Rybi holokaust, jaki w dniach ostatnich nastąpił w Odrze, zepchnął na drugi, a nawet na jeszcze dalsze plany rewelacje, jakimi  przez cały sezon ogórkowy karmiły swoich odbiorców niezależne media głównego nurtu w Polsce.

        O ile przedtem głównym tematem były podróże po kraju Naczelnika Państwa i Donalda Tuska, podczas których obydwaj Umiłowani Przywódcy podsrywali się wzajemnie, ewentualnie testowanie sędziów na niezawisłość, odbywające się zwłaszcza z Sądzie Najwyższym, być może dlatego, że pensje tamtejszych sędziów są najwyższe, więc i niezawisłość też, a także opowieści o reparacjach wojennych od Niemiec, to teraz tylko Odra i spływające z jej nurtem do morza śnięte ryby. To znaczy one do morza nie dopłyną, o tym nie ma mowy, bo są po drodze wyławiane i przekazywane do utylizacji. W ten sposób wyłowionych zostało już co najmniej 100 ton – aż dziw bierze, że tyle ich w Odrze w ogóle było.

        Wszyscy zachodzą w głowę, co też mogło spowodować takie masowe rybobójstwo. Początkowo głównym podejrzanym była rtęć, ale Niemcy to zdementowali, chociaż nie do końca, bo po kolejnych badaniach rybich zwłok podobno ktoś kazał jednak wykryć  tam ślady rtęci. Ale pani minister Moskwa wysunęła inną hipotezę, że mianowicie przyczyną zatrucia Odry było nadmierne zasolenie wody, spowodowane zrzutami słonej wody z kopalni. Których? A właśnie – tajemnica to wielka.

        Nie było to zresztą ostatnie słowo, bo środowiska radykalnych sanitarystów, przestrzegające przed kolejną falą koronawirusa zaczęły rozpowszechniać fałszywe pogłoski, jakoby przyczyną wyginięcia odrzańskich ryb było to, że nie zostały one zaszczepione przeciwko odrze.

        Mnogość tych hipotez jest o tyle zaskakująca, że w naszym nieszczęśliwym kraju są co najmniej cztery urzędy, które powinny zajmować się ochroną środowiska: Ministerstwo Klimatu i Ochrony Środowiska, Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, Główny Inspektorat Ochrony Środowiska oraz Wody Polskie. Najwyraźniej te dwa ostatnie zostały – jak na razie – głównymi winowajcami katastrofy, bo pan premier Morawiecki “ w trybie natychmiastowym” zdymisjonował szefa Wód Przemysława Dacę oraz Głównego Inspektora Ochrony Środowiska Michała Mistrzaka.

        Głowy się tedy posypały, ale mimo to nadal nie wiadomo, co było przyczyną zatrucia Odry, chociaż sprawę badają niezliczone laboratoria polskie, a także niemieckie. W rezultacie, wśród rozmaitych możliwości, wyjaśnienia może dostarczyć informacja, że wodę w Odrze zatruł Putin – co by pasowało każdemu: i Polsce i Niemcom i Czechom, a przede wszystkim – Ukraińcom, no i oczywiście – Stanom Zjednoczonym.

        Ostatnio bowiem również na Krymie dzieją się zagadkowe rzeczy; eksplozje następują jedna po drugiej, ale Amerykanie powiadają, że amerykańska broń nie jest tam używana, a z kolei Ukraińcy – co prawda tak, żeby im nikt nie uwierzył – ale też się nie przyznają do ataków na Krymie. W tej sytuacji może to być prowokacja Putina, a skoro robi on nawet takie rzeczy, to dlaczego nie miałby wytruć ryb w Odrze? W takiej sytuacji nie tylko wszyscy odetchęliby z ulgą, ale również ja mógłbym ubiegać się od milion złotych nagrody, ustanowionej za wskazanie sprawcy.

        Tymczasem premier Morawiecki naigrawa się z Donalda Tuska, że “trzymał kciuki” za rtęć w Odrze, a niemiecki minister, dementując tę fałszywą  pogłoskę, wbił mu nóż w plecy. W związku z tym opozycja już tylko ubolewa nad niedolą ryb, które w dodatku nie mają głosu.

        Tutaj jednak otwierają się przed klasą polityczną szerokie perspektywy, bo jeśli, dajmy na to, Volksdeutsche Partei kreowałaby sie rzecznikiem ryb nie tylko w Odrze, ale i Wiśle oraz innych rzekach, to mogłaby wygrać przyszłoroczne wybory w cuglach i osadzić na synekurach w spółkach Skarbu Państwa swoich faworytów. Wspominam o tym m.in. dlatego, że właśnie w niezależnych mediach ukazały się niedyskrecje, iż osoby ulokowane przez Naczelnika Państwa w radach nadzorczych albo zarządach spółek Skarbu Państwa, w ciągu kilku lat dorobiły się  milionowych majątków. Któż w tej sytuacji nie chciałby poświęcić się służeniu Polsce?

        Skażenie Odry zepchnęło na dalszy plan również Święto Wojska Polskiego, które w tym roku miało przebieg skromniejszy, niż w latach poprzednich. Przede wszystkim nie było defilady z użyciem ciężkiego sprzętu. Złośliwi powiadają, że to dlatego, że nie miałoby co defilować, jako że ciężki sprzęt został przez Polskę w całości przekazany Ukrainie, a spodziewanego, to znaczy – zakupionego tysiąca czołgów z Korei Południowej jeszcze nie ma. Wprawdzie wicepremier i minister obrony narodowej, pan Mariusz Błaszczak twierdzi, że mimo tych transferów polskiego uzbrojenia na Ukrainę, polskie zdolności obronne nie doznały żadnego uszczerbku, ale tak czy owak defilady nie było. Bardzo możliwe, że w tej sytuacji filarem naszej obronności jest gwarancja udzielona nam przez JE ambasadora USA w Warszawie Marka Brzezńskiego, że w razie czego Stany Zjednoczone będą broniły Polski do ostatniej kropli krwi – no i wręczenie nominacji 11 nowym generałom.

        W ogóle polska armia ma być najsilniejsza w Europie, bo jeśli nadejdą czołgi kupione w Korei Południowej i Ameryce, to będziemy mieli tyle czołgów, ile Wielka Brytania, Niemcy i Francja razem wzięte. Przed taką armią pierzchnie w popłochu każdy wróg, ale biorąc pod uwagę naszego pecha to obawiam się, że właśnie wtedy wojna się skończy.

        Adam Grzymała-Siedlecki wspomina, jak to jeszcze w czasach rozbiorowych, dwory ziemiańskie w poszczególnych parafiach rywalizowały ze sobą o to, w której parafii będzie najbardziej okazały odpust, nie tylko  w zakresie nabożeństwa, ale i w fazie późniejszej, rozrywkowej, która z udziałem licznych gości odbywała się na plebanii, często do późnej nocy.

        Z czymś podobnym mamy do czynienia  teraz, z tą różnicą, że nie chodzi o rywalizację między parafiami o okazałość odpustu, tylko między telewizją rządową i jedną z telewizji nierządnych, żydowską telewizją dla Polaków, czyli TVN. Rywalizują one między innymi o festiwale piosenki. O ile festiwal polskiej piosenki w Opolu jest zdominowany przez telewizję rządową, w związku z czym szansoniści niechętni rządowi “dobrej zmiany” unikają go, jak ognia,  o tyle rozpoczynający się 16 sierpnia, trzydniowy festiwal w Sopocie jest odpustem firmowanym raczej przez żydowską telewizję dla Polaków, więc szansoniści opozycyjni, jeden przez drugiego, garną się do tamtejszej Opery Leśnej drzwiami  i oknami, żeby spiewać “o miłości, przyjaźni, empatii i pomocy potrzebującym”. Kiedy to piszę, festiwal jeszcze się nie zaczął, ale myślę, że wykonawcy okażą się na poziomie i jeśli, dajmy na to, bedą śpiewać “o miłości”, to między wszystkimi 77 płciami, bo w przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia z wykluczeniem i stygmatyzacją, a to – jak wiadomo – gorsze jest od śmierci.

                                                                            Stanisław Michalkiewicz