Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 13

Nara­da w schow­ku pod schodami

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Szary posta­no­wił zaszyć się na burzo­we popo­łu­dnie w biblio­te­ce. Pla­no­wał to od momen­tu, kie­dy po raz pierw­szy zoba­czył to miej­sce. Biblio­te­ka Babu zro­bi­ła na nim wte­dy wiel­kie wra­że­nie. Póź­niej wie­le razy wpa­dał do niej i pró­bo­wał czy­tać, ale nigdy nie mógł zostać dłu­żej. W zam­ku cią­gle dzia­ło się coś, w czym chciał brać udział. Wie­le koni­ków odno­si­ło się do jego czy­tel­nic­twa scep­tycz­nie, podob­nie zresz­tą jak do czy­tel­nic­twa w ogó­le. Doga­dy­wa­ły mu, robiąc głu­pie uwa­gi, kie­dy tyl­ko napo­mknął o książ­kach albo o czymś, cze­go się z nich dowie­dział. Książ­ki poży­czo­ne z biblio­te­ki Babu czy­tał zwy­kle ukrad­kiem pod koł­drą. Inni już spa­li. Kie­dy w koń­cu książ­ka wypa­da­ła mu z kopy­ta, śnił o jej dal­szym ciągu.

Burzo­wy dzień przy­po­mniał mu Jul­kę czy­ta­ją­cą za żół­tym fote­lem, jesz­cze w Tudii. Uznał to wte­dy za świet­ny pomysł. Prze­szło mu nawet przez myśl, że mimo jej młod­sze­go wie­ku, moż­na się od niej cze­goś nauczyć. W zam­ku miał dla sie­bie całą biblio­te­kę, któ­ra prze­waż­nie sta­ła pusta. Teraz wszedł do niej ukrad­kiem i cicho zamknął drzwi. Na zewnątrz prze­wa­la­ła się ósma tego dnia burza. W biblio­te­ce zro­bi­ło się od niej ciem­na­wo. W oknach wisia­ły spe­cjal­ne, cięż­kie kota­ry plu­szo­we dla ochro­ny ksiąg. Wiel­ki Napraw­czy zawie­sił je na proś­bę Babu. Dzi­siaj nie były potrzeb­ne. Sza­ry musiał je roz­su­nąć, żeby w ogó­le móc czy­tać. Poło­żył się na grzbie­tach tomów usta­wio­nych naj­ni­żej i z przy­jem­no­ścią wcią­gał w noz­drza zapach pra­sta­re­go kurzu. Ota­cza­ły go książ­ki sto­ją­ce na pół­kach od sufi­tu do podłogi.
„To jest to” wes­tchnął. „Marzy­łem o tej chwi­li. Jak ona tę kom­na­tę ład­nie urządziła…”.

Poczuł wiel­ką wdzięcz­ność dla Babu. Wcze­śniej, wstę­pu­jąc do biblio­te­ki, żeby wymie­niać książ­ki, odło­żył sobie na dol­nej pół­ce małą kup­kę do przej­rze­nia. Kie­dy będzie miał tro­chę spo­ko­ju. Teraz zabrał się za nią z wypie­ka­mi. Otwo­rzył zeszyt w znisz­czo­nej, ale pięk­nej opra­wie.  Na pierw­szej stro­nie było wyka­li­gra­fo­wa­ne: Spra­wy i spraw­ki małej szczy­paw­ki. Nie zain­te­re­so­wa­ło go to w tej chwi­li, więc się­gnął po pierw­szą odło­żo­ną książ­kę: Jak sobie radzić z doro­sły­mi. Pod spodem był pod­ty­tuł: Książ­ka dla dzie­ci o doro­słych. Ści­śle taj­ne. Nie prze­ka­zy­wać dorosłym.
- Może powi­nie­nem poka­zać to Jul­ce — powie­dział i poło­żył bli­sko siebie.
Nie­któ­re książ­ki odło­żył kie­dyś w pośpie­chu, zwy­kle dla­te­go, że podo­ba­ły mu się okład­ki. Jed­ną z nich były Upię­cia ogo­na na 5000 spo­so­bów.
- Acha, aku­rat, już sobie to wyobra­żam — zarżał scep­tycz­nie, odsu­wa­jąc ją dale­ko, i się­gnął po Porad­nik nor­ko­to­ra. Z krót­kie­go tek­stu na tyl­nej okład­ce dowie­dział się, że nor­ko­tor to zwie­rzę, któ­re lubi swo­ją norę, chęt­nie w niej sie­dzi i dużo pra­cu­je nad jej ulep­sza­niem lub upięk­sza­niem. Okład­ka mia­ła zdję­cie impo­nu­ją­co urzą­dzo­nej dziupli.
„Coś dla Mylin­ki. Szko­da, że tu nie przy­sze­dłem przed jej przy­lo­tem” pomy­ślał i poczuł, że ma ocho­tę na powieść.
- Rycerz w każ­dym domu, to już bar­dziej… — mruk­nął, po czym prze­szedł do sto­su, na któ­ry naj­bar­dziej się cieszył:
- Gall Ano­nim, Kro­ni­ka pol­ska — prze­czy­tał z okład­ki i bar­dzo sią oży­wił, ale nie zaczął czy­tać od razu. Chciał zoba­czyć 12 tomów inne­go dzie­ła, któ­re też sobie kie­dyś przy­go­to­wał: Rocz­ni­ki, czy­li Kro­ni­ki sław­ne­go Kró­le­stwa Pol­skie­go.
- Jan Dłu­gosz — zarżał i z zaró­żo­wio­ny­mi policz­ka­mi prze­ło­żył 12 ksiąg, żeby zoba­czyć co leży pod nimi.
Ks. Piotr Skar­ga: Żywo­ty świę­tych pol­skich — super­bo­ha­te­ro­wie! To będzie to” pomy­ślał i z tru­dem się ode­rwał, żeby zoba­czyć, co jesz­cze ma przed sobą. Każ­da kolej­na książ­ka inte­re­so­wa­ła go jesz­cze bar­dziej, niż poprzed­nia. Trud­no mu się było zde­cy­do­wać. Posta­no­wił zacząć czy­ta­nie od koń­ca, czy­li od same­go dna przy­go­to­wa­ne­go sto­su. Pod Żywo­ta­mi świę­tych leżał jesz­cze jeden sta­ry tom. Sza­ry wziął go do ręki i uło­żył się na brzu­chu, na grzbie­tach ksią­żek sto­ją­cych na półce.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

W cien­kiej, ale dużej for­ma­tem księ­dze, po któ­rej na próż­no spo­dzie­wał się obraz­ków, zato­pił się w histo­rii smut­ne­go ryce­rza. Rycerz chciał wyna­gro­dzić swo­je­go konia za wier­ność i tru­dy, więc na narzę­dziu do dłu­ba­nia w kopy­cie wygra­we­ro­wał dla nie­go dedy­ka­cję zaczy­na­ją­cą się od słów Dla moje­go ulu­bio­ne­go konia. W cza­sie uczty scho­wał narzę­dzie pod bla­tem sto­łu. Ode­rwa­ny od bie­sia­dy przez waż­ne spra­wy, zapo­mniał o nim. Nie­ste­ty, zaraz potem nie­spo­dzie­wa­nie wyru­szył na bitwę. Nigdy wię­cej nie dane mu już było sie­dzieć przy tym samym sto­le. Przez całe życie żało­wał, że nie poda­ro­wał konio­wi cen­nej pamiąt­ki. Sza­ry prze­rwał czy­ta­nie. Myślał o narzę­dziu wyrwa­nym spod bla­tu sto­łu w miesz­ka­niu Jul­ki.  Bał się, że od wagi rewe­la­cyj­nej infor­ma­cji pęk­nie mu gło­wa: „Nie­sa­mo­wi­te, czy­li nasz stół jest stąd. Teraz wia­do­mo na pewno”.
Zamy­ka­jąc książ­kę, wewnątrz tyl­nej okład­ki, zauwa­żył zło­ty napis:

Opra­wa księgi:

Wuj,
Cer­ty­fi­ko­wa­ny spe­cja­li­sta od opra­wy ksiąg,
Gród Pra­sta­ry, na rogu Rynku

- To nasz Wuj! — ponie­waż znał już wszech­stron­ność Wuja, wca­le go to nie zdzi­wi­ło. — Muszę go zapy­tać, cze­mu porzu­cił opra­wia­nie. Ja bym się tym chęt­nie zaj­mo­wał całe życie.

Roz­pie­ra­ła go chęć poroz­ma­wia­nia z inny­mi, ale zanim wstał, się­gnął po jesz­cze jed­ną książ­kę. Tym razem z pół­ki. Zro­bił to dla­te­go, że była wsu­nię­ta mię­dzy inne tyl­ko do poło­wy. Jak­by jej ktoś w pośpie­chu nie dopchnął do koń­ca. Wyda­ła mu się podej­rza­nie lek­ka, jak na swój roz­miar. W następ­nej chwi­li z wra­że­nia o mało nie spadł z pół­ki. Książ­ka była tajem­nym schow­kiem. Wyglą­da­ła na zwy­kłą księ­gę, opra­wio­ną w skó­rę. Kie­dy ją otwo­rzył, zoba­czył, że cały śro­dek jest wydrą­żo­ny  i wykle­jo­ny bor­do­wym aksa­mi­tem. Na mate­ria­le leżał srebr­ny pier­ścio­nek z jago­dą zamiast kamie­nia. Wpa­tru­jąc się w nie­go, Sza­ry roz­po­znał napis:

Żeby mieć wię­cej cza­su, trze­ba prze­stać się spie­szyć. Zatrzy­maj się i pomyśl

 

Wziął lupę, któ­rą miał pod kopy­tem, i bez tru­du prze­czy­tał dalej:

 

dokąd idziesz, i czy napraw­dę chcesz tam iść.
Dobrze wyko­rzy­stać czas, zna­czy być dobrym.
Znajdź czas dla innych, w tym bied­nych, nie­szczę­śli­wych, i odrzuconych.

„Prze­pis na dobre wyko­rzy­sta­nie cza­su. Cza­su, któ­re­go nie da się zro­bić. Ale cza­su, któ­ry już mamy, bo został nam dany. Nie­sa­mo­wi­te…” powie­dział do sie­bie. „Muszę zna­leźć innych”.
Coraz bar­dziej utwier­dza­ła się w nim świa­do­mość, że biblio­te­ka, nad któ­rą spra­wo­wa­ła pie­czę Babu, była praw­dzi­wą skarb­ni­cą wie­dzy. Nie tyl­ko kry­ła w sobie wie­le tajem­nic, ale mogła też pomóc w ich wyja­śnia­niu. Nie mógł cze­kać ani chwi­li dłu­żej. Poko­nu­jąc coraz to nowe, nie­zna­ne sobie, tajem­ne kory­ta­rze, bez pla­nu zam­ku spo­rzą­dzo­ne­go przez Wiel­kie­go Napraw­cze­go, kłu­so­wał, miej­sca­mi prze­cho­dząc w galop. Po scho­dach biegł jak na skrzy­dłach i nicze­go się nie bał.
„Na pew­no sie­dzą gdzieś w środ­ku, nie kąpią się prze­cież w fosie” pomy­ślał, widząc przez okno stru­gi deszczu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

* * *

Zaraz po tym, jak Sza­ry pierw­szy wybiegł po obie­dzie z jadal­ni, pozo­sta­łe konie kró­lew­skie posta­no­wi­ły w cza­sie sza­le­ją­cej burzy trzy­mać się razem. Zauwa­ży­ły, że wszy­scy roz­cho­dzą się w róż­ne stro­ny i poczu­ły się nie­swo­jo. Mimo wcze­sno­po­po­łu­dnio­wej pory w zam­ku było ciemno.
- Czy nie uwa­ża­cie, że nazbie­ra­ło się tro­chę spraw, któ­re powin­ni­śmy omó­wić na spo­koj­nie? — spy­tał konik w kolo­rze sko­rup­ki jajka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Pozo­sta­łe koni­ki natych­miast zgo­dzi­ły się na zor­ga­ni­zo­wa­nie zebra­nia. W ten spo­sób nikt nie musiał się przy­znać, że jest mu łyso zostać same­mu. Wspól­ne sie­dze­nie w jakimś przy­tul­nym kąci­ku zebra­nio­wym bar­dzo im w tej chwi­li odpo­wia­da­ło. Chwi­lę bie­ga­ły całym sta­dem w róż­nych kie­run­kach, aż w koń­cu wybór padł na scho­wek Babu pod scho­da­mi koło kuch­ni. Już wcze­śniej odkry­ły, że Babu nie zamy­ka go na klucz. Był zacisz­ny, cie­pły, i cudow­nie pach­nia­ło w nim przy­pra­wa­mi. Miał tyl­ko jed­no małe, okrą­głe okien­ko, przez któ­re wpa­da­ło mało świa­tła, ale za to bły­ska­wi­ce też było przez nie mało widać. Koni­ki bały się burzy, bo wie­dzia­ły, że jest napraw­dę nie­bez­piecz­na, ale z dru­giej stro­ny lubi­ły nastrój, któ­ry przy­no­si­ła. Usa­do­wi­ły się na środ­ku schow­ka. Po każ­dym grzmo­cie bez­wied­nie przy­su­wa­ły się do sie­bie, tak że krąg coraz bar­dziej się zacie­śniał. Po chwi­li sie­dzia­ły zupeł­nie przy­tu­lo­ne. Na wszel­ki wypa­dek mia­ły przy sobie tar­cze i mie­cze z masy sol­nej, któ­re wyschły już na kamień. Ze wzglę­du na wagę oma­wia­nych spraw usta­li­ły, że zebra­nie będzie tajne:
- Musi­my uzgod­nić hasło. Pro­po­nu­ję: TYGRYS WYGRYS MA… — zarżał Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łatką.
- Każ­dy wie, że …SIOSTRĘ I BRATA! — prych­nął scep­tycz­nie konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki, któ­ry uwa­żał, że Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką zawsze się wymą­drza. A już szcze­gól­nie na zebraniach.
- Już zaczy­na — mruknął.
- W takim razie może­my zro­bić inny odzew, na przy­kład niech będzie tak: TYGRYS WYGRYS MA?, a odpo­wiedź: PONAD 3 LATA — Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką łatwo się nie zrażał.
- Nie, bez prze­sa­dy. Wygrys się na nas obra­zi, jak usły­szy coś takie­go. Powie, że zno­wu mu wypo­mi­na­my wiek. To jest zupeł­nie bez sen­su — konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki wydął chra­py z niesmakiem.
- A co byś powie­dział na: ZA DUŻO FUTRA? — nie pod­da­wał się Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łatką.
- Wygrys czę­sto narze­ka w lecie, że mu za gorą­co, tak że to może ma jakiś sens… — wtrą­cił konik w kolo­rze łupi­ny orze­cha włoskiego.
Pro­po­zy­cja zosta­ła przyjęta.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Myślę, że wszyst­kim wam cho­dzi po gło­wie to, co mnie — zaczął konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka, któ­ry przez całe waka­cje zaglą­dał do rulo­nów przy­wie­zio­nych z Tudii i prze­cho­wy­wa­nych pod posła­niem. — Tyl­ko cią­gle jeste­śmy za bar­dzo zaję­ci, żeby się tym wresz­cie zająć.
- Yhm… yhm — roz­le­gło się pota­ku­ją­ce rże­nie z róż­nych stron.
- No pew­nie, rulo­ny — mruk­nął Jasnoszary.
- Czy zro­zu­mie­li­ście coś z histo­rii dok­to­ra Toma­ny­szew­skie­go o czer­wo­nym robacz­ku? — odwa­żył się zapy­tać Sza­ry w małe czar­ne łat­ki na grzbiecie.
- Czer­wiec pol­ski  — powie­dział konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka — był przez kil­ka wie­ków uży­wa­ny do far­bo­wa­nia tka­nin w całej Euro­pie. Na czer­wo­no. O tym wła­śnie mówił dok­tor. A potem też o innych kolo­rach. Wszyst­ko sta­ło sią dla mnie wte­dy jasne. Nasze rulo­ny zawie­ra­ją cen­ne recep­tu­ry na kolo­ry do farbowania.
- Na pew­no pięk­ne kolo­ry — powie­dział z prze­ję­ciem Szary.
- Na pew­no taj­ne recep­tu­ry — dodał rze­czo­wo Ciemnobrązowy.
- Ja się tego domy­śla­łem już znacz­nie wcze­śniej — Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką prze­waż­nie wszyst­ko wie­dział wcze­śniej, niż inni.
- Tak, od daw­na wszy­scy mie­li­śmy jakieś prze­czu­cia, ale czy nic wam się nie rzu­ci­ło w oczy, kie­dy Babu dosta­ła prze­sył­kę barw­ni­ków? — zapy­tał konik w kolo­rze sko­rup­ki jajka.
Patrzy­li po sobie i wzru­sza­li ramionami.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Były pięk­nie opa­ko­wa­ne — przy­po­mniał sobie jeden z brą­zo­wych koników.
- I takie archa­icz­ne, jak­by nie­dzi­siej­sze — dodał inny.
- Od razu zwró­ci­łem uwa­gę na ety­kie­ty i dołą­czo­ne instruk­cje — ode­zwał się zno­wu sko­rup­ko­wy. — Liter­nic­two było iden­tycz­ne, jak na naszych rulo­nach. Czę­sto powta­rza­ły się te same wyra­zy, co na nich. Ale wie­cie, co mnie naj­bar­dziej ude­rzy­ło? Zapach. Po zapa­chu wie­dzia­łem, że pocho­dzą z tego same­go miejsca.
Nikt nic nie powie­dział, ale koni­ki były pod wiel­kim wra­że­niem. W myślach odtwa­rza­ły fak­ty i przy­zna­wa­ły, że to, co mówi konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka, wyda­je się bar­dzo prawdopodobne.
- To jesz­cze nie wszyst­ko. Zanim zabra­li skrzy­nię do piw­nic, odpi­sa­łem adres z kart­ki ze sło­wem Fak­tu­ra na samej górze. Roz­cią­gnął przed nimi mały papie­rek zło­żo­ny w kostkę.
- W jed­nej trze­ciej dro­gi mię­dzy Ryn­kiem, a Zam­kiem, Kró­lew­ski Gród Pra­sta­ry — prze­czy­tał począ­tek swo­jej notat­ki. —  Myślę, że powin­ni­śmy się tam wybrać.
- To może nie być takie łatwe. Jak na przy­kład wytłu­ma­czyć, po co jedzie­my?  — mruk­nął Ciemnoszary.
- Trze­ba będzie zna­leźć pre­tekst — powie­dział Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łatką.
- Taka oka­zja może nam się już nigdy nie zda­rzyć. Jeste­śmy bar­dzo bli­sko — Ciem­no­brą­zo­wy też był za wyprawą.
- A co z inny­mi waż­ny­mi rze­cza­mi? Mie­li­śmy na przy­kład zba­dać spra­wę wytwa­rza­nia cza­su wyso­kiej jako­ści… — zapy­tał Beżowobury.
W tym momen­cie poru­szy­ła się klam­ka. Zanim koni­ki zdą­ży­ły prze­stra­szyć się na dobre, w szpa­rze zoba­czy­ły łeb Sza­re­go, któ­ry wszedł do środ­ka i zamknął za sobą drzwi.
- Co tu robi­cie po ciem­ku? — był zdy­sza­ny, bo dłu­go ich szukał.
- TYGRYS WYGRYS MA?!!!- wysko­czył na nie­go znie­nac­ka Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łatką.
- Osza­la­łeś? — Sza­ry aż przy­siadł na zadzie.
- To jest hasło! Dokończ!
- SIOST… — wyją­kał Sza­ry, któ­ry przy­po­mi­nał sobie, jak konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmie­tan­ki mówił mu kie­dyś, że wymy­ślił wyli­czan­kę o Wygry­sie. Nie pamię­tał jej tyl­ko cał­kiem dokładnie.
- Natych­miast wyjdź! — Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką sta­now­czo wska­zał mu kopy­tem drzwi. — To jest taj­ne zebra­nie. Nie znasz hasła.
Tego już nie wytrzy­mał Ciem­no­sza­ry. Od cza­su obia­du śmie­szył go kawa­łek mar­chew­ki, któ­ry utkwił Bia­łe­mu mię­dzy zęba­mi. Teraz zoba­czył, że mar­chew­ka jest tam w dal­szym cią­gu.  Uwa­żał, że Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką wyglą­da prześmiesznie.
- Lepiej wyj­mij sobie to coś poma­rań­czo­we­go z mię­dzy zębów — powie­dział spokojnie.
Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką kom­plet­nie onie­miał i zamknął paszczę.
- Prze­cież widać, że to swój — dodał jesz­cze Ciem­no­sza­ry i zro­bił Sza­re­mu miej­sce w kręgu.
Sza­ry usiadł, bo i tak nie miał już siły stać. Od bie­ga­nia po całym zam­ku trzę­sły mu się kopy­ta. Był też spocony.
- Przy­sze­dłeś nam coś poczy­tać? — zapy­tał Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką ironicznie.
Zaczął się nabi­jać z czy­ta­nia Sza­re­go tyl­ko z przy­zwy­cza­je­nia, bo w tej chwi­li nie było im do śmiechu.
- Nie, poka­zać — odpo­wie­dział Sza­ry i otwo­rzył książ­kę scho­wek, któ­ra wyjął z tor­by przy siodle.
- Nie­zły sejf. Jak to zna­la­złeś? — Ciem­no­sza­ry przy­su­nął się bli­żej, żeby lepiej zobaczyć.
- Mię­dzy książkami.
- To jest zwy­czaj­na jago­da? — spy­tał Ciemnoszary.
- Wyglą­da i pach­nie jak zwy­czaj­na — powie­dział Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łatką.
- Nie taka cał­kiem zwy­czaj­na, bo ma coś wygra­we­ro­wa­ne­go. Sza­ry wyjął lupę i pod­cho­dząc do okna powo­li prze­czy­tał na głos:
- Żeby mieć wię­cej cza­su, trze­ba prze­stać się spie­szyć. Zatrzy­maj się i pomyśl dokąd idziesz, i czy napraw­dę chcesz tam iść. Dobrze wyko­rzy­stać czas, zna­czy być dobrym. Znajdź czas dla innych, w tym bied­nych, nie­szczę­śli­wych i odrzu­co­nych. Nie bój się być dobrym, nawet jeże­li pra­wie ze wszyst­kich stron sły­szysz rady, żeby wybrać coś wręcz prze­ciw­ne­go. — Sza­ry był zasko­czo­ny, bo wyda­wa­ło mu się, że ostat­nie­go zda­nia wcze­śniej w jago­dzie nie było.
- Pano­wie, wyglą­da na to, że nie musi­my już szu­kać ogrod­ni­ka — powie­dział poważ­nie Ciemnoszary.
- Nie­sa­mo­wi­te, jak ktoś to wygra­we­ro­wał w praw­dzi­wym owo­cu… — wszy­scy po kolei oglą­da­li teraz pier­ścio­nek i ści­ska­li jago­dę, któ­ra wca­le się od tego nie zmieniła.
- Co z nim zro­bisz? — zapy­tał beżo­wy konik w ciem­no­brą­zo­we łaty.
- Chciał­bym go dać Jul­ce, ale wyda­je mi się, że powi­nie­nem go oddać do biblioteki.
- Przy­naj­mniej go jej pokaż — zasu­ge­ro­wał Gra­fi­to­wy, a Sza­ry scho­wał cudow­ny pier­ścio­nek drżą­cy­mi kopytami.
Zda­nia prze­czy­ta­ne cichym gło­sem, wciąż brzmia­ły wszyst­kim koni­kom w uszach. Tym razem nikt się z Sza­re­go nie nabijał.
- Wyglą­da na to, że nie tra­ci­łeś cza­su — powie­dział Beżo­wy, któ­re­mu było głu­pio za to, jak go zwy­kle trak­to­wa­li, kie­dy wspo­mi­nał o czytaniu.
- Czy wy nie rozu­mie­cie? — Sza­ry usiadł z powro­tem na pod­ło­dze i pod­cią­gnął przed­nie kopy­ta pod bro­dę. — Słu­chaj­cie, prze­cież w tych jej książ­kach jest wszystko!
Patrzy­li na nie­go pytająco.
- Babu ma tam wszyst­kie odpo­wie­dzi! Wystar­czy tyl­ko tro­chę pogrze­bać. Znaj­du­je się nawet odpo­wie­dzi, do któ­rych nie zna­ło się pytań. Rze­czy, o któ­rych napraw­dę war­to wiedzieć…
- Co masz na myśli? — zapy­tał Bia­ły, coraz bar­dziej zafa­scy­no­wa­ny. Nigdy nie widział Sza­re­go w takim sta­nie: pod­eks­cy­to­wa­ne­go, a rów­no­cze­śnie pew­ne­go swo­ich racji. Widać było, że czy­ta­nie jest jego praw­dzi­wą pasją. Taką, dla któ­rej moż­na nawet znieść upokorzenia.
- Pamię­ta­cie stół do wszyst­kie­go u Jul­ki w miesz­ka­niu? Wła­śnie zna­la­złem dowód na to, że pocho­dzi z Tamdii.
- ? ? ? ? ? ? — koni­kom trud­no było uwie­rzyć, że Sza­ry może mieć coś cie­ka­we­go do powie­dze­nia. Do tej pory zawsze wyda­wał im się nud­ny. Na wszel­ki wypa­dek mil­cza­ły, ale tym razem już z zaciekawieniem.
- Pamię­tasz narzę­dzie do dłu­ba­nia w kopy­cie, któ­re wyją­łeś spod sto­łu? To, któ­re wbi­ja­ło ci się w brzuch? — Sza­ry zwró­cił się do Karego.
- No pew­nie, zawsze je noszę ze sobą.
- W książ­ce z biblio­te­ki Babu są opi­sa­ne oko­licz­no­ści, w jakich pewien rycerz wło­żył to narzę­dzie pod stół tutaj, w tej Kra­inie, rozumiecie?
Kary wyjął ze swo­jej tor­by przy sio­dle narzę­dzie, a Sza­ry ze swo­jej książ­kę. Porów­na­li napisy.
- pro meus ven­tus equ­us A.D. — prze­czy­tał Kary z dłu­bacz­ki, któ­rej wie­le razy uży­wał od cza­su, kie­dy ją znalazł.
- Dla moje­go ulu­bio­ne­go konia — prze­czy­tał Sza­ry z książ­ki — nie­ste­ty nie mam tu mowy o roku.
- Pew­nie dla­te­go Jul­ka tak lubi ten stół. To dla niej jesz­cze jeden łącz­nik mię­dzy Tudią a Tam­dią, Kra­iną Przod­ków. Musia­ła to wyczu­wać intu­icyj­nie — szep­nął do sie­bie konik w kolo­rze sko­rup­ki jajka.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Trze­ba Jul­ce powie­dzieć o sto­le! A przy oka­zji namó­wić ją na wyjazd pod adres z fak­tu­ry. My też nie mar­no­wa­li­śmy cza­su — powie­dział już gło­śniej do Sza­re­go i wpro­wa­dził go w spra­wę pla­no­wa­nej wyciecz­ki do Gro­du Prastarego.

Za ścia­ną usły­sze­li poje­dyn­cze stu­ki. Potem zaczę­ło się tam robić coraz gło­śniej. Przy­po­mnie­li sobie, że sie­dzą koło kuch­ni, a odgło­sy ozna­cza­ją czas kola­cji. Ucie­szy­li się, że spo­tka­ją zaraz wszyst­kich w sali z komin­kiem, do któ­rej żad­na burza nie ma dostę­pu, bo nie ma w niej okien. Mie­cze i tar­cze posta­no­wi­li zosta­wić w skła­dzi­ku pod schodami.
- Rze­czy­wi­ście nako­pa­łeś tro­chę wie­dzy w tych two­ich ksią­żecz­kach. — Bia­ły z tyl­ko jed­ną sza­rą łat­ką sztur­chął Sza­re­go w bok, po raz pierw­szy z cał­ko­wi­tą sympatią.
- Tak, i to tyl­ko przez jed­no popołudnie.
Inni nic nie mówi­li, ale czu­li się dziw­nie, zda­jąc sobie spra­wę, że to wła­śnie Sza­ry rzu­cił świa­tło na waż­ne dla wszyst­kich tajem­ni­ce. Nie patrzy­li sobie z nim jesz­cze pro­sto w oczy, ale już to pla­no­wa­li. Nie było to zresz­tą takie pro­ste, bo on sam czę­sto spusz­czał wzrok. Konik w kolo­rze kawy z mle­kiem pomy­ślał, że w dro­dze do Gro­du Pra­sta­re­go pozwo­li Sza­re­mu sie­dzieć z przo­du, mimo że to miej­sce było zwy­kle zare­zer­wo­wa­ne dla nie­go, bo na tyl­nych sie­dze­niach robi­ło mu się nie­do­brze. Nabra­li wra­że­nia, że wkra­cza­ją na wła­ści­we tory.

 

Sza­now­ny Wędrowcze,
Jeże­li myślisz, że tę książ­kę war­to prze­czy­tać, daj innym znać, cho­ciaż w jed­nym zda­niu, dla­cze­go warto.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jest to spon­ta­nicz­na, nie­śmia­ła proś­ba koni­ków do Wędrow­ców, któ­rzy wstą­pi­li do Zam­ku z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a może nawet zatrzy­ma­li się w nim na dłu­żej. Zwłasz­cza do Tych, któ­rym się tu podo­ba­ło i uwa­ża­ją, że jest to książ­ka war­ta, żeby do niej wejść, zatrza­snąć za sobą okład­ki i chwi­lę w niej posiedzieć.

Cho­dzi po pro­stu o jakieś dobre sło­wo, lub dwa.

Może jed­no zdanie.

Każ­da wypo­wiedź od ser­ca, choć­by naj­krót­sza, będzie przy­ję­ta przez koni­ki z naj­wyż­szą koń­ską wdzięcznością.

Wszyst­kie rze­czy liczą się w życiu, nawet te naj­mniej­sze, więc, kto wie, może wła­śnie te krót­kie wpi­sy pomo­gą koni­kom poga­lo­po­wać dalej. Zale­ży im na dru­gim wyda­niu książ­ki, bo one poza nią prze­cież w ogó­le nie istnieją.

Dobre sło­wo pod adre­sem tej książ­ki moż­na wysłać do koni­ków na ema­il: marta.kotburska@gmail.com

Koni­ki wpi­szą je do Zam­ko­wej Księ­gi Wędrow­ców, czy­li tutaj:

https://www.starystoldowszystkiego.com/zamkowa-ksiega-wedrowcow/

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami