Stresz­cze­nie:

Pisząc Moje powro­ty do Lwo­wa, zapla­no­wa­łam, by nało­ży­ły się na sie­bie dwie war­stwy cza­so­we: prze­szłość, odle­gła prze­szłość, bo pierw­sze tygo­dnie II woj­ny świa­to­wej i teraź­niej­szość (1939–2014), jest to szmat cza­su obej­mu­ją­cy ponad 70 lat. Na prze­szłość patrzy­łam oczy­ma dziec­ka, na teraź­niej­szość oso­by doro­słej. Moż­li­wość porów­na­nia tych dwu okre­sów, stą­pa­nia po śla­dach pol­sko­ści w tym mie­ście, pozna­wa­nia jego dzie­jów, podzi­wia­nia archi­tek­tu­ry, atmos­fe­ry — sta­ły się tema­tem tej pra­cy. Co wię­cej, Lwów pozna­ny z autop­sji szcze­gól­nie stał się bli­ski memu ser­cu, stąd powra­ca­nie doń nie tyl­ko fizycz­nie, ale i w myślach. Micha­li­na Pięchowa

Jest rok 2014. Auto­kar mknie szyb­ko, mija­jąc przy­droż­ne wsie i mia­stecz­ka. Zbli­ża się od stro­ny pół­noc­no-wschod­niej do Lwo­wa, któ­re­go zary­sy poja­wia­ją się już na hory­zon­cie. W bla­skach zacho­dzą­ce­go słoń­ca, rzu­ca­ją­ce­go swe poże­gnal­ne pro­mie­nie na dachy kamie­nic i kościo­łów, dostrzec moż­na poszcze­gól­ne obiek­ty. Docie­ra­my do ulic przed­mie­ścia. Z biją­cym ser­cem wpa­tru­ję się w mija­ne kamie­nicz­ki, zatrzy­mu­ję wzrok na murach świą­tyń i ich smu­kłych, strze­la­ją­cych w nie­bo wie­ży­czek. Na ten obraz współ­cze­sno­ści nakła­da się inny, sprzed wie­lu lat, obraz prze­szło­ści. Jako mała dziew­czyn­ka przy­tu­lo­na do Mamy ze stra­chem spo­glą­dam na wyso­kie kamie­ni­ce mia­sta. Fur­man­ka, któ­ra wie­zie nas i moją rodzi­nę zaprzę­żo­na w parę koni wra­ca utru­dzo­na z dale­kiej podróży.

Kie­dy na spo­koj­nym wrze­śnio­wym, pol­skim nie­bie poja­wi­ły się wro­gie samo­lo­ty z czar­ny­mi krzy­ża­mi, rodzi­na moja, ule­ga­jąc psy­cho­zie tłu­mu, posta­no­wi­ła opu­ścić dom i ucie­kać do Rumu­nii. Ta zalesz­czyc­ka szo­sa, dro­ga doni­kąd wio­dła przez Sta­ni­sła­wów, Dro­ho­bycz, Halicz i inne pol­skie miasta.

Prze­ży­wa­jąc strach, tra­gicz­ne sytu­acje, mija­li­śmy rów­no­cze­śnie sady ugi­na­ją­ce się pod cię­ża­rem rumia­nych jabłek, fio­le­to­wych śliw. Bole­sna sce­na w pobli­żu gra­ni­cy z Rosją Sowiec­ką zade­cy­do­wa­ła o zmia­nie pla­nów. Bie­gną­cy pol­ski żoł­nierz z roz­pa­czą w oczach wołał: „Już po Pol­sce, jed­ną poło­wę bio­rą Niem­cy, dru­gą Sowie­ci’’. Z cza­sem koja­rzył mi się on z tym, o któ­rym napi­sał Wła­dy­sław Bro­niew­ski. Kie­dy znik­nął, z lasu nie­ocze­ki­wa­nie wyło­nił się oddział żoł­nie­rzy sowiec­kich. I tak sta­li­śmy się świad­ka­mi napa­du na naszą ojczy­znę wro­gie­go woj­ska. Był to dzień 17 wrze­śnia 1939 r. A ja oczy­ma dziec­ka zare­je­stro­wa­łam ten fakt, któ­ry na zawsze pozo­stał w mej pamięci.

Dojeż­dża­li­śmy do celu. Lwów poszat­ko­wa­ny rowa­mi prze­ciw­lot­ni­czy­mi miał zamiar sta­wiać opór Niem­com. Tym­cza­sem na mocy pak­tu Rib­ben­trop-Moło­tow zaję­li go Sowie­ci. Kie­dy wjeż­dża­li­śmy w jed­ną z ulic, mia­łam wra­że­nie, że kamie­ni­ce po obu stro­nach są bar­dzo wyso­kie, a ja taka mała i zagu­bio­na. Zna­la­zł­szy przy­tu­łek u zna­jo­mych, pozo­sta­li­śmy w tym smut­nym mie­ście kil­ka­na­ście dni.

Pro­wa­dzo­na przez Mamę za rękę zna­la­złam się na Cmen­ta­rzu Orląt. Zapew­ne nie zna­ła powie­dze­nia Kor­ne­la Maku­szyń­skie­go: „na te gro­by powin­ni z dale­ka przy­cho­dzić piel­grzy­mi, by się uczyć miło­ści do Ojczy­zny’’, a jed­nak wie­dzio­na instynk­tem pra­gnę­ła poka­zać mi to miej­sce, miej­sce mło­dych boha­te­rów. W jakich oko­licz­no­ściach nimi zosta­li? Po dłu­go­trwa­łej nie­wo­li, po latach powstań­czych zry­wów i upad­ków, po wie­lu cier­pie­niach obu­dzi­ły się nadzie­je nie tyl­ko u Pola­ków, ale i u Ukraińców.

Nad­szedł rok 1918. Lwów był mia­stem wie­lo­na­ro­do­wo­ścio­wym: w 1910 r. liczył 206 tys. miesz­kań­ców, z cze­go ponad 105 tys. sta­no­wi­li Pola­cy, 57 tys. — Żydzi, 39 tys. — Ukra­iń­cy. Nie dzi­wi nas więc fakt, że i Pola­cy i Ukra­iń­cy stwo­rzy­li wła­sne pla­ny, któ­re pra­gnę­li reali­zo­wać z oka­zji nad­cho­dzą­ce­go dogod­ne­go momentu.

Z 31 paź­dzier­ni­ka na 1 listo­pa­da 1918 r. siły ukra­iń­skie liczą­ce pół­to­ra tysią­ca żoł­nie­rzy zaję­ły urzę­dy władz cywil­nych. Oddzia­ły pol­skie w tej sytu­acji chwy­ci­ły za broń. Roz­po­czę­ła się wal­ka na uli­cach mia­sta, wal­ka o szko­łę im. Hen­ry­ka Sien­kie­wi­cza, Dom Tech­ni­ka i inne obiek­ty. Naza­jutrz Ukra­iń­cy wspar­ci przez posił­ki prze­szli do kontr­ata­ku. Mia­sto spły­nę­ło krwią. Oswo­bo­dzo­ny Lwów nie­ba­wem zno­wu został zaata­ko­wa­ny i w ten spo­sób roz­po­czął się nowy etap woj­ny w warun­kach kil­ku­mie­sięcz­ne­go oblę­że­nia. Jego obro­na trwa­ła od 1 listo­pa­da 1918 r. do 22 maja roku następ­ne­go. Obok żoł­nie­rzy w wal­kach wzię­li udział robot­ni­cy, urzęd­ni­cy, chło­pi oraz stu­den­ci i ucznio­wie… Wal­czy­ło ponad 6 tys. osób, w tym 1374 uczniów oraz 2640 stu­den­tów. Ci mło­dzi, peł­ni zapa­łu, poświę­ce­nia, dzię­ki swej boha­ter­skiej posta­wie uzy­ska­li mia­no Orląt. Było ich wie­lu, wśród nich Jurek Bit­schan, zale­d­wie czter­na­sto­let­ni har­cerz, mniej­szy od swe­go kara­bi­nu, drob­ny, wątły, nie­po­zor­ny, goto­wy jed­nak do poświę­ceń — zło­żył w ofie­rze swe życie, postrze­lo­ny u stóp jed­ne­go z nagrob­ków Cmen­ta­rza Łycza­kow­skie­go, a trzy­na­sto­let­ni Antoś Petry­kie­wicz za wyjąt­ko­wą odwa­gę otrzy­mał pośmiert­nie Order Vir­tu­ti Militari.

W obro­nie swe­go uko­cha­ne­go mia­sta pole­gło 120 uczniów, 76 stu­den­tów oraz 70 har­ce­rzy pocho­dzą­cych z róż­nych stron Pol­ski, któ­rzy swój obo­wią­zek wobec rodzi­me­go kra­ju rozu­mie­li jed­no­znacz­nie. Po zakoń­cze­niu walk wła­dze Lwo­wa posta­no­wi­ły eks­hu­mo­wać cia­ła zabi­tych i prze­nieść je na pochy­łe zbo­cze od stro­ny Cmen­ta­rza Łycza­kow­skie­go, gdzie jesz­cze tak nie­daw­no rado­śni, bez­tro­scy i peł­ni pla­nów mło­dzi ludzie zjeż­dża­li na sankach.

Spra­wą zaję­ło się powo­ła­ne w 1919 r. towa­rzy­stwo Straż Mogił Pol­skich Boha­te­rów. W 1921 r. roz­pi­sa­no kon­kurs na pro­jekt mau­zo­leum. Spo­śród pię­ciu pro­po­zy­cji wybra­no pra­cę stu­den­ta pią­te­go roku archi­tek­tu­ry, uczest­ni­ka walk o Lwów — Rudol­fa Indru­cha. Pro­jekt ten ofia­ro­wa­ny bez­in­te­re­sow­nie wyróż­niał się roz­ma­chem i ory­gi­nal­no­ścią. W cią­gu kil­ku­na­stu lat zre­ali­zo­wa­no go, ale nie do koń­ca. Nad cało­ścią góro­wa­ła kapli­ca w kształ­cie rotun­dy oraz kata­kum­by, gdzie w ośmiu kryp­tach zło­żo­no 72 eks­hu­mo­wa­nych. Akt poświę­ce­nia kapli­cy nastą­pił 23 wrze­śnia 1925 r. W uro­czy­sto­ściach wzię­li udział wete­ra­ni powsta­nia stycz­nio­we­go, legio­ni­ści, obroń­cy Lwo­wa, gene­ra­li­cja pol­ska z Wła­dy­sła­wem Sikor­skim, abp Lwo­wa Bole­sław Twar­dow­ski i nie­zli­czo­ne rze­sze miesz­kań­ców mia­sta i oko­lic. W następ­nych latach wznie­sio­no kolum­na­dę (12 kolumn) i łuk triumfalny.

W mej pamię­ci pozo­sta­ły nie tyl­ko pół­ko­li­ste rzę­dy mogił, w któ­rych spo­czy­wa­ło ponad 2800 pole­głych, w tym dużo chłop­ców poni­żej sie­dem­na­ste­go roku życia, ale przede wszyst­kim olbrzy­mi posąg uskrzy­dlo­ne­go lot­ni­ka, któ­ry spra­wiał na mnie wra­że­nie archa­nio­ła roz­ta­cza­ją­ce­go swe opie­kuń­cze skrzy­dła nad mogi­ła­mi boha­te­rów. Posąg ten wznie­sio­no na znak wdzięcz­no­ści dla lot­ni­ków ame­ry­kań­skich , a dru­gi dla żoł­nie­rzy fran­cu­skich. Pomnik lot­ni­ka jest dzie­łem arty­sty rzeź­bia­rza Józe­fa Starzyńskiego.

Taki oto obraz Cmen­ta­rza Orląt zoba­czy­łam oczy­ma dziec­ka, obraz, któ­ry na zawsze pozo­stał świę­to­ścią w ser­cach Pola­ków miesz­ka­ją­cych na Kre­sach Wschod­nich oraz tych, któ­rzy darzy­li je i darzą sentymentem.

Dru­gim miej­scem, któ­re utrwa­li­ło się na sta­łe w mej pamię­ci była Pano­ra­ma Racła­wic­ka. U boku Mamy dane mi było prze­żyć wiel­kie wzru­sze­nie. Patrząc na obraz roz­ta­cza­ją­cy się wko­ło, prze­nio­sły­śmy się myśla­mi do 4 kwiet­nia 1794 r. na pola racła­wic­kie. Widzi­my atak 320 kosy­nie­rów na rosyj­skie arma­ty. Dostrze­ga­my chło­pa, któ­ry czap­ką zaty­ka lont dzia­ła — to Bar­tosz Gło­wac­ki. Nie­któ­rzy żoł­nie­rze pod­no­szą do góry kara­bi­ny i bia­łe chu­s­ty na znak pod­da­nia, chło­pi jed­nak nie rozu­mie­ją tych gestów i czy­nią spu­sto­sze­nie w sze­re­gach wro­ga. Od stro­ny pol­skiej zbli­ża­ją się ławą następ­ne sze­re­gi kosy­nie­rów. Gene­rał Tade­usz Kościusz­ko impe­ra­tyw­nym gestem wska­zu­je kie­ru­nek natar­cia. I tak by moż­na w nie­skoń­czo­ność opi­sy­wać obraz pano­ra­micz­ny, któ­ry nie był dla mnie — dziec­ka zbyt zro­zu­mia­ły. Dopie­ro po latach wypeł­ni­łam jego treść.

To dzia­ło się kie­dyś i na tę odle­głą prze­szłość nało­żył się z cza­sem obraz —teraź­niej­szo­ści. Zaczy­na­jąc od roku 1970 kil­ka­krot­nie odwie­dzi­łam Lwów, stą­pa­jąc po śla­dach pol­skich , przy­glą­da­jąc się zmia­nom i ludziom. 

Pierw­sze swe kro­ki skie­ro­wa­li­śmy na Wyso­ki Zamek, kry­ją­cy w swych ruinach tajem­ni­ce gro­du. „Upa­trzyw­szy tu górę kształ­tu obron­ne­go spodem lesi­sty­mi doli­na­mi jak­by zasie­ka­mi opa­sa­ną, […] łatwą do obro­ny prze­ciw nie­przy­ja­cie­lo­wi, zaraz na tym szczy­cie warow­nię tym­cza­so­wą zbu­do­wał’’ — pisze sie­dem­na­sto­wiecz­ny kro­ni­karz Józef Bar­tło­miej Zimo­ro­wic. Tak oto ksią­żę halic­ki Dany­ło wzniósł gród dla swe­go syna Lwa. Nazwa mia­sta — Lwów — poja­wi­ła się po raz pierw­szy w anna­łach dopie­ro w 1259 r. Tym­cza­sem ksią­żę Lew pojął za żonę cór­kę kró­la węgier­skie­go Beli IV, sio­strę św. Kin­gi. Dla niej wzniósł kośció­łek św. Jana Chrzci­cie­la przy Sta­rym Ryn­ku. Do dziś ist­nie­je ten nestor wszyst­kich lwow­skich świą­tyń. Póź­niej na miej­scu drew­nia­ne­go gro­dzi­ska Kazi­mierz Wiel­ki wybu­do­wał z kamie­nia Zamek Wyso­ki i Niski, z któ­rych pozo­sta­ły tyl­ko relik­ty. Z cza­sem wznie­sio­no na tym miej­scu Kopiec Unii Lubel­skiej (1869).

Spo­glą­da­my z jego szczy­tu i podzi­wia­my pano­ra­mę mia­sta roz­po­ście­ra­ją­cą się u naszych stóp. Nie­za­po­mnia­ny widok. Domy toną w zie­le­ni par­ków i skwe­rów. Z dala widać Park Stryj­ski, jeden z naj­pięk­niej­szych w Euro­pie. Sta­no­wi on jed­ną z naj­więk­szych zie­lo­nych plam, zdo­bią­cych mia­sto. Dalej Park Łycza­kow­ski, następ­nie Kościusz­ki (Iwa­na Fran­ki) i ten, któ­ry ongiś był azy­lem dla waga­ro­wi­czów i zako­cha­nych, zwa­ny dziś gajem Szew­czen­ki. Dużo też miej­sca zaj­mu­ją skwe­ry, nada­ją­ce uli­com uro­kli­wy wygląd, dla­te­go spa­cer po nich dostar­cza nam wie­le prze­żyć i wrażeń.

Mija­my gmach Uni­wer­sy­te­tu Lwow­skie­go, ongiś w Pol­sce dru­gą co do zna­cze­nia i świet­no­ści po Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim uczel­nię. Wszech­ni­ca ta wyda­ła świa­to­wej sła­wy uczo­nych: wystar­czy wymie­nić mikro­bio­lo­ga Rudol­fa Weigla oraz naj­więk­sze­go mate­ma­ty­ka XX w. Ste­fa­na Bana­cha. Z dru­gą lwow­ską uczel­nią tj. Poli­tech­ni­ką zwią­za­ni byli: Igna­cy Mościc­ki, nauko­wiec i pre­zy­dent Pol­ski, gen. W. Sikor­ski, gen. Kazi­mierz Sosn­kow­ski, Tade­usz Bór-Komo­row­ski i inni wiel­cy Polacy.

Nie­ste­ty w cza­sie II woj­ny świa­to­wej 25 spo­śród uczo­nych Uni­wer­sy­te­tu Jana Kazi­mie­rza i Poli­tech­ni­ki Lwow­skiej hitle­row­cy roz­strze­la­li na Wzgó­rzach Wulec­kich dnia 4 lip­ca 1941 r. Pomor­do­wa­nym wysta­wio­no w 2011 r. pomnik utrwa­la­ją­cy miej­sce pamięci. 

A pomni­ków Lwów posia­dał i posia­da wie­le. Nadal nie­da­le­ko gma­chu ope­ry z wyso­kie­go coko­łu spo­glą­da dum­nie pol­ski wieszcz Adam Mic­kie­wicz, w Par­ku Stryj­skim zacho­wał się pomnik Jana Kiliń­skie­go, a w Łycza­kow­skim Bar­to­sza Gło­wac­kie­go. „Wyemi­gro­wa­li’’ nato­miast Jan III Sobie­ski, Alek­san­der Fre­dro, Fran­ci­szek Smol­ka, Kor­nel Ujej­ski, Sta­ni­sław Jabło­now­ski. Ich miej­sca zaję­li boha­te­ro­wie ukra­iń­scy. „I tak na każ­dym kro­ku — pisze Jerzy Janic­ki — prze­pla­ta­ją się ze sobą jak war­kocz dzie­je dwóch nacji, co jak córy jed­nej Mat­ki — tej samej Zie­mi, raz pospo­łu budu­ją­ce, raz zwa­śnio­ne, raz pospo­łu bro­nią­ce tej samej wia­ry, to znów ści­ska­ją­ce się wza­jem za gardła’’. 

Wystar­czy prze­mie­rzyć alej­ki Cmen­ta­rza Łycza­kow­skie­go, by prze­ko­nać się, że po śmier­ci leżą pogo­dze­ni ze sobą i Pola­cy i Ukra­iń­cy. Dzie­lą wspól­ną łycza­kow­ską zie­mię, któ­rej za życia słu­ży­li i przy­czy­nia­li się do jej chwa­ły. Przy wej­ściu po lewej stro­nie zatrzy­mu­je­my się przy dwu mogi­łach, obie kry­ją pro­chy zasłu­żo­nych kobiet, któ­re weszły do lite­ra­tu­ry pol­skiej, Marii Konop­nic­kiej — autor­ki Roty, któ­rej pogrzeb w 1910 r. prze­obra­ził się w patrio­tycz­ną mani­fe­sta­cję, liczą­cą 50 tys. ludzi oraz Gabrie­li Zapol­skiej. Uta­len­to­wa­ne lecz nie­szczę­śli­we w życiu oso­bi­stym, zwią­za­ły się na jakiś czas ze Lwo­wem. G. Zapol­ska jako aktor­ka wystę­po­wa­ła w Kra­ko­wie, we Lwo­wie, w Pozna­niu i Pary­żu. Teatr i gra w nim były pasją jej życia, dla­te­go gra­ła rów­nież w teatrzy­kach wędrow­nych. Poświę­ca­ła się też pra­cy lite­rac­kiej, swo­je nowe­le i powie­ści publi­ko­wa­ła w pra­sie lwow­skiej i war­szaw­skiej. Nie­ba­wem ze wzglę­du na poru­sza­ną pro­ble­ma­ty­kę sta­ły się one przed­mio­tem ostrej kon­ser­wa­tyw­nej kry­ty­ki. Nie­któ­re ich tytu­ły, jak O czym się nie mówi (1909), O czym się nawet myśleć nie chce (1914) — mówią same za sie­bie. Wybit­nym osią­gnię­ciem pisar­ki sta­ły się jed­nak saty­rycz­ne kome­die oby­cza­jo­we, dema­sku­ją­ce i potę­pia­ją­ce obłu­dę moral­ną miesz­czań­stwa. Twór­czość jej wywo­ły­wa­ła dys­ku­sje i budzi­ła kon­tro­wer­syj­ne sądy, sta­ła się też przy­czy­ną ostrych ata­ków skie­ro­wa­nych prze­ciw­ko G. Zapolskiej.

Mimo to, a może wła­śnie dla­te­go, zaję­ła w naszej lite­ra­tu­rze należ­ne miej­sce. Dziś mia­ła­by waż­ną rolę do speł­nie­nia, kry­ty­ku­jąc obłu­dę, nie­uczci­wość, roz­luź­nie­nie oby­cza­jo­we, pru­de­rię, pozo­wa­nie. Osta­tecz­nie G. Zapol­ska jest uzna­na za pisar­kę spo­łecz­nie zaan­ga­żo­wa­ną, któ­rej wal­ka z moral­no­ścią miesz­czań­ską odgry­wa­ła wów­czas dużą rolę, a któ­rej doro­bek dra­ma­to­pi­sar­ski zaj­mu­je istot­ne miej­sce w pol­skiej lite­ra­tu­rze. Wid­nie­je też na jej gro­bow­cu w posta­ci tytu­łów dzieł. Snu­jąc tego typu reflek­sje, skła­da­my kwia­ty i idzie­my dalej. Dostrze­ga­my kolum­ny, cie­ka­we obe­li­ski oraz wyjąt­ko­we nagrob­ki przy­bie­ra­ją­ce roz­ma­ite formy.

Sta­ni­sław Sła­wo­mir Nicie­ja, histo­ryk, ese­ista, zna­ny i cenio­ny autor kil­ku­na­stu ksią­żek poświę­co­nych naszym wschod­nim rubie­żom, w wydaw­nic­twie Lwów. Ogród snu i pamię­ci poda­je: „Wszy­scy piszą­cy o tym cmen­ta­rzu zazwy­czaj zwra­ca­ją uwa­gę na ory­gi­nal­ne zdob­nic­two nagrob­ne, któ­re powsta­ło w cią­gu kil­ku­na­stu dzie­się­cio­le­ci we Lwo­wie. Roz­wi­nię­ta w nim zosta­ła nie­mal cała antycz­na i chrze­ści­jań­ska sym­bo­li­ka pośmiert­na. W nie­zli­czo­nych warian­tach powta­rza­ją się tu posta­cie zadu­ma­nych anio­łów, uskrzy­dlo­nych Tana­to­sów i Hyp­no­sów, kobiet obej­mu­ją­cych sar­ko­fa­gi, pła­czek, prze­róż­ne kre­acje sym­bo­li­zu­ją­ce żal, smu­tek oraz chrze­ści­jań­skie wyobra­że­nia wia­ry, nadziei i miło­ści […] nad któ­ry­mi góru­je godło męki — krzyż, sym­bol życio­we­go cierpienia’’. 

Zbli­ża­my się do pomni­ka Sewe­ry­na Gosz­czyń­skie­go, auto­ra Zam­ku Kaniow­skie­go, bel­we­der­czy­ka. Ten bojow­nik o wol­ność Pol­ski sie­dzi na wyso­kim coko­le, w któ­ry wmu­ro­wa­no pły­ty z tytu­ła­mi głów­nych utwo­rów poety. Wyko­naw­cą pomni­ka był zna­ny rzeź­biarz Julian Mar­kow­ski. Nie­co dalej naszą uwa­gę przy­ku­wa obe­lisk z lwem, kry­ją­cy pro­chy Kon­stan­te­go Julia­na Ordo­na, bio­rą­ce­go udział w powsta­niu listo­pa­do­wym, któ­ry wbrew wer­sji wiesz­cza, nie zgi­nął lecz wal­czył jesz­cze w armii turec­kiej, wło­skiej i dożył sie­dem­dzie­się­ciu kil­ku lat. Przed nami wynio­sła pira­mi­da zakoń­czo­na rzeź­bą orła sia­da­ją­ce­go na gnieź­dzie, któ­re ma kształt koro­ny. Na ścia­nie głów­nej, pod meda­lio­nem boha­te­ra, są 2 lwy goto­we do sko­ku. Na bocz­nej ścia­nie wid­nie­je napis: „Boha­ter­skiej War­sza­wie — mia­sto Lwów.’’ 

Nie moż­na pomi­nąć miej­sca pochów­ku mala­rza powsta­nia stycz­nio­we­go Artu­ra Grot­t­ge­ra. W cyklu rysun­ków wyko­na­nych węglem utrwa­lił jego histo­rię, prze­bieg, zaczy­na­jąc od bran­ki, któ­ra sta­ła się sygna­łem do chwy­ce­nia za broń. Pierw­szy cykl kar­to­nów nosi tytuł „Polo­nia’’, dru­gi „Lithu­ania’’. Sam malarz prze­by­wał w Wied­niu i nigdy nie brał udzia­łu w wal­ce, nato­miast jego brat za uczest­nic­two został ska­za­ny na Sybir. Arty­sta zmarł mło­do w Pire­ne­jach, życzył sobie jed­nak spo­cząć we Lwo­wie. Narze­czo­na Wan­da Mon­né wie­le musia­ła poko­nać prze­szkód, by speł­ni­ła się jego wola. W kon­se­kwen­cji przy­ja­ciel Parys Filip­pi na kamien­nym sar­ko­fa­gu zapro­jek­to­wał klę­czą­cą na ska­le, pogrą­żo­ną w smut­ku mło­dą kobie­tę, a obok niej sym­bol miło­ści i wier­no­ści — soko­ła. Pod spodem zna­lazł się por­tret A. Grot­t­ge­ra, pęk­nię­ta lira, zła­ma­na pale­ta oraz tru­pia czasz­ka — sym­bo­le, któ­rych nie trze­ba wyja­śniać. Obok meda­lio­nu umiesz­czo­no tytu­ły jego cykli malar­skich. Ponad­to naszą uwa­gę zwró­cił napis: „Niech cię przyj­mie Chry­stus, któ­ry cię wezwał, a do chwa­ły jego niech cię pro­wa­dzą Aniołowie‘’. 

Łycza­ków zawie­ra histo­rię Pol­ski, jej zma­gań z wro­ga­mi. Prze­cho­dząc ścież­ka­mi wydep­ta­ny­mi przez tysią­ce roda­ków, mija­my kwa­te­rę powstań­ców listo­pa­do­wych i docho­dzi­my do Gór­ki 1863 r. Wią­że się ona z naj­dłuż­szym powsta­niem o nie­pod­le­głość Pol­ski, bo trwa­ją­cym pół­to­ra roku. Sto­czo­no wte­dy ponad 1200 bitew z woj­ska­mi car­ski­mi. Pola­cy za ten zryw zapła­ci­li wyso­ką cenę: zgi­nę­ły tysią­ce, 40 tys. zesła­no na Sybir, wie­lu musia­ło emigrować. 

Pod koniec XIX w. wła­dze Lwo­wa wydzie­li­ły spe­cjal­ną kwa­te­rę dla powstań­ców 1863 r. Spo­czy­wa w niej oko­ło 230 ofiar zry­wu powstań­cze­go. W osiem­na­stu rzę­dach na ziem­nych mogi­łach sto­ją meta­lo­we krzy­że z pół­ko­li­stym zwień­cze­niem, a na nim tablicz­ka z imie­niem , nazwi­skiem, data uro­dze­nia i śmier­ci. Na nagrob­ku jed­ne­go z nich wzno­si się postać powstań­ca w chłop­skiej sier­mię­dze ze sztan­da­rem w dło­ni. Ta ogrom­na rzeź­ba przed­sta­wia Szy­mo­na Wizu­na­sa Szy­dłow­skie­go — cho­rą­że­go Zie­mi Witeb­skiej. Brał udział w potycz­kach, a ostat­nie lata życia spę­dził we Lwo­wie, tu spo­czął. Wokół panu­je wyjąt­ko­wa cisza, jedy­nie spa­da­ją­ce liście sze­lesz­czą, opo­wia­da­jąc swym szme­rem dzie­je boha­te­rów, któ­rzy cze­ka­ją na pamięć od żyjących.

Zamy­śle­ni docie­ra­my do Cmen­ta­rza Orląt. Po trzy­dzie­stu latach od pierw­sze­go poby­tu na tej zie­mi uda­ło mi się wyje­chać na Kre­sy. Moje pyta­nie o Cmen­tarz Orląt spo­tka­ło się z głu­chym mil­cze­niem, pozo­sta­ło bez odpo­wie­dzi. To, co sama zoba­czy­łam, prze­kro­czy­ło moje naj­gor­sze oba­wy. Zamiast mogił roz­cią­ga­ło się wysy­pi­sko śmie­ci. Wcze­śniej czoł­ga­mi znisz­czo­no kolum­na­dę, zde­wa­sto­wa­no gro­by, wywie­zio­no lwy i orły, usu­nię­to pomnik lot­ni­ków i żoł­nie­rzy fran­cu­skich, w koń­cu miej­sce czci i chwa­ły pokry­to gru­bą war­stwą gru­zu, zie­mi i odpa­dów. Taki był efekt zabie­gów cywi­li­zo­wa­nych ludzi. Przez pół wie­ku Pola­cy nie mie­li dostę­pu do tego skraw­ka nie­gdyś naszej zie­mi, skraw­ka zbro­czo­ne­go krwią. Pozo­sta­ły jedy­nie krze­wy i drze­wa rosną­ce wokół, nie­mi świad­ko­wie wyda­rzeń, szu­mią­ce wśród opusz­czo­nych, zapo­mnia­nych i spro­fa­no­wa­nych popio­łów ludzkich. 

Nad­szedł jed­nak czas, że Pola­cy mogli roz­po­cząć dłu­gą i żmud­ną odbu­do­wę tego miej­sca. Odre­mon­to­wa­no go i uro­czy­ście ponow­nie otwar­to w 2005 r. na pod­sta­wie wcze­śniej­sze­go poro­zu­mie­nia pomię­dzy rzą­dem pol­skim a ukra­iń­skim. W związ­ku z tym cmen­tarz, tak jak daw­niej speł­nia swo­ją rolę i jest potwier­dze­niem słów K. Maku­szyń­skie­go: „Tu leżą ucznio­wie w mun­dur­kach, prze­to ten cmen­tarz jest jak szko­ła, naj­dziw­niej­sza szko­ła, w któ­rej dzie­ci jasno­wło­se i nie­bie­sko­okie naucza­ją siwych o tym, że ze śmier­ci ofiar­nej naj­lep­sze wyra­sta życie’’.                Odwa­ga, boha­ter­stwo i patrio­tyzm miesz­kań­ców Lwo­wa sta­ły się pod­sta­wą do ude­ko­ro­wa­nia mia­sta przez Naczel­ni­ka Pań­stwa Józe­fa Pił­sud­skie­go Krzy­żem Vir­tu­ti Mili­ta­ri, jako jedy­ne­go w Pol­sce. Fakt ten był nie­ja­ko potwier­dze­niem słusz­no­ści mia­na, jakie w 1658 r. papież Alek­san­der VII nadał temu mia­stu — Leonis sem­per fidelis.

I zno­wu po kil­ku latach jestem w tym miej­scu, i zno­wu wydep­tu­ję śla­dy swych stóp na alej­kach cmen­tar­nych i zasta­na­wiam się, dla­cze­go znik­nę­ły 2 kamien­ne lwy u stóp Pomni­ka Chwa­ły. Na tar­czy jed­ne­go wid­niał herb Lwo­wa i napis „Zawsze wier­ny‘’, na tar­czy dru­gie­go orzeł w koro­nie i wyry­te sło­wa „Tobie Pol­sko‘’. Usu­nię­to też lot­ni­ka z roz­po­star­ty­mi skrzy­dła­mi — sym­bol odwa­gi i boha­ter­stwa, któ­ry przez dłu­gie lata ist­niał w mej pamię­ci i wyobraź­ni, wte­dy miał w moich oczach postać olbrzy­ma, ten, któ­re­go na powrót przy­wró­co­no ma ludz­kie wymia­ry. Idzie­my dalej, by zatrzy­mać się przy jed­nej z mogił i usły­szeć histo­rię boha­te­ra, któ­ry opu­ścił grób.

Sto­imy nad pustą mogi­łą, wyjąt­ko­wą, nie­zwy­kłą. Na jej pły­cie nagrob­nej wid­nie­je dłu­gi infor­mu­ją­cy napis: „Zwło­ki zabra­no dnia 29 paź­dzier­ni­ka 1925 roku i uro­czy­ście prze­wie­zio­no w dniach 30–31 paź­dzier­ni­ka i 1 listo­pa­da do War­sza­wy, gdzie pocho­wa­no w mogi­le na Pla­cu Mar­szał­ka Józe­fa Pił­sud­skie­go, daw­niej Saskim, jako Zwło­ki Nie­zna­ne­go Żołnierza’’. 

Odtąd wszyst­kie uro­czy­sto­ści pań­stwo­we mają miej­sce w War­sza­wie przy tym gro­bie, gdzie pło­ną zni­cze i skła­da się kwia­ty na znak pamię­ci dla boha­te­rów odda­ją­cych swe życie za ojczy­znę. Jak doko­na­no wybo­ru? Jed­na z przed­wo­jen­nych dzien­ni­ka­rek tak o tym pisze: „Trzy trum­ny ze zwło­ka­mi nie­zna­nych żoł­nie­rzy: linio­we­go, sier­żan­ta i kapra­la […] z głę­bi cmen­ta­rza nade­szła p. Jadwi­ga Zaru­gie­wi­czo­wa, któ­ra stra­ci­ła syna. Kła­dąc na jed­nej z tru­mien rękę, wybra­ła zwło­ki. Los padł na tego, któ­ry żad­nej szar­ży nie miał, a tulił u boku swe­go sta­rą macie­jów­kę’’. Był ochotnikiem. 

Opusz­cza­my Cmen­tarz Orląt, kapli­cę, kolum­na­dę, bra­mę środ­ko­wą z napi­sem: „Mor­tui sunt ut libe­ri viva­mus’’. Tak — żyje­my, dzię­ki ich ofie­rze. Pamięć w róż­nej for­mie trwa. Nale­ży zazna­czyć, że ich boha­ter­stwo zna­la­zło miej­sce rów­nież w lite­ra­tu­rze. W tym miej­scu przy­cho­dzi mi na myśl rzew­na pio­sen­ka w for­mie listu syna do mat­ki, napi­sa­na przez Artu­ra Oppmana: 

„O mamo, otrzyj oczy, 
Z uśmie­chem do mnie mów —
Ta krew, co z pier­si broczy, 
Ta krew — to za nasz Lwów …
Z praw­dzi­wym karabinem 
U pierw­szych sta­łem czat. 
O, nie płacz nad swym synem, 
Że za Ojczy­znę padł! …”. 

Przy­wo­ła­ny już S. S. Nicie­ja — dłu­go­let­ni badacz i znaw­ca Kre­sów Wschod­nich, dzie­jów i kul­tu­ry Lwo­wa, autor publi­ka­cji doty­czą­cych nie tyl­ko Cmen­ta­rza Orląt tak pisze na temat gene­zy kon­flik­tu polsko–ukraińskiego: „Jako Pola­cy mamy pra­wo mówić o obro­nie Lwo­wa w listo­pa­dzie 1918 roku, gdyż nasi roda­cy wystą­pi­li wte­dy prze­ciw ukra­iń­skie­mu woj­sko­we­mu zama­cho­wi sta­nu. To nie oni zaata­ko­wa­li, ale zosta­li zmu­sze­ni do obro­ny. Nie się­ga­li po cudzą wła­sność, lecz bro­ni­li swej ojco­wi­zny, swych domów, ulic, szkół, uczel­ni, fabryk i warsz­ta­tów.         […] Począt­ko­wo bro­ni­li się samot­nie, bez pomo­cy z zewnątrz, któ­rej Pol­ska, po latach nie­wo­li, dopie­ro odra­dza­ją­ca się jako pań­stwo, dać nie mogła’’.                                                    

           Minę­ło ponad 70 lat, szmat cza­su. Pod­jeż­dża­my pod hotel, w pobli­żu pomni­ka A. Mic­kie­wi­cza. Zwie­dza­nie zaczy­na­my od naj­więk­sze­go wznie­sie­nia, czy­li od Wyso­kie­go Zam­ku, na któ­re­go gru­zach wznie­sio­no w trzech­set­ną rocz­ni­cę zawar­cia Unii Lubel­skiej kopiec o tej samej nazwie. Wokół jego szcząt­ków wśród zie­le­ni drzew i krze­wów roz­cią­ga się pano­ra­ma mia­sta, mozai­ka domów, budow­li uży­tecz­no­ści publicz­nej, roz­ma­itość kościo­łów. Po wysłu­cha­niu histo­rii powsta­nia kop­ca, chwi­lo­wym wypo­czyn­ku i nasy­ce­niu oczu pięk­nem kra­jo­bra­zu — wyru­sza­my dalej. Błą­dząc uli­ca­mi tego histo­rycz­ne­go gro­du, co raz napo­ty­ka­my na śla­dy pol­sko­ści. W dro­dze do ope­ry nale­ży zatrzy­mać się przed pomni­kiem nasze­go wiesz­cza. Cokół wyso­ki na 21 m w sty­lu neo­kla­sycz­nym, według pro­jek­tu Anto­nie­go Popie­la, przed­sta­wia A. Mic­kie­wi­cza, nad któ­rym uno­si się Geniusz poda­ją­cy lirę. Obec­nie plac ten nosi mia­no od nazwi­ska poety, kie­dyś zwał się Mariac­kim, gdyż pośrod­ku kamien­ne­go base­nu znaj­do­wa­ła się mar­mu­ro­wa sta­tua Mat­ki Bożej.

Wokół Ryn­ku usy­tu­owa­ne są cie­ka­we kamie­nicz­ki. Nie­da­le­ko słyn­ne­go hote­lu George’a znaj­du­je się Bazy­li­ka archi­ka­te­dral­na Wnie­bo­wzię­cia Naj­święt­szej Maryi Pan­ny, jeden z naj­cen­niej­szych zabyt­ków Lwo­wa, dalej Kate­dra Ormiań­ska oraz Lwow­ski Naro­do­wy Aka­de­mic­ki Teatr Ope­ry i Bale­tu im. Salo­mei Kru­szel­nic­kiej. Gmach ten zapro­jek­to­wał Zyg­munt Gor­go­lew­ski, a uro­czy­ste otwar­cie mia­ło miej­sce w 1900 r. Uczest­ni­czy­li w nim Hen­ryk Sien­kie­wicz, Igna­cy Pade­rew­ski, Hen­ryk Sie­mi­radz­ki i inni dostoj­ni goście. Budy­nek przy­po­mi­na pary­ską ope­rę, łączy w sobie róż­ne sty­le, stąd ma cha­rak­ter eklek­tycz­ny. I zewnątrz i wewnątrz obfi­tu­je w ozdo­by i zło­ce­nia. Na wszyst­kich ele­wa­cjach budow­li, są nisze, fron­to­ny, por­ta­le, kolum­ny, balu­stra­dy, her­by itd. Po lewej stro­nie wid­nie­je postać sie­dzą­cej Kome­dii, po pra­wej ale­go­ria Tra­ge­dii. Całość fasa­dy zamy­ka trój­kąt­ny fron­ton. Wień­czą go 3 skrzy­dla­te, ale­go­rycz­ne posta­ci: środ­ko­wa sym­bo­li­zu­je Sła­wę, po lewej wid­nie­je Geniusz Tra­ge­dii, po pra­wej Geniusz Muzy­ki. Po wej­ściu do środ­ka podzi­wia­my westy­bul, a w nim mar­mu­ro­we scho­dy z balu­stra­da­mi. U ich pod­nó­ża sto­ją dwa świecz­ni­ki ze zło­co­ne­go brą­zu. Wcho­dzi­my do foy­er z ogrom­ny­mi, krysz­ta­ło­wy­mi lustra­mi. Ścia­ny wszę­dzie zdo­bią malo­wi­dła, rzeź­by i stiu­ki. Na szcze­gól­ną uwa­gę zasłu­gu­ją 3 kur­ty­ny: pierw­sza jest z plu­szu, dru­ga ze sta­lo­wych płyt — przed­sta­wia pano­ra­mę Lwo­wa, środ­ko­wa wyko­na­na przez H. Sie­mi­radz­kie­go uka­zu­je Par­nas: jest więc i Apol­lo z Delf — bóg słoń­ca i sztuk pięk­nych, jest Pytia kapłan­ka Apol­la. Obok niej bogi­ni spra­wie­dli­wo­ści — Temi­da, dalej gru­pa innych muz: Terp­sy­cho­re, Era­to, po stro­nie pra­wej Mel­po­me­na, Klio i inne. Kur­ty­na wyglą­da impo­nu­ją­co i przy­po­mi­na tę, któ­ra zdo­bi Teatr im. J. Sło­wac­kie­go w Kra­ko­wie. Mimo to, spo­tka­ła się z kry­ty­ką. G. Zapol­ska mia­ła powie­dzieć: „Lwow­ska zasło­na malo­wa­na była na obsta­lu­nek, kra­kow­ska z natchnienia’’. 

W pobli­żu teatru ist­niał kie­dyś Niski Zamek, któ­ry sys­te­ma­tycz­nie popa­dał w ruinę. Na jego miej­sce Sta­ni­sław Skar­bek wzniósł w latach 1837–1842 nową budow­lę, któ­rą jedy­ną ozdo­bą jest por­tyk. Speł­nia­ła ona rolę teatru. Wysta­wia­no w nim sztu­ki, ope­ry i ope­ret­ki. Dziś jest to Naro­do­wy Teatr Dra­ma­tycz­ny im. Marii Zańkowieckiej.

Następ­nie wcho­dzi­my w ul. Koper­ni­ka. Wie­le jej budow­li pocho­dzi z prze­ło­mu XIX i XX w. Pod nume­rem pierw­szym ist­nia­ła kie­dyś apte­ka Pod Zło­tą Gwiaz­dą, w któ­rej pra­co­wał Igna­cy Łuka­sze­wicz, kon­struk­tor pierw­szej lam­py naf­to­wej. Nie­co dalej usy­tu­owa­ny jest neo­re­ne­san­so­wy Pałac Potoc­kich, dziś mie­ści się w nim Lwow­ska Gale­ria Sztu­ki. Nie­co dalej Osso­li­neum — kie­dyś zasłu­żo­na dla kul­tu­ry pla­ców­ka o nazwie Zakład Naro­do­wy im. Osso­liń­skich. Tak o nim wypo­wia­da się Jerzy Janic­ki we wstę­pie do wyda­ne­go razem z Ada­mem Buja­kiem albu­mu Lwów — „na daw­nych fun­da­men­tach klasz­to­ru sta­nął według pro­jek­tu inży­nie­ra i gene­ra­ła w jed­nej oso­bie — Józe­fa Bema — empi­ro­wy gmach biblio­te­ki, nazwa­nej Zakła­dem Osso­liń­skich … idą­ce w set­ki tysię­cy zbio­ry ksiąg, ręko­pi­sów, auto­gra­fów, muzy­ka­liów, inku­na­bu­łów, pier­wo­dru­ków, obra­zów i monet słu­ży­ły odtąd całym zastę­pom naukow­ców, pisa­rzy, filo­zo­fów i histo­ry­ków’’. Tak było kie­dyś, dziś jest to Lwow­ska Naro­do­wa Nauko­wa Biblio­te­ka Ukra­iny im. Wasy­la Stefanyka.

Na zachód od Ryn­ku wcho­dzi­my w ul. Uni­wer­sy­tec­ką, gdzie wzno­si się pięk­ny gmach uczel­ni im. Iwa­na Fran­ki, co pod­kre­śla jego kamien­na postać, sto­ją­ca naprze­ciw­ko. Obok daw­nych budow­li, pamię­ta­ją­cych odle­głe cza­sy, znaj­du­ją się i mło­de, god­ne uwa­gi. Nale­ży do nich kościół św. Elż­bie­ty wznie­sio­ny w sty­lu neo­go­tyc­kim w latach 1904–1911, uzna­wa­ny za jeden z naj­wspa­nial­szych zabyt­ków archi­tek­tu­ry sakral­nej na zie­miach daw­nej Rze­czy­po­spo­li­tej. W wyni­ku kon­kur­su do reali­za­cji zakwa­li­fi­ko­wa­no pro­jekt Teo­do­ra Talow­skie­go. Fasa­dę świą­ty­ni zdo­bi por­tal, nad któ­rym wid­nie­je pięk­na roze­ta. Skle­pie­nie nawy głów­nej usia­ne jest gwiaz­da­mi, bocz­ne mają kształt krzy­żo­wo-żebro­wy. W 1945 r. świą­ty­nię zamie­nio­no na maga­zyn, któ­ry z cza­sem uległ dewa­sta­cji. We Lwo­wie ist­nia­ło i nadal ist­nie­je wie­le kościo­łów i cer­kwi. Był czas, że wyznaw­cy poszcze­gól­nych reli­gii potra­fi­li ze sobą współ­żyć. Lata wojen, napa­dów, bun­tów poło­ży­ły jed­nak temu kres.

Do naj­star­szych kościo­łów w tym mie­ście nale­ży wspo­mnia­na już Kate­dra Łaciń­ska. Dłu­ga na 67 m, sze­ro­ka 23 m, zbu­do­wa­na na prze­ło­mie XV i XVI w. Fasa­dę jej two­rzą dwie wie­że. W tej kate­drze król Jan II Kazi­mierz Waza zło­żył 1 kwiet­nia 1656 r. ślu­by wier­no­ści Mat­ce Bożej, u Niej szu­kał pomo­cy i wspar­cia, gdy Szwe­dzi zaję­li ojczy­znę. Ją uczy­nił Kró­lo­wą Pol­ski. Wcho­dząc do świą­ty­ni, przy głów­nych drzwiach dostrze­ga­my dwie tabli­ce: jed­ną wmu­ro­wa­li lwow­scy patrio­ci w stu­le­cie śmier­ci T. Kościusz­ki, dru­gą wier­ni kościo­ła kato­lic­kie­go dla uczcze­nia wizy­ty Ojca Świę­te­go Jana Paw­ła II we Lwo­wie w 2001 r. We wnę­trzu kate­dry znaj­du­je się sze­reg pamiąt­ko­wych tablic i epi­ta­fiów. Przed kopią cudow­ne­go obra­zu Mat­ki Bożej Łaska­wej klę­czał i modlił się Papież–Polak. Ta „Ślicz­na Gwiaz­da Mia­sta Lwo­wa’’ nama­lo­wa­na zosta­ła przez miesz­cza­ni­na lwow­skie­go Józe­fa Szolc-Wol­fo­wi­cza w 1598 r. po śmier­ci wnucz­ki. Wkrót­ce zasły­nę­ła cuda­mi. Uko­ro­no­wa­na zosta­ła przez metro­po­li­tę Wacła­wa Sie­ra­kow­skie­go w 178 lat po umiesz­cze­niu Jej w głów­nym ołta­rzu. Powtór­nie koro­no­wał Ją Jan Paweł II w Czę­sto­cho­wie w 1983 r. Wie­le lat póź­niej prze­by­wa­jąc z wizy­tą w Kijo­wie i we Lwo­wie Ojciec św. w rocz­ni­cę koro­na­cji zło­żył u stóp Pani Łaska­wej — zło­tą różę.                       

Patrząc na kopię Jej obra­zu, przy­szły mi na myśl smut­ne chwi­le z cza­sów oku­pa­cji sowiec­kiej. W 1970 r. odwie­dzi­łam Lwów i wte­dy dowie­dzia­łam się, że nie­mal wszyst­kie świą­ty­nie zamie­nio­no na maga­zy­ny lub muzea. Jedy­nie kate­dra była czyn­na. Jakież było moje zdu­mie­nie, gdy wszedł­szy do środ­ka, zoba­czy­łam kil­ka­na­ście sta­rych kobiet, któ­re modli­ły się wzno­sząc ręce do góry lub leżąc krzy­żem na posadz­ce. Zro­zu­mia­łam tra­gizm sytu­acji. Nabo­żeń­stwo spra­wo­wał ksiądz sta­ru­szek. Wraz z jego śmier­cią mia­ła znik­nąć nadzie­ja na kon­takt z Bogiem w murach tej świą­ty­ni. Wokół kate­dry dobu­do­wa­no z cza­sem kapli­ce. Jed­ną z nich — Kapli­cę Boimów (Kapli­cę Trój­cy Świę­tej i Męki Pań­skiej) ufun­do­wał sekre­tarz kró­la Ste­fa­na Bato­re­go. Zwra­ca ona uwa­gę mno­go­ścią ozdób. Powsta­ła na pla­nie kwa­dra­tu przy­kry­te­go słyn­ną kase­to­no­wą kopu­łą, na szczy­cie któ­rej znaj­du­je się Chry­stus Fra­so­bli­wy. Od Kapli­cy Zyg­mun­tow­skiej na Wawe­lu róż­ni się jed­nak boga­to zdo­bio­ną fasa­dą fron­to­wą, pokry­tą deko­ra­cją rzeź­biar­ską. Nale­ży do naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych zabyt­ków manie­ry­stycz­nych na tych terenach.

Dru­gim kościo­łem otwar­tym przez czas radziec­kich rzą­dów była świą­ty­nia św. Anto­nie­go znaj­du­ją­ca się przy ul. Łycza­kow­skiej. Powsta­ła za Zyg­mun­ta III Wazy. W cza­sie bun­tu Boh­da­na Chmiel­nic­kie­go i woj­ny kozac­kiej zosta­ła spa­lo­na. Nie­ba­wem, bo w 1739 r. ufun­do­wał nową pocho­dzą­cy z rodzi­ny kró­lew­skiej ksią­żę Janusz Anto­ni Wiśnio­wiec­ki. Budow­la trój­na­wo­wa posia­da skrom­ną fasa­dę, któ­rej szczyt zdo­bią wazy i poli­chro­mia niszy. Do obu boków kościo­ła przy­le­ga­ją kapli­ce z baro­ko­wy­mi ołta­rza­mi. Wcho­dzi­my do wnę­trza, rów­nież baro­ko­we­go. Spo­śród kil­ku­na­stu kościo­łów wybra­li­śmy św. Anto­nie­go. Z jakie­go powo­du? Uczest­nic­two we mszy św. spra­wo­wa­nej przez naszych prze­wod­ni­ków oraz świa­do­mość tego, że jed­na z pań piel­grzy­mu­ją­ca z nami była chrzczo­na w tej świą­ty­ni, skło­ni­ły nas do tego wybo­ru oraz głę­bo­kich reflek­sji. Po nabo­żeń­stwie roz­ma­wiam z p. Marią i pytam: Czy wia­do­mo Pani, że w tych murach chrzest św. przy­ję­ła nie tyl­ko mała Mary­sia, ale jesz­cze ktoś, zna­ny póź­niej wszyst­kim?        Otóż, w 1924 r. przy­nie­sio­no do tego kościo­ła chłop­czy­ka, któ­re­mu nada­no imię Zbi­gniew, i któ­ry wszedł do lite­ra­tu­ry pol­skiej jako Her­bert — czo­ło­wy poeta cza­sów współczesnych.

— Jak przed­sta­wia­ją się związ­ki Pani ze Lwowem ? 

— Moi dziad­ko­wie i moi rodzi­ce spę­dzi­li w tym wyjąt­ko­wym mie­ście część swe­go życia, miesz­ka­li w dziel­ni­cy Łycza­ków, przy ul. Sta­ni­sła­wa Wyspiań­skie­go. Do roz­po­czę­cia zawie­ru­chy wojen­nej bra­li czyn­ny udział w życiu miasta.

— Tam wła­śnie, na Łycza­ko­wie, przy­szła na świat Mary­sia Szy­chow­ska, któ­rą zanie­sio­no do para­fial­ne­go kościo­ła, by mogła otrzy­mać sakra­ment chrztu. 

— Co Pani pamię­ta z opo­wia­dań star­szych, a co zapa­mię­ta­ła jako dziecko?

— Mój ojciec wraz z dziad­kiem pro­wa­dzi­li fir­mę budow­la­ną. W 1939 r. tato został zmo­bi­li­zo­wa­ny. Wkrót­ce jed­nak powró­cił do domu i zaczął się ukry­wać. Sytu­acja była bar­dzo nie­bez­piecz­na. Sowie­ci już w stycz­niu 1940 r. roz­po­czę­li wywóz­kę na Sybir. Jako kil­ku­let­nia dziew­czyn­ka pamię­tam, że obo­je z bra­tem, sły­sząc wybu­chy bomb, kry­li­śmy się z ogrom­nym stra­chem pod stół.

— Kie­dy i dla­cze­go opu­ści­li­ście mia­sto rodzinne? 

— W takim cią­głym stra­chu i napię­ciu nie moż­na było żyć. Rodzi­ce zała­twi­li więc prze­jazd pocią­giem towa­ro­wym i w rok po zakoń­cze­niu woj­ny poje­cha­li­śmy do Boch­ni. W mie­ście tym mie­li­śmy dal­szą rodzi­nę, liczy­li­śmy na pomoc i wspar­cie. Odtąd wszy­scy tęsk­ni­li­śmy za naszym mia­stem — Lwo­wem. Pierw­szy raz odwie­dzi­łam Lwów w 2000 r., a póź­niej jesz­cze kil­ka­krot­nie. Ile razy byłam w nim, tyle razy szu­ka­łam śla­dów mojej rodzi­ny. Z biją­cym ser­cem cho­dzi­łam uli­ca­mi i zauł­ka­mi, wstę­po­wa­łam do kościo­łów, prze­ko­na­na, że wró­cą tam­te dni. Zimą czy latem, toną­cy w zie­le­ni i kwia­tach, czy przy­sy­pa­ny bia­łym puchem Lwów i jego budow­le zawsze zachwy­ca­ły i zachwycają.

Idzie­my dalej, spo­glą­dam na Kate­drę Ormiań­ską. Wej­ście do niej robi impo­nu­ją­ce wra­że­nie. Ormia­nie sta­no­wi­li w tym mie­ście enkla­wę, przy­by­li doń w XI w. ucho­dząc przed napa­da­mi dzi­kich ludów. Szyb­ko się wzbo­ga­ci­li i mogli wznieść taką wspa­nia­łą świą­ty­nię. Moż­na by tak w nie­skoń­czo­ność snuć dzie­je daw­nych cza­sów. Nie moż­na jed­nak nie pod­kre­ślić zna­cze­nia naj­star­sze­go kościół­ka, nesto­ra wszyst­kich innych, pod wezwa­niem Jana Chrzci­cie­la na Sta­rym Ryn­ku, nie­opo­dal Wyso­kie­go Zam­ku. A czy moż­na nie wspo­mnieć o koście­le św. Mar­ci­na, w któ­rym jako dziec­ko modli­łam się o szczę­śli­wy powrót do rodzin­ne­go domu? Oczy­wi­ście nie!

Wie­lo­krot­nie cho­dzi­ły­śmy z moją Mamą w róż­ne atrak­cyj­ne miej­sca Lwo­wa, jak gdy­by w prze­czu­ciu, że nie będzie on już nasz. Poza cmen­ta­rza­mi, Pano­ra­mą Racła­wic­ką bywa­ły­śmy też w kil­ku kościo­łach, m.in. i u św. Mar­ci­na, usy­tu­owa­ne­go w oko­li­cy Pod­zam­cza, przy ul. Żół­kiew­skie­go 8. Wte­dy nie zda­wa­łam sobie spra­wy ani z jego war­to­ści, ani histo­rii. Po latach usły­sza­łam od prze­wod­ni­ka wie­le cie­ka­wych szcze­gó­łów. Ufun­do­wał go w 1637 r. Alek­san­der Zbo­row­ski. Budo­wę ukoń­czo­no wie­le lat póź­niej. Po znisz­cze­niu budow­li przez pożar roz­po­czę­to pra­ce nad następ­ną. W mię­dzy­cza­sie klasz­tor kar­me­li­tów trze­wicz­ko­wych zli­kwi­do­wa­no, a kościół zamknię­to w 1945 r. Obec­nie nale­ży do pro­te­stan­tów. Co moż­na powie­dzieć o jego archi­tek­tu­rze? Jest to budy­nek jed­no­na­wo­wy, przy­kry­ty dwu­spa­do­wym dachem, nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi mie­ści się gale­ryj­ka. Wystrój wnę­trza utrzy­ma­ny w sty­lu roko­ko­wym, w ołta­rzu głów­nym św. Piotr i św. Paweł oraz ojco­wie Kościo­ła, całość dopeł­nia kru­cy­fiks i reli­kwiarz. Do pre­zbi­te­rium świą­ty­ni przy­le­ga dwu­kon­dy­gna­cyj­ny budy­nek klasz­tor­ny wznie­sio­ny na pla­nie lite­ry L i w ten spo­sób zamy­ka dzie­dzi­niec. Z roz­rzew­nie­niem patrzy­łam na świą­ty­nię św. Mar­ci­na i przy­po­mi­na­łam sobie daw­ne chwi­le bez­tro­skie­go dzie­ciń­stwa, a rów­no­cze­śnie czas nad­cią­ga­ją­cych nie­spo­koj­nych, nie­pew­nych dni nie­miec­kiej i sowiec­kiej oku­pa­cji. Nie tyl­ko ja prze­ży­wa­łam moment bycia w świą­ty­ni w 2002 r., ale jesz­cze jed­na oso­ba, Pani Romu­al­da, z któ­rą nawią­za­łam rozmowę.

— Czy Pani jest lwo­wian­ką?                                                  

— I tak i nie.                                                        

— W jakim sensie?

— Przy­szłam na świat w pol­skiej rodzi­nie, w pobli­żu Lwo­wa. Rodzi­ce moi pędzi­li spo­koj­ne życie i pozo­sta­wa­li w dobrych kon­tak­tach z sąsia­da­mi — Ukra­iń­ca­mi. Miesz­ka­li­śmy w leśni­czów­ce, wyda­wa­ło­by się — sie­lan­ka, spo­kój, cisza, szum lasu, świe­że powie­trze.                                                                                

 — W momen­cie roz­dar­cia Pol­ski na dwie czę­ści, wszyst­ko nabra­ło inne­go cha­rak­te­ru. Tato, woj­sko­wy musiał kryć się, a następ­nie pra­co­wać w jed­no­st­ce gospo­dar­czej. Bab­cia i mama z maleń­kim dziec­kiem drża­ły o życie, gdyż codzien­nie, w nocy człon­ko­wie ban­dy UPA pod­cho­dzi­li pod dom, strze­la­li i łomo­ta­li we drzwi. W koń­cu pozo­sta­wi­li kart­kę z napi­sem „Wypro­wa­dzić się z domu w cią­gu 48 godzin, ina­czej śmierć’’. Rodzi­na prze­nio­sła się do Lwo­wa, do pięk­nej, zadba­nej kamie­ni­cy. Kie­dy wkro­czy­li Sowie­ci, mał­żeń­stwo rosyj­skie, nie pyta­jąc o zgo­dę, zamiesz­ka­ło razem z nami.                                                       

— Jak zare­ago­wa­li rodzice?

— Zała­twi­li kar­tę prze­sie­dleń­czą i po jakimś cza­sie opu­ści­li Lwów. Podróż do Wro­cła­wia trwa­ła 2 mie­sią­ce. Odby­wa­ła się w bydlę­cych wago­nach, w urą­ga­ją­cych warun­kach.                                                                                

Pani Roma nie­wie­le pamię­ta z tam­tych cza­sów, histo­rię wojen­ną rodzi­ny pozna­ła dzię­ki opo­wie­ściom mamy. Na szcze­gól­ną uwa­gę zasłu­gu­je pewien, nad­zwy­czaj­ny fakt. Był rok 1945, wio­sna. Na jed­nym z mostów war­szaw­skich spo­tka­li się dwaj bra­cia, ojciec mojej roz­mów­czy­ni, któ­ry nie wia­do­mo, w jakich oko­licz­no­ściach tam się zna­lazł i jego brat, uczest­nik kam­pa­nii wrze­śnio­wej, ucie­ki­nier z nie­wo­li nie­miec­kiej. Z powo­du zakoń­cze­nia woj­ny towa­rzy­szy­ła im radość ogrom­na, podwójna.

— Czy była Pani tu po woj­nie?                                                     

— Tak, po raz pierw­szy, gdy Cmen­tarz Orląt był zamie­nio­ny w śmiet­nik, po leśni­czów­ce nie pozo­sta­ło śla­du, a kamie­ni­ca była zanie­dba­na. Teraz jestem dru­gi raz, prze­ży­wam ten pobyt, gdyż Lwów uwa­żam za moje miasto. 

Roz­ma­wia­jąc, idzie­my dalej. Kie­dy łączę dzie­je Lwo­wa, jego wygląd ze wzru­sze­niem, jakie czę­sto mi towa­rzy­szy­ło pod­czas wędrów­ki po nim, nie mogę pomi­nąć jesz­cze jed­nej sytu­acji. W Lwow­skiej Naro­do­wej Gale­rii Sztu­ki wpa­tru­ję się w Chry­stu­sa i Sama­ry­tan­kę — utrwa­lo­nych przez H. Sie­mi­radz­kie­go na płót­nie. Mistrz się­ga­jąc po temat, nawią­zał do Ewan­ge­lii św. Jana. Ten moment, kie­dy Chry­stus wska­zu­je na sie­bie uchwy­cił malarz i w spo­sób suge­styw­ny prze­mó­wił do widzów. Widocz­nie i na nie­go zadzia­łał ten ewan­ge­licz­ny wątek, sko­ro dwu­krot­nie do nie­go wra­cał. Pierw­szą wer­sją jest zasto­so­wa­nie tech­ni­ki olej­nej na desce, dru­gą z 1890 r. na płót­nie. Obraz pełen kunsz­tu uka­zu­je na tle górzy­ste­go kra­jo­bra­zu gru­pę sędzi­wych drzew oraz stud­nię Jaku­ba, na któ­rej obu­do­wie sie­dzi wyczer­pa­ny dro­gą, utru­dzo­ny Jezus i pro­wa­dzi roz­mo­wę z kobie­tą pocho­dzą­cą z Sama­rii, któ­ra przy­szła z dzba­nem czer­pać wodę. Dłu­go sto­ję przed tym dzie­łem, dostrze­ga­jąc jego pięk­no oraz suge­styw­ność. Zwie­dza­jąc to muzeum, zasta­na­wiam się nad tym, ilu ofia­ro­daw­ców było Pola­ka­mi. Ile dzieł sztu­ki jest autor­stwa pol­skich mala­rzy? Odpo­wiedź w pew­nym stop­niu daje mi album Lwow­ska Gale­ria Obra­zów — malar­stwo pol­skie Dymi­tri­ja Sze­le­sta. Autor pisze tak: „Zbio­ry pol­skie­go malar­stwa od XVI wie­ku do począt­ku II woj­ny świa­to­wej są praw­dzi­wą chlu­bą Lwow­skiej Naro­do­wej Gale­rii Sztu­ki. Dział pol­ski liczy oko­ło dwóch tysię­cy płó­cien […], w cią­gu lat swe­go ist­nie­nia wchła­nia­ła stop­nio­wo nie tyl­ko poje­dyn­cze obra­zy, lecz rów­nież całe kolek­cje dzieł sztu­ki”. Dzię­ki zaku­pom i daro­wi­znom, kolek­cja sta­le się powięk­sza­ła. Po 1946 r. zaso­by gale­rii, w tym rów­nież jej pol­ska część roz­ro­sła się. W tej chwi­li w zbio­rach znaj­du­ją się płót­na Jac­ka Mal­czew­skie­go, Jana Sta­ni­sław­skie­go, A. Grot­t­ge­ra, Jana Matej­ki, H. Sie­mi­radz­kie­go, Olgi Boznań­skiej, Leona Wyczół­kow­skie­go oraz wie­lu innych.

Cho­dząc po salach tego muzeum rze­czy­wi­ście mam moż­ność podzi­wiać talent, pasję zna­ko­mi­tych pol­skich mistrzów. Nie tyl­ko podzi­wiam, towa­rzy­szy mi jesz­cze inne uczu­cie, któ­re­go nie chcę okre­ślić. Na poże­gna­nie zatrzy­mu­ję się przed obra­zem J. Matej­ki Dzie­ci arty­sty. Z lewej stro­ny stoi naj­młod­szy syn Jerzy w czer­wo­nym stro­ju. Trzy­ma smycz psa, któ­ry leży u jego stóp, obok stoi Tade­usz w ciem­nym odzie­niu, pod­pie­ra się ręka i zadu­ma­ny patrzy w dal. Obie cór­ki utrwa­lo­ne są w stroj­nych suk­niach. Róż­ne kolo­ry ubrań mogą sym­bo­li­zo­wać odmien­ność cha­rak­te­rów dzie­ci. Cała gru­pa uka­za­na jest na ciem­nym tle poko­ju. Dla­cze­go ten obraz mnie zain­try­go­wał? Otóż J. Matej­ko w mojej świa­do­mo­ści ist­niał jako malarz zwią­za­ny z Kra­ko­wem, mistrz ogrom­nych płó­cien, przed­sta­wia­ją­cych sce­ny zbio­ro­we, wie­lo­po­sta­cio­we, czę­sto roz­wi­nię­te pano­ra­micz­nie. Na szcze­gól­ną uwa­gę zasłu­gu­ją Biwa pod Grun­wal­dem, Hołd Pru­ski, czy inne. Jego płót­na odzna­cza­ją się inten­syw­ną kolo­ry­sty­ką, posta­cia­mi o wyra­zi­stych rysach, zami­ło­wa­niem do pre­cy­zyj­ne­go odtwa­rza­nia daw­nych stro­jów, poszcze­gól­nych ele­men­tów przed­sta­wia­nych wnętrz. I tak moż­na by było cho­dzić od eks­po­na­tu do eks­po­na­tu, od jed­ne­go do dru­gie­go, prze­ży­wać i pozna­wać oko­licz­no­ści powsta­wa­nia dzie­ła. Oka­zu­je się jed­nak, że obra­zy z gale­rii lwow­skiej są sta­le eks­po­no­wa­ne na wysta­wach nie tyl­ko w muzeum, ale i poza jego mura­mi. Przy róż­nych oka­zjach i rocz­ni­cach moż­na je podzi­wiać w War­sza­wie, Pozna­niu, Kra­ko­wie, we Wro­cła­wiu i innych pol­skich mia­stach. Wycho­dząc z zało­że­nia, że sztu­ka jest ponad podzia­ła­mi, war­to tę wymia­nę kontynuować.

Z żalem żegna­my jed­nak mia­sto naszych marzeń. Spo­glą­da­jąc na Lwów — ongiś nasz, z jego nie­po­wta­rzal­ną atmos­fe­rą, uśmie­chem ulic i powa­gą murów, dostrze­ga­my, iż obok akcen­tów ukra­iń­skich, nadal ist­nie­ją śla­dy pol­skie. „Nawet powo­jen­ne dzie­je Lwo­wa — pisze J. Janic­ki — już skap­ca­nia­łe­go, mar­twe­go, bez pol­skiej kro­pli krwi w swych żyłach, dowo­dzą wciąż tego same­go feno­me­nu, że kto choć raz zetknął się z tym mia­stem — dozna­wał zawro­tu gło­wy i kom­plet­ne­go zacza­dze­nia jego uro­kiem’’. Koń­czy­my nie­za­po­mnia­ny spa­cer po mie­ście „sem­per fide­lis’’, któ­re­go obraz i dzie­je na dłu­go i głę­bo­ko pozo­sta­ną w naszej pamię­ci i naszej duszy. Czy tyl­ko? Tak­że w histo­rii Pol­ski mia­sto to zna­la­zło swój ślad, w lite­ra­tu­rze, a szcze­gól­nie w poezji , za czym prze­ma­wia­ją sło­wa Maria­na Hemara:

„…My jeste­śmy z mia­sta poezji,

Co się u nas rodzi­ła na bruku,

Jak­by kamień się zmieniał

W natchnie­nie,

A natchnie­nie wsią­kło w kamienie.

I pomni­kiem

w ser­cu mia­sta stoi…”.

Przede wszyst­kim ślad ten trwa w kul­tu­rze i histo­rii Pol­ski. Trwa w foto­gra­fii. Ja jed­nak prze­ży­łam to wyjąt­ko­we szczę­ście, że mam poza sobą nie­za­po­mnia­ny spa­cer i to wie­lo­krot­ny po tym nie­zwy­kłym, budzą­cym emo­cje mie­ście.                                                                                  

Biblio­gra­fia                                                                              

Hej­ke K., Petrus J. T., Kate­dra Lwow­ska obrząd­ku łaciń­skie­go, Kra­ków 2004.

Janic­ki J., Bujak A., Lwów, Olsza­ni­ca 1997.

Nicie­ja S. S., Lwow­skie Orlę­ta. Czyn i legen­da, War­sza­wa 2009.

Nicie­ja S. S., Lwów Ogród snu i pamię­ci. Dzie­je Cmen­ta­rza Łycza­kow­skie­go we Lwo­wie oraz ludzi tam spo­czy­wa­ją­cych w latach 1786–2010, Opo­le 2011.

Sze­lest D., Lwow­ska Gale­ria Obra­zów — malar­stwo pol­skie, War­sza­wa 1990.

Win­gla­rek J. W., Tam, gdzie lwow­skie śpią Orlę­ta…, War­sza­wa 2001.