Z por. Tade­uszem (Mazu­rem) Sie­miąt­kow­skim,  byłym dowód­cą Komór­ki Likwi­da­cyj­nej Związ­ku Jasz­czur­cze­go i spe­cjal­ne­go oddzia­łu bojo­we­go Naro­do­wych Sił Zbroj­nych — roz­ma­wia Andrzej Kumor

Od paź­dzier­ni­ka 1939 r. do lip­ca 1942 r. dowód­ca KL (Komór­ka Likwi­da­cyj­na) Związ­ku Jasz­czur­cze­go. Od lip­ca 1942 r. do sierp­nia 1944 r. dowód­ca Oddzia­łu Bojo­we­go przy Komen­dzie Głów­nej Naro­do­wych Sił Zbrojnych.
W Powsta­niu Oddział Armia Kra­jo­wa — I Obwód “Radwan” (Śród­mie­ście) — zgru­po­wa­nie “Chro­bry II” — I bata­lion “Lecha Żela­zne­go” — 1. kom­pa­nia — “War­sza­wian­ka” — I plu­ton — dowód­ca plu­to­nu i zastęp­ca dowód­cy kompanii
Szlak bojo­wy
Śród­mie­ście Pół­noc. Od wybu­chu Powsta­nia wal­czy w rejo­nie Dwor­ca Głów­ne­go. 3 sierp­nia 1944 z gru­pą swo­ich żoł­nie­rzy z Oddzia­łu Bojo­we­go KG NSZ zaj­mu­je Dom Kole­jo­wy na rogu ul. Żela­znej i Chmiel­nej, gdzie wal­czy do koń­ca Powsta­nia. Poza obro­ną Domu Kole­jo­we­go I plu­ton bie­rze udział w wal­kach obron­nych na ul. Towa­ro­wej, Wro­niej, Pań­skiej, wal­czy w rejo­nie pl. Żela­znej Bra­my i w ostat­nich tygo­dniach wrze­śnia na Nowym Świecie.

Losy po Powstaniu
Nie­wo­la nie­miec­ka — jeniec Ofla­gu VII A Mur­nau, wyzwo­lo­ny w kwiet­niu 1945 r. przez armię ame­ry­kań­ską. Po wyzwo­le­niu z obo­zu dołą­cza do Bry­ga­dy Świę­to­krzy­skiej NSZ sta­cjo­nu­ją­cej w Regens­bur­gu (w pobli­żu Monachium).

Reklama

Losy po wojnie
W 1946 r. jako emi­sa­riusz NSZ wra­ca do Pol­ski. 7 mar­ca 1949 r. ucie­ka kutrem rybac­kim z Gdań­ska do Szwe­cji, gdzie otrzy­mu­je azyl jako uchodź­ca poli­tycz­ny (wraz z nim kutrem ucie­ka­li Han­na Kam­ler Szy­mań­ska “Kama”, Maciej Szy­mań­ski “Krucz­kow­ski” i ppor. Jerzy Dobrań­ski “Karol”). Przez dwa lata pra­cu­je jako robot­nik w fabry­ce w Veste­ras (koło Sztok­hol­mu). W 1951 r. emi­gru­je do Kana­dy, zamiesz­ku­je w Mont­re­alu, gdzie pra­cu­je jako inży­nier kon­struk­tor do eme­ry­tu­ry w 1975 (?) r. W cza­sie poby­tu w Mont­re­alu czyn­ny spo­łecz­nie w Kole byłych Żoł­nie­rzy NSZ, Sto­wa­rzy­sze­niu Inży­nie­rów Pol­skich i w koście­le kato­lic­kiej Misji św. Woj­cie­cha. Publi­cy­sta, współ­re­dak­tor “Zeszy­tów do Histo­rii NSZ”
Miej­sce śmier­ci: Mont­re­al, Kana­da. Miej­sce pochów­ku: Urna z jego pro­cha­mi spo­czę­ła w gro­bie rodzin­nym na Powąz­kach w Warszawie

Cześć Jego Pamięci!!!

***

Pan Tade­usz (Mazur) Sie­miąt­kow­ski zmarł w 1998 roku. W cza­sie woj­ny dowodził
oddzia­łem bojo­wym pozo­sta­ją­cym do bez­po­śred­niej dys­po­zy­cji Komen­dy Głównej
Związ­ku Jasz­czur­cze­go. Gru­pa ta począt­ko­wo zwa­na była KL-em (Komór­ka
Likwi­da­cyj­na), póź­niej wystę­po­wa­ła jako “Oddział Tade­usza” lub “Oddział
Mazu­ra”. Jak pisze we wspo­mnie­niach sam dowód­ca, oddział był historycznie
“prze­dłu­że­niem bar­dziej bojo­wej czę­ści aka­de­mic­kie­go środowiska
war­szaw­skie­go o zabar­wie­niu naro­do­wym (głów­nie spo­śród człon­ków ONR)”.
(…)Entu­zjazm był jed­nak pod­szy­ty pew­nym nie­po­ko­jem. Pocho­dzi­li­śmy z
naro­do­we­go śro­do­wi­ska aka­de­mic­kie­go. Cho­ciaż część z nas ukoń­czy­ła uczelnie
przed woj­ną, więź wspól­nych myśli i prze­żyć nie prze­rwa­ła się i gru­pa ta
sta­no­wi­ła pew­ną całość. Jak w całym sze­ro­ko poję­tym Obo­zie Narodowym,
mie­li­śmy wła­sny pogląd na prze­bieg wyda­rzeń w histo­rii Pol­ski, odmien­ny od
ofi­cjal­nie podaw­ne­go w pod­ręcz­ni­kach szkol­nych. Dzi­wi­ło nas niedołęstwo
Sej­mu Wiel­kie­go u schył­ku Rze­czy­po­spo­li­tej, drep­ta­nie w kół­ko wojska
pol­skie­go w powsta­niu listo­pa­do­wym, czy też fakt bez­myśl­ne­go powstania
stycz­nio­we­go w naj­bar­dziej nie­od­po­wied­niej chwi­li, itp. itd.
Toteż od począt­ku nur­to­wa­ły nas podej­rze­nia i oba­wy: czy obec­na wal­ka nie
zosta­nie popro­wa­dzo­na w podob­ny jak daw­niej spo­sób, pod wpły­wem tych samych czyn­ni­ków? Czy i teraz będzie­my wycią­ga­li kasz­ta­ny z ognia dla kogo innego?
Czy znów dum­nie będzie­my pod­ci­na­li gałąź, na któ­rej siedzimy?
Nie mie­li­śmy krzty zaufa­nia do Rzą­du w Lon­dy­nie, ani kie­row­nic­twa ZWZ, i
całą siłą popar­li­śmy decy­zję naszej góry utrzy­ma­nia jed­nej organizacji
woj­sko­wej, w naiw­nej nadziei, że będzie ona roz­bu­do­wa­na do poziomu
rze­czy­wi­stej siły zbroj­nej, zdol­nej poprzeć poli­tycz­ne decy­zje, niezależnie
od niko­go z zewnątrz…”

***

 

A.K.: Panie Tade­uszu, histo­ria Naro­do­wych Sił Zbroj­nych jest niesamowicie
intry­gu­ją­ca: z pożo­gi wojen­nej i z pożo­gi komu­ni­zmu ura­to­wa­no ponad 1000
osób, któ­re pod bro­nią opu­ści­ły Polskę…

T.S.: Pan mówi o Brygadzie…

A.K:. Jak Pan tra­fił do Naro­do­wych Sił Zbroj­nych i jak toczy­ły się Pana
losy w cza­sie wojny?

T.S.: To się zaczę­ło w latach 30. wstą­pi­łem do Obo­zu Wiel­kiej Pol­ski, a
potem, — gdy rząd sana­cyj­ny go roz­wią­zał — do ONR‑u — Obozu
Naro­do­wo-Rady­kal­ne­go. Ten po dwóch mie­sią­cach też został zdelegalizowany,
ale utrzy­mał się w kon­spi­ra­cji i ja w dal­szym cią­gu w nim byłem.
Jak przy­szła woj­na, to natu­ral­nie zosta­łem zmo­bi­li­zo­wa­ny. Nie odda­łem ani
jed­ne­go strza­łu, tyl­ko ucie­ka­li­śmy na wschód, a w pierw­szych dniach
paź­dzier­ni­ka wró­ci­łem do Warszawy.
Tam żeśmy się zebra­li, już w tro­chę mniej­szym gro­nie, nie­któ­rzy zginęli,
innym uda­ło się pójść na Zachód — była nadzie­ja, że tam będzie rząd i
stwo­rzo­na zosta­nie armia. Tak więc część poszła na Zachód a myśmy stworzyli
orga­ni­za­cję woj­sko­wą: Zwią­zek Jasz­czur­czy, “zet-jot” — popularnie.
Natu­ral­nie, zwią­zek ten nie miał począt­ko­wo wiel­kich moż­li­wo­ści działania -
przede wszyst­kim myśmy zosta­li napraw­dę zdez­or­ga­ni­zo­wa­ni, nie mieliśmy
żad­nej bro­ni. Nie moż­na było wie­le zro­bić. Hubal — był ostat­nim partyzantem,
któ­ry został znisz­czo­ny. No, ale mówi­ło się: “pocze­ka­my, woj­na się
roz­pa­li…”. Sądzi­li­śmy, że ten sojusz sta­li­now­sko-hitle­row­ski to jest lipa
i wszyst­ko się wkrót­ce roz­wa­li, na wscho­dzie zacznie się woj­na, a my musimy
się przy­go­to­wać psy­chicz­nie i pod­trzy­my­wać ducha naro­du przez wydawanie
gazetek.
Namno­ży­ło się wów­czas tych gaze­tek w nie­sa­mo­wi­ty spo­sób, podob­nie jak
namno­ży­ło się tych taj­nych orga­ni­za­cji woj­sko­wych. Na począt­ku to było ich
chy­ba kil­ka­set. No, ale łączy­ły się i w koń­cu pozo­sta­ło kil­ka, które
wyraź­nie były stwo­rzo­ne przez przed­wo­jen­ne, a ist­nie­ją­ce taj­nie w tym czasie
par­tie poli­tycz­ne, jak: ende­cja, orga­ni­za­cja chłop­ska czy socjalistyczna.

A.K.: Jaki sto­su­nek przy­jął “zet-jot” do powsta­jącj wów­czas Armii Krajowej?

T.S.: No, jesz­cze wte­dy Armii Kra­jo­wej nie było.
Mie­li­śmy strasz­ny żal do dowódz­twa Pol­skich Sił Zbroj­nych, do
Rydza-Śmi­głe­go i całej tej feraj­ny politycznej.
Wszyst­ko było w prosz­ku i Sikor­ski, któ­ry był w opo­zy­cji do Sana­cji, zaczął
two­rzyć orga­ni­za­cję rzą­do­wą, naj­pierw była to Służ­ba Zwy­cię­stwa Polski.
Ponie­waż więk­szość ofi­ce­rów to byli pił­sud­czy­cy, to oni to wszyst­ko później
zaczę­li przej­mo­wać i ta Służ­ba prze­ro­bi­ła się na Zwią­zek Wal­ki Zbroj­nej. Ta
orga­ni­za­cja robi­ła się naj­więk­sza, bo mia­ła pieniądze.
Począt­ko­wo ta gru­pa “sikorsz­czy­ków”, że się tak wyra­żę, chcia­ła od razu i
nas wcią­gnąć, ale myśmy się opie­ra­li, bo nie mie­li­śmy do nich zaufania.
Wie­dzie­li­śmy, że zro­bio­no strasz­ny błąd i dopro­wa­dzo­no do takiej katastrofy
— to była taka nie­chęć do tych zawo­do­wych ofi­ce­rów. No więc to się tworzyło
dość wolno…

A.K.: Nie­chęć ze wzglę­du na kata­stro­fę wrześniową?

T.S: Tak, no a zno­wuż naszych “naro­do­wych” ofi­ce­rów nie mie­li­śmy, bo ci
któ­rzy byli, to jesz­cze pocho­dzi­li z pierw­szej woj­ny, więc byli sta­rzy i się
nie nadawali.
Przez jakiś czas to wszyst­ko były osob­ne orga­ni­za­cje i nie­wie­le w sumie
robią­ce — i tak nie było wiel­kich moż­li­wo­ści działania.
Ich sie­dzi­bą sta­ła się Gene­ral­na Guber­nia, bo na wscho­dzie NKWD
zli­kwi­do­wa­ła wszyst­ko bar­dzo szyb­ko, a na zacho­dzie był bar­dzo sil­ny terror.
Tak że tyl­ko w Gene­ral­nej Guber­ni coś się tworzyło.

A.K.: Jak Pan myśli, dla­cze­go NKWD zdo­ła­ła tak sku­tecz­nie roz­pra­wić się z
pod­zie­miem?

T.S.: Komu­ni­ści! — pro­szę pana — NKWD mia­ła od razu infor­ma­cje. Bardzo
szybko!

A.K.: Czy­li po pro­stu zdra­da, ludzie dono­si­li na swo­ich sąsiadów?

T.S.: Tak! Tak że tam bar­dzo szyb­ko się upo­ra­li. No i bar­dzo szyb­ko zaczęto
wywo­zić eli­tę pol­ską. Nie tyl­ko zresz­tą eli­tę, wywo­żo­no wszyst­kich ludzi,
Pola­ków z tych tere­nów. Na tam­tych tere­nach, to byli ludzie często
nie­wy­kształ­ce­ni, dużo chło­pów, ale to byli ludzie świa­do­mi! Polacy!
Dosko­na­le świa­do­mi swo­je­go pocho­dze­nia! Więc NKWD zaczę­ła ich wszystkich
wywo­zić na Sybe­rię i, zanim przy­szli Niem­cy, zdą­ży­li dużo wywieźć.

A.K.: Kie­dy Naro­do­we Siły Zbroj­ne roz­po­czę­ły dzia­ła­nia bojowe?

T.S.: Dość póź­no — to jest zresz­tą zupeł­nie osob­ny temat.
W każ­dym razie, gdy tyl­ko Niem­cy poszli na wschód, to zaraz i od nas, a
zwłasz­cza z tego Związ­ku Wal­ki Zbroj­nej poje­cha­li i tam zaczę­to two­rzyć z
tych nie­do­bit­ków orga­ni­za­cje wojskowe.
Ja uży­wam sło­wa “woj­sko­we”, a nie “zbroj­ne”, dla­te­go że z bro­nią było
bar­dzo krucho…
NSZ — to jest skrót od “Naro­do­we Siły Zbroj­ne” — ja nie wiem, dlaczego
wymy­ślo­no tę nazwę — to Stypułkowski1 wymy­ślił — bo to były takie “siły
zbroj­ne”, bez broni.
W każ­dym razie, mniej wię­cej w roku 1941 na jesie­ni poje­cha­łem nawiązać
kon­takt do Lwo­wa. Jeź­dzi­li­śmy tam i odnaj­dy­wa­li te niedobitki:
ster­ro­ry­zo­wa­ne, prze­ra­żo­ne… Inne orga­ni­za­cje robi­ły to samo.
A potem już w 42 roku zaczął się pęd do sca­le­nia tych wszyst­kich kół,
zwłasz­cza zaś nacisk ze stro­ny Lon­dy­nu, któ­ry miał pie­nią­dze i czasami
kupował…

A.K.: Kupo­wał organizacje?

T.S.: Tak, po pro­stu dawał pie­nią­dze. Tak było ze Stron­nic­twem Narodowym,
któ­re bar­dzo wcze­śnie zało­ży­ło Naro­do­wą Orga­ni­za­cję Woj­sko­wą (NOW). Była ona
dość sil­na i Lon­dyn naci­skał, aby to łączyć. Rów­nież i w naszym poję­ciu to
łącze­nie było słusz­ne — trze­ba było prze­cież dzia­łać razem — choć,
oczy­wi­ście, mie­li­śmy duże zastrze­że­nia i nie bar­dzo nam się podo­ba­ło, że ZWZ
z powro­tem obsa­dza Sana­cja, a Lon­dyn przy­sy­łał pie­nią­dze i oni mogli szeroko
dzia­łać. I działali!
Wten­czas utrzy­my­wa­no bar­dzo roz­bu­do­wa­ne kon­tak­ty poli­tycz­ne, wszy­scy się
zga­dza­li, że powin­ni­śmy się łączyć.
Stron­nic­two Naro­do­we, PSL, socja­li­ści i cha­de­cja utworzyli
przed­sta­wi­ciel­stwo poli­ty­cze naro­du pol­skie­go w kra­ju. Gdy się połączyli
poli­tycz­nie, powstał nacisk, by połą­czy­li swe oddzia­ły zbroj­ne. Po dłuższych
per­trak­ta­cjach zgo­dzi­li się, iż powsta­nie jed­na siła zbroj­na dowo­dzo­na przez
dowódz­two woj­sko­we w Lon­dy­nie. I tak powsta­ła Armia Krajowa.
Były tam róż­ne sprze­ci­wy, bo wciąż jesz­cze była ta nie­chęć do Sana­cji — a
już wte­dy wia­do­mo było, że AK będzie w rękach Sana­cji. No, ale cóż, trzeba
było się łączyć, a Lon­dyn dawał pie­nią­dze. No i jak poka­za­li pie­nią­dze, to
wszyst­ko poszło dużo łatwiej.
I tak poli­tycz­na orga­ni­za­cja Stron­nic­twa Naro­do­we­go zde­cy­do­wa­ła, że
pod­po­rząd­ku­je NOW (Naro­do­wą Orga­ni­za­cję Woj­sko­wą) Armii Krajowej.
Wten­czas — a było to w poło­wie roku 42 — nastą­pił “wybuch”: grupa
zacię­tych ende­ków powie­dzia­ła: “my nie idzie­my”. Mniej­sza część kadry
zde­cy­do­wa­ła się, że nie wej­dzie do AK, i nastą­pił rozłam.
W pol­skiej armii zawo­do­wej było tro­chę endec­kich ofi­ce­rów. Oni zostali
ścią­gnię­ci do NOW, więc tam komen­dan­tem był zawo­do­wy puł­kow­nik Rokic­ki. On
się osta­tecz­nie zgo­dził na pod­po­rząd­ko­wa­nie — zawar­to umo­wę, na jakich
zasa­dach to wszyst­ko będzie włą­czo­ne do AK. Jed­nak dowódz­two Armii Krajowej
nie dotrzy­ma­ło póź­niej tych umów…

A.K.: Jaka była oś spo­ru mię­dzy tymi, któ­rzy dąży­li do jed­no­cze­nia się z
AK, a prze­ciw­ni­ka­mi sca­le­nia? Czy cho­dzi­ło o spra­wy poli­tycz­ne, czy
woj­sko­we?

T.S.: Czę­ścio­wo to cho­dzi­ło o oso­bi­ste spra­wy, a czę­ścio­wo i polityczne,
była to nie­chęć z daw­nych cza­sów, nie wie­rzy­li dowódz­twu Armii Kra­jo­wej i
się wyłamali.
W każ­dym razie dele­ga­tu­ra AK prze­ku­pi­ła po pro­stu… Wie pan, ja panu to
mówię, ale nie mam na to dowo­dów — ja to sły­sza­łem, to było głośne…
Poli­ty­cy naro­do­wi, któ­rzy weszli w ten “kwa­drat”, dosta­li “zapo­mo­gi” — tak
się to nazy­wa­ło. Nie wiem tam ile, może z dzie­sięć tysię­cy dolarów
mie­sięcz­nie — dla całej orga­ni­za­cji poli­tycz­nej. Zresz­tą dowództwo,
ofi­ce­ro­wie, któ­rzy weszli, byli od razu na pen­sji. No i były pieniądze!
Lon­dyn dawał, nie miał dużo, ale dawał!

 

***

Gru­pa, któ­ra się wyła­ma­ła i nie poszła na sca­le­nie, to była tzw. grupa
Sto­ja­now­skie­go i Sty­puł­kow­skie­go. Ta gru­pa zosta­ła sama.
Mie­li­śmy kon­tak­ty z daw­nych cza­sów, bo prze­cież ONR też się wyła­mał kiedyś
ze Stron­nic­twa Naro­do­we­go. Myśmy się wszy­scy zna­li. Sty­puł­kow­skie­go znałem
jesz­cze z cza­sów aka­de­mic­kich. Sto­ja­now­skie­go już oso­bi­ście nie zna­łem, bo
to był star­szy facet, ale tych młod­szych, któ­rzy stu­dio­wa­li przed samą
woj­ną, to oso­bi­ście zna­łem. Gada­li, gada­li i w koń­cu doga­da­li­śmy się tak, że
powie­dzie­li: stwo­rzy­my razem jed­ną orga­ni­za­cję — jest jesz­cze dużo innych
orga­ni­za­cji, któ­re też mają zastrze­że­nia do sana­cyj­no­ści AK, i one się
zgo­dzą przyjść do nas.
Posta­no­wio­no stwo­rzyć Naro­do­we Siły Zbrojne.
Wte­dy dołą­czy­ła też cała gru­pa małych orga­ni­za­cji. Dla mnie oso­bi­ście ważna
jest jed­na, któ­ra dzia­ła­ła na pół­noc­ny wschód od War­sza­wy, była to
orga­ni­za­cja “Wil­ków”, nie­du­ża, ale bar­dzo dobrze zorganizowana.

A.K.: To były orga­ni­za­cje poli­tycz­ne, czy już partyzanckie?

T.S.: To już były orga­ni­za­cje woj­sko­we, ale mia­ły swo­je poglą­dy polityczne,
i to dość zbli­żo­ne do naszych.

A.K.: Pyta­łem o dzia­ła­nia zbroj­ne. Kie­dy pod­ję­to je po raz pierwszy?

T.S.: No więc, dzia­ła­nia zbroj­ne to cięż­ka histo­ria, pro­szę pana.
Prak­tycz­nie, za dużo ich nie było. Dla­te­go, że poli­ty­cy naro­do­wi nie lubili
sił zbrojnych…
Nie wiem, czy zna pan histo­rię z cza­sów pierw­szej woj­ny świa­to­wej? Słyszał
pan o Legio­nie Wschod­nim? To był sym­bol tego, jak do sił zbroj­nych podchodzi
Stron­nic­two Naro­do­we (wten­czas jesz­cze Naro­do­wa Demo­kra­cja). Przed samą
woj­ną, jak Pił­sud­ski zaczął two­rzyć Strzel­ca i swo­je Legio­ny, to endecja
zauwa­ży­ła, że on ścią­gnie całą mło­dzież i szyb­ko zaczę­ła two­rzyć swoje
orga­ni­za­cje woj­sko­we, Soko­ła itp.
…to samo było pod­czas dru­giej woj­ny świa­to­wej; gdy­by nie stwo­rzy­li NSZ
czy NOW, to było­by tak samo; oni o tym wie­dzie­li i dla­te­go zakładali
orga­ni­za­cje wojskowe.
Dzia­ła­cze nie lubi­li jed­nak woj­ska, ale wie­dzie­li, że trze­ba je stworzyć,
bo ina­czej mło­dzież odej­dzie. Były pod­cho­rą­żów­ki, bar­dzo szyb­ko napi­sa­no i
wydru­ko­wa­no pod­ręcz­nik dowód­cy plu­to­nu itp.
Póki to moż­na było robić w czte­rech ścia­nach, to było dobrze. Wszyscy
rozu­mie­li, że nie moż­na od razu zaczy­nać wal­ki. Ter­ror był sil­ny, wpad­ki i
aresz­to­wa­nia były cią­gle. Tłu­ma­czy­li wszyst­kim, że teraz nie da rady robić
akcji woj­sko­wych, bo nie mamy bro­ni, dobrej orga­ni­za­cji, dla­te­go trze­ba się
szko­lić propagandowo…
Zaczę­ło się dopie­ro po wybu­chu woj­ny sowiec­ko-nie­miec­kiej. Wten­czas już tam
na wscho­dzie zauwa­ży­li, że coś robić moż­na, a poza tym tu, na terenie
Gene­ral­nej Guber­ni, było dużo agen­tów; Gesta­po zna­la­zło ludzi — były
aresztowania.
W 1941 sta­ło się jasne, że trze­ba stwo­rzyć orga­ni­za­cje par­ty­zanc­kie na wsi,
a w mie­ście jakieś oddzia­ły, któ­re się wezmą za tych agentów.
Ponie­waż wie­dzie­li, że myśmy byli… że były orga­ni­za­cje, któ­re jeszcze
przed woj­ną wal­czy­ły z “bro­nią”, zwró­ci­li się do nas… No to nie była broń
we wła­ści­wym tego sło­wa zna­cze­niu — z kaste­ta­mi, z pał­ka­mi wal­czy­ło się z
komu­ni­sta­mi — któ­rzy, pro­szę pana, tak samo mie­li swo­je bojów­ki, też z
pał­ka­mi. I myśmy się już wte­dy na tere­nie aka­de­mic­kim bili. I to były niezłe
walki!
W tych gru­pach, któ­re weszły do “zet-jotu” i póź­niej do NSZ, w tych grupach
powsta­ła myśl, że trze­ba coś zro­bić z tymi agen­ta­mi Gestapo…
Ja stwo­rzy­łem pierw­szą gru­pę — w tym cza­sie jesz­cze w “zet-jocie”. Na
począt­ku była bar­dzo malut­ka. Od razu były zastrze­że­nia, aby to nie były za
duże grup­ki i nie za bar­dzo uzbro­jo­ne. Już na samym począt­ku gdy ja mówiłem:
co zna­czy bez bro­ni?! Bez bro­ni nic się nie zro­bi! Trze­ba mieć broń! Były
dłu­gie dys­ku­sje i w koń­cu wytrza­snę­li ską­deś dwa pisto­le­ty i powiedzieli:
Ale ty nie rób dużej grupy…
Zresz­tą te pisto­le­ty, zda­je się po dwóch tygo­dniach mi ode­bra­li — bo
powie­dzie­li, że były poży­czo­ne na krótko…
Jak mi zabra­li, zna­la­złem się w kło­po­cie: przy­szła pierw­sza robo­ta, mówią:
“jest agent”, trze­ba go zli­kwi­do­wać! No to ja mówię: “zabra­li­ście te dwa
pisto­le­ty i nie ma jak”. Już wte­dy wie­dzia­łem, że może­my liczyć tyl­ko na
wła­sną ini­cja­ty­wę i zaczę­li­śmy szu­kać bro­ni na wła­sną rękę; bo tego agenta
trze­ba było już strzelać…
Już wte­dy żeśmy się szko­li­li w takiej wal­ce nie­zbroj­nej — zna­łem ju-jitsu
i na razie tych swych chło­pa­ków w tym ćwiczyłem.
Tre­no­wa­łem ich dla­te­go, żeby się lepiej czu­li. Wie­dzia­łem, że jak mnie
aresz­tu­je jeden gesta­po­wiec, to sobie z nim dam radę. Zaczą­łem ich szko­lić i
jesz­cze doszka­lać sie­bie. Śmiesz­na rzecz: w War­sza­wie (za oku­pa­cji) były
dopusz­czal­ne zakła­dy gim­na­stycz­ne, ist­nia­ły ofi­cjal­nie i moż­na tam było
upra­wiać zasad­ni­czą gim­na­sty­kę. Tak się zło­ży­ło, że przez miasto
prze­jeż­dżał w dro­dze na wschód nie­miec­ki mistrz od ju-jit­su, któ­ry z
jakie­goś powo­du został zatrzy­ma­ny w War­sza­wie. To był bar­dzo porządny
chło­pak. Prze­czy­taw­szy w gaze­cie rekla­mę tego zakła­du gimnastycznego,
zgło­sił się tam i powie­dział: “no to ja wam pomo­gę, będę was ćwi­czył…”. I
nic nie było z jego stro­ny — napraw­dę — żad­nej wpad­ki. Ja się uczy­łem od
nie­go, a zaraz potem zaczą­łem uczyć tam­tych moich chło­pa­ków. To trwa­ło przez
dwa, trzy mie­sią­ce — w koń­cu jed­nak go wysła­li — ale nas tro­chę więcej
poduczył…

 

***

 

W każ­dym razie, prze­ko­na­łem moje Dowódz­two, że z agen­ta­mi Gesta­po nie można
się bar­dzo bawić: trze­ba mieć broń. Jeden z moich chło­pa­ków miał kolegę,
komu­ni­stę, i powie­dział: “to ja od nie­go poży­czę.” I pożyczył!
Pierw­szą robo­tę więc żeśmy zro­bi­li z bro­ni komu­ni­stycz­nej. Ja bar­dzo lubię
to pod­kre­ślać, bo moim celem było zawsze, żeby wyko­rzy­sty­wać jed­ne­go wroga
prze­ciw­ko dru­gie­mu wro­go­wi, i to było pierw­sze takie wyko­rzy­sta­nie. Potem na
wiel­ką ska­lę zro­bi­ła to Bry­ga­da Świętokrzyska.
Po tej robo­cie zaczę­li­śmy szu­kać. Kupi­li­śmy kil­ka sztuk, bo w sprze­da­ży na
czar­nym ryn­ku była broń krót­ka — bar­dzo dro­ga — ale była.
Tym­cza­sem, gru­pa “Wil­ków” z Woło­mi­na dowie­dzia­ła się o pew­nym spo­so­bie od
zło­dziei kole­jo­wych, któ­rzy kra­dli w poro­zu­mie­niu z pol­ski­mi kolejarzami;
kole­ja­rze zatrzy­my­wa­li sema­fo­ra­mi pocią­gi, któ­re szły na wschód… Ci “nasi”
zło­dzie­je poka­za­li jak to robić, ska­ka­li na te wago­ny; natu­ral­nie one były
zaplom­bo­wa­ne, więc trze­ba było odplom­bo­wy­wać. Natu­ral­nie, gdy ochro­na kolei
(Bahn­schut­ze) to zauwa­ży­ła, to były strze­la­ni­ny i zda­rza­ły się ofiary.
Prze­waż­nie wybie­ra­no noc, kie­dy była mgła. Nie­ste­ty, naj­wię­cej było bomb i
poci­sków arty­le­ryj­skich; dla nas to nie mia­ło żad­nej wartości.
To już był rok 1942 i już wte­dy widać było, że Niem­cy coś nie za bardzo
tam idą w Rosji i my będzie­my mie­li do czy­nie­nia z Sowie­ta­mi — więc ja
mówię: “jak jest arty­le­ria, to nale­ży ją pogła­skać, niech jedzie, krzy­żyk na
dro­gę i niech katru­pi tych Sowietów”.
Taka była mniej wię­cej taktyka.
Z tego źró­dła Woło­min nas bar­dzo dużo zaopatrywał.
Póź­niej doszły kon­tak­ty na dwor­cach kole­jo­wych, gdzie były masy prze­sy­łek i
jak tam coś podej­rza­ne­go, jaką pacz­kę, zoba­czy­li, to już nasi chłop­cy tam
byli — pra­co­wa­li. Taką pacz­kę zaraz na bok i jeśli nie moż­na było jej łatwo
usu­nąć — bo była zapi­sa­na — to wte­dy zała­twia­li­śmy spra­wę inaczej.
Zna­leź­li­śmy kraw­ca, któ­ry szył mun­du­ry dla Gesta­po i dla SS, i on nam uszył
parę takich mun­du­rów. Wten­czas na ten dwo­rzec (myśmy już wte­dy kradli
samo­cho­dy) przy­jeż­dża­ło dwóch “ele­ganc­ko umun­du­ro­wa­nych SS”, już wiedzieli,
jak trze­ba się pod­szy­wać i do kogo zgło­sić, biu­ro fał­szerstw NSZ podrabiało
zle­ce­nie do odbio­ru prze­sył­ki i… naj­spo­koj­niej w świe­cie kwi­to­wa­li i
zabie­ra­li do samochodu.
Takie były te nasze spo­so­by zdo­by­wa­nia uzbrojenia.
Ale to się bar­dzo nie podo­ba­ło naszym przy­wód­com poli­tycz­nym. Były ciągle
kłopoty…
Myśmy to jed­nak robi­li i zaczę­li­śmy strze­lać tych agen­tów. Przeważnie
Pola­ków. Były roz­ma­ite spra­wy. Ja tam tyl­ko parę opi­sa­łem w moich
wspo­mnie­niach. Nasz oddział kil­ka­dzie­siąt takich agen­tów zlikwidował.
Nie­któ­rzy nie lubi­li tego, no ale ja, pro­szę pana, ja ina­czej się do tego
odnosiłem.
Bo wie pan, aresz­tu­ją moje­go przy­ja­cie­la, chło­pa­ka żona­te­go, któ­ry ma dwie
córecz­ki. Na począt­ku my trzy­ma­my się jak naj­da­lej od całej rodzi­ny, ale
potem trze­ba tej rodzi­nie jakoś poma­gać. No więc, gdy myśmy zdo­by­li gdzieś
cukier, sło­ni­nę czy boczek w jakiejś akcji, to cho­dzi­ło się do takiej
rodzi­ny i podawało.
I pro­szę pana, jak to na mnie dzia­ła; przy­cho­dzę — natu­ral­nie wieczorem,
żeby już nie było widać — znam ją, daję jej tę pacz­kę, a ona pyta się, czy
coś wiem o mężu — ja nic nie wiem, żad­ne­go gryp­su żeśmy nie dosta­li, ale
mówię, że będzie­my jej poma­gać (jest w cięż­kiej sytu­acji, utrzy­mu­ją ją
rodzice).
Jest wie­czór, pro­szę pana, ja już wycho­dzę i ona mówi: “poka­za­ła­bym panu
moje córecz­ki, ale jest ciem­no i nie mogę zapa­lić świa­tła”. Ja mówię:
“chęt­nie rzu­cę okiem”. No i wpro­wa­dza mnie do poko­ju, jest ciem­no, ale widzę
te dwa maleń­stwa śpią­ce… No i ja się roz­pła­ka­łem. Dzi­siaj to na mnie
jesz­cze tak dzia­ła… Jaką ja potem mia­łem mieć litość w sto­sun­ku do tych,
co wpa­ko­wa­li tego moje­go przyjaciela?!
Kro­pi­ło się! I już!

 

***

 

Tak więc na począt­ku żeśmy drob­ne czy więk­sze robo­ty robi­li, ale przyszła
kwe­stia, co dalej? Sytu­acja woj­sko­wa na wscho­dzie się pogar­sza, ja zaczynam
być prze­ciw­ny sabo­ta­żo­wi. Mówię: “ja nie mam zamia­ru robić żad­nych sabotaży,
niech sobie to idzie tam i niech oni to mają (mowa o transportach
woj­sko­wych) — ja nie jestem prze­ciw­ko Wehr­mach­to­wi, mój wróg to jest Gestapo
i mnie nie odpo­wia­da, abym ja robił jakiś sabo­taż na linii kole­jo­wej dla
zaopa­trze­nia fron­tu wschodniego”.
A tu tym­cza­sem zaczy­na­ją się roz­mo­wy sca­le­nio­we — jest wiel­ki nacisk ze
stro­ny AK i Lon­dy­nu, że my musi­my się połą­czyć; że same­mu nie wol­no; że nie
będzie­my uzna­wa­ni za część armii zbroj­nej. Kule­ją te roz­mo­wy, bo kule­ją, ale
ludzie powia­da­ją, że lada moment doj­dzie do sca­le­nia i wstą­pi­my do AK -
będzie­my włą­cze­ni w AK.
A ja cią­gle pod­no­szę spra­wę: no bo ja nie wiem, jak ja się zacho­wam… Już
przy­szły wia­do­mo­ści, jak postę­pu­je par­ty­zant­ka sowiec­ka i komu­ni­stycz­na na
wscho­dzie już się mówi o pla­nie “Burza”. Ja mówię, że nie mam zamiaru
poma­gać Sowietom!
Były takie odpra­wy, takie poga­dan­ki na ten temat. Dowódz­two nasze bardzo
nie­chęt­nie pod­cho­dzi­ło do tego tema­tu. Prze­cią­ga­li i kłó­ci­li się o drobne
rze­czy. Ale naj­więk­szy opór prze­ciw­ko sca­le­niu był w takich właśnie
oddzia­łach jak my — któ­re nie mia­ły ocho­ty poma­gać Sowietom.
Ja powie­dzia­łem: “jeśli będę sca­lo­ny i jeśli będę dowód­cą takie­go mniej
wię­cej oddzia­łu jak mam — a praw­do­po­dob­nie będę — to jeże­li dosta­nę rozkaz
pój­ścia z pomo­cą jakie­muś oddzia­ło­wi sowiec­kie­mu, to ja odmó­wię. Powiedzcie
to przy waszych sca­le­nio­wych kon­tak­tach, że jest taka atmos­fe­ra…”. Nie
wiem, czy oni to zro­bi­li czy nie, w każ­dym razie…

A.K.: To dla­cze­go Naro­do­we Siły Zbroj­ne przy­łą­czy­ły się do Powstania
War­szaw­skie­go?

T.S.: Nie, więc my żeśmy się nie przy­łą­czy­li, tyl­ko poszcze­gól­ne gru­py i
indy­wi­du­al­nie poje­dyn­czy żołnierze.
Wten­czas oni już koniecz­nie chcie­li sca­le­nia, ale myśmy sta­wia­li trudne
warun­ki; nie mie­li­śmy zaufa­nia, bo wie­dzie­li­śmy, co się sta­ło z Narodową
Orga­ni­za­cją Woj­sko­wą — jak oni nie dotrzy­ma­li im przy­rze­czeń i potem
pozwal­nia­li ich ofi­ce­rów, poprze­no­si­li, odłą­czy­li od swo­ich żołnierzy,
mia­no­wa­li nowych dowód­ców — a to prze­cież było zastrze­żo­ne, że tak nie
będzie — no więc my żeśmy nie bar­dzo chcieli.
Roko­wa­nia o sca­le­nie trwa­ły w 43 roku i cią­gle się prze­wle­ka­ły i
osta­tecz­nie Lon­dyn i dowódz­two AK sta­now­czo dali ter­min; powiedzieli:
“musi­cie się włą­czyć!”. Doszło wów­czas do umo­wy, że 7 mar­ca — czy coś
takie­go — pod­pi­sze­my sca­le­nie i pod­po­rząd­ku­je­my się. To jest zresz­tą opisane
u Siemaszki2. Naszym dowód­cą był wte­dy puł­kow­nik Kur­cjusz. I zgo­dzi­li się na
to, że przez pewien czas — jak już będzie­my sca­le­ni, to Kur­cjusz w dalszym
cią­gu będzie komen­dan­tem NSZ i dopie­ro po pew­nym cza­sie będzie zmia­na. Oni
mie­li pre­ten­sje, bo Kur­cjusz był jesz­cze wcze­śniej człon­kiem ZWZ, a potem,
wten­czas, jak było pierw­sze wyła­ma­nie się z NOW i utwo­rze­nieNSZ — został
komen­dan­tem NSZ, a nie powia­do­mił AK, że też przeszedł.
Jak to się wyda­ło przy pod­pi­sy­wa­niu tej umo­wy, to dowód­ca AK powiedział,
że nie może zatwier­dzić Kur­cju­sza i musi być ktoś inny. To już było za
cza­sów, jak Bór był komendantem.
Nasi ludzie i sztab uję­li się za Kur­cju­szem i doszło do bar­dzo ostrych
per­trak­ta­cji — myśmy się w kon­se­kwen­cji nie pod­po­rząd­ko­wa­li AK i pozostali
samo­dziel­ni, a zno­wuż w samym NSZ nastą­pił roz­łam i ta gru­pa, któ­ra przyszła
z NOW, ta się z powro­tem połą­czy­ła z AK i sca­li­ła się.
Powsta­ły w ten spo­sób dwa NSZ-ty. Jak w każ­dym takim wypad­ku, zaczę­ła się
przy­kra wal­ka — w każ­dym razie myśmy do same­go momen­tu Powsta­nia nie
połą­czy­li się.
Rada Poli­tycz­na NSZ mia­no­wa­ła swo­je­go dowód­cę (Kur­cjusz dostał wcześniej
ata­ku ser­ca i umarł), któ­rym został major, potem pod­pu­łow­nik i pułkownik
Kmi­cic. Został on p.o. (peł­nią­cym obo­wiąz­ki) dowód­cą NSZ. No i nastąpił
rozłam.
Gdy armia sowiec­ka zbli­ża­ła się do War­sza­wy — myśmy nie bar­dzo wie­rzy­li, że
doj­dzie do Powsta­nia, myśmy uwa­ża­li taki zryw za nie­po­czy­tal­ną zbrodnię -
tak że myśmy cią­gle byli odsu­nię­ci i nie zosta­li­śmy zawia­do­mie­ni o tym.

A.K.: O Powstaniu?

T.S.: Tak, cho­ciaż pry­wat­nie wię­cej wie­dzie­li­śmy. Rów­no­cze­śnie, ponieważ
zbli­żał się sowiec­ki front, była kwe­stia nasze­go wyco­fa­nia się na zachód.
Mówio­no, że będą trzy gru­py, któ­re będą…

A.K.: Wyco­fa­nia, dla­te­go, że liczy­li pano­wie na kon­flikt, Zacho­du z
Sowie­ta­mi?

T.S.: Tak to było planowane.

A.K.: Dla­cze­go Pan uwa­ża, że Powsta­nie było zbrod­nią? Czy sam pomysł
insta­la­cji władz lon­dyń­skich w War­sza­wie przy pomo­cy Powstania…

T.S.: Nie, nie, sądzi­li­śmy po pro­stu, że Powsta­nie skoń­czy się straszną
klę­ską, nie widzie­li­śmy żad­nych szans na zwy­cię­stwo. I to się sta­ło! Dla nas
było to już wte­dy jasne.

A.K.: Dla­cze­go tyl­ko dla panów? Czy tyl­ko pano­wie roz­po­zna­li zamiary
Sowie­tów? Dla­cze­go dowódz­two Armii Kra­jo­wej czy dowódz­two wojsk pol­skich w
Lon­dy­nie przy­ję­ło tak naiw­ne i z księ­ży­ca wzię­te pro­jek­ty — jak właśnie
ujaw­nia­nie swo­jej struk­tu­ry i swo­ich ludzi wkra­cza­ją­cym Sowietom,
współ­dzia­ła­nie w walce?

T.S.: I ten plan “Burza”…

A.K.: No wła­śnie, i plan “Burza”, któ­ry z poli­tycz­ne­go punk­tu widze­nia był
samo­bój­stwem! Dla­cze­go pano­wie byli w mniejszości?

T.S.: Pro­szę pana, przede wszyst­kim chęć two­rze­nia jed­nej armii to było
bar­dzo duże psy­chicz­ne napię­cie. Prze­cież jest ten moment, jest woj­na o
nie­pod­le­głość i nagle my się kłócimy!
My wie­dzie­li­śmy dosko­na­le, że trze­ba się łączyć, tyl­ko — mówi­li­śmy do nich
— w jakiej sytu­acji wy chce­cie sie­bie i nas posta­wić?! Prze­cież trzeba
wie­dzieć, kto to są Sowiety!
Według naszych pojęć, ani Lon­dyn nie rozu­miał dobrze, ani Dele­ga­tu­ra Rządu.
Jak mogło dojść do tego, co się sta­ło w Wil­nie?! Ja nie mogłem uwie­rzyć! Nie
mogłem uwie­rzyć, gdy do nas prze­cie­kły wia­do­mo­ści o pla­nie “Burza”…
Przed woj­ną w cza­sie stu­diów na Poli­tech­ni­ce cią­gle mia­łem kon­tak­ty, miałem
kole­gów komu­ni­stów. Oni wie­dząc, że ja nie pocho­dzę z żad­nej arystokracji,
nie mam żad­nych mająt­ków — oni cią­gle liczy­li, że mnie prze­ka­ba­cą i bardzo
dużo mnie opo­wia­da­li. Ja wten­czas zro­zu­mia­łem, co to jest komu­nizm — chociaż
jak się oka­za­ło póź­niej, oni sami też dobrze nie wie­dzie­li… Nie wiedzieli,
do jakie­go stop­nia. Dla nich wymor­do­wa­nie komu­ni­stów przez Sta­li­na w 1938
roku to był szok.

A.K.: No więc wła­śnie cho­dzi mi o to, jak bar­dzo trze­ba było być politycznie
śle­pym, by nie dostrze­gać tych wszyst­kich fak­tów. Zna­ne było przecież
zacho­wa­nia par­ty­zant­ki sowiec­kiej na tere­nach pol­skich — dzia­ła­nia NKWD,
któ­ra szła zaraz za fron­tem,. zabi­ja­ła, wywo­zi­ła i zsyłała…

T.S.: Cał­ko­wi­cie się z panem zga­dzam. Ja dosko­na­le się w tym orientowałem.
Tak się zło­ży­ło, że na począt­ku woj­ny zna­la­złem się na Woły­niu. Wówczas
mogłem zostać po stro­nie sowiec­kiej lub mogłem wra­cać do War­sza­wy. Bardzo
dużo kole­gów mnie nama­wia­ło do zosta­nia po stro­nie Sowie­tów. Ja powiedziałem
wte­dy: Nie! Ja już wolą tego zbrod­nia­rza, któ­ry jest z kul­tu­ry łacińskiej -
prze­sze­dłem z powro­tem front do Niem­ców i wró­ci­łem. Niem­cy też by mnie
zamor­do­wa­li — gdy­by mnie dostali.
Ja byłem wyjąt­ko­wo dobrze obe­zna­ny z tą sytu­acją. Kłó­ci­łem się nawet z
moimi naj­wyż­szy­mi przywódcami.
Wte­dy, w 1944 roku, uzna­li­śmy, że nie ma mowy, musi­my ucie­kać na Zachód.
Był pro­jekt, że gdy będzie szła nawa­ła sowiec­ka, to my utwo­rzy­my trzy czy
czte­ry gru­py i będzie­my zaraz szli mię­dzy jed­nym a dru­gim fron­tem — co było
non­sen­sem, bo tak nie było moż­na robić; Bry­ga­da Świę­to­krzy­ska mia­ła duże
szczęście.
W każ­dym razie szy­ko­wa­łem się ze swo­im oddzia­łem pójść na Bory Tucholskie.
Mnie to wszyst­ko bar­dzo nie odpo­wia­da­ło… Jed­na rzecz: w War­sza­wie to się
szy­ko­wa­ło w lip­cu. Tę gru­pę z War­sza­wy miał pro­wa­dzić Kmi­cic, cho­ciaż był
p.o. dowód­cą całych sił, a ja mia­łem być jego zastęp­cą, ponieważ -
przy­pusz­czam — nie wie­dzia­łem dla­cze­go — ja zna­łem Kmi­ci­ca i byłem z nim w
bar­dzo dobrych sto­sun­kach — ale uwa­ża­łem go za głu­pie­go. Nie rozu­mia­łem, jak
moż­na takie­go czło­wie­ka mia­no­wać p.o. Ale z nim mia­łem dobre stosunki.
Ja mia­łem broń, Woło­min miał broń — cała ta duża gru­pa mnie podlegająca,
ok. 200 osób, była uzbro­jo­na. I pytam moich prze­ło­żo­nych: “przy­go­to­wa­li­ście
coś? Czy są mapy?”.
W samym dowódz­twie, przed samym wyj­ściem — to był koniec lip­ca — mówię, że
mam dobrze uzbro­jo­ną gru­pę i ja muszę wie­dzieć, jak to jest przygotowane.
Prze­cież ja pono­szę odpo­wie­dzial­ność za tych ludzi!
Cią­gle mówi­li, że opra­co­wa­li pięk­ny plan tego wyco­fy­wa­nia na Zachód.
Przy­sze­dłem do nich i mówię: “gdzie są mapy? Ja nie mam map! Ani jednej
mapy. Gdzie są apa­ra­ty radio­we dla łącz­no­ści?” Prze­cież mogę się
poro­zu­mie­wać tutaj, w War­sza­wie, gdzie są tele­fo­ny, ale tam muszę mieć
radio! A tu oni już zro­bi­li głup­stwa z tymi apa­ra­ta­mi. Moż­na je było dostać,
ale oni się nie kwa­pi­li. Mówię do nich (jeden puł­kow­nik, dru­gi pułkownik),
jak ja mam wypro­wa­dzić z mia­sta uzbro­jo­nych po zęby ludzi? Prze­cież oni nie
pój­dą, tak jak tu cho­dzą z pisto­le­ta­mi ukry­ty­mi, tyl­ko będą mie­li dużą broń.
Jak ja mogę z nimi iść, jak ja nie mam naj­mniej­szej mapy, nawet mapy Polski.
No, a oni na koń­cu powie­dzie­li mi po burz­li­wej nara­dzie: “Możesz przecież
zaka­mu­flo­wać broń i poje­chać do Grój­ca kolej­ką”. Mówię: “dobrze, daj­cie mi
jakieś wska­zów­ki! Ja się wyła­du­ję na sta­cji w mie­ście Grój­cu w dwieście
uzbro­jo­nych i obcią­żo­nych chło­pa nio­są­cych amu­ni­cję, gra­na­ty, i co dalej?”.
Oni mi mówią: “no, nie wie­my, ale masz tutaj roz­kład jaz­dy kolejki
gró­jec­kiej, to sobie dobrze prze­patrz, a tam to już sobie dasz jakoś radę”.
Więc ja czym prę­dzej bio­rę ten roz­kład i pędzę na sta­cję kolejki
gró­jec­kiej, żeby spraw­dzić — oka­za­ło się, że gró­jec­ka kolej­ka już nie
chodzi!
No, ale to są głup­stwa, śmiesz­ne głupstwa…
Ja w każ­dym razie mia­łem jesz­cze robo­tę jed­ną zro­bić: dużo forsy -
Wytwór­nię Papie­rów War­to­ścio­wych. Mówię, przy­da się nam na wyjazd.
Wszyst­ko było przy­go­to­wa­ne, mie­li­śmy w środ­ku swo­ich ludzi, któ­rzy mnie
powie­dzie­li, że jak tyl­ko będzie wóz goto­wy, to oni wcze­śniej trochę
zała­du­ją te pie­nią­dze i jak zadzwo­nią po żan­dar­me­rię do eskor­to­wa­nia, to
dadzą znać, wte­dy my przy­je­dzie­my jako Niem­cy. I ja na to liczy­łem, bardzo
dużo liczy­łem, dobrze wszyst­ko było zorganizowane…
No i sto­imy, cze­ka­my. Więk­szość oddzia­łu mia­łem w ręku, a tu na mieście
zaczy­na się — to już był pierw­szy sierp­nia. , strzelanina,
zaczy­na­ją jeź­dzić samo­cho­dy pan­cer­ne i ja naresz­cie dosta­ję wiadomość -
łącz­nik z Komen­dy Gł. przy­cho­dzi i mówi — o godzi­nie 8.00 wybuch powstania.
Nie było co cze­kać, trze­ba łapu-capu zbie­rać się i jechać tam, gdzie są
maga­zy­ny, gdzie broń, a tu chło­pa­ki mówią — my chcie­li­śmy się poże­gnać z
rodzi­na­mi. No więc, ja mówię — dobrze. To była godzi­na dru­ga czy coś
takie­go, roz­pu­ści­łem cały oddział. Broń ze wszyst­kim na trzy samo­cho­dy, aby
odsta­wić tam na miej­sce. (To jest opi­sa­ne w moich wspomnieniach).
No i nie­ste­ty, było już za póź­no — wszyst­ko się roz­le­cia­ło. Jakoś
zaczę­li­śmy się potem zbie­rać, gdzieś koło uli­cy Żela­znej, pl. Kazimierza -
nie wiem, czy pan zna War­sza­wę — i zaczę­li­śmy się szu­kać. Każ­dy wziął już
wte­dy udział w Powsta­niu. Zebra­li­śmy się w koń­cu i po paru dniach
stwo­rzy­li­śmy Kom­pa­nię War­sza­wian­ka i musie­li­śmy się przy­łą­czyć do
Zgru­po­wa­nia Chro­bry II. No i wzię­li­śmy udział… Do końca…
Zresz­tą zna­leź­li­śmy się w miej­scu, któ­re — jak uwa­żam — było najbardziej
bez­piecz­nym punk­tem w całym Powsta­niu. Myśmy mie­li wodę i elek­trycz­ność do
koń­ca Powsta­nia. No, mniej­sza z tym…

A.K.: A po Powstaniu…

T.S.: Po Powsta­niu kapi­tu­la­cja; wyszli­śmy do nie­wo­li, do Piaseczna.
Musie­li­śmy, natu­ral­nie, zło­żyć broń, zaraz na Wol­skiej. Prze­wieź­li nas na
Dol­ny Śląsk do takie­go ogól­ne­go obo­zu przej­ścio­we­go i stam­tąd oficerów
prze­wieź­li do Bawa­rii do Mur­nau, a chło­pa­ków do innych obo­zów dla
sze­re­go­wych i podoficerów.
Tam docze­ka­li­śmy przyj­ścia Alian­tów. Wie­rzy­li­śmy, że zaraz będzie wojna
mię­dzy Zacho­dem a Sowie­ta­mi… I tu byli­śmy i my głu­pi! Ale nie­ste­ty, głupi
byli i ci nasi ludzie, któ­rzy zosta­li w Pol­sce. Gdy w 46 roku przyjechałem
do Pol­ski, żeby zabrać żonę i syn­ka, to musia­łem im tłu­ma­czyć — oni wciąż
nie wie­rzy­li. Mówię, zli­kwi­duj­cie wszyst­ko, bo tu nic nie będzie — a oni
two­rzy­li organizacje!

A.K.: Wróć­my może do Bry­ga­dy Świę­to­krzy­skiej. Jak jej uda­ło się wyjść?

T.S.: Przy koń­cu roku 44 było już tak źle na Kie­lec­czyź­nie, że powsta­ły tam
nasze oddzia­ły, i to wbrew hanieb­ne­mu roz­ka­zo­wi: na począt­ku roku 1944
dowód­ca NSZ wydał roz­kaz roz­wią­za­nia wszyst­kich oddzia­łów par­ty­zanc­kich. To
był idio­tyzm, bo ludzie z tych oddzia­łów byli już wte­dy tak dobrze zna­ni w
tere­nie, że NKWD nie mia­ła­by żad­nych kło­po­tów — komu­ni­ści wiedzieli
dokład­nie, kto jest kim. Tam w Kie­lec­kiem powsta­ła dobra par­ty­zant­ka. Była
napraw­dę dobra i zaczę­ła się łączyć. Powsta­ła jed­na sil­na gru­pa mniej
wię­cej osiem­set — tysiąc osób.

A potem już, gdy Bry­ga­da szła dalej, dołą­cza­li inni ludzie. Gdy doszła na
Śląsk, to tam się zda­rzy­ło, że aku­rat Niem­cy likwi­do­wa­li obóz, w któ­rym byli
i nasi ludzie z Powsta­nia, i tak się zda­rzy­ło, że te dwa sznu­ry ludzkie
zaczę­ły iść obok, to wte­dy cała gru­pa, jakieś dwie­ście osób, “prze­sko­czy­ła”
do Bry­ga­dy Świętokrzyskiej.
Jesz­cze w Pol­sce Bry­ga­da Świę­to­krzy­ska nawią­za­ła pew­ne kon­tak­ty z agentami
Gesta­po. Ja nie mam naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści co do uczci­wo­ści tych poczynań.
Bar­dzo wyso­ko cenię dowód­cę Bry­ga­dy Świę­to­krzy­skiej Bohu­na. On dobrze w tym
momen­cie dzia­łał. Tak jak trze­ba było!

A.K.: Przede wszyst­kim ura­to­wał tych ludzi…

T.S.: Ura­to­wał ich, tak!

A.K.: Pro­szę Pana, sły­sza­łem takie plot­ki — nie plot­ki, że Brygada
współ­pra­co­wa­ła z Abweh­rą, bo Niem­cy cały czas liczy­li, że będzie ona mogła
wal­czyć u ich boku prze­ciw­ko Sowie­tom. Po dru­gie, że już pod­czas poby­tu w
Cze­cho­sło­wa­cji Niem­cy szko­li­li łącz­ni­ków Bry­ga­dy, a nawet na niemieckich
samo­lo­tach doko­ny­wa­no lotów ze zrzut­ka­mi na tere­ny pol­skie oku­po­wa­ne przez
Sowie­tów, pró­bu­jąc mon­to­wać anty­ko­mu­ni­stycz­ne pod­zie­mie, czy cho­ciaż­by po
to, by mieć łącz­ność z krajem…

T.S.: To cał­ko­wi­ta prawda.
Jakoś tak się zło­ży­ło, że w Kie­lec­kiem Polak, któ­ry się nazy­wał Tom (to
pseu­do­nim), uczci­wy anty­ko­mu­ni­sta, skon­tak­to­wał się z Niem­ca­mi, zaczął sypać
komu­ni­stów i poszedł na współ­pra­cę z Gesta­po. Nie­ste­ty — za dłu­go by o tym
mówić — gdy­bym miał czas, to bym wię­cej powie­dział. W każ­dym razie,
rów­no­cze­śnie skon­tak­to­wał się on z naszym wywia­dem i powie­dział, że może nam
dawać infor­ma­cje. Nasz wywiad już od pew­ne­go cza­su miał kon­tak­ty… Ja nie
mia­łem o to naj­mniej­szych pre­ten­sji, bo wszyst­kie wywia­dy mają kon­tak­ty z
wro­gi­mi wywia­da­mi — to jest praw­da, to jest rzecz normalna.
Ten Tom nawią­zał kon­takt z Bry­ga­dą Świę­to­krzy­ską. Gdy 13 stycz­nia 1945 roku
ruszył front sowiec­ki i zaczę­ła się uciecz­ka, Bry­ga­da była przy­go­to­wa­na i
ruszy­ła na Zachód. Biła się i z Niem­ca­mi, i z sowiec­kim wojskiem
rów­no­cze­śnie, ale wszy­scy uciekali…
Oni mie­li szczęście.
Gdzieś w jakiejś potycz­ce zła­pa­li kil­ku Niem­ców — ofi­ce­rów i powiedzieli
im, że ucie­ka­ją przed Sowie­ta­mi, wycho­dzą z Pol­ski — dla­te­go nie ma żadnego
sen­su wal­czyć z Niem­ca­mi, oni chcą iść teraz na zachód, bo są prze­ko­na­ni, że
gdy Sowie­ty wej­dą dalej, to doj­dzie do poro­zu­mie­nia mię­dzy Niem­ca­mi a
Alian­ta­mi anglo­sa­ski­mi i oni chcą się połą­czyć z nimi. I nastąpiło
porozumienie.

A.K.: Na jak wyso­kim szcze­blu było to porozumienie?

T.S.: To było na niskim szczeblu.
Myśmy wie­dzie­li w tam­tym cza­sie, że w Rado­miu jest taki Nie­miec — oficer
Gesta­po, nazy­wa się Fuchs, któ­ry uwa­żał, że Niem­cy muszą dojść do
poro­zu­mie­nia z Pola­ka­mi. To była jego idee fixe. Pomysł nie był specjalnie
jego, bo to kieł­ko­wa­ło cał­kiem na górze nie­miec­kie­go dowództwa.
Dosko­na­le wie­dzie­li­śmy, że — zwłasz­cza w głów­nym szta­bie nie­miec­kim — byli
ludzie, któ­rzy by tego chcieli.
Niem­cy z przejść podob­no dzwo­ni­li do same­go Ber­li­na, co zro­bić z Bry­ga­dą, i
Ber­lin powie­dział: “prze­pu­ścić ich”. Tyle ja wiem. No i oni przeszli.
Potem cią­gle były kon­tak­ty — przy­szedł też ten Tom i on zaczął już
kom­bi­no­wać na sty­ku z Niemcami.

A.K.: Szlak wiódł przez Śląsk do Czechosłowacji?

T.S.: Przez Śląsk poszli na Cze­chy i w Cze­chach już zosta­li. Pro­szę pana,
cią­gle były kło­po­ty, cią­gle Niem­cy roz­ma­wia­li, spo­ty­ka­li się, były kontakty,
ale już wte­dy było wia­do­mo, że — owszem — my może­my wejść w wal­kę z
Sowie­ta­mi, ale mamy mate­riał nie­wy­ćwi­czo­ny, to są par­ty­zan­ci, trze­ba ich
prze­szko­lić, musi­my odejść dalej, musi­my zaczekać…
Więc były roz­mo­wy. Niem­cy od cza­su do cza­su przy­jeż­dża­li, a dowódz­two NSZ
pró­bo­wa­ło odwlec decyzję.

A.K.: I tam w Cze­chach zasta­li ich Ame­ry­ka­nie. Czy pró­bo­wa­li rozbroić
Bry­ga­dę?

T.S.: No, chcie­li ich na począt­ku roz­bro­ić. Naj­przód nie wie­dzie­li, co z tym
fan­tem zro­bić. Były myśli o tym, aby ich zwró­cić Sowie­tom. Były to bardzo
cięż­kie chwile.

A.K.: Tak jak Koza­ków Bry­tyj­czy­cy, tak Ame­ry­ka­nie mogli oddać Sowietom…

T.S.: I było­by tak, ale doszło do poro­zu­mie­nia; Bry­ga­da musia­ła zło­żyć broń
i przejść pod Monachium.

A.K.: Jak wyglą­da­ła kwe­stia póź­niej­sze­go sto­sun­ku władz lon­dyń­skich do was?
Uzna­nia sta­tu­su żoł­nie­rza itd.?

T.S.: Oni bar­dzo nie chcie­li nas uznać.

A.K.: Czy przez to, że byli­ście siłą oddziel­ną od Armii Kra­jo­wej? Czy to o
to cho­dzi­ło?

T.S.: Tak, tak!

A.K.: Czy podej­mo­wa­li pano­wie jakieś pró­by zawią­za­nia kon­spi­ra­cji pod
oku­pa­cją sowiec­ką w Polsce?

T.S.: Nie, myśmy myśle­li, że to jest nie­moż­li­we. Wszy­scy liczy­li, że jak
tyl­ko Niem­cy ska­pi­tu­lu­ją, to zaraz się zacznie woj­na ame­ry­kań­sko-sowiec­ka z
Niem­ca­mi. Myśmy dla­te­go szli, sta­ra­li się prze­do­stać na zachód. Dla­te­go, jak
myśmy zosta­li uwol­nie­ni — ja byłem w Mur­nau (to był w Bawa­rii głów­ny obóz
dla pol­skich jeń­ców). Tam było 5 tys. ofi­ce­rów z cza­sów 1939 roku. I my, i
tam­ci myśle­li­śmy, że zaraz będzie woj­na z Sowietami.
A to tak — nie­ste­ty — się nie sta­ło — tu żeśmy się myli­li. Ale w Polsce
nasi kole­dzy stwo­rzy­li anty­so­wiec­ką konspirację.

A.K.: Dzię­ku­ję bar­dzo za rozmowę.

1- Mec. Zbi­gniew Sty­puł­kow­ski — poli­tyk endec­ki, sekre­tarz “połą­czo­ne­go
zaple­cza poli­tycz­ne­go” NSZ.
2 — Z. Sie­masz­ko: “Histo­ria Naro­do­wych Sił Zbrojnych”.

Wywiad prze­pro­wa­dzo­no w lutym 1997 roku.”