W niedzielę 18 października rano ukraiński dron typu FP-1 (FPV) z ładunkiem wybuchowym naruszył litewską przestrzeń powietrzną, a następnie rozbił się i eksplodował we wsi Juodžionys w rejonie poswolskim, na północy kraju – około 10 km od granicy z Łotwą i ponad 200 km od granicy z Polską. Odłamki uszkodziły cywilny samochód. Nikt nie odniósł obrażeń.
Zdarzenie wywołało czerwony alert na części Litwy, poderwanie włoskich myśliwców Eurofighter z misji NATO Baltic Air Policing oraz natychmiastową wymianę informacji między Wilnem a Warszawą. Jednocześnie w nocy z 17 na 18 października Ukraina przeprowadziła jeden z największych dotychczas ataków dronowych na Petersburg i obwód leningradzki. Premier Litwy Mindaugas Sinkevičius stwierdził, że nie ma wątpliwości, iż maszyna wleciała ze strefy Schengen, od strony Polski, i że przenosiła materiał wybuchowy. Doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa Deividas Matulionis mówił o „wiarygodnych dowodach” na przekroczenie polskiej granicy. Szef Sztabu Obrony Litewskich Sił Zbrojnych Giedrius Premeneckas podał konkretną chronologię: radary po raz pierwszy wykryły obiekt około 5:47 czasu litewskiego (4:47 polskiego) na terytorium Polski, 30–40 km od granicy; przekroczenie granicy nastąpiło około 6:02 (5:02 polskiego). O 6:40 poderwano myśliwce NATO. Piloci nie nawiązali kontaktu wzrokowego z powodu złych warunków pogodowych.
Minister obrony Robertas Kaunas powiązał drona bezpośrednio z ukraińskim atakiem na Petersburg: „Ten konkretny dron jest konsekwencją ataku na St. Petersburg”. Część maszyn miała zboczyć z kursu wskutek rosyjskich systemów walki elektronicznej. Ukraińskie MSZ przeprosiło Litwę, sugerując właśnie rosyjskie EW jako prawdopodobną przyczynę zejścia z trasy podczas operacji przeciwko „legalnym celom wojskowym” w Rosji. Kijów potwierdził utratę łączności z jednym z dronów.
Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej w komunikacie z 19 października stanowczo zdementowało doniesienia (m.in. nieoficjalne informacje Polsatu), jakoby dron startował z Litwy około 30 km od granicy. Resort potwierdził, że był to dron ukraiński i że Ukraina przeprosiła Litwę. Jednocześnie polskie systemy radarowe nie potwierdziły przekroczenia granicy z Polski na Litwę. Szef MON zlecił Dowódcy Operacyjnemu szczegółową analizę danych radarowych z nocy 17/18 października w rejonie granicy z Litwą oraz granicy polsko-ukraińskiej, we współpracy ze stroną litewską. Wyniki mają dopiero nadejść.
Atak na Petersburg był intensywny. Rosyjskie źródła mówiły o setkach zestrzelonych dronów (w regionie leningradzkim ok. 145, w skali kraju ponad tysiąc według Moskwy). Doszło do pożarów na terminalu naftowym i bazie paliwowej, uszkodzeń infrastruktury energetycznej i logistycznej, przerw w dostawach prądu oraz ofiary śmiertelnej. Ukraina celowała w infrastrukturę energetyczną i eksportową, kontynuując kampanię przeciwko rosyjskim rafineriom i terminalom.
To nie pierwszy przypadek zboczenia ukraińskich dronów dalekiego zasięgu na terytorium NATO. Wcześniej w 2026 roku (m.in. marzec–maj) odnotowano podobne incydenty na Litwie, Łotwie, w Estonii i Finlandii – maszyny wchodziły zwykle od strony Rosji podczas ataków na porty bałtyckie, zepchnięte przez EW lub błędy nawigacyjne. Kraje bałtyckie konsekwentnie odrzucały rosyjskie oskarżenia o świadome udostępnianie przestrzeni powietrznej.
Wokół ataku na Petersburg pojawiły się spekulacje że drony omijały białoruskie i rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej, lecąc przez Polskę, a następnie Litwę, Łotwę i Estonię, zanim skręciły na wschód. Takie mapy i narracje sugerują „swobodny” przelot nad terytorium NATO.
Nie ma jednak niezależnego, potwierdzonego dowodu, że główna fala ataku przebiegała tą trasą. Polskie radary nie odnotowywały systematycznych naruszeń na północy kraju w związku z tymi operacjami. Jedyny konkretny, potwierdzony przypadek związany z tym atakiem to właśnie dron na Litwie.
Rozbieżność między litewskimi a polskimi danymi radarowymi jest istotna. Pokazuje lukę we wspólnym obrazie sytuacji powietrznej na wschodniej flance NATO. Jeśli litewskie radary widziały obiekt nad Polską, a polskie systemy go nie potwierdziły (albo nie przekazały w czasie rzeczywistym), to problem leży albo w zasięgu/czułości sensorów, albo w integracji danych sojuszniczych. Obie strony pozostają w kontakcie i prowadzą wspólną analizę – to właściwy krok, ale opóźnienie w publicznym wyjaśnieniu budzi niepokój.
Incydent przypomina, że długodystansowe ukraińskie drony operujące na głębokim zapleczu Rosji mogą trafiać na terytorium NATO – czy to przez rosyjskie EW, awarie, czy błędy. Dla Polski i krajów bałtyckich oznacza to konieczność lepszego monitorowania niskolecących, wolniejszych celów, które łatwo „gubią” się na tle cywilnego ruchu lub złej pogody. NATO już wcześniej eskalowało reakcje (zestrzelenia w kilku przypadkach), ale koszt użycia myśliwców pozostaje nieproporcjonalny do wartości tanich dronów.
„Legalnych” lub milcząco akceptowanych przelotów nad Polską i Bałtyką nie da się wykluczyć. Oficjalne stanowiska Warszawy, Wilna i Kijowa ich nie potwierdzają. Jednocześnie brak pełnej transparentności co do danych radarowych po stronie polskiej – przy jednoczesnym jednoznacznym wskazywaniu Polski przez Litwę – tworzy przestrzeń na spekulacje i podważa zaufanie.
Na razie kluczowa jest wspólna, techniczna analiza radarowa. Dopóki nie pojawią się jej wyniki, pozostają dwie spójne, choć niepełne wersje: litewska (przelot z Polski, zboczenie w wyniku EW) i polska (brak potwierdzenia przekroczenia granicy przez własne systemy, ukraińskie pochodzenie maszyny). Bezpieczeństwo wymaga, by takie rozbieżności były wyjaśniane szybko i publicznie, a nie zostawiane do interpretacji w mediach społecznościowych.
































































