27-go Czerw­ca. Żywot świę­te­go Wła­dy­sła­wa, Kró­la (Żył oko­ło roku Pań­skie­go 1095)

        Król węgier­ski Bela miał dwóch synów: Gej­zę i Wła­dy­sła­wa, któ­ry przy­szedł na świat w roku 1041. Po śmier­ci jego Salo­mon, syno­wiec Beli, rościł sobie pra­wa do tro­nu. Acz­kol­wiek Salo­mon był młod­szym od Gej­zy, obaj jed­nak bra­cia, Gej­za i Wła­dy­sław, za namo­wą Bisku­pa Dezy­de­ry­usza zrze­kli się na rzecz tam­te­go god­no­ści królewskiej.

        Gdy nie­co póź­niej wpa­dła na Węgry dzi­ka hor­da Hun­nów pod wodzą Osu­la, obaj bra­cia tak dziel­nie bro­ni­li kra­ju, jak­by wła­sne­go, że roz­gro­mi­li najeźd­ców. Wła­dy­sław zaraz na począt­ku bitwy czte­rech nie­przy­ja­ciół poło­żył tru­pem, ale od pią­te­go został cięż­ko zra­nio­ny. Wtem widzi, jak jakiś poga­nin ucho­dzi na koniu z porwa­ną panien­ką. Chce ją rato­wać, ale nie może dla swej rany. Woła więc na panien­kę, aże­by się z konia spu­ści­ła, a tem samem wro­ga z sobą ścią­gnę­ła. I sta­ło się tak: obo­je spa­dli na zie­mię, prze­to Wła­dy­sław mógł teraz leżą­ce­go na zie­mi pohań­ca łatwo zabić, lecz wolał z nim sta­nąć do poje­dyn­ku, w któ­rym nie­przy­ja­cie­la poło­żył trupem.

        Salo­mon za odstą­pie­nie mu tro­nu złem się odpła­cał, a wkoń­cu tak nie­god­nie sobie poczy­nał, że obaj bra­cia nie czu­li się w kra­ju nawet pew­ny­mi życia. Udał się tedy Wła­dy­sław do Czech, do swe­go szwa­gra, pro­sząc go o pomoc.

        Ksią­żę Cze­ski zebrał woj­sko, wtar­gnął do Węgier, gdzie się do nich Gej­za przy­łą­czył, a Wła­dy­sław bra­ta pocie­szał, mówiąc, że Bóg spra­wie­dli­wy nie da im zgi­nąć. Przy­szło do wiel­kiej bitwy, w któ­rej Salo­mon został na gło­wę pora­żo­ny, że się zale­d­wie uciecz­ką zdo­łał ura­to­wać, przy­ło­żył się zaś do tego zwy­cię­stwa w głów­nej mie­rze Władysław.

        Zebraw­szy lud swój i patrząc na tyle tru­pa, nie mógł się od łez powstrzy­mać, bo mówił, że to prze­cie wszy­scy bra­cia w Chry­stu­sie. Pole­głych kazał więc uczci­wie pogrze­bać, wybu­do­wał kościół pod wezwa­niem Najśw. Maryi Pan­ny, przy­czem dostat­nio go opa­trzył, aby się usta­wicz­nie Msze świę­te za dusze pole­głych odprawiały.

        Węgry były pod­ów­czas kró­le­stwem elek­cyj­nem, nie dzie­dzicz­nem, więc obaj bra­cia łatwo mogli tron pozy­skać; roz­pu­ści­li oni wszak­że woj­sko, pozo­sta­wia­jąc Węgrom wol­ność obra­nia sobie kró­la, któ­re­go­by chcie­li. Jakoż obra­no Gej­zę; ten­że wdał się z Salo­mo­nem w ukła­dy, chcąc mu kró­le­stwo odstą­pić, tym­cza­sem jed­nak Gej­za umarł.

        Węgrzy nie ufa­jąc Salo­mo­no­wi, obra­li kró­lem Wła­dy­sła­wa. Widzie­li bowiem — tak pisze księ­ga dzie­jów węgier­skich — w ser­cu tego męża spra­wie­dli­wość, dobroć, roz­trop­ność, męstwo, a oso­bli­wie świętobliwość.

        Prze­ko­na­li się też, że nie ceni on szczę­ścia tego docze­sne­go, nie hoł­du­je ambi­cyi, nie pała złe­mi żądza­mi, lecz śmier­tel­ne­mi temi god­no­ścia­mi gar­dzi, a czy­stość zawsze cho­wał. Do tego posia­dał umysł wspa­nia­ły, siłę nad podziw, nad­zwy­czaj­ną sta­łość w sło­wie i uczyn­ku, ludz­kość i przychylność.

        Nie zapo­mi­na­no też o jego czy­nach boha­ter­skich i wiel­kiej szczo­dro­bli­wo­ści. Wszy­scy zwa­li go obroń­cą czy­sto­ści, uciecz­ką bied­nych, wzo­rem poboż­no­ści, naro­du swe­go wyba­wi­cie­lem. Wszyst­ko cisnę­ło się do jego wybo­ru na kró­la. Przy­czy­nia­ły się też do tego maje­stat i powa­ga wraz z prze­dziw­ną uro­dą. O całą gło­wę prze­wyż­szał innych, a w sądze­niu takie oka­zy­wał umiar­ko­wa­nie, że był nie mniej spra­wie­dli­wym, jak miłosiernym.

        Obra­no go więc jed­no­gło­śnie kró­lem, ale i w tem oka­zał ducha praw­dzi­wie chrze­ści­jań­skie­go. Mimo wszyst­kich prośb chciał być tyl­ko zarząd­cą kró­le­stwa, nie dał się koro­no­wać, rozu­mie­jąc, że mu się uda uła­go­dzić zawzię­te­go Salo­mo­na i koro­nę mu oddać. O roz­sze­rze­nie w kra­ju reli­gii i życia reli­gij­ne­go dbał pil­nie. Chęt­nie był­by Wła­dy­sław oddał Salo­mo­no­wi rzą­dy, ale naj­przed­niej­si pano­wie, tak duchow­ni jak świec­cy, oświad­czy­li, że się nigdy nie pod­da­dzą nie­go­dzi­we­mu Salo­mo­no­wi i nie wysta­wią na jego zemstę. Tedy opa­trzył go Wła­dy­sław w znacz­ne docho­dy, a Salo­mon zarę­czał, że na tem ma dosyć. Trwa­ło to nie­ja­ki czas, poczem zły ten czło­wiek popro­sił kró­la o oso­bi­ste spo­tka­nie, a to, jak mówił, żeby osta­tecz­ny układ dobrze uło­żyć. Wła­dy­sław miał się już sta­wić w dniu ozna­czo­nym, gdy go Pan Bóg wcze­śnie jesz­cze prze­strzegł przez tajem­ne­go posłań­ca, żeby tego nie czy­nił, gdyż tam­ten godzi na jego życie.

        Zabrał tedy Świę­ty z sobą znacz­ny hufiec wier­nych i to więk­szy, niż się Salo­mon spo­dzie­wał a uprze­dza­jąc zasadz­kę, kazał go poj­mać. Salo­mon chciał sobie życie ode­brać ze zło­ści, że się plan jego nie udał.

        Tym­cza­sem Wła­dy­sław, trzy­ma­jąc chy­tre­go lisa w zamknię­ciu, modlił się zań, żeby Pan Bóg odmie­nił ser­ce jego. I jesz­cze raz spró­bo­wał prze­jed­nać tego zawzię­te­go wro­ga, daru­jąc go wol­no­ścią i na dwór swój powo­łu­jąc. Wszak­że i to nie pomogło.

        Salo­mon uciekł, prze­my­śli­wa­jąc odtąd usta­wicz­nie, jak­by się mógł naj­le­piej zemścić. Nie mogąc zna­leźć żad­nej u ksią­żąt chrze­ści­jań­skich pomo­cy, zawe­zwał kró­la Hun­nów, obie­cu­jąc mu część kró­le­stwa i poślu­bie­nie cór­ki jego. Dzi­ki poha­niec dał się sku­sić i z ogrom­nem woj­skiem wtar­gnął na Węgry.

        Wła­dy­sła­wo­wi zda­wa­ło się nie­po­do­bień­stwem, aby Salo­mon trzy­mał z pogań­stwem. Przy­szło jed­nak do bitwy: Wła­dy­sław odniósł świet­ne zwy­cię­stwo, dzie­sięć tysię­cy Hun­nów pole­gło, a Węgrów padło coś tyl­ko oko­ło tysią­ca. Król Hun­nów rato­wał się z Salo­mo­nem uciecz­ką, a Wła­dy­sław wró­cił z wypra­wy z nie­zmier­nie boga­tym łupem i po wszyst­kich kościo­łach kazał odpra­wiać nabo­żeń­stwo dziękczynne.

        Co się sta­ło z Salo­mo­nem, po dziś dzień nikt nie wie na pew­no. Jest tyl­ko poda­nie, że w lesie jed­nym zało­żył sobie pustel­nię i tam aż do śmier­ci czy­nił pokutę.

        Po nie­ja­kim cza­sie Hun­no­wie po raz dru­gi wtar­gnę­li do Węgier. Wła­dy­sław uni­ka­jąc wiel­kie­go krwi roz­le­wu, wystą­pił do poje­dyn­ku z kró­lem i poło­żył go tru­pem, skut­kiem cze­go pogań­stwo roz­pierz­chło się na wsze strony.

        Król ten był i na wie­lu innych woj­nach bar­dzo szczę­śli­wy. Pomi­mo iż na woj­nie czło­wiek zazwy­czaj dzi­cze­je, i życie obo­zo­we psu­je poboż­ność, Wła­dy­sław nigdy nie zapo­mi­nał o Panu Bogu. Zamek jego kró­lew­ski wyglą­dał wię­cej na klasz­tor, takie tam pano­wa­ło życie reli­gij­ne. Dzień w dzień słu­chał Mszy świę­tej, dzień w dzień dawał posłu­cha­nia i tak był dobro­tli­wy, że przy­cho­dzo­no do nie­go jako­by do ojca. Życie pro­wa­dził suro­we, w tygo­dniu kil­ka­kroć pościł, wina nie pił, a sypiał na twar­dem posła­niu. Przed każ­dą wypra­wą wojen­ną odpra­wiał post trzy­dnio­wy i naka­zy­wał publicz­nie modlitwy.

        Za jego cza­sów Papież Urban II ogło­sił woj­nę krzy­żo­wą, żeby Zie­mię świę­tą wydrzeć z rąk Sara­ce­nów. Wszy­scy monar­cho­wie zgo­dzi­li się na to, żeby na cze­le wypra­wy sta­nął Wła­dy­sław, bo uwa­ża­li go za naj­god­niej­sze­go wodza i praw­dzi­wie chrze­ści­jań­skie­go ryce­rza. Ofia­ro­wa­no mu tak­że cesar­ską koro­nę, ale nie przy­jął. Zanim wszak­że wypra­wa owa przy­szła do skut­ku, Pan Bóg powo­łał go do chwa­ły Swo­jej, do Kró­le­stwa wie­ku­iste­go pokoju.

 

Nauka moral­na

        Chęć pano­wa­nia nale­ży do naj­zgub­niej­szych namięt­no­ści. Praw­dzi­we szla­chec­two i praw­dzi­wa cno­ta uni­ka o ile może wiel­ko­ści świa­to­wych, boi się wywyż­sze­nia; prze­ciw­nie uro­jo­na wiel­kość złą­czo­na z pod­ło­ścią odwa­ży się na wszel­ką zbrod­nię, aby się módz wywyż­szyć. Ileż złe­go, ile nie­szczęść ta namięt­ność spro­wa­dzi­ła na świat, a gdy­by nie Opatrz­ność Boża czu­wa­ją­ca nad świa­tem, było­by nie­skoń­cze­nie wię­cej nie­szczę­śli­wych owo­ców tej namięt­no­ści. Ale Bóg, któ­ry pysz­nym się sprze­ci­wia a pokor­nym łaskę daje, okry­wa czę­sto docze­sną hań­bą tych, któ­rzy się za pano­wa­niem i wiel­ko­ścią świa­to­wą uga­nia­ją a wywyż­sza pokor­nych i cichych. Brzydź się pychą, wystrze­gaj się chę­ci, a oszczę­dzisz sobie w tem nawet życiu wie­le gorz­kich przykrości.

        Podob­nie jak świę­ty Wła­dy­sław jako król i opie­kun kra­ju sta­rał się wypeł­nić obo­wiąz­ki nało­żo­ne mu wyso­ką god­no­ścią i posłan­nic­twem — tak i my win­ni­śmy się sta­rać, zado­sy­ću­czy­nić obo­wiąz­kom naszym z całą sumien­no­ścią, choć­by były jak naj­trud­niej­sze. Albo­wiem Bóg, któ­ry cię powo­łał do jakie­go­kol­wiek sta­nu, żąda od cie­bie, abyś w mia­rę zdol­no­ści, sił i sumie­nia pra­co­wał dla chwa­ły Boga i dla dobra bliź­nich two­ich. Na zba­wie­nie two­je wpły­wu to mieć nie będzie, czy peł­nisz te obo­wiąz­ki w sta­nie wyso­kim, czy niz­kim, czy jesteś moż­nym tego świa­ta, czy pro­stym robot­ni­kiem, lecz od tego zba­wie­nie two­je zale­żeć będzie, czy na tem sta­no­wi­sku, na jakiem cię Pan Bóg posta­wił, wier­nie i sumien­nie peł­nisz obo­wiąz­ki a zga­dzasz się zawsze z wolą Bożą. Przez to sta­niesz się Bogu miłym i dasz dowo­dy, że ci na praw­dę cho­dzi o to, abyś był zbawionym.

Modli­twa

        Boże, któ­ryś świę­te­go Wła­dy­sła­wa, wynie­sio­ne­go na kró­lew­ską god­ność, obda­rzyć raczył łaską umar­twio­ne­go życia, spraw to łaska­wie, aby­śmy za jego przy­kła­dem i pośred­nic­twem umar­twia­jąc w nas złe żądze, dostą­pi­li wiecz­ne­go zba­wie­nia. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa. Amen.