Niedawno kolega przysłał mi film na YouTube, który wcale mnie nie zaskoczył, ponieważ już wcześniej poruszałem podobne zagadnienia w swoich esejach. Ten materiał jedynie jeszcze mocniej utwierdził mnie w przekonaniu, w jaki sposób powstają sztucznie zawyżone ceny współczesnych obrazów i jak bardzo rynek sztuki został podporządkowany mechanizmom finansowym, a nie rzeczywistej wartości artystycznej. Tym razem pomińmy jednak czystą sferę estetyki. Nie zastanawiajmy się nad tym, czy dane dzieło rzeczywiście posiada wartość duchową, symboliczną czy warsztatową. Nie pytajmy, czy obraz jest piękny, prawdziwy, poruszający lub czy niesie ze sobą jakiekolwiek głębsze przesłanie. Skupmy się wyłącznie na pieniądzach, a dokładniej na manipulacjach finansowych, inwestycjach kapitałowych, ukrywaniu majątku oraz legalnych sposobach unikania podatków. Warto zadać sobie bardzo proste pytanie: dlaczego miliarderzy płacą dziesiątki, a czasem setki milionów dolarów za obrazy, które dla przeciętnego człowieka wyglądają jak przypadkowe bazgroły, jakby stworzyło je rozdrażnione dziecko, któremu matka nie kupiła zabawki? Dlaczego ktoś wydaje fortunę na płótno z kilkoma plamami farby, na przypadkowe kreski lub na pustą przestrzeń z jednym czerwonym punktem? Czy naprawdę chodzi tu o zachwyt nad sztuką? O subtelne rozumienie estetyki? O głębię intelektualną, której zwykły człowiek nie potrafi dostrzec? Najczęściej nie. Nie jest to kwestia wyrafinowanego gustu ani artystycznej wrażliwości. Jest to przede wszystkim chłodna, precyzyjnie zaplanowana strategia finansowa. W wielu przypadkach obraz nie jest kupowany dlatego, że jest dziełem sztuki, ale dlatego, że jest doskonałym narzędziem do przechowywania kapitału, przenoszenia majątku i optymalizacji podatkowej. Mechanizm ten wygląda często w sposób niezwykle prosty. Bogaty inwestor nie idzie do banku, by po prostu wpłacić pieniądze na konto. Nie kupuje kolejnej nieruchomości, ponieważ ta jest widoczna, opodatkowana i podlega ścisłej kontroli. Zamiast tego dokonuje zakupu czegoś, co formalnie uznawane jest za dzieło sztuki. Może to być obraz wart przynajmniej na papierze 20 milionów dolarów. Kupuje go w renomowanej galerii, która wcześniej zadbała o stworzenie odpowiedniej legendy wokół danego artysty.

Przy pomocy krytyków sztuki, agentów, marszandów, kuratorów wystaw, domów aukcyjnych i wpływowych znajomych buduje się prestiż twórcy. Tworzy się narrację o „geniuszu współczesności”, o „rewolucji estetycznej”, o „przekraczaniu granic percepcji”. Media piszą recenzje, galerie organizują wystawy, muzealne środowiska zaczynają używać odpowiedniego języka, który ma przekonać odbiorców, że oto mamy do czynienia z wielkim artystą naszych czasów. W rzeczywistości bardzo często wartość samego obrazu nie wynika z jego jakości, lecz z siły środowiska, które tę wartość ogłasza. Kupujący otrzymuje certyfikat autentyczności, dokumenty potwierdzające pochodzenie dzieła oraz oficjalną wycenę. Wszystko wygląda legalnie, elegancko i prestiżowo. Jednak nie zabiera tego obrazu do domu po to, by zawiesić go w salonie i codziennie kontemplować jego piękno. Nie siada wieczorem z lampką wina, aby rozważać głębię przekazu artysty. Taki obraz trafia najczęściej do specjalnych, luksusowych magazynów miejsc, gdzie przechowuje się dzieła sztuki, aktywa finansowe, złoto i inne dobra o ogromnej wartości. Są to przestrzenie funkcjonujące często poza klasycznym obiegiem podatkowym, poza zasięgiem urzędów skarbowych i celnych. Obraz nie pełni tam funkcji estetycznej. Jest po prostu aktywem, jak akcje, obligacje czy sztabki złota. Po pewnym czasie dzieło trafia na prestiżową aukcję. I tutaj rozpoczyna się kolejny etap gry. Znajomi miliardera, inni kolekcjonerzy lub podstawieni uczestnicy aukcji zaczynają sztucznie podbijać cenę. Licytacja nie musi odzwierciedlać realnego zainteresowania sztuką często jest jedynie starannie wyreżyserowanym spektaklem finansowym. Cena rośnie, media odnotowują rekord sprzedaży, nazwisko artysty staje się jeszcze bardziej rozpoznawalne.

Nagle obraz kupiony wcześniej za 20 milionów dolarów osiąga wartość 50 milionów. Na papierze staje się arcydziełem o ogromnym znaczeniu rynkowym. W rzeczywistości nadal może być tym samym bohomazem, który dla zwykłego człowieka nie przedstawia żadnej wartości estetycznej, ale system już uznał go za skarb. Następnie właściciel przekazuje ten obraz muzeum jako darowiznę. I właśnie tutaj pojawia się najważniejszy element całego mechanizmu. Urząd skarbowy uznaje darowiznę według aktualnej, oficjalnej wyceny czyli nie według 20 milionów, które rzeczywiście zostały wydane, lecz według 50 milionów dolarów ustalonych przez rynek i dom aukcyjny. W efekcie miliarder otrzymuje ogromny odpis podatkowy. Podatek zapłacony przy zakupie praktycznie znika, a dodatkowo może uzyskać zwrot lub znaczące obniżenie przyszłych zobowiązań podatkowych. Państwo nie otrzymuje należnych pieniędzy, a system sam nagradza tę operację jako akt dobroczynności. Rezultat jest prosty i niezwykle korzystny dla właściciela. Pozbywa się obrazu, odzyskuje korzyści podatkowe, poprawia swój publiczny wizerunek, a jednocześnie zostaje przedstawiony jako wielki filantrop, mecenas kultury i człowiek wspierający dobro wspólne. Media pokazują go jako dobroczyńcę muzeów i opiekuna dziedzictwa narodowego. Tymczasem bardzo często nie ma to nic wspólnego ani z miłością do sztuki, ani z prawdziwą filantropią. Jest to po prostu finansowa manipulacja legalna z punktu widzenia prawa, ale przebrana w eleganckie szaty promocji kultury. To nie jest teoria spiskowa ani przesadna krytyka współczesności. To jest system, który działa właśnie dlatego, że prawo mu na to pozwala. Jest to dobrze zorganizowany mechanizm funkcjonujący od lat na rynku sztuki. W jednej ze swoich książek John Grisham wspomina właśnie o podobnych rozwiązaniach, pokazując, jak sztuka może stać się narzędziem ukrywania majątku i podatkowej optymalizacji. W tym momencie sztuka przestaje być przestrzenią duchowego przeżycia, kontemplacji i poszukiwania prawdy. Przestaje być spotkaniem człowieka z pięknem, tajemnicą i transcendencją. Staje się narzędziem księgowych, prawników i doradców podatkowych.
A co dzieje się później z tym słynnym „arcydziełem”? Trafia ono do muzeum. Wisi na ścianie w eleganckiej sali, dobrze oświetlone, opatrzone profesjonalnym opisem i tabliczką, na której widnieje nazwisko darczyńcy. Obok pojawia się informacja o jego hojności i wsparciu dla kultury. Publiczność, często pod wpływem snobizmu, presji środowiskowej i lęku przed przyznaniem się do własnego osądu, zachwyca się nad dziełem, którego wartości estetycznej nikt nie odważy się zakwestionować. Bo skoro znajduje się w prestiżowym muzeum, skoro kosztowało dziesiątki milionów, skoro krytycy nazwali je przełomowym  musi przecież być wielką sztuką. Niewielu ma odwagę powiedzieć wprost, że król jest nagi. W niemal każdej stolicy świata, a nawet w większych miastach, znajdują się muzea i państwowe galerie pełne tego typu obiektów i przedmiotów, które z urzędu nazywa się dziełami sztuki. Każdy je widział. Wielu było ich świadkami. Wielu stało przed nimi w milczeniu, próbując zrozumieć coś, czego często nie da się zrozumieć, bo nie zostało stworzone dla piękna, lecz dla finansowego mechanizmu. Można o tym pisać bardzo długo, ponieważ temat jest ogromny i dotyka nie tylko sztuki, ale całego współczesnego systemu wartości. Pokazuje, jak łatwo kultura może zostać podporządkowana kapitałowi i jak szybko prawdziwa sztuka może zostać zastąpiona przez dobrze opakowaną fikcję inwestycyjną. We wcześniejszych moich esejach temat gromadzenia tego rodzaju przedmiotów poruszałem znacznie szerzej. Jeśli ktoś jest zainteresowany, proszę poszukać tych tekstów na stronie Gońca. https://www.goniec.net/author/zenon-burdy/

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Ps:Tekst ten stanowi pewnego rodzaju rozważanie na powyższy temat. Czy rzeczywiście jest tak, jak napisałem? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć. Odwiedziłem wiele muzeów i galerii sztuki XX i XXI wieku, gdzie przy opisach licznych dzieł zwłaszcza tych współczesnych, często budzących wątpliwości widniały nazwiska darczyńców. To, co zobaczyłem w galeriach, w połączeniu z materiałem filmowym, skłoniło mnie do podjęcia próby opisania tego zjawiska.

Zenon Burdy