Jeste­śmy: ja, moja żona, pani Boże­na Tar­naw­ska i jej mąż Leszek, wła­śnie po waka­cjach na Kubie. No może nie do koń­ca waka­cjach, bo wła­ści­wie te nasze waka­cje sta­ły się waka­cja­mi „przy oka­zji”. Poje­cha­li­śmy zawieźć róż­ne rze­czy (dary) dla ośrod­ka sióstr sale­zja­nek, w mie­ście Man­za­nil­lo. Ośro­dek jest pro­wa­dzo­ny przez trzy sio­stry. Prze­ło­żo­ną jest sio­stra Olga, któ­ra jest Czesz­ką, dru­gą sio­strą jest sio­stra Hil­da, któ­ra pocho­dzi z Wene­zu­eli, i jest tam też nasza pol­ska sio­stra, sio­stra Anna Łukasińska.

W tej chwi­li, z cze­go może nie zda­je sobie spra­wy wie­lu tury­stów przy­jeż­dża­ją­cych na Kubę, pań­stwo to prze­ży­wa duże trud­no­ści gospo­dar­cze zwią­za­ne z nie­do­bo­rem towa­rów. Te trud­no­ści są spo­wo­do­wa­ne pośred­nio naci­skiem USA na inne kra­je Ame­ry­ki Połu­dnio­wej, ale rów­nież i Kana­dę, by te zaprze­sta­ły poma­gać czy też nawet han­dlo­wać z Kubą. Na przy­kład, nie­daw­no Bra­zy­lia wyda­li­ła cały kubań­ski per­so­nel medycz­ny pra­cu­ją­cy w tym kra­ju. Co jest bar­dziej dotkli­we to to że Wene­zu­ela sprze­da­je Kubie poło­wę tej ilo­ści ropy naf­to­wej, któ­rą sprze­da­wa­ła wcze­śniej po zani­żo­nych cenach. W kon­se­kwen­cji cukrow­nie na Kubie pra­cu­ją nie na peł­nej mocy. 

        Kie­dy roz­ma­wia się z nie­któ­ry­mi Kubań­czy­ka­mi (z tymi któ­rzy są na tyle odważ­ni, by roz­ma­wiać) to przy­zna­ją, że mają dyle­mat. Ten dyle­mat pole­ga na tym czy Kuba powin­na wyco­fać się z komu­ni­zmu, czy też przy tym łagod­niej­szym dzi­siaj komu­ni­zmie pozo­stać. Kubań­czy­cy wie­dzą, że wie­le kra­jów Ame­ry­ki Połu­dnio­wej dzi­siaj, mimo demo­kra­cji, wpa­dło w pułap­kę korup­cji, ban­dy­ty­zmu, zło­dziej­stwa, a wła­ści­wie poli­tycz­nej anar­chii. Kubań­czy­cy, może nie wszy­scy, ale pew­na ich część zada­je sobie pyta­nie, to co wybrać? Co się z nimi sta­nie jak przyj­dą Amerykanie? 

reklama

        Tym­cza­sem na Kubie panu­je bie­da, bie­da do tego stop­nia, że nie ma nawet pro­duk­tów i żyw­no­ści na kart­ki, któ­re dosta­je każ­dy Kubań­czyk, i któ­re to mają zapew­nić że Kubań­czy­ko­wi nie zabrak­nie pod­sta­wo­wych rze­czy na prze­ży­cie. Ba, nie ma też nie­któ­rych pro­duk­tów w kubań­skich skle­pach na tak zwa­ne bony towa­ro­we. Skle­py za  bony towa­ro­we (Conver­ti­ble Peso) to skle­py, któ­re są odpo­wied­ni­ka­mi naszych Pewe­xów z cza­sów PRL‑u. 

        Nasze dowie­zie­nie sio­strom Sale­zjan­kom, rze­czy, o któ­re pro­si­ły to była praw­dzi­wa eska­pa­da, o któ­rej napi­szę w przy­szło­ści. Podob­ne eska­pa­dy z zaku­pa­mi i przy­wo­że­niem towa­rów pamię­ta­ją zapew­ne ci, któ­rzy prze­ży­li w Pol­sce stan wojen­ny. Powiem tak, mimo ner­wów i stra­chu wszyst­ko dobrze się skoń­czy­ło. Zachę­cam do prze­czy­ta­nia tek­stu sio­stry Anny Łuka­sin­skiej o jej pra­cy na Kubie, i o samej Kubie widzia­nej jej ocza­mi. Pro­szę czy­tać tekst uważ­nie, wie­le rze­czy trze­ba sobie dopo­wie­dzieć, domy­śleć się…

Janusz Niem­czyk

Misje i ewan­ge­li­za­cja na zablo­ko­wa­nej wyspie czy­li Sale­zjan­ka na Kubie

        „Gdy zbli­ża­my się do innych z zamia­rem szu­ka­nia w nich dobra, przy­go­tuj­my się ducho­wo do przy­ję­cia naj­pięk­niej­szych darów Pana. Za każ­dym razem, gdy spo­ty­ka­my się z dru­gim czło­wie­kiem z miło­ścią, znaj­du­je­my się w sytu­acji odkry­cia cze­goś nowe­go w odnie­sie­niu do Boga. Za każ­dym razem, gdy otwie­ra­my oczy, by roz­po­znać dru­gie­go, bar­dziej zosta­je oświe­co­na wia­ra, by roz­po­znać Boga. Wyni­ka z tego, że jeśli chce­my wzra­stać w życiu ducho­wym, nie może­my prze­stać być misjo­na­rza­mi.” EG 272

        Nie­je­den raz spo­tka­łam się z pyta­niem: Kobie­to, co ty tu robisz? Bez wła­snej rodzi­ny, ład­na inte­li­gent­na i w kolej­ce po chleb na kart­ki? Stąd wszy­scy ucie­ka­ją, to smut­ny i odizo­lo­wa­ny świat, wyspa zablo­ko­wa­na przes sys­tem komu­ni­stycz­ny na wszel­ką pomoc, dobro, wymia­nę kul­tur czy roz­wój. Co ty tu robisz? O nas Bóg zapomniał.

        Nie zapo­mniał! Wła­śnie jestem tu by wam przy­po­mnieć, że On jest i szu­ka metod, by odblo­ko­wać łaską to co po ludz­ku jest jedy­nie ruiną, bo zamknię­te men­tal­nie na miłość, czu­łość, wol­ność i prawdę.

        Misja w ser­cu ludu nie jest czę­ścią moje­go życia ani ozdo­bą, któ­rą mogę zdjąć; nie jest dodat­kiem ani jesz­cze jed­ną chwi­lą w życiu. Jest czymś, cze­go nie mogę z sie­bie wyko­rze­nić… Ja jestem misją na tym świe­cie, i dla­te­go jestem w tym świe­cie. Trze­ba uznać, że jeste­śmy nazna­cze­ni ogniem przez tę misję oświe­ca­nia, bło­go­sła­wie­nia, oży­wia­nia, pod­no­sze­nia, uzdra­wia­nia, wyzwa­la­nia. W tym obja­wia się lekarz dusz, nauczy­ciel dusz, poli­tyk dla dusz, ten, któ­ry zde­cy­do­wał w głę­bi ser­ca być z inny­mi oraz dla innych.” EG 273

        Tak, wła­śnie z powo­ła­nia i Boże­go posła­nia, któ­re jest dla mnie ogrom­nym darem jestem dziś misjo­nar­ką i jestem na Kubie… per­le Kara­ibów, pięk­nej, sło­necz­nej wyspie z cudow­ny­mi pla­ża­mi i kry­sta­licz­ną, cie­płą wodą atlan­ty­ku, któ­ra przy­cią­ga tysią­ce tury­stów. Wyspie marzeń dla wie­lu… tak­że dla misyj­nych zdo­byw­ców dusz, któ­rzy pra­gną poko­chać to co mniej egzo­tycz­ne, ale god­ne miło­ści, pozna­nia Boga i tro­ski o zba­wie­nie wiecz­ne. God­ne, bo umi­ło­wa­ne od wie­ków przez ser­ce same­go Boga, któ­ry stwa­rza­jąc Kubę pięk­ną, poko­chał też naród, któ­ry choć umę­czo­ny tokiem wła­snej histo­rii jest panem tej ziemi.

        Na Kubę przy­le­cia­łam 13 sierp­nia 2015 roku, zupeł­nie nie­świa­do­ma że to dzień uro­dzin Fide­la… Po dwu­go­dzin­nym ocze­ki­wa­niu na waliz­kę i zatwier­dze­niu spe­cjal­nej wizy reli­gij­nej, usły­sza­łam pierw­sze: Wita­my na Kubie!

        „Moje życie jest życiem wia­ry w Syna Boże­go, któ­ry umi­ło­wał mnie i same­go sie­bie wydał za mnie”. Ga 2,21 – odno­wi­łam modli­tew­nie moje mot­to ślub­ne sprzed wie­lu lat i z wiel­ką ufno­ścią wyru­szy­łam na poszu­ki­wa­nie śla­dów Zmar­wy­chw­sta­łe­go, któ­ry uprze­dza każ­dy mój krok. Żyję tu i pra­cu­ję apo­stol­sko już 3 lata i doświad­czy­łam już, że dla misjo­na­rza, któ­ry dzie­li trud Kubań­czy­ków i dla nich sło­wem i czy­nem gło­si Chry­stu­sa, Kuba to wiel­ki nie­ład, trud i nędza ludz­ka na każ­dym pozio­mie. Zakła­ma­ne sta­ty­sty­ki powie­dzą, że to kraj kato­lic­ki, gdzie wol­ność reli­gij­na jest zapi­sa­na w kon­sty­tu­cji. Nie­ste­ty żad­na ze sta­ty­styk nie wyka­że, że od 60 lat wma­wia się tu ludziom, że jedy­nym bogiem jest Socja­lizm ogło­szo­ny tu w 1959 przez Fide­la Castro i jego przy­ja­ciół i że bogom, któ­rych two­rem jest ten domnie­ma­my „Raj na zie­mi” uda­je się nisz­czyć men­tal­nie i psy­chicz­nie już trze­cie poko­le­nie tego pięk­ne­go zakąt­ka świata .

        Co robi misjo­narz na Kubie? Pro­ste pyta­nie, na któ­re nie znaj­du­ję łatwej odpo­wie­dzi.  Wdzięcz­na za miłość i wia­rę otrzy­ma­ną w Pol­sce świa­do­mie pro­szę w modli­twie by darów tych nie zatra­cić, ale pogłę­bić je i dzie­lić z inny­mi. Modlę się, by spo­tka­nia, któ­re są cen­trum każ­de­go dnia były dobre, piek­ne, peł­ne ludz­kiej i Bożej miło­ści i pro­wa­dzi­ły do miło­ści i wia­ry jesz­cze pełniejszej.

        O Kubie mówi się i pisze bar­dzo trud­no.  Tu wszyst­ko jest podwój­ne, zaszy­fro­wa­ne, kon­tro­lo­wa­ne, nie­ja­sne, nie­lo­gicz­ne… komunistyczne. 

        „Pro­szę was bra­cia, przez miło­sier­dzie Boże aby­ście dali cia­ła swo­je na ofia­rę żywą, świę­tą, Bogu przy­jem­ną jako wyraz waszej rozum­nej służ­by Bożej”. Rz 12,1

        Budzę się rano, medy­tu­ję sło­wa Apo­sto­ła Naro­dów i w dro­dze do kościo­ła para­fial­ne­go mijam domy, na któ­rych wid­nie­ją napi­sy: Socja­lizm albo śmieć., Niech żyje Wol­na Kuba., Niech żyje Fidel i Raul., Wszyst­ko dla Rewo­lu­cji, Ojczy­zna albo śmierć., CDR (Komi­tet Obro­ny Rewo­lu­cji) — jedy­na orga­ni­za­cja, któ­ra naro­dzi­ła się by być wiecz­ną. Spo­ty­kam ludzi, pięk­ny naród odar­ty z god­no­ści i moż­li­wo­ści samo­dziel­ne­go myśle­nia i decy­do­wa­nia. Naród, któ­ry uwie­rzył w te hasła i powta­rza je przy każ­dej oka­zji, bo prze­sła­nie Jezu­so­we o służ­bie Bogu i mamo­nie nie jest jesz­cze w sta­nie prze­drzeć się przez ciem­no­ści, któ­re panu­ją w ser­cach i umy­słach tak­że mło­dych ludzi.

        Podwój­na mone­ta — peso nie­wy­mien­ne, naro­do­we — CUP i peso wymien­ne CUC — dla tury­stów  (1CUC = 25 cup = 0,9 $USA)… skle­py, w któ­rych nie­wie­le moż­na zna­leźć… ludzie sto­ją­cy w sztucz­nie two­rzo­nych kolej­kach, pcha­ją­cy się bo przy­szły jaj­ka bez kar­tek, bo przy­wieź­li mydło, bo obie­ca­li, że będą tablet­ki od bólu w apte­ce. To wszyst­ko wyda­je się kosz­ma­rem noc­nym, któ­ry chcia­ło­by się prze­rwać jak najszybciej.

        Owszem jest jed­na par­tia, jeden kanał tele­wi­zyj­ny, jed­na gaze­ta…. Któ­re zakła­ma­ne drą­żą od 60 lat umy­sły i ser­ca zmę­czo­nych tą sytu­acją Kubań­czy­ków. Nie­ste­ty blo­ku­ją też sku­tecz­nie wszel­ką pomoc z zewnątrz, infor­ma­cje ze świa­ta i praw­dy Ewan­ge­lii, któ­re są nie­bez­piecz­ne, bo sta­ją po stro­nie oso­by, a nie systemu.

        Jestem szczę­śli­wa na Kubie i chcę tu być pomi­mo trud­no­ści, bo jak napi­sał papież Fran­ci­szek w EG 272: „Zada­nie ewan­ge­li­za­cji wzbo­ga­ca umysł i ser­ce, otwie­ra przed nami ducho­we hory­zon­ty, czy­ni nas wraż­li­wy­mi, by roz­po­znać dzia­ła­nie Ducha Świę­te­go, pozwa­la nam wyjść z naszych ogra­ni­czo­nych sche­ma­tów ducho­wych. Jed­no­cze­śnie misjo­narz w peł­ni odda­ny swo­jej pra­cy doświad­cza przy­jem­no­ści bycia źró­dłem, któ­re roz­le­wa się i orzeź­wia innych. Misjo­na­rzem może być tyl­ko ten, kto czu­je się dobrze, kie­dy dąży do dobra bliź­nie­go, kto pra­gnie szczę­ścia innych. To otwar­cie ser­ca jest źró­dłem szczę­ścia, ponie­waż «wię­cej szczę­ścia jest w dawa­niu, ani­że­li w bra­niu» (Dz 20, 35)”.

        Każ­dy temat jest pro­ble­ma­tycz­ny i nie o każ­dym chcę napi­sać, może tym razem krót­ko choć nie­któ­re migawki:

        WIARA: to temat klu­czo­wy dla misjo­na­rza… nie­ła­twy do kon­fron­ta­cji. Misjo­narz na Kubie z całą pew­no­ścią doświad­cza wdzięcz­no­ści i rado­ści za dar wia­ry otrzy­ma­ny i pogłę­bio­ny w warun­kach pol­skich. Modli się codzien­nie by wia­ry nie stra­cić i stać się dla innych przy­naj­mniej punk­tem odnie­sie­nia do pyta­nia o wia­rę i ist­nie­nie praw­dzi­we­go Boga.

        Misjo­narz na Kubie… ewan­ge­li zator wśród ludu, nie­ste­ty nie znaj­du­je na począt­ku swo­jej pra­cy żad­nych wzor­ców kubań­skich (nie ist­nie­ją ani świę­ci ani męczen­ni­cy kubań­scy, zale­d­wie jeden bło­go­sła­wio­ny brat zakon­ny), kapła­nów, sióstr, świec­kich, któ­rzy mogli­by mu pomóc w odna­le­zie­niu metod ewan­ge­li­za­cyj­nych, któ­re poskut­ku­ją w tej rze­czy­wi­sto­ści. Wie­le ini­cja­tyw roz­po­czy­na się na wła­sną rękę  i ze świa­do­mo­ścią, że  tu przede wszyst­kim trze­ba BYĆ i być czło­wie­kiem modli­twy i ogrom­nej cier­pli­wo­ści. Ufa­jąc bar­dziej w Bożą łaskę niż we wła­sne ener­gie i pomysły.

        Nawet, jeśli Kubań­czy­ków okre­śli­my mia­nem wie­rzą­cych, oni wia­rę prak­ty­ku­ją na spo­sób indy­wi­du­al­ny, spon­ta­nicz­ny, syn­kre­tycz­ny i według oso­bi­ste­go gustu. Mate­ria­lizm spro­wo­ko­wał ogrom­ną pust­kę wewnętrz­ną, któ­ra dziś powo­li prze­ra­dza się w poszu­ki­wa­nia tego co ducho­we, ale idea Boga według Jezu­sa Chry­stu­sa jest tu jesz­cze odległa.

        Kro­ki, któ­re podej­mu­je się w wie­lu miej­scach to: pierw­sze wizy­ty i zapro­sze­nie ludzi do słu­cha­nia Ewan­ge­lii, nauka modli­twy i proś­ba o udo­stęp­nie­nie ich domów pry­wat­nych na czas spo­tkań. Następ­nie w małej gru­pie szu­ka się lide­rów, któ­rzy mogli­by być odpo­wie­dzial­ni za przy­go­to­wa­nie spo­tkań i roz­pro­wa­dze­nie mate­ria­łów. Kolej­nym eta­pem jest zawsze pro­po­zy­cja spo­tkań kate­chu­me­nal­nych dla doro­słych i mło­dzie­ży (w wie­lu miej­scach ist­nie­je naj­pierw kate­che­za dzie­ci, ale nie zawsze daje ona rezul­ta­ty w otwar­ciu serc doro­słych, któ­rzy są koniecz­ni dla zbu­do­wa­nia wspól­no­ty). Gdy ist­nie­je już gru­pa chrze­ści­jan, ochrzczo­nych, któ­rzy mogą przyj­mo­wać Komu­nię św, pro­po­nu­je się im uczest­nic­two w Eucha­ry­stii, w nabo­żeń­stwach spra­wo­wa­nych na miej­scu. Szu­ka się rodzin, któ­re mogły­by ure­gu­lo­wać swo­je związ­ki sakra­men­tal­nym mał­żeń­stwem, sko­rzy­stać z kur­su przy­go­to­wu­ją­ce­go nowych kate­chi­stów i w mia­rę moż­li­wo­ści pro­po­nu­je się zobo­wią­za­nie cha­ry­ta­tyw­ne w posta­ci służ­by na rzecz ubo­gich — odwie­dzi­ny cho­rych, wieź­niów, roz­pro­wa­dza­nie darów Cari­tas — jedze­nia i ubrań – jakaś for­ma służ­by bliź­nim, któ­ra jest wyraź­nym zna­kiem życia chrześcijańskiego.

        Rz 10, 14 – „Jak­że będą wzy­wać Tego, w któ­re­go nie wie­rzą? Jak mogą uwie­rzyć, jeśli nie sły­sze­li o Nim? I jak mogli sły­szeć, jeśli nikt im nie głosił?”

        Prze­cho­dząc uli­ca­mi Hawa­ny spo­ty­kam ludzi ubra­nych na bia­ło: od chust­ki na gło­wie i bia­łe­go para­so­la w ręku po pod­ko­la­nów­ki i buty rów­nież bia­łe… kobie­ty, meż­czyź­ni w sile wie­ku, cza­sa­mi i dzie­ci… kim są? To san­te­rzy. Jed­na z grup reli­gij­nych obec­nych na Kubie, wyraz reli­gij­no­ści popu­lar­nej i przy­kład typo­we­go dla tego kra­ju syn­kre­ty­zmu reli­gij­ne­go. Mie­szan­ka wyznań afro­ku­bań­skich z kato­li­cy­zmem narzu­co­nym siłą w cza­sach Kolum­ba. Wynik nie­po­praw­nej ewan­ge­li­za­cji nie­wol­ni­ków afry­kań­skich, któ­rych spro­wa­dzo­no na Kubę, ochrzczo­no maso­wo bez instruk­cji do życia chrze­ści­jań­skie­go i zmu­szo­no nie­ja­ko wie­rzyć i modlić się do bóstw z prze­szło­ści pod przy­kryw­ką zewnętrz­ną zna­ków, sym­bo­li i figur świę­tych Kościo­ła Kato­lic­kie­go. Nie jest to jedy­na gru­pa, ist­nie­ją inne: pale­rzy, aba­ku­asi czy spi­ry­ty­ści. Każ­da ze swo­ją spe­cy­fi­ką i punk­ta­mi wspól­ny­mi z katolicyzmem:

        — pro­szą o chrzest w naszych kościołach; 

        — pro­szą o Mszę za zmar­łych (sia­da­ją w pierw­szych ław­kach w koście­le ze zdję­ciem bli­skie­go zmar­łe­go, nie­ste­ty nie wie­dzą czym jest Msza św. i co się robi w cza­sie modlitw);

        — pro­szą o wodę świę­co­ną, któ­rą póź­niej uży­wa­ją do swo­ich rytuałów; 

        — przy­cho­dzą do Kościo­ła w cza­sie uro­czy­sto­ści, bo przy­cią­ga ich tłum, muzy­ka, świa­tło, czę­sto tak­że jedzenie;

        — dołą­cza­ją się do pro­ce­sji, szcze­gól­nie Maryj­nych (choć w Dzie­wi­cy Miło­ści z Kobre, czczą swo­je bóstwo nazy­wa­ne Ochun… i ofia­ro­wu­ją jej żół­te sło­necz­ni­ki, skła­da­jąc róż­no­ra­kie obiet­ni­ce, by uzy­skać dla sie­bie i naj­bliż­szych ocze­ki­wa­ną pomoc).

        Oso­bi­ście na wscho­dzie wyspy nie spo­ty­kam wie­lu san­te­rów, igno­ran­cja reli­gij­na jest tu bar­dzo wiel­ka. Ludziom wma­wia­no, że Bóg nie isnie­je, a przy­na­leż­ność do Kościo­ła Kato­lic­kie­go to naj­gor­sze prze­stęp­stwo. Więc strach przed utra­tą ksią­żecz­ki na jedze­nie i pra­cy był zawsze więk­szy niż potrze­by poszu­ki­wa­nia Boga Praw­dy i Wol­no­ści. Tak, tu rze­czy­wi­ście rewo­lu­cja wygra­ła, wyja­ło­wi­ła umy­sły i ducho­we pra­gnie­nia naro­du. Ode­bra­ła ludziom pra­wo do życia ducho­we­go i wiecz­ne­go. Wmó­wio­no im, że żyją w Raju na zie­mi, któ­re­go cały świat im zazdro­ści i któ­re­go jedy­nym słusz­nym hasłem jest: SOCJALIZM ALBO ŚMIERĆ!

        Wize­ru­nek nie­ży­ją­ce­go już dziś przy­wód­cy rewo­lu­cyj­ne­go Fide­la Castro pod­trzy­my­wa­ny jest na siłę w umy­słach i ser­cach Kubań­czy­ków poprzez hasła pra­wie biblij­ne (Ja jestem Fidel… Fidel zawsze wśród nas… Jeste­śmy połą­cze­ni przez histo­rię). Obo­wiąz­ko­we bycie pio­nie­rem- zuchem, już od naj­młod­szych lat, czy tak­że przy­na­leż­ność do Mło­dzie­żo­wej orga­ni­za­cji komu­ni­stycz­nej, to jedy­na szan­sa na ukoń­cze­nie szko­ły, na otrzy­ma­nie w przy­dzia­le karie­ry zawo­do­wej, któ­rej ocze­ku­jesz, na bez­piecz­ne pla­no­wa­nie przyszłości.

        RODZINA:  dziś rodzi­na kubań­ska pra­wie nie ist­nie­je lub jest nisz­czo­na z pre­me­dy­ta­cją przez styl życia narzu­co­ny sys­te­mo­wo. Wol­ne związ­ki, mat­ki samot­ne z dzieć­mi, dzie­ci porzu­co­ne i zosta­wio­ne dziad­kom, wuj­kom, komu­kol­wiek. Ojco­wie, któ­rzy nie akcep­tu­ją dzie­ci, mat­ki, któ­re po 3–4 abor­cjach zosta­ją w koń­cu z 2–3 dzie­ci i jakimś ojczy­mem. Nie ist­nie­je żaden sys­tem ali­men­ta­cyj­ny, pomo­cy socjal­nej… ale i nie ma sie­ro­ciń­ców, rodzin zastęp­czych, bo prze­cież nie potrze­ba, wszyst­ko jest ide­al­nie i cały świat nam zazdrości. 

        Co dru­ga rodzi­na ma kogoś w wię­zie­niu (za kra­dzie­że, roz­bo­je, nie­po­praw­ność poli­tycz­ną), i co dru­ga ma krew­nych zagra­ni­cą, któ­rzy w spo­sób sys­te­ma­tycz­ny prze­sy­ła­ją pie­nią­dze na utrzy­ma­nie tych, któ­rym jesz­cze nie uda­ło się wyje­chać. Rodzi­ce więk­szość cza­su spę­dza­ją na tro­sce o to, by zna­leźć coś do jedze­nia. Ksią­żecz­ka rodzin­na — coś w rodza­ju  daw­nych pol­skich kar­tek, gwa­ran­tu­je mie­sięcz­nie na każ­dą oso­bę: 2,5 kg ryżu, 1 kg cukru ciem­ne­go i 40 dkg bia­łe­go, 40 dkg czar­nej faso­li lub zamien­nie gro­chu nie­łu­ska­ne­go, 1 szklan­kę ole­ju, 5 jajek, 12 dkg kawy, 40 dkg kur­cza­ka i 20 dkg mie­lo­ne­go mię­sa… co 2 mie­sią­ce 1 kg soli, pacz­kę zapa­łek, pacz­kę maka­ro­nu… dzie­ciom do 6 roku życia litr mle­ka i dla każ­de­go człon­ka rodzi­ny 1 mała buł­ka dzien­nie. Resz­ta na wła­sną rękę, w zależ­no­ści od finan­sów, potrzeb i zapo­bie­gli­wo­ści doro­słych. Woło­wi­na jest zaka­za­na, mle­ko tyl­ko w prosz­ku i to bar­dzo dro­gie, ser dostęp­ny tyl­ko w porze desz­czo­wej. Owo­ce i warzy­wa moc­no ogra­ni­cza­ne w sprze­da­ży i wszyst­ko uka­zu­je się tyl­ko w ogra­ni­czo­nym cza­sie. Np. jeden mie­siąc jest mar­chew­ka, potem zni­ka, dru­gi jest tyl­ko kapu­sta, jak ta zni­ka na chwi­lę poja­wia­ją się bana­ny i juka, a po nich dynia. Nigdy nie ma wszyst­kie­go razem i w ilo­ściach dosta­tecz­nych, stąd kolej­ki i fru­stra­cja, że nie wystar­czy dla wszyst­kich. Głód jest panem, któ­ry dyk­tu­je pra­wo sil­niej­sze­go i jedy­nie nasi­la agre­sję. Np. my na wscho­dzie wyspy w tym roku widzie­li­śmy ziem­nia­ki tyl­ko dwa razy przed Bożym Naro­dze­niem… Wszyst­ko zatrzy­mu­je się w Hawa­nie i kuror­tach tury­stycz­nych… nam zosta­je ryż impor­to­wa­ny z Wiet­na­mu i „kur­czak zamiast ryby”, bo ryb i owo­ców morza w skle­pach też nie kupi­my cza­sem uda­je się coś „zała­twić” od zna­jo­mych ryba­ków, ale w tajem­ni­cy by do wię­zie­nia nie tra­fi­li razem z kupu­ją­cy­mi towar.

        MŁODZI: smut­ni, bez nadziei na przy­szłość, nie mogą się ani ubrać tak jak­by chcie­li, ani wybrać szko­ły takiej, któ­ra by ich inte­re­so­wa­ła. W mia­stach wie­lu topi swo­je tru­dy w zbyt gło­śnej muzy­ce, któ­ra zagłu­sza sumie­nia i myśle­nie. Prze­waż­nie jest to rege­ton, w tle z roze­bra­ny­mi panien­ka­mi, pro­mu­ją­cy­mi kul­tu­rę: „użyj i wyrzuć”. 

        Wie­lu doświad­czy­ło emi­gra­cji, któ­ra znisz­czy­ła ich rodzi­ny pozba­wia­jąc ich mat­ki lub ojca, któ­rzy żyją po dru­giej stro­nie oce­anu. Marze­niem wie­lu jest wyje­chać i to gdzie­kol­wiek. Choć od naj­młod­szych lat sły­szą, że kto opusz­cza Kubę to zdraj­ca ojczy­zny i przez 8 lat nie uzy­ska zgo­dy na powrót. Dzię­ki bli­skim zza gra­ni­cy dziś już wie­lu ma komór­kę, dostęp do inter­ne­tu — oczy­wi­ście wszyst­ko jest moc­no kon­tro­lo­wa­ne (w cią­gu dwóch lat, jak tu jestem spa­dła cena z 2 CUC do 1 CUC za godzi­nę, w każ­dym więk­szym mia­stecz­ku są 1–2 pla­ce z Wi-fi i w tym roku roz­po­czę­to ogra­ni­czo­ne pozwo­le­nia na inter­net domo­wy do 30 godzin na miesiąc). 

        Mło­dzi są spra­gnie­ni zmian, ale sami w sobie nie znaj­du­ją siły na chce­nie zmie­nie­nia cze­go­kol­wiek. Szko­ła zaj­mu­je im więk­szość cza­su od godzi­ny 8–12 i od 14–18, potem zada­nia domo­we, obo­wiąz­ko­we powtór­ki noca­mi, zaję­te sobo­ty i nie­któ­re niedziele. 

        Obo­wiąz­ko­wa przy­na­leż­ność do Grup Mło­dzie­ży Komu­ni­stycz­nej, obec­ność na zebra­niach par­tyj­nych… i cią­gły strach, że przy­na­leż­ność do Kościo­ła Kato­lic­kie­go poskut­ku­je nie­otrzy­ma­niem wej­ścia na upra­gnio­ne stu­dia. Sami czę­sto mówią: boimy się, w domach rodzi­ce nie­wie­rzą­cy nie są żad­nym wspar­ciem dla nas, wybie­ra­my to co łatwe i wygod­ne bo tak nas wycho­wu­ją, woli­my nie pro­po­no­wać nic, bo nie chce­my decy­do­wać i odpo­wia­dać za kon­se­kwen­cje, woli­my, że misjo­na­rze obco­kra­jow­cy nam przy­go­tu­ją wszyst­ko, bo my nie mamy nawet pie­nię­dzy na kanap­kę, loda, nie mówiąc już o transporcie.

        KOŚCIÓŁ: kubań­skie struk­tu­ry Kościo­ła są bar­dzo sła­be, mizer­ne rzec moż­na. Nie­wiel­ka licz­ba kle­ru i zakon­ni­ków rodzi­mych nie uła­twia ewan­ge­li­za­cji. Wyda­je się, że wizy­ty trzech ostat­nich Papie­ży uto­ro­wa­ły pew­ną dro­gę i w ostat­nich latach nie ma wiel­kich limi­tów na przy­jazd nowych misjonarzy. 

Wciąż poja­wia­ją się nowe zgro­ma­dze­nia i kapła­ni die­ce­zjal­ni goto­wi do służ­by misyj­nej, ale wie­lu pozo­sta­je na kontr­ak­cie 3–6 lat i wyjeż­dża. Nowi muszą zaczy­nać pra­cę od począt­ku. Ist­nie­je pro­gram dusz­pa­ster­ski, ale jego reali­za­cja jest bar­dzo powol­na i trud­na, poza Hawa­ną i więk­szy­mi mia­sta­mi, życie wspól­not chrze­ści­jań­skich trze­ba dopie­ro orga­ni­zo­wać, jak za cza­sów św. Pawła. 

        Szu­ka się domów misyj­nych i osób świec­kich, któ­re zechcą współ­pra­co­wać, otwie­ra­jąc cen­tra kate­che­tycz­ne dla dzie­ci, mło­dych i kate­chu­me­nat doro­słych. O kapli­cach czy kościo­łach nie ma w wie­lu miej­scach jesz­cze co marzyć, choć pań­stwo już odda­je nie­któ­re budyn­ki bar­dzo znisz­czo­ne, któ­re zagra­bio­no w dobie rewo­lu­cji. Bisku­pi są bar­dzo ostroż­ni, w die­ce­zjach bra­ku­je sal, domów reko­lek­cyj­nych, miej­sca na zor­ga­ni­zo­wa­nie spo­tkań dla dużych grup… pozo­sta­ją łąki, pola, gospo­dar­stwa, któ­re trze­ba wynaj­mo­wać na kon­kret­ne oka­zje. To pocią­ga kolej­ny kło­pot bra­ku toa­let, wody bie­żą­cej, jedze­nia, któ­re zdo­by­wa się z ogrom­nym tru­dem. Ewan­ge­li­za­cję utrud­nia też brak mate­ria­łów, ksią­żek, bro­szur, obrazków. 

        Ja sama przy każ­dej oka­zji pro­szę o dewo­cjo­na­lia z Pol­ski, bo z ich pomo­cą łatwiej pro­wa­dzić katechezę.

        SŁUŻBA ZDROWIA: Nie­ste­ty trze­ba zacząć od tego, że Kubań­czy­cy to naród głod­ny i nie­do­ży­wio­ny, cier­pią­cy na wie­le cho­rób: ast­ma, cukrzy­ca i jej kon­se­kwen­cje, kamie­nie w ner­kach, alko­ho­lizm i wie­le cho­rób psychicznych. 

        Naród, któ­ry topi pro­ble­my w rumie i przy świę­tach zado­wa­la się pie­czo­nym pro­sia­kiem i kil­ko­ma litra­mi piwa z cyster­ny, któ­rą gwa­ran­tu­je rząd. 

        Szpi­ta­le są w opła­ka­nym sta­nie, czę­sto bez wody i pod­sta­wo­wych leków, z kara­lu­cha­mi, któ­re spa­ce­ru­ją pod łóż­ka­mi w salach, gdzie mie­sza się kobie­ty z męż­czy­zna­mi i pro­si, by każ­dy pacjent miał przy sobie opie­ku­na z rodzi­ny, któ­ry przy­nie­sie obiad, pomo­że we wsta­wa­niu i zawo­ła pie­lę­gniar­kę gdy skoń­czy się kroplówka. 

        Apte­ki zbyt czę­sto są puste. Ludzie puka­ją do naszych drzwi pro­sząc o leki prze­ciw­bó­lo­we i prze­ciw­gry­po­we. Sami leka­rze odsy­ła­ją wie­lu pacjen­tów do nasze­go warsz­ta­tu Medy­cy­ny natu­ral­nej, gdzie pro­du­ku­je się syro­py z ziół i czy­ści uszy meto­dą naturalną. 

        Leka­rze choć cie­szą się famą świa­to­wą, stu­diu­ją tu wciąż z ołów­kiem w ręku i z ksią­żek 30–40 let­nich. Wie­lu mło­dych pro­si o stu­dia medycz­ne nie ze wzglę­du na powo­ła­nie czy zna­jo­mo­ści (mówi się, że stu­dia są dar­mo­we — ale po ich zakoń­cze­niu trze­ba odpra­co­wać 2–3 lata spo­łecz­nie w wyzna­czo­nym szpi­ta­lu lub na jakiejś odle­głej wio­sce w kon­sul­to­rium, ina­czej odbie­ra dyplom) lecz bo to jedy­na dro­ga, by unik­nąć służ­by woj­sko­wej i zapi­sać się na listę na wyjazd „misyj­ny” (nie­ste­ty komu­ni­ści czę­sto uży­wa­ją zwro­tów reli­gij­nych). Czy­li zwy­czaj­nie na pod­pi­sa­nie kon­trak­tu pra­cy w Wene­zu­eli czy Ango­li, gdzie po 2–3 latach otrzy­ma­na pen­sja pozwa­la im na kup­no wyma­rzo­nej pral­ki, lodów­ki i tele­wi­zo­ra. Wie­lu korzy­sta wów­czas z oka­zji i emi­gru­je. Są i tacy, któ­rzy wyjazd przy­pła­ca­ją zdro­wiem psy­chicz­nym lub śmiercią.

        EDUKACJA: zachwa­la­na i dar­mo­wa. Bazo­wa­na na haśle sys­te­mo­wym; ode­brać dzie­ci rodzi­com i w inter­na­tach wpro­wa­dzić jedy­ne pra­wo: seks wol­ny i abor­cja za darmo!

To nie prze­sa­da. Każ­de dziec­ko otrzy­mu­je mun­du­rek, zeszyt tyl­ko w linie i ołó­wek. Wma­wia się wszyst­kim, że dłu­go­pis i pió­ro to zło nie­ko­niecz­ne, to jedy­nie pre­zent dla boga­czy.  Prze­cięt­ne dziec­ko spę­dza w szko­le czas od 8.00 do 12.00 i po prze­rwie obia­do­wej od 14.00 do 17.30. Czę­sto muszą zostać na przy­mu­so­we kore­pe­ty­cje, cza­sem w sobo­ty uczest­ni­czą w jakimś wymy­ślo­nym świę­cie, któ­re­goś z boha­te­rów naro­do­wych i w nie­dzie­le raz w mie­sią­cu, ćwi­czą się w obro­nie na wypa­dek, gdy­by ktoś chciał zaata­ko­wać wyspę. Lice­ali­ści obo­wiąz­ko­wo mają zaję­tą co dru­gą sobo­tę, stu­den­ci medy­cy­ny co 5 dni mają obo­wiąz­ko­wą prak­ty­kę 24 godz. w szpi­ta­lu. Więk­szość dzie­ci nie posia­da wła­snych kre­dek czy dodat­ko­we­go zeszy­tu, kolo­ro­wan­ki, papie­ru gdzie mogło­by ryso­wać. Szko­ły w każ­dej wio­sce gro­ma­dzą dzie­ci ze wszyst­kich 6 pozio­mów i nawet naj­święt­szy nauczy­ciel nie jest w sta­nie zapa­no­wać nad dyscypliną.

        Wszy­scy zda­ją w rezul­ta­cie te same mate­rie na egza­mi­nach: hisz­pań­ski, mate­ma­ty­kę i histo­rię rewo­lu­cji kubań­skiej. Na pod­sta­wie rezul­ta­tów pań­stwo­we komi­sje przy­dzie­la­ją szko­ły, karie­ry, stu­dia… co ci przy­pad­nie to stu­diu­jesz, albo koń­czysz edu­ka­cję nawet na pozio­mie 6 kla­sy. Ponoć ist­nie­je obo­wią­zek szkol­ny do 9 kla­sy, ale w rze­czy­wi­sto­ści nikt nie zaj­mu­je się dzieć­mi, któ­re ze stra­chu przed dużym mia­stem nie zja­wi­ły się w kla­sie 7‑ej, w inter­na­cie i wła­ści­wie ska­za­ne są na anal­fa­be­tyzm i pomoc jedy­nie przy upra­wach rolnych. 

        Mło­dzież, któ­ra ma rodzi­ny na emi­gra­cji, posia­da już dziś komór­ki, lap­to­py czy table­ty, korzy­sta z inter­ne­tu kil­ka godzin tygo­dnio­wo, więc otwie­ra sobie furt­ki na świat ryzu­ku­jąc i marząc o uciecz­ce i życiu w lep­szym świecie. 

        Sami nauczy­cie­le to zawód naj­gor­szy jaki może przy­paść komuś do stu­dio­wa­nia, na niskich pen­sjach i doce­nia­ni tyl­ko przez uczest­nic­two w zebra­niach par­tyj­nych i reali­zo­wa­niu haseł socja­li­stycz­nych w cza­sie naucza­nia — nie­waż­ne czy mate­ma­ty­ki czy wf‑u. Wszy­scy tu pamię­ta­ją okres spe­cjal­ny w latach 90-tych, gdzie w cią­gu 3–4 mie­się­cy każ­dy kto chciał – mecha­nik czy hydrau­lik mógł przejść kurs peda­go­gicz­ny i zostać nauczy­cie­lem więc do dziś poziom edu­ka­cji bazu­je na owych hero­sach wychowania.

        Reasu­mu­jąc sytu­acje i moż­li­wo­ści: Sale­zjan­ka na Kubie: wie­rzy, kocha, modli się i ufna w pomoc Wspo­mo­ży­ciel­ki z nadzie­ją ewan­ge­li­zu­je wycho­wu­jąc i wycho­wu­je; ewan­ge­li­zu­jąc w ora­to­riach, gru­pach for­ma­cyj­nych dla dzie­ci, mło­dzie­ży i stu­den­tów; odwie­dza­jąc naj­bar­dziej odle­głe wio­ski i spo­ty­ka­jąc ludzi w mie­ście. Z odwa­gą roz­po­czy­na każ­dy nowy dzień i zamy­ka go w Bożym miło­sier­dziu, świa­do­ma, że dla Nie­go nie ma rze­czy niemożliwych.

        Przy­kła­dy z życia: 

        1. Ange­li­ca, 15 lat, ład­na dziew­czy­na, mądra i aktyw­na w koście­le, uczest­ni­czy­ła w wie­lu spo­tka­niach dla nasto­lat­ków i warsz­ta­tach modli­tew­nych i dla ani­ma­to­rów, w sobo­ty wol­ne od szko­ły jeź­dzi­ła ze mną na jed­ną z wio­sek… po 6 latach roz­łą­ki z ojcem,  któ­ry jako lekarz nie­le­gal­nie zatrzy­mał się w Hisz­pa­nii wresz­cie docze­ka­ła się z mamą doku­men­tów koniecz­nych do połą­cze­nia rodzi­ny i wyje­cha­ła. Dołą­czy­ła do ogrom­nej rze­szy emi­gran­tów kubań­skich, któ­rzy wolą „przejść do lep­sze­go życia” i wła­sny kraj oglą­dać jedy­nie na pięk­nych, ofer­to­wych wido­ków­kach biur podró­ży. Mnie pozo­sta­wi­ła pust­kę i zmar­twie­nie, czy uda się zna­leźć kolej­ną oso­bę, któ­ra znaj­dzie czas na for­ma­cję i wolontariat.

        2. Kry­stian, 18 lat, ojca nigdy nie znał, mama — „kobie­ta rado­sne­go życia”, cho­ra na ser­ce i nie­pra­cu­ją­ca, z młod­szym bra­tem,  przy­cho­dzi któ­re­goś dnia bła­ga­jąc o 100 peso kubań­skie­go (4 dola­ry), bo nie było leków cały mie­siąc w apte­ce, a teraz jak przy­szły mama nie ma pie­nię­dzy. Oczy­wi­ście ani pro­sty­tu­cja ani euta­na­zja w tym kra­ju nie ist­nie­ją… więc pozo­sta­je pyta­nie czy medy­cy­na też jest na świa­to­wym pozio­mie sko­ro tak o niej głośno?

        3. Kevin, 7 lat, co dru­gi wie­czór wbie­ga szczę­śli­wy do kościo­ła, by przy­tu­lić się do mnie i poka­zać swo­je znisz­czo­ne klap­ki, w któ­rych trud­no już bie­gać… mat­ka zmar­ła przy jego poro­dzie, został z ojcem, nie­co opóź­nio­nym w roz­wo­ju, któ­ry jest stró­żem noc­nym w przy­le­ga­ją­cej do kościo­ła restau­ra­cji… dzie­ciak spę­dza te noc­ki śpiąc na krze­śle, lub pod stołem. 

        Zawsze mi mówi: Masz dla mnie cukier­ka? Bo dziś stró­żu­ję! Gdy wycią­gam cukier­ka, przy­tu­la się moc­niej, pozdra­wia i bie­gnie szczę­śli­wy, podzie­lić się z ojcem… 

        Dziś w pre­zen­cie otrzy­mał teni­sów­ki i małą gumo­wą pił­kę. Podzię­ko­wał szcze­rym uśmie­chem i wybiegł. W takich sytu­acjach bar­dziej uczę się być mat­ką, choć sie­ro­ty na Kubie też prze­cież nie istnieją…

        4. Bar­ba­ra, 22 lata, wie­czo­ro­wym kur­sem w zeszłym roku ukoń­czy­ła 12 kla­sę, ojca nie zna, miesz­ka z mat­ką, któ­rej pen­sja nie prze­kra­cza 250 peso kubań­skie­go — 10 dol.  W roz­mo­wie na jed­nym ze spo­tkań wyzna­je: … ach Sio­stro… pil­nu­ję dzie­ci u jed­nej sąsiad­ki od 8.00–12.00, pła­cą mi 150 peso kub. na mie­siąc (6 dola­rów), nie wiem co chcę robić w życiu. Chło­pa­ka nie mam, bo lep­si już zaję­ci, a resz­ta to homo­sek­su­ali­ści… Mam za dużo kom­plek­sów, nie mogę stu­dio­wać medy­cy­ny, jestem ciem­na (pro­blem rasi­zmu też jest ukry­ty), jedy­ne o czym marzę to uciec z tej wyspy. 

        Przy­na­leż­ność do Kościo­ła Kato­lic­kie­go to wiel­ki pro­blem, kole­dzy pro­te­stan­ci śmie­ją się z nas, my w gru­pie na wpół mar­twi sami nie chce­my wyjść z żad­ną ini­cja­ty­wą, nauczo­no nas, kła­mać, kraść, kom­bi­no­wać i szu­kać tego co łatwe w życiu. 

        Odpo­wie­dzial­ność, samo­dziel­ność, uczci­wość to nie dla Kubań­czy­ka, my woli­my moral­ność podwój­ną i zado­wa­la­my się tym, że nic nie mamy.

        5. Adam 14 lat, na odle­głej wio­sce Rema­te, w domu rodzi­ce bied­ni igno­ran­ci i anal­fa­be­ci, któ­rzy żyją z pra­cy na roli mię­dzy juką, faso­lą i bakła­ża­na­mi. Nie cho­dzi do szko­ły, inte­li­gent­ny chło­pak, dobry, obec­ny na każ­dej nie­dziel­nej kate­che­zie, z cecha­mi lidera. 

        Wysła­ny do beki — inter­na­tu w mie­ście doświad­czył cze­goś, o czym mówić nie chce, po dwóch tygo­dniach wró­cił do domu z decy­zją że nigdy do szko­ły nie wró­ci, że woli ode­brać sobie życie. Rodzi­ce bez­rad­ni, moje 2 inter­wen­cje w biu­rze odpo­wie­dzial­nym za edu­ka­cję zakoń­czy­ły się fia­skiem: ach pro­szę pani, tam trud­no doje­chać, nie wie­my gdzie to jest, nie mamy samo­cho­du, obo­wią­zek szkol­ny ist­nie­je, ale… 

        Już dru­gi rok dziec­ko bez szko­ły i ma kole­żan­kę, któ­ra poszła w jego śla­dy… Kate­chet­ka, z któ­rą współ­pra­cu­ję, uśmie­cha się i mówi ze spo­ko­jem: Sio­stro, takich dzie­ci jest spo­ro na wioskach. 

        Więc mity o super edu­ka­cji kubań­skiej też są jedy­nie mita­mi. Mło­dzież powie­dzia­ła mi, że otrzy­mu­ją na począt­ku seme­stru zeszyt w linie do każ­de­go przed­mio­tu, książ­ki i 2 ołów­ki na mie­siąc… o resz­tę trze­ba wal­czyć same­mu. Zała­twiać, kom­bi­no­wać i przetrwać.

        6. Ele­na i Rodol­fo, star­sze mał­żeń­stwo, na odle­głej wio­sce, do któ­rej docie­ram po godzin­nym mar­szu od miej­sca gdzie zosta­wi­łam samo­chód, bo dalej doje­chać się nie dało. Sie­dzą zmar­twie­ni przed domem, on — nie­wi­do­my od 14 lat, ona, cho­ra na raka, bez leków i moż­li­wo­ści dojaz­du do mia­sta na konsultacje.

        Smut­ni bo syn, któ­ry był ich jedy­ną pod­po­rą ode­brał sobie życie przed tygo­dniem, zosta­wia­jąc żonę, tro­je dzie­ci i jakąś kobie­tę w cią­ży. W roz­mo­wie wyzna­ją, że cór­ka też kil­ka lat temu pod­pa­li­ła się z bez­na­dziei… że nie mają żad­nych pie­nię­dzy i nie wie­dzą jak żyć dalej.

        Roz­ma­wia­my, zosta­wiam im tro­chę jedze­nia, potrzeb­ne prze­ście­ra­dła, środ­ki higie­ny i modlę się wspól­nie z kate­chet­ką, któ­ra mi towa­rzy­szy i gru­pą dzie­ci, któ­re zacie­ka­wio­ne kim jest sio­stra zakon­na zbli­ży­ły się, by porozmawiać… 

        Jed­no spo­tka­nie to nie­wie­le i żad­na pomoc, przy roz­sta­niu zawsze pozo­sta­je ból ser­ca. W tym kra­ju nikt nie szu­ka roz­wią­zań i wyj­ścia z sytu­acji, a moją misją jest być tu czło­wie­kiem i być dla innych.

        7. Kolej­na wio­ska, EL SITIO, nie ma tam wspól­no­ty chrze­ści­jan, gru­pa 20 dzie­ci i 15 nasto­lat­ków przy­bie­ga w nie­dzie­lę na boso na kate­che­zę. Star­si — 14–15-letni, ochrzcze­ni 3 lata temu, pod drze­wem na podwór­ku domu misyj­ne­go, cza­sem z nostal­gią pyta­ją, cze­mu nie przy­jeż­dża tu żaden ksiądz, cze­mu nie mogą przy­go­to­wać się do I‑szej Komu­nii św. i mieć wła­snej wspólnoty. 

        Odpo­wie­dzi nie ma… brak kapła­nów, odle­głe miej­sca, brak trans­por­tu, brak lide­rów wśród doro­słych, nędza duchowa. 

        Tym razem po trzech kon­kur­so­wych kate­che­zach o Moj­że­szu obie­ca­łam wszyst­kim nagro­dę i wrę­czy­łam każ­de­mu cukier­ki i parę dobrych butów, teni­só­wek, któ­re tu kosz­tu­ją 12–18 dola­rów (cała pen­sja tych ludzi). 

        Dzie­ci szczę­śli­we, kil­ka mam ze łza­mi w oczach dzię­ku­je mi i wszyst­kim, któ­rzy w Pol­sce zebra­li ofia­ry na ten cel. „Sio­stro, — mówią — pierw­szy raz w życiu ktoś nam ofia­ru­je tak wie­le, wyba­wi­ła nas sio­stra z wiel­kie­go kło­po­tu, bo buty kry­te są koniecz­ne do szko­ły, a nas nie stać na taki wyda­tek. Przy domu dzie­ci zawsze bie­ga­ją na boso, to dla nas napraw­dę wiel­ki dar.” 

        Zacho­wu­ję spo­tka­nie w ser­cu jak Mary­ja, bło­go­sła­wię dzie­ci i wyru­szam na kolej­ną wioskę…

Sio­stra Anna Łuka­siń­ska FMA