Z Dzi­kim Miet­kiem o pod­pa­la­niu Ama­zo­nii i połu­dnio­wo­wa­me­ry­kań­skim lecze­niu nowotworów

Dzi­ki Mie­tek czy­li Mie­czy­sław Sob­czak od 12 lat miesz­ka w peru­wiań­skiej Ama­zo­nii. Poje­chał tam, aby wyle­czyć się z cho­ro­by nowo­two­ro­wej, oże­nił i został. Dzi­siaj jest jed­ną z bar­dziej zna­nych twa­rzy peru­wiań­skiej Polo­nii. W LaMer­ced nad rze­ką Chu­chu­maya pro­wa­dzi zajazd / hotel. Roz­ma­wia­my z nim dzi­siaj o pod­pa­la­niu Ama­zo­nii, ayahu­asce, połu­dnio­wo­ame­ry­kań­skich meto­dach lecze­nia raka i życiu.

Zachłan­ność ludz­ka nie zna granic

Andrzej Kumor: — Panie Miet­ku, cie­szę się, że ponow­nie mamy oka­zję poroz­ma­wiać. Cza­sy są cie­ka­we, dużo rze­czy się dzie­je. Pan miesz­ka w La Mer­ced nad rze­ką Chan­cha­mayo, dopły­wem Ukajali.

Dzi­ki Mie­tek: — Jak brać tak od źró­dła, no to jest Ama­zon­ka, ale każ­dy odci­nek nazy­wa się inaczej.

    — Prak­tycz­nie Pan miesz­ka w Ama­zo­nii i zanim przej­dzie­my do tych pytań co zawsze, to chcia­łem zapy­tać o poża­ry, bo to jest taki temat medial­ny, mówi się, że Ama­zo­nia pło­nie; pło­ną płu­ca całe­go świa­ta, jak to wyglą­da z Pana per­spek­ty­wy, jest susza?

- Naj­wię­cej pło­nie w Bra­zy­lii, bo tam pod­pa­la­ją. Przede wszyst­kim, nawet gdy ude­rzy pio­run w drze­wo w Ama­zo­nii to zapa­li się tyl­ko jed­no drzewo.

 — No wła­śnie nie­któ­rzy mówią, że w Ama­zo­nii trud­no ogień skrze­sać, wszę­dzie jest mokro, trud­no ogni­sko rozpalić.

- Do tego, żeby roz­pa­lić ogni­sko, to trze­ba uży­wać taki olej nazy­wa się ACEITE DE COPAIBA olej z drze­wa copa­iba i on rze­czy­wi­ście nawet mokre drze­wo zapa­li, albo po pro­stu ben­zy­nę. Ben­zy­na na mokre drze­wo nie chce za bar­dzo dzia­łać, z tym że jak zadzia­ła no to zadzia­ła. Dla­te­go na przy­kład, to wszyst­ko jest pod­pa­la­ne, bo zachłan­ność ludz­ka nie­ste­ty… Chcą jak naj­więk­sze obsza­ry mieć.

Z tym, że cały pro­blem jest w tym, że jeże­li weź­mie­my i wypa­li­my, i zro­bi­my z tego pastwi­sko, no to mak­si­mum 5 — 7 lat i koniec. Nastę­pu­je degra­da­cja gle­by. Po pro­stu gle­ba jest wypłu­ki­wa­na, bo tam gle­ba jest gru­bo­ści może 5, 10 mak­si­mum 15 cm.

  — Kto to robi? Bied­ni ludzie, któ­rzy chcą powięk­szyć are­ał czy to są jakieś kor­po­ra­cje, firmy?

- To są potęż­ni far­me­rzy, ludzie, któ­rym po pro­stu cho­dzi o pieniądze.

  — Oni pod­pa­la­ją tę dżun­glę i posze­rza­ją swój areał?

- Oni sami nie pod­pa­la­ją, wynaj­mu­ją do tego ludzi, któ­rzy to robią.

   — To są duże korporacje?

- To są duże kor­po­ra­cje, zresz­tą pre­zy­dent Bra­zy­lii pra­wi­co­wiec, jak nastał, to powie­dział, że trze­ba powięk­szyć are­ał upraw­ny kosz­tem dżun­gli, ze wzglę­du na to, że po pro­stu potrze­ba soi, któ­ra głów­nie jest eks­por­to­wa­na do Chin  i potrze­ba innych rze­czy, jak na przy­kład, olej pal­mo­wy, a to prze­cież jest degra­da­cja ziemi.

- Ta gle­ba nie nada­je się tam do takie­go wie­lo­let­nie­go cią­głe­go uprawiania?

- Jeże­li cho­dzi o soję, nawet jeże­li uży­wa­my nawo­zy,  to wszyst­ko jest mak­si­mum 7 lat.

  — I trze­ba iść dalej, wypa­lać następ­ny areał?

- Tak.

     — Mówił Pan, że w tym roku jest susza.

-Takiej suszy, jak ja tutaj jestem ponad 11 lat to nie widzia­łem. W zeszłym roku było dosyć sucho, a w tym roku jest bar­dzo sucho. No w tej chwi­li już 42 dzień, gdzie raz spa­dło może po 32 dniach tro­szecz­kę desz­czu, ale ja jak to mówią nawet do asfal­tu nie dole­cia­ło. W tej chwi­li chmu­rzy się, ale nie ma z tego deszczu.

- Pierw­szy raz jest coś takiego?

- No tak. Miej­sco­wi ludzie mówią to samo. Że takie­go cze­goś jesz­cze nie było.

 — Pro­szę powie­dzieć, jak tam jest z Pana inwe­sty­cja­mi, bo Pan ma Dom Pol­ski, dużo ludzi do Pana przy­jeż­dża? Kie­dyś roz­ma­wia­li­śmy o tym, że w dżun­gli są Pola­cy. Koło Pana miesz­ka dużo Polaków?

- Jest 21. rodzin w naszej okolicy.

 — Polskich?

- Pol­skie są tyl­ko trzy rodzi­ny, resz­ta jest mieszana.

 — To są Pola­cy, któ­rzy przy­je­cha­li z Pol­ski, czy to są tacy podwój­ni emi­gran­ci, jak Pan?

- Z Pol­ski, ze Sta­nów Zjed­no­czo­nych i z Euro­py, róż­nie. Dwie rodzi­ny są bez­po­śred­nio z Polski.

- Utrzy­mu­je­cie Pań­stwo kon­tak­ty ze sobą?

- Spo­ra­dycz­ne, cza­sa­mi spo­ty­ka­my się na tar­gu w sobo­tę. Wła­śnie dzi­siaj był targ, więc spo­tka­łem dwie rodzi­ny polskie.

        — Ama­zo­nia sta­je się coraz bar­dziej atrak­cyj­na i popu­lar­na rów­nież wśród Euro­pej­czy­ków i Amerykanów?

- Tak, w naszym rejo­nie jest na przy­kład taka miej­sco­wość nazy­wa się Oxa­pam­pa, gdzie w cią­gu 5 lat przy­by­ło, według doku­men­ta­cji, oko­ło 10 000 nie­miec­kich rodzin.

   — Cze­go ci ludzie szu­ka­ją w połu­dnio­wej Ameryce?

- Przede wszyst­kim, mają dosyć tej poli­ty­ki pani Mer­kel, i w ogó­le tego ord­nun­gu i tego wszyst­kie­go co się dzie­je, chcą – jak to mówią – mieć wię­cej swobody.

    — I w Peru, czy w innych kra­jach Ama­zo­nii jest wię­cej swobody?

- W tej chwi­li naj­wię­cej osie­dla­ją się w Bra­zy­lii, póź­niej w Argen­ty­nie, a Peru jest chy­ba na trze­cim miejscu.

Tutaj mamy takie 4 mia­sta, któ­re są euro­pej­skie. Oxa­pam­pa to jest głów­nie nie­miec­kie; to jest oko­ło 100 tys. Niem­ców, póź­niej jest Pozu­zo — gdzieś oko­ło 50 tys. Austria­ków, póź­niej jest San Juan de Caca­zu 45 tys. Fran­cu­zów, no i póź­niej Vil­la Rica jest oko­ło 35 – 40 tys. Włochów.

        — To Pan tam wca­le nie jest rodzyn­kiem, Panie Miet­ku? Nikt się nie dzi­wi, że Pan przy­je­chał i mieszka? 

- Dla­te­go nasz rejon nazy­wa­ją tutaj Grin­go­land, bo jest wię­cej obco­kra­jow­ców, jak miejscowych.

- Wróć­my do tego pod­pa­la­nia, sły­szał Pan, żeby kogo­kol­wiek tam zła­pa­no, uka­ra­no, czy to jest cały czas anonimowe?

- Wiem, że tutaj u nas w oko­li­cy Pukal­l­py też zaczę­li pod­pa­lać, ale India­nie… Począt­ko­wo myśla­łem, że oni uży­li czar­nych strza­łek, ale uży­li brą­zo­wych. Brą­zo­wą strzał­ką, jak się dosta­nie, to się jest koko­ło 2 ‑3 godzin nie­przy­tom­nym, ale się życie zacho­wu­je. Czar­na Strzał­ka to już jest wojow­ni­cza, jak się nią dosta­nie no to już jest nie­ste­ty koniec.

- Czy­li na razie tyl­ko takie ostrzeżenia?

- Na razie dwóch tam dopa­dli i prze­ka­za­li poli­cji a ten trze­ci uciekł. Pró­bu­ją pod­pa­lać, bo tam wła­śnie wzdłuż rze­ki Uka­ja­li czy­li pomię­dzy Ata­layą a Pukal­l­pą, są bar­dzo dobre tere­ny na upra­wy. Ale miej­sco­wi ludzie się na to nie zgadzają.

- Dobre tere­ny, to zna­czy że wię­cej tej gle­by tam jest? Ta war­stwa jest grubsza?

- Więk­sza tro­szecz­kę. Im bar­dziej na pół­noc, tym war­stwa gle­by jest mniejsza.

  — A co Pan uprawia?

- Ja wła­ści­wie do tej pory mia­łem duże pro­ble­my z moim ogro­dem, bo wszyst­ko mi zja­da­ły mrów­ki parasolówki.

Pró­bo­wa­łem róż­nych metod, nic nie skut­ko­wa­ło, w koń­cu mi taki Indian powie­dział, weź kup sta­re bla­chy, te co się uży­wa na dach, bla­chę fali­stą, potnij to na poło­wę, to będzie tyl­ko 90 cm i wkop na jakieś 30 cm w zie­mię i poob­sta­wiaj to dooko­ła i mrów­ki nawet nie przej­dą, bo im się nie będzie chcia­ło prze­cho­dzić przez górę,  same przez to może przej­dą, ale już liści tar­gać nie dadzą rady. Tak zro­bi­łem dooko­ła i to pomogło.

- To jakie Pan ma upra­wy w ogrodzie?

- W tej chwi­li mam ogór­ki, faso­lę, papry­kę, no i posia­łem pomi­do­ry. Zoba­czy­my co z tego wyjdzie.

W tej chwi­li to jest pro­blem z pod­le­wa­niem, bo na przy­kład jak jest woda niska w stud­ni to muszę tak minu­tę pół­to­rej minu­ty pom­po­wać, a 5 minut czekać.

    ‑Ale, miesz­ka Pan nad rze­ką jest woda w rzece?

- Jest woda w rzece.

 — To cze­mu z rze­ki Pan nie ciągnie?

- Kie­dyś mia­łem pom­pę w rze­ce, ale poziom rze­ki się zmie­nia, i jak przyj­dzie jakaś więk­sza fala no to pom­pę zmy­je, bo tutaj na tej naszej rze­ce jest 7 elek­trow­ni. Oni w nocy spusz­cza­ją wodę; w nocy jest wyż­szy poziom i póź­niej w dzień zno­wu jest niski. Róż­ni­ca pozio­mu to nie­raz docho­dzi do 0,5 m.

  — Pro­szę jesz­cze powie­dzieć o tych ludziach, któ­rzy przy­jeż­dża­ją do dżun­gli szu­kać nie tyl­ko zdro­wia psy­chicz­ne­go, ale też leczą się z róż­ne­go rodza­ju scho­rzeń, czy ma Pan Pola­ków, któ­rzy tam przy­jeż­dża­ją, czy ma pan rów­nież ludzi z innych stron, któ­rzy chcie­li­by jakoś dopro­wa­dzić się do porząd­ku w Amazonii?

- Cały pro­blem w tym, że naszym roda­kom to jest napraw­dę trud­no pomóc.  Nie ma cho­rób nie­ule­czal­nych, są tyl­ko ludzie, któ­rym się nie da pomóc.

  — Dlaczego?

- Na przy­kład, powie się Niem­co­wi, że ma zro­bić to, czy wypić tam­to, to on zro­bi dwa razy tyle. Dużo wię­cej niż potrzeba.

Jak się powie nasze­mu roda­ko­wi no to wszyst­ko jest ok, ale jak się tyl­ko tro­chę popra­wi, to wra­ca do sta­rych nawyków.

Z moich obser­wa­cji wyni­ka, że 90% naszych roda­ków nie da się pomóc. Ja mam śred­nio czy to na e‑mail czy na Sky­pie czy na mes­sen­ge­rze oko­ło 10 zapy­tań o przy­jazd w spra­wie lecze­nia i gene­ral­nie prak­tycz­nie wszyst­kim odmawiam.

Po krót­kiej roz­mo­wie stwier­dzam, że szko­da moje­go cza­su i szko­da ich cza­su i pie­nię­dzy, żeby tutaj przyjeżdżali.

 — Powiedz­my jesz­cze naszym czy­tel­ni­kom, Pan się wyle­czył, tak?

- Nie tyl­ko ja się wyle­czy­łem. Napraw­dę pomo­głem ponad set­ce osób, któ­re tutaj przy­je­cha­ły sta­nąć na nogi, nawet w naj­bar­dziej zaawan­so­wa­nej fazie nowotworu.

 — Co jest naj­waż­niej­sze przy takim leczeniu?

- Przede wszyst­kim podej­ście psy­chicz­ne. Trze­ba chcieć! Jak to India­nie mówią, że jak się chce, to już się poło­wę zro­bi­ło. Przede wszyst­kim trze­ba chcieć, Dru­ga rzecz, trze­ba się oczy­ścić; przede wszyst­kim psy­chicz­nie i fizycznie.

- Na czym to oczysz­cze­nie psy­chicz­ne polega?

- Jeże­li wyrzu­ci­my z sie­bie te wszyst­kie tru­ci­zny, te wszyst­kie bru­dy, tok­sy­ny, meta­le cięż­kie, no to już będzie dużo łatwiej. No i póź­niej trze­ba uzu­peł­nić to, co nam bra­ku­je, bo prze­cież w waszym świe­cie to macie do dys­po­zy­cji  4 —  5 mine­ra­łów jedy­nie, a powin­na być ich pra­wie setka.

- Dla­te­go że takie rol­nic­two mamy?

- No tak nie­ste­ty. U nas jesz­cze za złą żyw­ność trze­ba dużo dro­żej zapła­cić i trud­no jest ją dostać. Weź­my na przy­kład cukier, cukier trzci­no­wy u nas kosz­tu­je oko­ło 2 sole, 2,50 za kilo, a bia­ły cukier kosz­tu­je 10 soli.

- Czy­li odwrot­nie niż u nas.

- Tak.  Tutaj jest paru takich co upra­wia­ją na przy­kład cytru­sy, robią opry­ski czy coś, ale miej­sco­wi od nich nie kupu­ją; on weź­mie tyl­ko, pową­cha i już mówi, ja tego nie chcę. Następ­na rzecz, jedze­nie, mamy tutaj 3 — 4 fer­my kurze,  ale nawet te jaj­ka z tej fer­my to są zupeł­nie inne niż wasze, bo tutaj jed­nak to żółt­ko jest dosyć ciem­ne, a te od was to są pra­wie białe.

 — Chy­ba, że zafar­bu­ją, bo tam doda­ją barw­ni­ki kurom do paszy

- No moż­li­we, u nas byłem nawet na takiej far­mie, gdzie Sta­szek miesz­ka to od nie­go jakiś kilo­metr jest. Oni mają duży wybieg, te kury tak że one zupeł­nie ina­czej żyją.

Tak, jak moje kury, na przy­kład, jak im wysy­pię kuku­ry­dzy, czy nawet goto­wa­ne­go ryżu, to nawet nie­raz cały dzień leży, dopie­ro pod wie­czór przyj­dą zje­dzą, a cały dzień gania­ją w ogrodzie.

- Panie Miet­ku, co się głów­nie kupu­je na tar­gu, dużo się je mięsa?

- Mię­sa to u nas ludzie mało jedzą. Głów­nie ryby i drób.

 — Łowią ryby w rze­ce, rze­ka jest czysta?

- Tak, rze­ka jest bar­dzo czy­sta. Łowią. Ryby rzecz­ne są dużo droż­sze niż ryby morskie.

   — Dlaczego?

- Dla­te­go, że mor­skie muszą przy­wieźć z Limy, mro­żo­nych u nas nie przy­wo­żą, ale w lodzie no i one mnie już nie bar­dzo sma­ku­ją, wolę nasze rzeczne.

- Bo świeże?

- Tak. Bo po pro­stu oni w nocy łapią i rano już jest na sprzedaż.

- A tak poza tym, to co się je? 

- Od cza­su do cza­su, z oka­zji świąt wie­przo­wi­nę. Woło­wi­ny się bar­dzo mało tutaj używa.

- A ludzie hodu­ją świ­nie dookoła?

- Tak tutaj u nas dooko­ła trzy oso­by mają świ­nie, ale oni nawet prą­du nie mają, bo tro­chę dalej tam mieszkają.

Jak, przy­kład, taka jed­na sąsiad­ka, któ­ra miesz­ka jakieś sto­pięć­dzie­siąt metrów ode mnie ma zamiar zabić świ­nię to naj­pierw cho­dzi i się pyta, kto weź­mie i ile, bo nie ma lodów­ki. Tak­że ma już całą świ­nię sprze­da­ną zanim ją zaszlachtuje.

Woło­wi­na mówię jest na tar­gu, ale mało kto kupu­je, dla­te­go, że na te sta­no­wi­ska co sprze­da­ją mię­so to może są tyl­ko dwa co sprze­da­ją woło­wi­nę. Resz­ta to tyl­ko wie­przo­wi­na kury i tak dalej. Kieł­ba­sę moż­na u nas dostać, tyl­ko aż z Oxa­pam­py nie­miec­ką. Ona mi nie sma­ku­je, sami od cza­su do cza­su robi­my. Ale Niem­cy tam  mają dużą wytwórnię.

Tam taki Mate­usz, Polak, pra­cu­je u nich od cza­su do cza­su no to jak on robi to jest przy­naj­mniej inny smak.  My robi­my tutaj od cza­su do cza­su, ja spe­cjal­nie nie prze­pa­dam, ale zna­jo­mi  z Limy przy­ja­dą czy coś, to wte­dy kupu­je­my; mamy tutaj wszyst­ko co potrze­ba i nabi­jar­kę i do mie­le­nia maszy­nę i wszyst­ko — wte­dy robi­my sami i wędzimy.

Z tym że tra­dy­cyj­nie wedzi­my na ogniu.

   — Panie Miet­ku, to na koniec pyta­nie naj­bar­dziej kon­tro­wer­syj­ne ayahu­asca —  moż­na ją nor­mal­nie na tar­gu kupić, moż­na ją upra­wiać, jest obrót na to, czy tyl­ko Sza­ma­ni używają?

- Była tutaj taka jed­na pani, któ­ra się tym zaj­mo­wa­ła, ale już się tym nie zaj­mu­je; robi­ła to bar­dzo nie­pro­fe­sjo­nal­nie. Był tutaj w Pam­pa Michi, sza­man, on robił, ale już zmarł, a ten jego syn to już nie robi dobrze.

Naj­bli­żej to moż­na w Pucal­l­pie, Sati­po albo Iqu­itos. Bo co przy ayahu­asce jest bar­dzo waż­ne, to żeby cały pro­ces przejść, a nie tyl­ko samo wypicie.

Praw­dzi­wy Sza­man to idzie z gru­pą tam, gdzie się zbie­ra­ją ayahu­ascę, wszy­scy naj­pierw doty­ka­ją tej lia­ny tam pro­szą o to, czy o tam­to, potem się ści­na, potem się zbie­ra cha­cru­nę bo to jest następ­ny skład­nik, cza­sa­mi jesz­cze zbie­ra się dzi­ki tytoń albo kupu­je się na ryn­ku. To są te 3 skład­ni­ki pod­sta­wo­we no i teraz gotu­je się to.

Wszy­scy bio­rą udział naj­pierw w roz­drab­nia­niu, a potem w goto­wa­niu. Sama ayahu­asca to jest, jak to mówią, zamiast kolacji.

Z tym że pra­wi­dło­wo powin­no się przy­naj­mniej 2, 3 dni przed­tem nie pić alko­ho­lu i nie jeść mię­sa, bo wte­dy jest naj­le­piej, to zna­czy nie będzie tak moc­nych tor­sji, oczysz­cza­nie ostre­go nie będzie.

Z takich środ­ków halu­cy­no­gen­nych to jesz­cze jest pey­ota — głów­nie w Nowym Mek­sy­ku, Ari­zo­nie i Meksyku.

Z tym że to jest naj­trud­niej­sza cere­mo­nia, bo pra­wi­dło­wo to trze­ba naj­pierw iść w góry i szu­kać tego tego kak­tu­sa. Prze­waż­nie taka wypra­wa trwa oko­ło tygodnia.

Tutaj u nas, w naszym rejo­nie i w górę czy­li Cata­mar­ca, całe wybrze­że, to uży­wa­ją San Pedro czy­li to jest też świę­ty kak­tus podob­ny do pey­ota tyl­ko tro­szecz­kę więk­szy. On u nas rośnie; u nas moż­na sobie na tar­gu wypić taki sok, taki kisiel z tego pejo­ta, z tym, że on jest bar­dzo roz­wod­nio­ny i tak bar­dzo nie dzia­ła. Ale zawsze jest oczyszczający.

Jeże­li ktoś przy­je­dzie z Kana­dy czy ze Sta­nów, i wypi­je no to rze­czy­wi­ście ma pro­ble­my, wymio­tu­je, ale na nas to w ogó­le nie działa

      — Dlaczego?

- Po pro­stu dla­te­go, że my tutaj jemy bar­dzo mało mię­sa, jemy natu­ral­ne jedze­nie, więc nie ma się z cze­go oczyszczać.

W trze­ciej kolej­no­ści to będzie ayahu­asca, czy­li wła­śnie to, co mówi­łem, póź­niej jesz­cze mamy to się nazy­wa żół­ta żaba, czy­li kam­bo to jest dosyć nie­bez­piecz­na cere­mo­nia, bo ta wydzie­li­na ze skó­ry tej żaby, jak ją się weź­mie na paty­czek i dotknie to moż­na 100 osób prze­nieść. Nie mówię że na dru­gi świat ale te oso­by stra­cą przytomność.

No i są jesz­cze grzyb­ki, ale to niepopularne.

W naszym rejo­nie  to jest ayahu­asca i San Pedro są naj­bar­dziej popularne.

        — Oprócz tury­stów, któ­rzy są cie­ka­wi, lokal­ni ludzie do cze­go uży­wa­ją cere­mo­ni ayahu­asci; tyl­ko do leczenia?

- Jeże­li cho­dzi o ayahu­ascę, te środ­ki słu­żą przede wszyst­kim do oczysz­cze­nia orga­ni­zmu, nie tyl­ko fizycz­ne­go ale psy­chicz­ne­go i przede wszyst­kim wzmoc­nie­nia, bo moż­na indy­wi­du­al­nie jak ktoś jest bar­dzo cho­ry głów­nie dla przy­jezd­nych to się od razu doda­je do przy­go­to­wa­nia zio­ła żeby to wszyst­ko zaczę­ło od razu dzia­łać, czy­li doda­je się una de gato i inne.

Jeże­li cho­dzi o nowo­two­ry to na przy­kład che­mio­te­ra­pia czy nawet sama ope­ra­cja; to co uży­wa w Ame­ry­ce, medy­cy­na aka­de­mic­ka nie­ste­ty, ale nie usu­wa nowo­two­rów, bo nowo­twór to mniej jak 1% to są tzw. komór­ki macie­rzy­ste, resz­ta to jest guz, któ­ry prak­tycz­nie dla nas, on nie jest szko­dli­wy to orga­nizm gro­ma­dzi w tym guzie te wszyst­kie nasze toksyny.

I na przy­kład, jeże­li weź­mie­my che­mio­te­ra­pię, to ona tyl­ko potra­fi zmniej­szyć ten guz zewnętrz­ny, nigdy nie jest w sta­nie zabić ani uniesz­ko­dli­wić tych komó­rek macie­rzy­stych, tak samo radio­te­ra­pia. Jeże­li cho­dzi o ope­ra­cje, to nawet gdy  wytnie­my guz, to on już ma nit­ki, któ­re się roz­prze­strze­ni­ły i natych­miast nastą­pią przerzuty.

Więc tutaj zanim się doj­dzie do ope­ra­cji to się robi ina­czej, wte­dy się robi dopie­ro ope­ra­cję,  jak ten guz zaczy­na się zmniej­szać, poda­jąc odpo­wied­nie zio­ła. Guz zaczy­na się skur­czać  następ­na rzecz poda­je­my poda­je­my San­gre de Dra­go, któ­ry zaty­ka te wszyst­kie tęt­ni­ce, któ­re pro­wa­dzą do odży­wia­nia guza i wte­dy on zaczy­na się kur­czyć. I wte­dy go usu­nąć, to jest duża szan­sa, że nie będzie przerzutów.

        — Pan mówi, „poda­je­my”, „usu­wa­my”, mówi Pan o medy­cy­nie któ­ra funk­cjo­nu­je w Peru, któ­ra jest w mia­stach, tak?

- Tutaj medy­cy­na jest połą­cze­niem tra­dy­cyj­nej medy­cy­ny z akademicką.

- Czy­li to wszyst­ko mówi nor­mal­ny lekarz przy wizycie?

- No, na przy­kład, tutaj w dużym szpi­ta­lu mamy oddział onko­lo­gicz­ny tam jest lekar­ka i lekarz ale tutaj się nie pro­wa­dzi che­mio­te­ra­pii ani radio­te­ra­pii. Tutaj się leczy zio­ła­mi. Jeże­li ktoś już rze­czy­wi­ście się upie­ra no to wysy­ła się go do Limy na che­mio­te­ra­pię. To śred­nio 2 – 3% decy­du­je się na chemioterapię.

Z tym, że che­mio­te­ra­pię tutaj robi się ina­czej; poda­je się tyl­ko 10% tych war­to­ści, któ­re się poda­je w Sta­nach. Naj­pierw obni­ża się poziom glu­ko­zy aż pra­wie do pozio­mu tak zwa­nej śpiącz­ki cukrzycowej.

I wte­dy się poda­je razem z glu­ko­zą che­mię — wte­dy nowo­twór bar­dzo chęt­nie to chłonie.

- Czy tak się postę­pu­je według Pana wie­dzy w więk­szo­ści kra­jów połu­dnio­wej Ameryki?

- Naj­bar­dziej to jest popu­lar­ne w Ekwa­do­rze, Peru i Boli­wii, ostat­nio nawet w Kolum­bii i Chi­le. Argen­ty­nie i Bra­zy­lii nie wiem.

 — A jaka jest wyleczalność?

- Dużo sku­tecz­niej­sza niż na przy­kład przy che­mio­te­ra­pii czy radio­te­ra­pii. Tu się uwa­ża, że oko­ło 80%.

   — Kto tak uważa?

- Według statystyk.

        — Panie Miet­ku, to bar­dzo cie­ka­we tema­ty miej­my nadzie­ję że będzie­my jesz­cze rozmawiać.

Jestem bar­dzo zaję­ty bo jesz­cze tutaj przy­jeż­dża­ją z Pol­ski, potem mam Niem­ców. Na przy­kład mam teraz takie­go Niem­ca, któ­ry przy­je­chał do mnie na wóz­ku inwa­lidz­kim, bo chcie­li mu obciąć oby­dwie nogi, bo ma bar­dzo zaawan­so­wa­ną cukrzy­cę. Miażdżyca.

W tej chwi­li on już cho­dzi o lasce jesz­cze, ale jak ja mu powie­dzia­łem na przy­kład żeby codzien­nie na począt­ku robił kilo­metr, no to poszedł, nie ma go, nie ma,  ja w koń­cu wsia­dłem na moją moto­ryn­kę szu­kam go patrzę, a on tam doszedł aż do nasze­go zna­ku fir­mo­we­go 700 m. Wziął sobie takie roz­kła­da­ne sie­dze­nie szedł i co kawa­łek sia­dał, szedł i sia­dał. Mówię do nie­go, chodź to cię zabio­rę z powro­tem — odmó­wił. Mówię, prze­cież do wie­czo­ra nie przyj­dziesz, nie szko­dzi, kie­dy przyj­dę to przyjdę.

 — Taki uparty?

- Raz mu mówię, żeby zjadł man­go; bo na przy­kład man­go jest bar­dzo dobre na oczysz­cze­nie, ale to musi być ze spa­dów, już pra­wie zgni­łe przej­rza­ły owoc. Tam wte­dy są takie malut­kie robacz­ki któ­re są wiel­ko­ści 0,5 mm, żół­ty kolor. Jak my zje­my te man­go, te robacz­ki,  zja­da­ją nam te kamie­nie jeli­to­we. Ja mu mówię, zjedz jed­no, a on zjadł trzy; całą noc sie­dział na ubikacji.

        — Panie Miet­ku, niech się Pan trzy­ma cie­pło w tej Ama­zo­nii i będzie­my się łączyć, bo dzię­ki temu, że inter­net opla­ta cały świat może­my ze sobą roz­ma­wiać w naj­róż­niej­szych miejscach.

Dzię­ku­ję bar­dzo i do usłyszenia.