— Chciał­bym jesz­cze dodać, że mąż Ani, John, zna­czy się Jan Woj­dan jest leka­rzem onko­lo­giem zatrud­nio­nym na eks­po­no­wa­nym sta­no­wi­sku w pry­wat­nej kli­ni­ce dok­to­ra Bright’a czy Wright’a… — nie omiesz­kał tego pod­kre­ślić pan inży­nier. — Mię­dzy Bogiem, a praw­dą, trud­ny jest ten angiel­ski, a mówię to dla­te­go, że od dziec­ka uczy­łem się fran­cu­skie­go i póż­niej tro­chę jesz­cze hisz­pań­skie­go, a nawet odro­bi­nę włoskiego…

        — Z tym angiel­skim to się z panem inży­nie­rem w zupeł­no­ści zga­dzam. Ina­czej się pisze, a ina­czej czyta…

        — A jesz­cze ina­czej mówi — zażar­to­wał pan inży­nier Magdziarz.

REKLAMA

        — Oj tak! Syn, a wła­ści­wie syno­wa, bo to był pomysł syno­wej, zago­ni­li mnie na naukę angiel­skie­go. I cho­dzę na kurs już pra­wie tydzień. Muszę się przy­znać panu, panie inży­nie­rze, że tędy mi wla­ta, a tędy wyla­ta — jak to mówią. — i wska­zał na pra­we i lewe ucho. — A naj­gor­sza jest ta wymo­wa, te wszyt­kie „dzy”, „dys”, „dzat” no i te „the­se” i „tho­se”, nie mówiąc już o całej reszcie.

        — To rze­czy­wi­ście musi być bar­dzo trud­ne, ale na pocie­sze­nie powiem panu, że fran­cu­ski też ma kil­ka nie­złych łamańców.

        — Ale przy­jem­niej brzmi lepiej dla ucha, niż ten kan­cia­sty angiel­ski… jest bar­dziej dźwięcz­ny, a chwi­la­mi nawet jak­by taki bar­dziej gęga­ny, nie myśli pan panie inżynierze?

        — A pro­pos, angiel­skie­go znam taką aneg­do­tę, otóż, pewien Polak uskar­ża się Angli­ko­wi, że angiel­ski ma oczy­wi­ście inną pisow­nię od pol­skiej, ale jak pan na począt­ku naszej kon­wer­sa­cji słusz­nie zauwa­żył, że w angiel­skim ina­czej się pisze, a ina­czej czy­ta i ten Polak dał przy­kład nazwi­ska, któ­re pisze się Sha­ke­spe­are, a czy­ta Szek­spir. Na co ów Anglik stwier­dził, że nasz język nie jest wca­le łatwiej­szy i dał taki oto  przy­kład: Pisze się Gło­wac­ki, a czy­ta się Prus!

        — Dobry żart tyn­fa wart! No to na zdro­wie! — zapro­po­no­wał Wła­dy­sław Król. — Cheers!

        — A votre san­té! — dodał inży­nier Magdziarz.

        Minę­ła jede­na­sta. Towa­rzy­stwo nabie­ra­ło jak­by coraz bar­dziej roz­pę­du. A jemu przy­po­mnia­ły się naj­pierw coty­go­dnio­we, zet­em­pow­skie potań­ców­ki, a potem pry­wat­ki, kie­dy jako już pra­wie osiem­na­sto­la­tek, wciąż jesz­cze uczeń tech­ni­kum budow­la­ne­go, wraz z kole­ga­mi bawi­li się w rytm muzy­ki tanecz­nej, tych wszyst­kich tang, foks­tro­tów, wal­czy­ków i cze­go tam jesz­cze… Nie to, cze­go dziś słu­cha mło­dzież, cze­goś zupeł­nie nie do słu­cha­nia. A zaczę­ło się to wszyst­ko wraz z nadej­ściem muzy­ki beato­wej, strasz­nie gło­śnej, wręcz hała­śli­wej i zupeł­nie dlań nie­przy­swa­jal­nej. Bo naj­pierw był Mie­czy­sław Fogg ze swo­imi, jesz­cze przed­wo­jen­ny­mi prze­bo­ja­mi, nie­za­po­mnia­ny­mi „Jesien­ny­mi róża­mi” czy „Pio­sen­ką o mojej War­sza­wie”. Na samo wspo­mnie­nie coś nie­wi­dzial­ne­go chwy­ta czło­wie­ka za gar­dło! A póź­niej była Mar­ta Mir­ska też z prze­bo­ja­mi śpie­wa­ny­mi solo i chó­ral­nie: „Pierw­szy siwy włos”, „Weso­ły pociąg”. No i jesz­cze Sła­wa Przy­byl­ska ze swo­ją chy­ba naj­bar­dziej nostal­gicz­ną pio­sen­ką: „Pamię­tasz była jesień” …”Pokój numer osiem. Sta­ru­szek por­tier z uśmie­chem dawał klucz”… Miał wte­dy dwa­dzie­ścia jeden lat, Stach­na sie­dem­na­ście, kie­dy kró­lo­wa­ła ta pio­sen­ka, a oni w pierw­szych dniach paź­dzier­ni­ka, na począt­ku pol­skiej zło­tej jesie­ni bra­li ślub w koście­le przy pla­cu Zba­wi­cie­la — wspo­mi­nał z roz­czu­le­niem pan Władysław.

        Zaraz po uro­dze­niu się Mariu­sza zaczął ją piesz­czo­tli­wie nazy­wać — Mamuś­ką. Ich syn skoń­czył wła­śnie pierw­szą kla­sę, kie­dy Stach­na nagle zacho­ro­wa­ła. Po trzech tygo­dniach poby­tu w szpi­ta­lu zosta­ła wypi­sa­na, ze wzglę­du na stan nie roku­ją­cy już popra­wy. „Nowo­twór zło­śli­wy narzą­dów rod­nych”. Któ­rejś nocy zmar­ła cicho we śnie. Do dziś, co jakiś czas widzi prze­ra­żo­ne oczy syn­ka i jego roz­pacz­li­we woła­nie: „Mamu­siu obudź się! Mamo! Mamo! Już jest dzień! Wsta­waj mamusiu!”…

        Zawsze miał powo­dze­nie u nie­wiast, ale nie oże­nił się dru­gi raz. Stach­na była jego pierw­szą i już chy­ba na zawsze ostat­nią. Zwłasz­cza przed zaśnię­ciem widział ją nie­rzad­ko uśmiech­nię­tą, cza­sa­mi smut­nie na nie­go patrzą­cą, prze­waż­nie wte­dy, gdy mie­wał jakieś kło­po­ty. W duchu roz­ma­wia­li z sobą dłu­go i czu­le. Wła­dy­sław prze­ko­na­ny był, że ona cze­ka na nie­go, z całą pew­no­ścią cze­ka! Więc, jak­by mógł ją tak hanieb­nie zdra­dzić i zwią­zać się z inną? „Nie­moż­li­we, sta­now­czo niemożliwe!”

        Przy­siadł się do sto­łu, gdzie wła­śnie napra­wia­no Rzecz­po­spo­li­tą, cią­gle jesz­cze „ludo­wą”, cią­gle jesz­cze pod rzą­da­mi Jaru­zel­skie­go, gene­ra­ła skry­wa­ją­ce­go oczy za ciem­ny­mi oku­la­ra­mi. Roz­ma­wia­li bar­dzo pod­eks­cy­to­wa­ni. Wia­do­mo, po alko­ho­lu już wie­lu bie­siad­ni­kom kurzy­ło się z głów. Nie chcąc prze­szka­dzać przy­słu­chi­wał się ich dys­ku­sji, a wła­ści­wie, jak­by kłót­ni, choć pra­wie każ­dy z nich miał podob­ne zda­nie na temat Ojczy­zny stłam­szo­nej przez pra­wie czter­dzie­ści lat czymś, co mia­ło przy­nieść Jej odro­dze­nie i wol­ność, a przy­nio­sło kolej­ną nie­wo­lę! Zale­d­wie dwa mie­sią­ce temu zawie­szo­no „stan wojen­ny” celem uni­ce­stwie­nia „Soli­dar­no­ści” — jak nazwa­no przy­krę­ce­nie śru­by przez jun­tę. „Nihil novi” — pomy­ślał Wła­dy­sław. — „Tak samo zale­ga­li­zo­wa­no komu­nizm w Pol­sce, w czter­dzie­stym siód­mym, a wcze­śniej Prze­wrót Majo­wy — z tą róż­ni­cą, że to niby zosta­ło prze­pro­wa­dzo­ne bez naci­sków z zewnątrz… Ale, czy na pew­no? A jesz­cze wcze­śniej rosyj­ska inter­wen­cja prze­ciw Kon­sty­tu­cji Trze­cie­go Maja i moż­na by tak wyli­czać pra­wie bez koń­ca te wszyst­kie zama­chy na Pol­skę… A Ona, Naj­ja­śniej­sza Rzecz­po­spo­li­ta zawsze jest wol­na, jak nie rze­czy­wi­ście to tyl­ko pozor­nie, na niby, ale na zawsze pozo­sta­je wol­na w… naszych pol­skich ser­cach. W jakim­kol­wiek wie­ku byśmy nie byli i gdzie­kol­wiek byśmy nie byli” — zamy­ślił się Władysław.

        — A pan, panie Ojcze, co pan tak skrom­nie z kra­ja. Pro­si­my tu do nas bli­żej, o tu, do śro­decz­ka! Bar­dzo pro­si­my! — zwró­cił się do nie­go jeden z dys­ku­tan­tów. Wstaw­szy wska­zał mu swo­je miejsce.

        — Dzię­ku­ję panu bar­dzo. Ja tyl­ko tak, na chwil­kę przy­cup­ną­łem, żeby nogom ulżyć, bo nie przy­wy­kłem do tych waszych ame­ry­kań­skich, cho­dzo­nych party.

        — Zapra­sza­my, zapra­sza­my pana do nas — szcze­bio­ta­ła ślicz­not­ka o modrych oczach jak nie­bo prze­my­te desz­czem. — Nie wypa­da, żeby tata gospodarza.…

        — A co tam sły­chać w Kra­ju? Pytam, mimo, iż mamy tu co tydzień wia­do­mo­ści z Pol­ski… ale to, co inne­go usły­szeć na żywo, bo tele­wi­zja wiadomo…

        Czuł się lek­ko skrę­po­wa­ny tą ciszą jaka nagle zapa­dła, ich spoj­rze­nia­mi, jak­by będąc kimś stam­tąd, jed­no­cze­śnie był kimś zna­czą­cym. A oni pyta­li po tro­sze z cie­ka­wo­ści, a po tro­sze przez grzecz­ność, tyl­ko dla­te­go, że był ojcem Mariu­sza przez któ­re­go zosta­li tu wszy­scy zaproszeni.

        — Napraw­dę nie wiem, co mam Pań­stwu odpo­wie­dzieć… Żyje­my lepiej lub gorzej, ale jakoś tam żyjemy.

        — Bo tu do nas docie­ra­ją wia­do­mo­ści, że mają być duże zmia­ny. Tak przy­naj­mniej sądzą nie­któ­re źró­dła ame­ry­kań­skie,  zwłasz­cza, że podob­no  Andro­pow ze zdro­wiem coś nie za bardzo…

        — No wła­śnie! Dzwo­nio­no do mnie z Krem­la w tej spra­wie… Ale co ja mogłem im pora­dzić, ja pro­sty maj­ster budowlany…

        Naj­ra­do­śniej śmia­ła się ta błę­kit­no­oka pięk­ność, któ­rej na pierw­szy rzut oka dał­by nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, a kie­dy przyj­rzał się jej nie­co dokład­niej, spra­wia­ła wra­że­nie tro­chę star­szej, mogła być nawet już pod czter­dziest­kę. Zauwa­żył w jej spoj­rze­niu nie tyl­ko zwy­kłe zain­te­re­so­wa­nie kogoś, komu kur­tu­azja naka­zu­je być miłym ze wzglę­du na jego tutaj pozy­cję, ale jak­by widzia­ła w nim męż­czy­znę god­ne­go nie tyl­ko prze­lot­nej uwa­gi, ale cze­goś wię­cej…  „E, zwy­kłe roje­nia, prze­lot­ne ocza­ro­wa­nie kobie­cym pięk­nem i nic poza tym. Za póź­no już na unie­sie­nia, sta­now­czo za póź­no! A poza tym, jest zbyt atrak­cyj­ną kobie­tą, żeby nie mia­ła kogoś przy sobie, a nawet gdy­by i nie, to cóż mógł­by dla niej zna­czyć, on, czło­wiek stam­tąd, bez żad­nej pozy­cji… Eh! Zwy­kłe roje­nia, nic poza tym” — roz­my­ślał pró­bu­jąc poha­mo­wać się od tych cią­głych spoj­rzeń w jej stro­nę. Ale co i raz to, spo­ty­ka­li się wzrokiem.

        — Wszyst­kie­mu jest win­ne to nasze cho­ler­ne poło­że­nie — powie­dział ten, któ­ry zapra­szał go do „śro­decz­ka”. — A wła­ści­wie to, że jeste­śmy oto­cze­ni przez pro­te­stan­tów od zacho­du i pół­no­cy, a tak­że w dużej mie­rze i od połu­dnia, nato­miast od wscho­du przez pra­wo­sła­wie. Cho­ciaż już dziś ma to nie­wiel­kie zna­cze­nie, ale w prze­szło­ści… Dla­te­go mówiąc o Pol­sce nie nale­ży o tym zapominać.

        — Prze­sa­da! — dobit­nie powie­dział łysie­ją­cy rudzie­lec ze szpicbródką.

        — Na jakiej pod­sta­wie tak twier­dzisz? — zapy­tał jego przed­mów­ca, Andrzej Mil­czan, przy­ja­ciel Mariusza.

        — Bo według mnie, w dzi­siej­szych cza­sach reli­gia ma naj­mniej­szy wpływ na zbiorowość.

        — Ale kie­dyś mia­ła! I to bar­dzo duży, choć­by za cza­sów kon­tre­for­ma­cji. Śmiem nawet twier­dzić, że Pola­cy będąc w więk­szo­ści kato­li­ka­mi, ura­to­wa­li swo­ją naro­do­wą duszę! — wtrą­cił wyglą­da­ją­cy na Hin­du­sa bru­net w oku­lar­kach à la John Lenon. — Tyl­ko dzię­ki wie­rze i nie­ugię­tej posta­wie Kościo­ła jeste­śmy tym kim jesz­cze jesteśmy.

        — A kim jeste­śmy? — pytał mru­żąc swo­je lek­ko sko­śne oczy rudy „Szpic­bród­ka”.

        — Polakami.

        — Pola­ka­mi, Pola­ka­mi! — nacie­rał ten gość tak bar­dzo teraz podob­ny do chy­tre­go Azjaty.

        — Pola­kiem jest papież i Pola­kiem jest Jaru­zel, i Pola­kiem mie­ni się być Urban! Więc jak to jest z tym całym „być Polakiem”?

        — Pol­skość jest nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­na z kato­li­cy­zmem! Chy­ba nie zaprzeczysz?

        ‑Zaprze­czę! Bo jeśli już się­ga­my do histo­rii, to prze­cież Pol­ska Rzecz­po­spo­li­ta była kra­jem wie­lo­wy­zna­nio­wym i wieloetnicznym…

        — Rzecz­po­spo­li­ta Pol­ska — popra­wi­ła go ta modro­oka zwra­ca­ją­ca na sie­bie uwa­gę nie tyl­ko jego, jak zdą­żył się zorientować.

        — A jakie to ma znaczenie?

        — Zasad­ni­cze — odpo­wie­dzia­ła z cza­ru­ją­cym uśmiechem.

        ‑Zasad­ni­cze też zna­cze­nie ma to, że byli­śmy i wciąż jeste­śmy oto­cze­ni inny­mi cywi­li­za­cja­mi, od wscho­du i zacho­du, a tak­że czę­ścio­wo i od połu­dnia, a od wewnątrz jesz­cze inną cywi­li­za­cją… – mówił ten w oku­lar­kach, Jacek Zabiełło.

        — O czym ty mówisz? O jakich innych cywi­li­za­cjach? — pytał zdzi­wio­ny „Szpic­bród­ka”.

        — O cywi­li­za­cjach na któ­re podzie­lo­na jest ludz­kość… Na przy­kład, my Pola­cy nale­ży­my do cywi­li­za­cji  łaciń­skiej czy­li chrze­ści­jań­skiej, jak więk­szość kra­jów Zacho­du, poza Niem­ca­mi, któ­rzy według pro­fe­so­ra Felik­sa Konecz­ne­go nale­żą do cywi­li­za­cji bizan­tyj­skiej,  gdzie poli­ty­ka nie krę­pu­je się ety­ką. Jedy­nie wład­ca ma być etycz­ny, a przede wszyst­kim „sku­tecz­ny”. Za przy­kład może posłu­żyć Fry­de­ryk Wiel­ki albo Bismarck. Jeśli cho­dzi o Hitle­ra to zna­czył coś, ale tyl­ko wte­dy, kie­dy wygry­wał. Albo to, ten podzi­wia­ny przez wie­lu „nie­miec­ki porzą­dek”, to nic inne­go jak tyl­ko prze­rost for­my nad tre­ścią — mówił Jacek Zabieł­ło, jak się póź­niej oka­za­ło, histo­ryk. — Nato­miast Rosja nale­ży do  cywi­li­za­cji turań­skiej czy­li cywi­li­za­cji zamor­dy­zmu, bo tam ide­ałem wład­cy jest sro­gi despo­ta dla któ­re­go poję­cie moral­no­ści jest obce. Turańsz­czy­zna pogar­dza reli­gią i nauką, ponad­to brak jej histo­ry­zmu w prze­ci­wień­stwie do cywi­li­za­cji łaciń­skiej. Pola­cy chro­ni­li Euro­pę od turań­skie­go zale­wu już od trzy­na­ste­go wie­ku, naj­pierw wal­cząc z hor­da­mi mon­gol­ski­mi, z Tata­ra­mi i Rusią, a potem z koza­czy­zną, Tur­cją i wresz­cie z Rosją… Nie zapo­mi­naj­my o jesz­cze jed­nym, bar­dzo waż­nym aspek­cie — kon­ty­nu­ował. — Cho­dzi mi o Żydów osia­dłych w Rze­czy­po­spo­li­tej, któ­rzy jako odręb­na cywi­li­za­cja, jed­na z naj­star­szych, jest cywi­li­za­cją sakral­ną, cha­rak­te­ry­zu­ją­cą się wybrań­stwem i mesja­ni­zmem. Żydzi posia­da­ją, wbrew pozo­rom, aż pięć reli­gii zbu­do­wa­nych na Torze…

        — Prze­pra­szam, zbu­do­wa­nych na… jakim torze? — zażar­to­wał jeden ze słuchaczy.

        Zabieł­ło uśmiech­nął się tyl­ko i kon­ty­nu­ował dalej.

        — Ich cywi­li­za­cję cha­rak­te­ry­zu­je gro­mad­ność, a naszą indy­wi­du­alizm. Gro­mad­ność wystę­pu­je też w bizan­ty­ni­zmie, a tak­że i w turańsz­czyź­nie. Mię­dzy inny­mi, powo­du­je to u jed­nost­ki zanik wol­nej woli, któ­ra pro­wa­dzi do bier­no­ści. Czło­wiek w tych cywi­li­za­cjach zda­ny jest na fatum. Żydzi wyzna­ją mono­la­trię czy­li wia­rę w jed­ne­go, wła­sne­go boga. Nato­miast w cywi­li­za­cji chrze­ści­jań­skiej jest mono­te­izm — wia­ra w jedy­ne­go Boga. Żyd może być nawró­co­nym kato­li­kiem, może zostać nawet kar­dy­na­łem, a jego rodzo­ny brat może być nawet człon­kiem biu­ra poli­tycz­ne­go Komu­ni­stycz­nej Par­tii… Pata­go­nii, ale zawsze obaj będą trak­to­wa­ni przez innych Żydów jako człon­ko­wie tej samej, żydow­skiej spo­łecz­no­ści! Ponad­to, jako cie­ka­wost­kę chciał­bym jesz­cze dodać, że kul­tu­rą żydow­ską jest socja­lizm, ale już nie bol­sze­wizm, a tak­że i wbrew pozo­rom, nale­ży też do niej i naro­do­wy socja­lizm, lecz nie faszyzm wywo­dzą­cy się z cywi­li­za­cji bizan­tyj­skiej. Oby­dwie te dok­try­ny wie­rzy­ły i jesz­cze wie­rzą w pre­de­sty­na­cję rasy lub kla­sy. Na zakoń­cze­nie chciał­bym dodać, w moim prze­ko­na­niu rzecz waż­ną, że ety­ka u Żydów wyni­ka z pra­wa, nato­miast u nas, w cywi­li­za­cji chrze­ści­jań­skiej, jest dokład­nie na odwrót, to pra­wo wyni­ka z ety­ki… No i ta ich rózno­rod­ność etyk w cudzy­sło­wie, na róż­ne oka­zje, nawet na róż­ne dni…         Jed­nym sło­wem, Żydzi są „obro­to­wi”…  Moż­na by jesz­cze dłu­go mówić na ten temat… Ale…

        — Czy ty jesteś anty­se­mi­tą? — prze­rwa­ła mu któ­raś z tych mło­dych dam, nie uczest­ni­czą­cych dotych­czas w dyskusji.

        — A czy ty jesteś Żydówką?

        — Nie, nie jestem! A nawet jak­bym była?

        — To jesteś, czy nie jesteś?

        — Co to w ogó­le ma do rzeczy?

        — Ma, bo jeśli jesteś nią, to masz pra­wo uznać mnie za anty­se­mi­tę, gdyż wie­lu Żydów trak­tu­je anty­se­mi­tyzm jako spo­iwo ich spo­łecz­no­ści, a jeśli nią nie jesteś, to nie rozu­miem dla­cze­go o to pytasz.  Czyż­bym mówił coś obraź­li­we­go o Żydach?

        Nic nie odpowiedziała.

        — Skom­pli­ko­wa­ne to wszyst­ko… —  dodał ktoś inny.

        — Chwi­lecz­kę, ale chciał­bym usły­szeć od cie­bie, Jacek, jak się ta spra­wa z cywi­li­za­cja­mi ma do naszej pol­skiej histo­rii i wresz­cie do współ­cze­sno­ści? — nie ustę­po­wał „Szpic­bród­ka”.

        — Ma to, według mnie, ogrom­ne zna­cze­nie, gdyż Pol­ska jest jak wyspa oto­czo­na nie­zbyt przy­ja­zny­mi, jeśli wręcz nie wro­gi­mi pań­stwa­mi, a ponad­to, gene­ra­li­zu­jąc, na swym obsza­rze musi się jesz­cze bory­kać z cywi­li­za­cją ze swej zasa­dy zwal­cza­ją­cą chrze­ści­jań­stwo. Chciał­bym, reasu­mu­jąc zapy­tać reto­rycz­nie, jaki los może spo­tkać kogoś, kto nie­usta­nie, zewsząd nara­żo­ny jest na ataki?

        Zapa­no­wa­ło mil­cze­nie, któ­re po chwi­li prze­rwał Władysław.

        — Kocha­ni! Wię­cej opty­mi­zmu! Prze­ży­li­śmy najazd szwedz­ki, prze­ży­je­my i zd-radziecki.

        — Bo mnie, ta cała sytu­acja wokół Pol­ski, w Euro­pie i na świe­cie pach­nie jakąś więk­szą zmia­ną, prze­ta­so­wa­niem dotych­cza­so­wych ukła­dów — pod­jął temat Andrzej Mil­czan. — Zwróć­cie uwa­gę na grę pro­wa­dzo­ną przez Reaga­na i Mar­ga­ret That­cher i bar­dzo dys­kret­ne dzia­ła­nia nasze­go papie­ża. Nie zapo­mi­naj­my tak­że o wpły­wo­wym Brze­ziń­skim… W sumie, wyglą­da na to, że mamy wie­le do ugra­nia i być może… wygrania.

        — Daj Boże — wes­tchnę­ła któ­raś z pań wzno­sząc oczy ku gra­na­to­wo­czar­ne­mu nie­bu usia­ne­mu nie­wi­dzial­ny­mi stąd gwiaz­da­mi. — Po tylu nie­szczę­ściach, co ta nasza bied­na Pol­ska prze­szła, czas by i nam zafar­to­wa­ło wreszcie!

        — A fe! Pani Danu­siu, jak moż­na tak w towa­rzy­stwie… nieelegancko!