wą, któ­rą mu Bóg powie­rzył, z kąko­lu, jaki na niej siał nie­przy­ja­ciel, tem jak to zwy­kle bywa — cięż­sze prze­śla­do­wa­nia zno­sić musiał od słu­żal­ców pie­kła. Nie obe­szło się bez fał­szy­wych oszczerstw, naj­zel­żyw­szych obelg; ale gdy świę­ty Mąż na to wszyst­ko sło­dy­czą tyl­ko i cier­pli­wo­ścią odpo­wia­dał, posta­no­wi­li naresz­cie, nie­chcą­cy się nawró­cić, umę­czyć tego Wyznaw­cę Chry­stu­sa. Daw­no on już oddał Bogu swe życie w ofie­rze, daw­no pra­gnął wyla­niem krwi swo­jej stwier­dzić i wia­rę i miłość, jaka gorza­ła w ser­cu jego ku Zba­wi­cie­lo­wi; to też bynaj­mniej nie zastra­szył się na wia­do­mość, że nie­przy­ja­cie­le czy­ha­ją na życie jego, a spo­strze­gł­szy w lesie najeż­dża­ją­cych go nie­przy­ja­ciół, ukląkł i woła­jąc do Nie­ba: „Stań się wola Two­ja“, oddał się ponow­nie Bogu, jako ofia­ra całopalenia.

        Mor­der­cy dostaw­szy w ręce swo­je słu­gę Boże­go, obdar­li go natych­miast z szat i zwią­zaw­szy go, bili i sie­kli rózga­mi, przy­wló­kł­szy go w ten spo­sób do opo­dal leżą­ce­go mia­stecz­ka Jano­wa, gdzie się dopie­ro mia­ła nasy­cić ich namięt­ność, pozba­wio­na już czu­cia ludz­kie­go. — Zdar­to następ­nie żyw­cem skó­rę z gło­wy bło­go­sła­wio­ne­go Męczen­ni­ka, toż samo z pal­ców i z rąk, a szy­dząc bez­boż­nie ze świę­ceń i stro­ju kapłań­skie­go, zasy­py­wa­li świe­że rany ple­wa­mi z jęcz­mie­nia. Inni tym­cza­sem przy­pie­ka­li boki pochod­nia­mi, lub ostre mu drza­zgi za paznog­cie wbi­ja­li. A kie­dy Bło­go­sła­wio­ny tyl­ko modli­twą na ustach lub sło­wa­mi odpo­wia­dał na te i tym podob­ne męczar­nie, pro­sząc Boga o prze­ba­cze­nie dla opraw­ców swo­ich, sie­pa­cze nie mogąc znieść tej mowy, wyłu­pi­li mu jed­no oko i wyrwa­li język przez ranę, któ­rą w tym celu w kar­ku otworzyli.

        Tak poroz­dzie­ra­ne­go naj­krop­niej­sze­mi rana­mi, wrzu­ci­li na pół żywe­go do bło­ta. Konał tam bło­go­sła­wio­ny przez kil­ka godzin, aż naresz­cie herszt bez­boż­ni­ków widząc, że jesz­cze żyje, dobił go mie­czem. Po doko­na­nej zbrod­ni roz­bie­gli się sie­pa­cze, tym­cza­sem poboż­ni zabra­li świę­te zwło­ki i prze­nie­śli je do Piń­ska, gdzie uczci­wie pocho­wa­ne zosta­ły. Było to roku 1657.

        Od tego cza­su naród nasz gorą­co pra­gnął, aby Sto­li­ca świę­ta przy­zna­ła i ogło­si­ła świa­tu nowe­go Patro­na nasze­go, ato­li dla róż­nych nie­szczęść i zamie­szek w kra­ju proś­by kró­lów i panów zosta­wa­ły bez­sku­tecz­ne. I tak dopie­ro Ojciec świę­ty, Pius IX poli­czył go w poczet Bło­go­sła­wio­nych w maju roku 1853.

Nauka moral­na.

         „A duszę Moją kła­dę za owce Moje.“ (Jan 10, 15). Przez te sło­wa oka­zał Pan Jezus wiel­kie pra­gnie­nie, aby cier­pieć i umie­rać za nas. Nie mówił: Odbio­rą Mi życie, ukrzy­żu­ją Mnie za owce Moje, ale nikt Mu życia nie mógł ode­brać, lecz dobro­wol­nie je za nas oddał, jak o Nim prze­po­wie­dział Pro­rok: „Ofia­ro­wan jest, iż sam chciał.“ (Izaj. 53, 7). I dziś w Nie­bie kró­lu­ją­cy mówi: „A duszę kła­dę za owce Moje“ i gdy­by tego było potrze­ba, pozwo­lił­by się jesz­cze raz ukrzy­żo­wać, a nawet za jed­nę duszę, aby była zba­wio­na. Miłość Jezu­sa Chry­stu­sa ku nam obja­wia się w dwóch rze­czach: w pra­gnie­niu wewnętrz­nem cier­pieć za nas i w rze­czy­wi­sto­ści ofia­ro­wa­nia się na krzy­żu. Zba­wie­nie nasze zale­ży na wewnętrz­nej woli pra­gnie­nia tego, cze­go nie możesz w rze­czy­wi­sto­ści wypeł­nić — nie możesz prze­lać krwi męczeń­skiej dla Jezu­sa Chry­stu­sa, ale możesz tego pra­gnąć i być w każ­dej chwi­li goto­wym ofia­ro­wać Mu życie swo­je; — nie możesz nawra­cać nie­wier­nych, nie możesz całe­go świa­ta grzesz­ni­ków pozy­skać Chry­stu­so­wi, ale możesz tego pra­gnąć i za nich się modlić. O jak mało i pra­wie nic dla Cie­bie, Boże, nie czy­nię i nie cier­pię, niech przy­naj­mniej mam to pra­gnie­nie wszyst­ko dla Cie­bie czy­nić, dla Cie­bie cier­pieć i dla Cie­bie żyć i umierać.

         Bło­go­sła­wio­ny Jędrzej Bobo­la wie­dział, co go cze­ka w tem życiu za jego pra­cę oko­ło nawra­ca­nia nie­wier­nych, a jed­nak nie prze­ląkł się, nie prze­stał pra­co­wać nad ich nawra­ca­niem. Bo wie­dział bar­dzo dobrze, jak wiel­kim darem jest Wia­ra świę­ta, chęt­nie więc swe życie ofia­ro­wał, aby módz tę wia­rę wle­wać w ser­ca bliź­nich swo­ich. Dla­te­go pro­si Kościół świę­ty Boga, aby­śmy przez przy­czy­nę tego bło­go­sła­wio­ne­go Męczen­ni­ka zawsze nie­złom­ni zosta­li w tej wie­rze, dla któ­rej bło­go­sła­wio­ny Bobo­la wśród roz­licz­nych mąk na świe­cie koro­nę męczeń­ską sobie zasłu­żył. Aby­śmy zno­si­li raczej wszyst­kie prze­ciw­no­ści, ani­że­li szko­dę duszy własnej.

Modli­twa.

        Boże i Panie mój, racz to łaska­wie spra­wić, aby­śmy za przy­kła­dem bło­go­sła­wio­ne­go Męczen­ni­ka Twe­go, Jędrze­ja Bobo­li, zawsze nie­złom­ni zosta­li w tej wie­rze, a tem samem zba­wie­nia wiecz­ne­go dostą­pi­li. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa, któ­ry kró­lu­je w Nie­bie i na zie­mi, po wszyst­kie wie­ki wie­ków. Amen.