Wszyst­kie zna­ki na nie­bie i zie­mi wska­zu­ją, że ame­ry­kań­ski pre­zy­dent Józio Biden musiał doga­dać się z Naszą Zło­tą Panią co do wpły­wów w Pol­sce, żeby sobie popra­wić sto­sun­ki z Niemcami.

        “Pierw­szy znak, gdy ser­ce drgnie…” — ach, to coś zupeł­nie inne­go; to pio­sen­ka z reper­tu­aru Zofii Ter­ne. “Led­wo drgnie, a już się wie…” — i tak dalej.

        Więc pierw­szy znak – że Józio posta­no­wił popra­wić sobie sto­sun­ki. Dru­gi znak – że jak już Józio odbył z naszą Zło­tą Panią roz­mo­wę intym­ną, to niczym grom z jasne­go nie­ba gruch­nę­ła wieść o powro­cie Donal­da Tuska na ojczy­zny łono.

        Trze­ci znak – że aku­rat wte­dy Euro­pej­ski Try­bu­nał Spra­wie­dli­wo­ści wydał orze­cze­nie, suro­wo przy­ka­zu­jąc, by Izba  Dys­cy­pli­nar­na Naj­wyż­sze­go Sądu nasze­go basn­tu­sta­nu natych­miast prze­rwa­ła dzia­łal­ność i w ogó­le się rozeszła.

        Czwar­ty znak – że pani Vera Juro­va, co to w swo­jej karie­rze ma rów­nież epi­zod kry­mi­nal­ny i któ­ra już Pol­skę sztor­co­wa­ła mię­dzy inny­mi za sodo­mi­tów i gomo­ryt­ki, teraz toczy pia­nę i odgra­ża się, że Pol­skę spo­tka­ją pla­gi gor­sze od tych egipskich.

        Pią­ty znak – że z cze­lu­ści Unii Euro­pej­skiej dobie­ga­ją gło­sy tam­tej­szych szan­ta­ży­stów, że jak Pol­ska nie posłu­cha Try­bu­na­łu, to będzie musia­ła pła­cić, a jak nie zechce zapła­cić, to te kary Komi­sja Euro­pej­ska będzie potrą­ca­ła z sub­wen­cji, na któ­re tak liczy pre­mier Morawiecki.

        W odpo­wie­dzi na to ulti­ma­tum rzecz­nik rzą­du, pan Mil­ler, skro­bie na Twi­te­rze, że rząd będzie “nego­cjo­wał” — cho­ciaż wia­do­mo, że sko­ro już Józio z Naszą Zło­tą się doga­da­li, to tu nie ma co “nego­cjo­wać”. Szó­sty znak – że pan sędzia Wik­tor Tuleya, kro­czą­cy na cze­le orsza­ku męczen­ni­ków pra­wo­rząd­no­ści w naszym ban­tu­sta­nie, mało jaja nie znie­sie, rwąc się do “orze­ka­nia”. Naj­wy­raź­niej ktoś życz­li­wy mu szep­nął: wie­cie, rozu­mie­cie Tuleya; jeśli nie wy, to kto, jeśli nie teraz, to kie­dy?  Siód­my znak – że sta­re kiej­ku­ty  powy­cią­ga­ły z naf­ta­li­ny róż­ne KOD‑y, róż­ne spróch­nia­łe “Pol­skie Bab­cie”, a nawet maci­ce, któ­re w licz­bie kil­ku­na­stu przy­szły pod Mini­ste­rium Edu­ka­cji, gdzie za cza­sów nie­miec­kich mie­ści­ło się Gesta­po,  żeby pro­te­sto­wać w spra­wie “cnót nie­wie­ścich”. Jak widzi­my, nazbie­ra­ło się tych zna­ków cał­kiem spo­ro, więc o żad­nym przy­pad­ku nie może być mowy – bo czy w ogó­le są przypadki?

        A prze­cież  na tym nie koniec, bo wia­do­mo, że nie­szczę­ścia cho­dzą para­mi. Zwłasz­cza, gdy mamy do czy­nie­nia ze ści­słą koor­dy­na­cją żydow­skiej poli­ty­ki histo­rycz­nej z poli­ty­ką histo­rycz­ną nie­miec­ką. Jak wia­do­mo, celem żydow­skiej poli­ty­ki histo­rycz­nej jest zagwa­ran­to­wa­nie moż­li­wo­ści obci­na­nia kupo­nów od holo­kau­stu. Naj­pierw tedy orga­ni­za­cje prze­my­słu holo­kau­stu wyko­na­ły arty­le­ryj­skie przy­go­to­wa­nie pro­pa­gan­do­we, jak to “naród pol­ski” strasz­li­wie ich krzyw­dził, cze­mu dobrzy Niem­cy przy­glą­da­li się ze zgro­zą i łza­mi w oczach, potem w czerw­cu 2009 roku, spro­ku­ro­wa­ły sobie pozór “uza­sad­nie­nia moral­ne­go”, dzię­ki cze­mu nakrę­ci­ły ame­ry­kań­skich twar­dzie­li, żeby w ramach kica­nia przed nimi z gałę­zi na gałąź uchwa­li­ły usta­wę 447. No a teraz, kie­dy Naczel­nik Pań­stwa, gwo­li poka­za­nia, jak to wła­sną pier­sią zasła­nia Pol­skę przed żydow­skim napo­rem, prze­for­so­wał nowe­li­za­cję kodek­su postę­po­wa­nia admi­ni­stra­cyj­ne­go, któ­ra z punk­tu widze­nia inte­re­sów prze­my­słu holo­kau­stu jest zupeł­nie nie­groź­na, klan­gor żydow­ski pod­niósł się aż pod same noz­drza Naj­wyż­sze­go, od cze­go mamy ano­ma­lie pogo­do­we — a za nim poszły gniew­ne pomru­ki Depar­ta­men­tu Sta­nu Nasze­go Naj­waż­niej­sze­go Sojusz­ni­ka. Może on i Naj­waż­niej­szy, ale dla nie­go naj­waż­niej­szy jest cał­kiem inny sojusz­nik, któ­re­mu nicze­go nie ośmie­lił­by się odmówić.

        Jak­by tego było mało, to na wieść o powro­cie Tuska, pan Marek Suski zgło­sił “Lex TVN” — żeby przed pro­kla­mo­wa­ną wal­ką kogu­tów  pozba­wić obóz zdra­dy i zaprzań­stwa jego głów­nej tuby pro­pa­gan­do­wej. Sęk w tym, że cho­ciaż podej­rze­wam, iż ta tuba zosta­ła stwo­rzo­na przez sta­re kiej­ku­ty przy udzia­le pie­nię­dzy ukra­dzio­nych z Fun­du­szu Obsłu­gi Zadłu­że­nia Zagra­nicz­ne­go, teraz sta­no­wi ona nie­ty­kal­ną wła­sność żydow­ską to zna­czy – fir­my Disca­ve­ry Com­mu­ni­ca­tion, któ­rej pre­ze­sem jest zna­ko­mi­cie uko­rze­nio­ny pan Dawid Zaslaw.

        Na widok świę­to­krad­cze­go zama­chu na TVN, Depar­ta­ment Sta­nu ogło­sił, że to “koniec demo­kra­cji”, a pan Daniel Fried, ten sam, co to 30 lat temu, wraz z ówcze­snym sze­fem KGB Wła­di­mi­rem Kriucz­ko­wem przy­go­to­wał dla nasze­go ban­tu­sta­nu trans­for­ma­cję ustro­jo­wą, teraz prze­strzegł zuchwal­ców, że nie moż­na być sojuź­ni­kiem Sta­nów Zjed­no­czo­nych i seko­wać ame­ry­kań­skie biz­ne­sy. Ame­ry­kań­skie — a cóż dopie­ro – żydow­skie?! Tedy nic nie pomógł zakup za 24 mld zło­tych 250 ame­ry­kań­skich czoł­gów mar­ki “Abrams”. Czoł­gi swo­ją dro­gą, a Żydzi – swo­ją. Na tym wła­śnie pole­ga sojusz z USA, że w zamian za to, iż udo­stęp­nia­my Ame­ry­ka­nom teren na tar­czę anty­ra­kie­to­wą w Redzi­ko­wie, podob­nie jak całą resz­tę tery­to­rium, to oni sprze­da­ją nam czoł­gi, samo­lo­ty, no i oczy­wi­ście – gaz.

        Tro­chę to podob­ne do soju­szu ze Związ­kiem Radziec­kim, kie­dy to Pol­ska wysy­ła­ła tam żyw­ność, a w zamian za to, Rosja­nie bra­li od nas węgiel. Oka­zu­je się, że mię­dzy soju­sza­mi aż tak wiel­kiej róż­ni­cy nie ma, cho­ciaż pod­czas soju­szu z Sowie­ta­mi Żydzi nie ośmie­li­li się nawet pisnąć w spra­wie rosz­czeń, podob­nie jak teraz nie przyj­dzie im do gło­wy, by doma­gać się cze­goś od Alek­san­dra Łuka­szen­ki. Dał­by im on respons, że popa­mię­ta­li­by ruski mie­siąc. Pani Swie­tła­na, to co inne­go; jak trze­ba to pła­cze i się kaja, a jak trze­ba, to bisur­ma­ni się z Rafa­łem Trza­skow­skim, więc w sam raz się nadaje.

        Ale i w sze­re­gach obo­zu “dobrej zmia­ny” trwa fer­men­ta­cja. Oto poja­wi­ły sie gło­sy, że Naczel­nik Pań­stwa posta­wił poboż­ne­mu wice­pre­mie­ro­wi Gowi­no­wi ulti­ma­tum: albo poprze “lex TVN”, albo won z rzą­du! Myślę, że jeśli nawet, to stra­chy na Lachy, bo bez gru­py poboż­ne­go wice­pre­mie­ra Gowi­na obóz “dobrej zmia­ny” nie będzie miał więk­szo­ści i ani nie prze­for­su­je “Lex TVN”, ani – tym bar­dziej – 170 ustaw, z jakich skła­dać się ma “Pol­ski Ład”. Chy­ba, że ten cały “Pol­ski Ład”, to tyl­ko takie maka­gi­gi; nie żeby to uchwa­lać i wpro­wa­dzać  w życie, tyl­ko  żeby wyznaw­cy się nasła­dza­li i popie­ra­li trzód­kę Naczel­ni­ka. Wszyst­ko jest moż­li­we, bo oto  Donald Tusk na spo­tka­niu ze swo­imi wyznaw­ca­mi w Gdań­sku zaczął mio­tać kabo­tyń­skie okrzy­ki, że wyzy­wa Naczel­ni­ka na “udep­ta­ną zie­mię” i w ogó­le – zacho­wy­wał się niczym cesarz Wil­helm II w momen­tach słyn­nych ata­ków kra­so­mów­czych. On też wygła­szał kabo­tyń­skie mowy, jak to sta­nie “w błysz­czą­cej zbroi”, by wal­czyć za “wier­ne soju­sze” — i tak dalej. Kto by pomy­ślał, że ami­ko­szo­ne­ria z Naszą Zło­tą Panią dotrze u Donal­da Tuska aż do pozio­mu instynk­tów?  Nawia­sem mówiąc, Sta­ni­sław Cat-Mac­kie­wicz wspo­mi­na, jak to Wil­helm II pod­czas I woj­ny świa­to­wej odwie­dził Wil­no i po wizy­cie u pew­nej arty­sto­krat­ki wsiadł na konia i poje­chał na Górę Zam­ko­wą. Kon­no wje­chał na zamek zbu­do­wa­ny przez rodzi­nę, któ­rej jego przod­ko­wie skła­da­li hołd na klęcz­kach – pisze melan­cho­lij­nie Mackiewicz.

        Wie­le wska­zu­je na to, że do instyn­ków odwo­łu­je się też Lewi­ca. Oto w następ­stwie kura­cji prze­czysz­cza­ją­cej, jaką swo­jej for­ma­cji zaor­dy­no­wał pan Cza­rza­sty, mają tam powstać dwie frak­cje: jed­na z SLD, dru­ga z “Wio­sny” Rober­ta Bie­dro­nia. Przy­po­mi­na to tro­chę sytu­ację sprzed lat w rzą­do­wej tele­wi­zji, o któ­rej mówi­ło się na mie­ście, że są tam dwie frak­cje: sodo­mi­tów i nim­fo­ma­nek. W Lewi­cy sodo­mi­ci są już nie­źle osa­dze­ni, no a SLD potra­fi dosto­so­wać się do wszystkiego.

Sta­ni­sław Michalkiewicz