Pucu! Pucu! Chla­stu! Chla­stu! Wiersz Marii Konop­nic­kiej z Książ­ki Weso­łe Chwi­le. Egzem­plarz zacho­wa­ny od dzie­ciń­stwa przez Kry­sty­nę Kra­mar­ską-Any­szek, któ­ra czy­ta­ła tę książ­kę dzie­ciom, a potem wnukom.

Gospo­dar­stwo pro­wa­dzi­łam na spo­sób wiej­ski. Robi­łam wiel­ką ilość prze­two­rów owo­co­wych i jarzy­no­wych, spi­żar­nia zapeł­nio­na była nimi aż po sufit. W napeł­nia­niu sło­ików poma­ga­ły zawsze dzie­ci ze swo­imi towa­rzy­sza­mi zabaw i trak­to­wa­ły to jako jesz­cze jed­ną zaba­wę i to przy­jem­ną, bo owo­ce mogły jeść w nie­ogra­ni­czo­nej ilo­ści, a i tak dobrze się to kal­ku­lo­wa­ło, bo jak Jachur kupił 100 kg, to choć­by nawet 15 kg uby­ło, resz­ta szyb­ko i spraw­nie zosta­ła prze­ze mnie zawe­ko­wa­na. Dzie­ci chęt­nie zja­da­ły w zimie te kom­po­ty, a Jachur zawsze draż­nił się z nimi, gdy przy otwie­ra­niu oznaj­miał: muszę stwier­dzić czy nada­je się to dla dzie­ci. Jolan­ta dotąd pamię­ta te sło­wa ojca jako wzbu­dza­ją­ce wiel­ki niepokój.

Gdy Ada­mo­wie zaczę­li przy­jeż­dżać z Jan­kiem, mały wpro­wa­dził nowy zwy­czaj z rado­ścią zakcep­to­wa­ny przez dzie­ci. Gdy wszyst­kie dzie­ci leża­ły już w łóż­kach, Janek wbie­gał do poko­ju w stro­ju sypial­nym i obie­gał go wko­ło ze śpie­wem „Laj­ko­ni­ku Dźbe­leź­ni­ku dobdzie pałą wal” na tra­dy­cyj­ną zwie­rzy­niec­ką melo­dię. Nikt nie usnął­by przed tym wystę­pem. Mały Janek był bar­dzo ład­nie, nowo­cze­śnie i kolo­ro­wo ubrany.

Uro­czy­sto­ści pań­stwo­we obcho­dzo­no w sana­to­rium szum­nie. Obec­ność była nie­mal obo­wiąz­ko­wa. Gdy kie­dyś jed­na z kura­cju­szek wyszła przed ukoń­cze­niem, musia­ła wytłu­ma­czyć swo­je wyj­ście i potwier­dzić świa­dec­twem leka­rza, że cier­pi duże bóle gło­wy przy zbyt dłu­gim sie­dze­niu. Kie­dyś jeden z życz­li­wych ofi­ce­rów powia­da do niej, że miał co do mnie pew­ne oba­wy, bo widział, że nie biję bra­wa, ale jak zaczę­łam śpie­wać, kamień spadł mu z ser­ca. A ja byłam wte­dy tak zmę­czo­na, że mi się rąk nie chcia­ło pod­nieść do góry, bo odwo­ła­no mnie od wyra­bia­nia cia­sta, że już się aka­de­mia zaczy­na, ale że nie zno­szę byle jakie­go śpie­wu, więc gdy zaczę­li w róż­nym tem­pie zawo­dzić, nie wytrzy­ma­łam, żeby im tro­chę nie pomóc no i podob­no tym oca­li­łam swo­ją opi­nię. A rze­czy­wi­ście bywa­ło śli­sko. Do Jachu­ra nie było punk­tu zacze­pie­nia, bo jak to on, zawsze wywią­zy­wał się na piąt­kę ze swo­ich obo­wiąz­ków, co mówię, na piąt­kę, chy­ba na 5++, a że w każ­dą nie­dzie­lę z całą rodzi­ną szedł na Mszę Św. do kapli­cy par­ko­wej, to było jego pra­wo pozo­stać sobą i nie zmie­nić prze­ko­nań. On nie pchał się do woj­ska. To też, jak potem w Gli­wi­cach, jed­na z pań zaczę­ła mnie tytu­ło­wać puł­kow­ni­ko­wą, wyja­śni­łam jej zaraz, że puł­kow­ni­kiem może zostać każ­dy, a dok­to­rem tyl­ko nie­któ­rzy, więc, jeże­li już musi mnie tytu­ło­wać, to dok­to­ro­wą jestem.

Dzie­ci lubi­ły czy­tać i lubi­ły, jak im czy­ta­no, zresz­tą od naj­młod­szych lat wdra­ża­łam w nie przy­ja­ciel­ski sto­su­nek do ksią­żek, ale w cza­sie woj­ny trud­no było o nowe wydaw­nic­twa, dopie­ro w Busku zaczę­ła się wzbo­ga­cać biblio­te­ka dzie­ci, no i nasza też. Jachur tak wie­rzył w magicz­ną siłę ksią­żek, że jak któ­rejś zaczy­na­ło coś dole­gać, razem z recep­tą pole­cał zakup nowej, cie­ka­wej książ­ki, aby lekar­stwo sku­tecz­niej dzia­ła­ło. Zda­rzy­ło się raz zabaw­nie, że popro­si­łam jed­ną z pań o przy­wie­zie­nie jakiejś cie­ka­wej książ­ki dla moich córek, a ona wybra­ła romans Kurtz Mah­le­ro­wej, mod­nej w cza­sach moich stu­denc­kich, ale mnie nie­zna­nej, no bo to romans. Prze­czy­ta­łam go więc z opóź­nie­niem, a do córek dotarł dużo póź­niej, Żad­ne świę­to rodzin­ne nie oby­wa­ło się bez książ­ki. Ina­czej pre­zent nie był­by kompletny.

Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.
Z książ­ki Jak Gru­sza z Jan­kiem Lata­ła Jadwi­gi Wno­row­skiej-Krzy­mu­skiej. Wyda­nie Kra­ków 1943 r.

W r. 1950 komen­dant czy­li dok­tor Bień­kow­ski został odko­men­de­ro­wa­ny do Kato­wic. Jego miej­sce zajął Jachur. Przy­by­ło mu obo­wiąz­ków, któ­rych już dźwi­gał nie­ma­łe brze­mię i odpo­wie­dzial­no­ści za wszyst­ko, o czym się wie i cze­go się nie wie. Palił dużo, zaczął cho­ro­wać na ser­ce, wszedł w okres kie­dy męż­czyź­ni dozna­ją zawa­łu ser­ca. W grud­niu, 28 rzu­cił pale­nie, a ja to jego posta­no­wie­nie przy­ję­łam jako pre­zent w rocz­ni­cę ślu­bu, bo wła­śnie przy­pa­da­ła w tym dniu pięt­na­sta, i w ten spo­sób zobo­wią­za­łam go do dotrzy­ma­nia posta­no­wie­nia, jako, że pre­zen­tów nie nale­ży odbierać.

Jako żona Jachu­ra mogłam kry­ty­ko­wać zarzą­dze­nia szko­ły. Wszyst­kie moje postu­la­ty zosta­ły uwzględ­nio­ne na przy­kład, że nasze cór­ki nie będą kel­ner­ka­mi na zaba­wie urzą­dza­nej w szko­le i na szkol­ne cele, ale zaba­wie publicz­nej, gdzie przy­cho­dzi nie selek­cjo­no­wa­na publicz­ność i poda­wa­ny jest alko­hol, ale ze wzglę­du na cel wezmą udział w przy­go­to­wa­niach do tej zaba­wy, o ozna­czo­nej godzi­nie opusz­czą salę, aby nie nara­zić się na zaczep­ki pija­nych gości. Wygra­łam. Dru­ga spra­wa wypły­nę­ła po nocy peł­nej nie­po­ko­ju, gdy zebra­nie mło­dzie­ży prze­cią­gnę­ło się w nie­skoń­czo­ność, a po par­ku buskim gra­so­wał pewien zbo­cze­niec. W towa­rzy­stwie Zoś­ki i żoł­nie­rza masze­ro­wa­łam w nocy te pół­to­ra km do liceum, a gdy zoba­czy­łam pierw­szą gru­pę wra­ca­ją­cej mło­dzie­ży, stwier­dzi­łam gło­śno: chy­ba nikt mądry tam z wami nie sie­dział. Powie­dze­nie moje roze­szło się wśród nauczy­cie­li i spy­ta­no mnie, czy rze­czy­wi­ście tak powie­dzia­łam. Nie wypar­łam się. A potem na zebra­niu w szko­le uzsad­ni­łam to wyka­zu­jąc, na co nara­żo­ne są dziew­czę­ta powra­ca­ją­ce o tak póź­nej porze na pery­fe­rie mia­stecz­ka, pomi­ja­jąc już psy pospusz­cza­ne z łań­cu­chów i zakoń­czy­łam proś­bą, że ze wzgę­du na waż­ność tych zebrań, my, rodzi­ce pro­si­my, aby odby­wa­ły się one w godzi­nach lek­cji. W odpo­dwie­dzi na to, wyszło zarzą­dze­nie, że jeże­li zebra­nie nie zakoń­czy się o jakiejś ludz­kiej godzi­nie, nale­ży je prze­rwać i pod­jąć na dru­gi dzień. Nie oba­wia­łam się szy­kan dla moich córek, bo były naj­lep­szy­mi uczen­ni­ca­mi i cie­szy­ły się ogól­ną sym­pa­tią. Wycho­waw­cę Ewy tak bawi­ła ta jej bez­kon­ku­ren­cyj­ność, jako pierw­szej uczen­ni­cy nie tyl­ko w kla­sie, ale w szko­le, że nama­wiał uczniów, żeby sta­nę­li do współ­za­wod­nic­twa z nią. Jeże­li jeden nie czu­je się na siłach, to niech się zmó­wią we dwóch i jeden bie­rze ją z przed­mio­tów huma­ni­stycz­nych, a dru­gi z mate­ma­tycz­nych. Nie dali rady. Zda­jąc matu­rę dosta­ła pierw­szą loka­tę w buskim liceum i dyplom z pra­wem wstę­pu na stu­dia bez egza­mi­nu. A wca­le nie była kujo­nem. Nale­ża­ła do zespo­łu tanecz­ne­go, któ­ry sam sobie musiał szyć stro­je i pro­jek­to­wać je, mia­ła mistrzo­stwo liceum w teni­sie sto­ło­wym, jeź­dzi­ła na rowe­rze i od cza­su do cza­su szy­ła swo­jej lal­ce wymyśl­ne sukien­ki, albo obie z Mary­ną robi­ły lal­kom swe­ter­ki na dru­tach. W godzi­nach relak­su tak­że lubi­ła robić arty­stycz­ne dro­bia­zgi z żołę­dzi, szy­szek itp., bar­dzo pomy­sło­wo dobie­ra­ła róż­ne elementy.
Mary­na tra­fi­ła do kla­sy chy­ba naj­bar­dziej roz­bry­ka­nej, któ­ra cią­gle mia­ła zatar­gi z wła­dza­mi szkol­ny­mi, nawet kie­dyś zawie­szo­no ich w czyn­no­ściach ucznia. Było parę dni wol­ne­go. W związ­ku z ich zacho­wa­niem wycho­waw­czy­ni zapra­sza­ła rodzi­ców na odpra­wy, na któ­rych sumien­nie zja­wia­li sią rodzi­ce tych, co nic nie zawi­ni­li i ja z p. Dzbeń­ską, mamy naj­lep­szych uczniów, regu­lar­nie były­śmy świad­ka­mi każ­de­go takie­go wiel­kie­go pra­nia. Mary­na ma rów­nież wiel­ki talent do mate­ma­ty­ki, któ­rą trak­tu­je jako pewien rodzaj szarady.

Sio­stry bar­dzo rzad­ko mia­ły ze sobą scy­sje, jeże­li już, to jedy­nie o porzą­dek, bo Mary­na bar­dzo szyb­ka, była prze­ci­wień­stwem pedan­tycz­nej Ewy. Kie­dyś nawet w fer­wo­rze sprzecz­ki wyla­ła jej Ewa na gło­wę miskę budy­niu, co było nie­sły­cha­nym eks­ce­sem i prze­szło do histo­rii rodzi­ny. Zmysł aktor­ski, zauwa­żo­ny u Mary­ny już w dzie­ciń­stwie, coraz się roz­wi­jał. Nie­zmier­nie lubi­ła wszel­kie dekla­ma­cje, zresz­tą wyko­ny­wa­ła je dobrze, więc wystę­po­wa­ła czę­sto na aka­de­miach i wte­dy Ewa mia­ła zale­co­ne, aby bez­po­śred­nio przed jej uka­za­niem się publicz­no­ści, spraw­dzi­ła dokład­nie wygląd jej stro­ju, aby się nie oka­za­ło, że wisi jej jakaś zbęd­na tasiem­ka. W ogó­le aka­de­mie trze­ba było nie­raz impro­wi­zo­wać. Wte­dy i nasze młod­sze dzie­ci wypeł­nia­ły pro­gram, bo mia­ły w reper­tu­arze dużo oko­licz­no­ścio­wych wier­szy i pio­se­nek. Kie­dyś na takiej „na hyb­ci­ka” orga­ni­zo­wa­nej aka­de­mii z powo­du Świę­ta Kobiet, mia­ły Jola i Kryś­ka wygło­sić wiersz „Wie­le róż­nych mamy mam, wszyst­kie są potrzeb­ne nam”, na co dzień bar­dzo ład­nie przez nie recy­to­wa­ny. Obie wyszły na sce­nę; Kryś­ka przy­tu­li­ła się do Joli jak sie­rot­ka i nie powie­dzia­ła ani sło­wa. Jola dziel­nie ura­to­wa­ła sytu­ację, nie tra­cąc rezo­nu, zawsze mia­ła szyb­ki refleks. Kryś­ka bar­dzo lubi­ła być bli­sko Joli, bo czu­ła w niej opiekunkę.

Mary­na tak nasłu­cha­ła się róż­nych mów, bo też było ich peł­no na porząd­ku dzien­nym, że na zamó­wie­nie w każ­dej chwi­li mogła wygło­sić prze­mó­wie­nie z odpo­wied­nim pato­sem. Kole­żan­ki Ewy nie­raz zmę­czo­ne powtór­ka­mi pro­si­ły Mary­nę, żeby w ramach relak­su powie­dzia­ła do nich mowę. Była goto­wa natych­miast. Kie­dyś czymś zde­ner­wo­wa­na kaza­łam jej prze­rwać, a ona pod­bie­ga do mnie i pro­si: Oby­wa­tel­ko, pozwól­cie mi skoń­czyć. Cóż mogłam zro­bić, tyl­ko roze­śmiać się. Poczu­cie humo­ru bar­dzo uła­twia kon­tak­ty. Z ust któ­re­goś z moich dzie­ci usły­sza­łam kie­dyś z uzna­niem powie­dzia­ne sło­wa: Mamo, ale ty się umiesz wygłu­piać, cze­go wca­le nie wzię­łam za obra­zę, a poli­czy­łam sobie na plus.

Dziew­czyn­ki były bystre i choć wie­lu tema­tów nie poru­sza­ło się w ich obec­no­ści, robi­ły wła­sne spo­strze­że­nia i to bar­dzo traf­ne. Jeź­dzi­ły do Kra­ko­wa, Ste­fan opro­wa­dzał je według życze­nia, a babu­nia ogrom­nie się nimi cie­szy­ła. Ewa spe­cjal­nie pro­si­ła o wysła­nie jej w cza­sie waka­cji na dłuż­szy pobyt do Kra­ko­wa, bo ona „chcia­ła­by z babu­nią tro­chę sobie pomiesz­kać”. Ład­nie to wyra­zi­ła i dosko­na­le zro­zu­mia­łam jej inten­cję. W jed­ne waka­cje przy­je­chał do nas Heniek Robak i zabrał Ewę i Mary­nę do Micho­wa. Bar­dzo im się to przy­da­ło, bo cio­cię Józię zna­ły tyl­ko z krót­kie­go poby­tu w Busku, a widzieć ją na co dzień to było zupeł­nie coś inne­go. Wró­ci­ły peł­ne zado­wo­le­nia, opo­wia­da­niom nie było koń­ca. Zachwy­ca­ły się ser­decz­no­ścią Józi, humo­rem Szcze­pa­na i dow­ci­pa­mi Heń­ka, któ­ry wte­dy jesz­cze jako posaż­ny kawa­ler był nie lada grat­ką dla oko­licz­nych panien, ale nie­ła­two szedł na węd­kę. Pobyt w Micho­wie opi­sa­ły wier­szem, któ­ry jest razem z pamiąt­ka­mi rodzin­ny­mi. W tym cza­sie obie star­sze dziew­czyn­ki przy­stą­pi­ły do bierz­mo­wa­nia, świad­czy­ła im Bar­ba­ra Wiciń­ska, ja byłam świad­kiem Baś­ki Goldschmidt.

Patrzą­ce­mu z zewnątrz wyda­wa­ło­by się, że życie pły­nę­ło nam jak sie­lan­ka, ale to już minę­ło. Jachur przy­zwy­cza­jo­ny do decy­do­wa­nia o sobie, teraz musiał być zależ­nym od nie­zna­nych sobie ludzi, któ­rzy nie­raz róż­ni­li się z nim poglą­da­mi i zacho­wy­wać posta­wę „na bacz­ność” bez wzglę­du na to, co myślał o roz­ka­zie. Zarzą­dzał gro­ma­dą ludzi róż­nych i ich dobro tak­że musiał mieć na uwa­dze. Kie­dyś, 3 maja, mło­dy czło­wiek zatrud­nio­ny przy radio­węź­le, wśród nada­wa­nych melo­dii puścił pio­sen­kę „Witaj majo­wa jutrzen­ko”. Roz­pę­tał wiel­ką spra­wę, docho­dze­nie, rewi­zja, sam zna­lazł się w wię­zie­niu i wytwo­rzy­ła się tak napię­ta atmos­fe­ra, że każ­de wezwa­nie Jachu­ra do dowódz­twa w Kra­ko­wie tra­fia­ło we mnie jak pio­run i czym prę­dzej orga­ni­zo­wa­łam opie­kę nad dzieć­mi, abym mogła poje­chać razem z nim i nie tra­cić go z oczu, bo choć nie cią­ży­ła na nim żad­na wina, ale nie wie­dzia­łam, kto, o co i do cze­go się przy­cze­pi. Dobrze, że była w sana­to­rium prze­ło­żo­na pie­lę­gnia­rek, star­sza pani, któ­ra zawsze chęt­nie roz­cią­ga­ła nad dzieć­mi opie­kę zdro­wot­ną, bo pod tym wzglę­dem mia­łam bez­względ­ne zaufa­nie do Zośki.

Jachur cho­ro­wał, leżał w szpi­ta­lu woj­sko­wym w Kra­ko­wie, dwa razy leczył się w Kudo­wej, za dru­gim razem poje­chał tak­że Zenek. Wte­dy przy­wę­dro­wa­ła do Buska pogło­ska, że dr Any­szek nie żyje. Prze­ży­łam kil­ka godzin, trud­no mi nawet okre­ślić, jakich, nim po pół­dnio­wej nie­pew­no­ści dosta­łam połą­cze­nie tele­fo­nicz­ne i usły­sza­łam jego głos, a bar­dzo się bałam, żeby nie prze­ra­zić go tym dzwo­nie­niem, bo prze­cież cho­ro­wał na ser­ce. On zno­wu przy­pusz­czał, że w domu coś się sta­ło, więc pytał, co się sta­ło, a ja mówi­łam, że nic, dwu­krot­nie, a potem prze­rwa­no połą­cze­nie i nie dało się wzno­wić. Na szczę­ście Bar­ba­ra wcze­śniej wysła­ła do Zen­ka depe­szę o wyja­śnie­nie i Zenek zadzwo­nił. Były to chy­ba naj­dłuż­sze godzi­ny w moim życiu, a przy tym ta ludz­ka cie­ka­wość. Dobrze, że uda­ło mi się przed dzieć­mi ukryć tę strasz­ną wia­do­mość i gdy na dru­gi dzień Ewa sta­nę­ła przede mną po przyj­ściu ze szko­ły i zada­ła to okrop­ne pyta­nie, mogłam z wiel­ką ulgą jej zaprzeczyć.

Przed odjaz­dem dowie­dzia­łam się od Jachu­ra, że będą powięk­szać ilość łóżek w sana­to­rium, w związ­ku z czym wszy­scy użyt­ku­ją­cy meble sana­to­ryj­ne muszą je zwró­cić. Jachur jako komen­dant powi­nien świe­cić przy­kła­dem, aby i inni nie ocią­ga­li się. Poje­cha­łam więc do Kielc i zaku­pi­łam kom­plet mebli „dla świa­ta pra­cy”; zmie­ni­łam urzą­dze­nie poko­ju i wyko­na­łam roz­kaz. Oczy­wi­ście nie robi­łam tego sama, poma­gał mi kapral Karol­czak, czło­wiek zawsze chęt­ny do pomo­cy bliź­nie­mu, tym bar­dziej, gdy jest jego kumem. Jachur trzy­mał mu dziec­ko do Chrztu św. Jachur po powro­cie zado­wo­lo­ny był z takie­go uda­ne­go spra­wun­ku, nie­co mniej, gdy zoba­czył pra­wie pustą ksią­żecz­kę PKO.

Chmu­ry nad naszy­mi gło­wa­mi gro­ma­dzi­ły się i roz­wie­wa­ły. Miał Jachur życz­li­wych ludzi, któ­rzy w porę ostrze­ga­li go przed mają­cą nastą­pić nie­spo­dzian­ką, a on wciąż i nie­zmien­nie wyko­ny­wał obo­wiąz­ki zgod­nie z wymo­ga­mi pia­sto­wa­ne­go sta­no­wi­ska, obra­ne­go zawo­du i wła­snym sumie­niem. W naj­bliż­szej rodzi­nie wyło­nił się pro­blem wybo­ru zawo­du dla Ewy. Nale­ża­ło pomóc jej w wybra­niu kie­run­ku stu­diów, prze­cież mia­ła dopie­ro szes­na­ście lat i z powo­du zbyt mło­de­go wie­ku, ona, naj­lep­sza uczen­ni­ca w liceum musia­ła wno­sić proś­bę o dopusz­cze­nie jej do matu­ry. Sama nie wie­dzia­ła jak zade­cy­do­wać. Nie­zmier­nie lubi­ła mate­ma­ty­kę i w tym kie­run­ku posia­da ogrom­ne zdol­no­ści, ale nie uśmie­chał się jej zawód nauczy­cie­la, więc wymy­śli­ła sztu­ki pięk­ne opie­ra­jąc się o swo­je dru­gie hob­by. Zgar­nę­łam ufor­mo­wa­ne przez nią dro­bia­zgi i zapre­zen­to­wa­łam je dzie­ka­no­wi Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych A. Stop­ce. Podo­ba­ły mu się, dopa­trzył się w nich talen­tu, ale jak usły­szał, w jakim wie­ku jest adept­ka, sta­now­czo odra­dził kie­ro­wać ją do tego typu szko­ły i powo­łał się na szok, jakie­go sam zaznał, choć był chłop­cem i to zupeł­nie doro­słym. Wobec tego wycho­waw­ca Ewy zna­lazł naj­lep­sze roz­wią­za­nie: archi­tek­tu­ra, bo tam spo­żyt­ku­je swo­je zdol­no­ści mate­ma­tycz­ne i zaspo­koi zami­ło­wa­nie do pięk­na. Potem odby­ła się stud­niów­ka i Ewa zaczę­ła brać dodat­ko­wo lek­cje rysun­ków, co z cho­dze­niem na muzy­kę i obo­wiąz­ka­mi sekre­tar­ki ZMP zaj­mo­wa­ło jej tak wie­le cza­su, że wresz­cie musia­ła z cze­goś zrezygnować.