Co to zna­czy na pół gwizd­ka?  W pol­skim słow­ni­ku syno­ni­mów jest ponad dwa­dzie­ścia defi­ni­cji tego okre­śle­nia. Naj­czę­ściej zna­czy ono nie­mra­wo, powo­li, połowicznie.

W prl‑u pra­co­wa­ło się na pół gwizd­ka, bo nie mia­ło to zna­cze­nia, jak się pra­cu­je, bo wszyst­ko było i tak spie­przo­ne z góry. A jak plan i stra­te­gia są złe, to obo­jęt­nie jak by się ci na dole nie naha­ro­wa­li, to i tak nic z tego. Dla­te­go zarzą­dza­nie i kie­ro­wa­nie jest tak waż­ne. Przy czym naj­częst­szym tłu­ma­cze­niem z reali­za­cji złych pla­nów jest obar­cze­nie tych na dole, że wła­śnie pra­co­wa­li na pół gwizd­ka. Jest takie powie­dze­nie w zarzą­dza­niu pro­jek­ta­mi, że jak coś bar­dzo źle idzie w pro­jek­cie, to win­na jest (bogu ducha win­na) sekretarka.

W prlu było takie powie­dze­nie: ‘czy się stoi, czy się leży dwa tysią­ce się nale­ży’. Chy­ba jed­nak gene­za tej pra­cy na pół gwizd­ka się­ga znacz­nie dalej niż cza­sy komu­ny. Pół gwizd­ka okre­śla posta­wę nie­za­an­ga­żo­wa­nia i byle­ja­ko­ści gdy brak wła­ści­wej moty­wa­cji. To tak jak z urzęd­ni­czy­ną, któ­ry zro­bi tyl­ko tyle ile musi, aby dostać zapła­tę. A więc nie sta­wiaj­my przed nim dodat­ko­wych zadań, bo on nie jest zain­te­re­so­wa­ny w robie­niu dodat­ko­wych czyn­no­ści, tyl­ko mini­mum tego co musi.

Więk­szość tych, któ­rzy zatrud­nia­ją, wie­dzą o czym piszę. Moja bab­cia, w cza­sie woj­ny słu­ży­ła Niem­com (czy­li słu­ży­ła jako  nie­wol­nik — pół czło­wiek, Sło­wian­ka, Polka).  I ta bab­cia opo­wia­da­ła, że jak sprzą­ta­ła poko­je, to zawsze na począt­ku odpo­czy­wa­ła, sia­da­ła w fote­lu, albo wyglą­da­ła przez okno. Gdy pyta­łam docie­kli­wie, dla­cze­go na począt­ku, odpo­wia­da­ła prze­bie­gle, że na począt­ku Niem­ka, u któ­rej słu­ży­ła nie spraw­dza­ła jej, dopie­ro potem jak się sprzą­ta­nie prze­cią­ga­ło, to Niem­ka pod byle pozo­rem wcho­dzi­ła do sprzą­ta­ne­go poko­ju i bacz­nym okiem spraw­dza­ła jak się posu­wa­ją pra­ce bia­do­ląc, że bar­dzo powo­li. Taki spryt­ny akt sabo­ta­żu wobec nie­miec­kie­go najeźdź­cy i wro­ga, a zara­zem samo­oca­le­nia sie­bie i obro­ny  swo­jej  god­no­ści sto­so­wa­ła moja bab­cia. Dawa­ło jej to małe, acz istot­ne, poczu­cie siły, i oca­la­ło god­ność nie­za­leż­ne­go czło­wie­ka, któ­re­mu Niem­cy ukra­dli (wte­dy mówi­ło się ‘prze­ję­li’) majątek.


No więc nie ocze­kuj­cie, że peł­ny gwiz­dek zosta­nie wdro­żo­ny, bez odpo­wied­niej moty­wa­cji. Cza­sem wsta­ję z rana i po pro­stu czu­ję, że jestem na pół gwizd­ka. Nawet dru­ga moc­na, czar­na kawa nie sta­wia mnie na nogi. I gdy­by mnie psin­ka nie wycią­gnę­ła za smycz na spa­cer, to bym w ogó­le nie wycho­dzi­ła z domu. Zazwy­czaj to samo­po­czu­cie na pół gwizd­ka trwa tyl­ko z rana, ale cza­sem i kil­ka dni. Jeśli dłu­żej to takie pół gwizd­ka może być obja­wem depre­sji, któ­ra jak wie­my jest jed­nost­ką cho­ro­bo­wą, któ­rą nale­ży leczyć i ma nie­wie­le wspól­ne­go z depre­sją spo­wo­do­wa­ną zła­ma­nym ser­cem. To ostat­nio szyb­ko się leczy, a naj­lep­szym lekar­stwem jest peł­ny gwiz­dek w sto­so­wa­niu okła­dów z mio­du na ser­ce zła­ma­ne. Te reflek­sje z tym na pół gwizd­ka zro­dzi­ły się patrząc na tego­rocz­ną wio­snę, któ­ra też się tak na pół gwizd­ka roz­krę­ca. A może nam się tyl­ko tak zda­je, bo jeste­śmy jej spra­gnie­ni, zmę­cze­ni pół­rocz­ną zimą? A prze­cież nawet u nas jest ‘zim­na Zoś­ka’, czy­li imie­ni­ny Zofii przy­pa­da­ją­ce na 15 maja. Mamy tak­że trzech zim­nych ogrod­ni­ków: Boni­fa­ce­go, Ser­wa­ce­go  i Pan­kra­ce­go. Dopie­ro po tych trzech zim­nych ogrod­ni­kach, ryzy­ko przy­mroz­ków jest mini­mal­ne. Zresz­tą ci trzej zim­ni ogrod­ni­cy są obec­ni tak­że w kul­tu­rze rol­nej naszych sąsia­dów. Więc dla­cze­go co roku zda­je się nam, że wio­sna tak się roz­wi­ja na pół gwizd­ka?  Na nasze ran­ki na pół gwizd­ka dobra jest kawa, spa­cer – naj­le­piej z psin­ką, czy wyj­ście ze zna­jo­my­mi do parku.

W restau­ra­cji Gre­na­dier w High Par­ku w Toron­to poda­ją dobrą kawę. Moż­na się nią roz­ko­szo­wać na patio, albo jak pogo­da nie za bar­dzo sprzy­ja — w środ­ku. Nama­wiam do tego, bo nie­dłu­go roz­pocz­nie się w High Par­ku słyn­ny już na cały świat festi­wal kwit­ną­cych wiśni japoń­skich, a wte­dy lepiej nie wjeż­dżać do par­ku samo­cho­dem, bo jest duży natłok samo­cho­dów i auto­bu­sów wycieczkowych.

Jeśli już, to naj­le­piej się umó­wić ze zna­jo­my­mi i pod­je­chać cią­gle nie­za­wod­nym metrem do sta­cji High Park, albo tram­wa­jem linii 501 (Queen) do sta­cji Col­bor­ne Lod­ge. A po takiej kawu­si ze zna­jo­my­mi, to i gwiz­dek się roz­krę­ci. Gwarantuję.

Micha­lin­ka

MichalinkaToronto@gmail.com