Cho­dzi­ło o to, że bił i żonę i cór­kę i ile się te kobie­ty z jego powo­du nacier­pia­ły to tyl­ko Pan Bóg jedy­ny na nie­bie wiedział.

Nic dziw­ne­go, że Gra­ży­na — przy pierw­szej oka­zji — ucie­kła z domu i zamiesz­ka­ła z Ant­kiem. Mat­ka zosta­ła, bo niby gdzie mia­ła pójść. Pła­ka­ła po cichu, krzą­ta­ła po domu i modli­ła, żeby mąż nie przy­szedł pija­ny, a to aku­rat zda­rza­ło się nie rzadko.

Star­szy sier­żant Mate­ja też nie miał łatwe­go życia i może dla­te­go pił, cho­ciaż kto to wie…

reklama

W jego życio­ry­sie był potęż­ny hak i jakieś nie do koń­ca wyja­śnio­ne spra­wy, bo już po zakoń­cze­niu woj­ny, wysła­ny do walk z Ukra­iń­ską Powstań­czą Armią w Biesz­cza­dach, dostał się do nie­wo­li. Ban­de­row­cy dali mu nie­ziem­ską szko­łę, ale po jakimś cza­sie puści­li wol­no, a to było co naj­mniej dziw­ne i nikt nie sły­szał o podob­nym przypadku!

Trud­no się było dzi­wić, że pra­wie natych­miast wpadł w łapy osła­wio­nej Infor­ma­cji Wosko­wej, w któ­rej pod­da­no go śledz­twu i prze­trzy­ma­no parę mie­się­cy w rze­szow­skim Zam­ku. Podej­rza­ny o współ­pra­cę z Ukra­iń­ca­mi, tor­tu­ro­wa­ny ponad wyobra­że­nie — tym razem przez swo­ich — został wresz­cie — zno­wu jakimś cudem zwol­nio­ny i nawet przy­ję­ty z powro­tem do woj­ska, ale bez pra­wa awan­su. Ot, doży­wot­ni sierżant!

Wszyst­ko to było pogma­twa­ne, peł­ne jakichś sta­rych tajem­nic, któ­re w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku nie były niczym innym tyl­ko tym, że Mate­ja pra­co­wał dla Służb.

Był nie­bez­piecz­ny i nie do rusze­nia. Poczu­cie nie­ty­kal­no­ści i bez­kar­no­ści wyzwo­li­ły w nim naj­gor­sze cechy, któ­re odbi­ja­ły się na jego pod­wład­nych w jed­no­st­ce i na bli­skich w domu.

Otóż z cią­żą Gra­ży­ny było tak, że Ant­ko­wie posta­no­wi­li pójść do sta­rych Mate­jów na wizyt­kę i poin­for­mo­wać ich o tym, że nie­dłu­go będą mie­li wnu­czę. Mat­ka wie­dzia­ła już wcze­śniej, ale cho­dzi­ło o ojca. Gra­ży­na sądzi­ła, że sta­ry Mate­ja jak się dowie o tym, że ma mieć wnu­ka zmięk­nie, ucie­szy się i rodzin­ne sto­sun­ki nabio­rą innych kolorów.



Oj, naiw­na, naiwna!

Poszli, z kwia­ta­mi i flasz­ką, Gra­ży­na na świe­żo, Antek też ele­ganc­ko pod kra­wa­tem. Wszyst­ko na nic! Gdy sier­żant Mate­ja zoba­czył dużą już cią­żę i na dokład­kę zoba­czył Ant­ka, zaki­piał „słusz­nym gniewem”:

-Co ty par­szy­wa dziw­ko! Co ty mi tu przy­no­sisz?! Węglar­skie­go bękar­ta?! Ty szmato!

I już zabie­rał się zdej­mo­wać swój woj­sko­wy pas żeby młó­cić Gra­ży­nę i pew­nie na dokład­kę żonę, gdy Antek dopadł do nie­go, zła­pał go za roz­cheł­sta­ną koszu­lę i zasy­czał pro­sto w twarz:

-Spró­buj!

Ale sier­żant już nie pano­wał nad sobą, a na dobi­tek nigdy się nie zda­rzy­ło, żeby mu ktoś sta­nął oko­niem, więc ryk­nął jak zra­nio­ny bawół:

-Ja cię ty skur­wy­sy­nu zgnoję!

I szarp­nął potęż­nie, a że chłop był jak smok więc wyrwał się Ant­ko­wi i już zamie­rzył do cio­su gdy Antek kla­sycz­nym, dobrze wyuczo­nym sier­po­wym, trza­snął go w szczękę.

Mate­ja padł jak rażo­ny pio­ru­nem. Mat­ka rzu­ci­ła się niby rato­wać, ale Gra­ży­na zacią­gnę­ła ją do kuch­ni. Antek stał jesz­cze nad nim chwi­lę, jak nie przy­mie­rza­jąc Cas­sius Clay nad zno­kau­to­wa­nym Son­ny Listo­nem, ale potem prze­tarł czo­ło, popra­wił kra­wat i kop­nął sier­żan­ta w bok. Mate­ja zachar­czał, ruszył się i zaczął cięż­ko oddychać.

W tym sta­nie rze­czy widać już było wyraź­nie, że rodzin­na wizyt­ka dobie­gła koń­ca więc Ant­ko­wie poże­gna­li pła­czą­cą mat­kę i wyszli. Gra­ży­na pro­si­ła ją na wszyst­kie świę­to­ści, żeby poszła razem z nimi i prze­cze­ka­ła naj­gor­sze, ale Mate­jo­wa odmówiła.

-Może mnie ten sta­ry dia­beł nie ude­rzy — mówi­ła — bo teraz wie kogo ma się bać!

A Antek dodał:

-Słu­chaj mat­ka — jak cię ten bydlak dotknie to ja ci obie­cu­ję, że to będzie ostat­ni raz w jego zasra­nym życiu! Obiecuję!

A taka obiet­ni­ca to było coś, bo jak Czer­nia­ków Czer­nia­ko­wem to nikt nie sły­szał żeby Antek Sobót­ka zła­mał raz dane słowo!

Pro­blem, dla któ­re­go Antek spo­tkał się ze mną w Zło­tym Kur­cza­ku był taki, że potrzeb­ne im było miesz­ka­nie na parę tygo­dni — może tyl­ko na dwa — do cza­su gdy skoń­czy remon­to­wać wła­sne miej­sce. Otóż to „wła­sne miej­sce” to było małe miesz­kan­ko przy otwie­ra­nym przez Ant­ka inte­re­sie. Wła­snym, pry­wat­nym inte­re­sie transportowym!

Koniec z pra­cą dla kogoś, koniec z budo­wa­mi, jaki­miś kap­cio­ra­mi i uże­ra­niem się z kie­row­ni­ka­mi i maj­stra­mi! Antek posta­no­wił pójść w śla­dy swo­je­go ojca i otwo­rzyć wła­sne przed­się­bior­stwo trans­por­to­we. Na razie to miał być jeden, uży­wa­ny Żuk, ale w przy­szło­ści — ho,ho,ho — cała flo­tyl­la cię­ża­ró­wek — może nawet szwedz­kich — jakichś volvo czy sca­nii… Kto to wie?!

Antek zała­pał trans­por­to­we­go bak­cy­la w Szwe­cji, wujek obie­cał, że pomo­że, Gra­ży­na była w cią­ży czy­li wszyst­ko szło w dobrym kie­run­ku. Był tyl­ko jeden szko­puł — sta­ry Mate­ja, ale Antek nigdy nie mar­twił się zbyt dłu­go. Splu­nął i zamknął spra­wę, ale nawet on — w głę­bi ser­ca — wie­dział, że Mate­ja nie zosta­wi spra­wy tak łatwo…

Roz­mo­wa o ant­ko­wych pla­nach otwar­cia busi­nessu przy­po­mnia­ła mi nie­zli­czo­ne roz­mo­wy o „pój­ściu na swo­je”. Tak jak wspo­mnia­łem wcze­śniej — warun­ki były sprzy­ja­ją­ce. Niby mówi­ło się o limi­cie zatrud­nie­nia w pry­wat­nych zakła­dach do sze­ściu, ale było mnó­stwo warsz­ta­tów, któ­re zatrud­nia­ły dużo wię­cej — cza­sem nawet do pięć­dzie­się­ciu pra­cow­ni­ków — a to już było coś przez duże „C”!

Pra­wie każ­dy dzień koń­ców­ki 1974 roku przy­no­sił coś nowe­go i napraw­dę nie mogłem narze­kać na nudę. Ant­ko­wie zamiesz­ka­li u mnie na parę tygo­dni co w rze­czy­wi­sto­ści nie było takie uciąż­li­we, bo aku­rat dosta­łem tygo­dnio­wą dele­ga­cję, więc nie było mnie w domu, a Antek też cały­mi dnia­mi sie­dział w nowo otwie­ra­nym inte­re­sie remon­tu­jąc jed­no­cze­śnie dwu­po­ko­jo­we mieszkanie.



Nie­za­leż­nie od wszyst­kich wcze­śniej­szych wahań posta­no­wi­łem podejść do testów kwa­li­fi­ka­cyj­nych na wspo­mnia­ny pro­gram dok­to­ranc­ki przy resor­cie prze­my­słu maszynowego.

Na razie nic nie mówi­łem w swo­jej fir­mie. Osta­tecz­nie, mimo niczym nie uza­sad­nio­nej pew­no­ści sie­bie, mogłem tych testów nie zdać i cała spra­wa mogła upaść tak szyb­ko jak się poja­wi­ła, ale coś mi mówi­ło, że dam radę. Chy­ba pierw­szy raz w życiu byłem tak spo­koj­ny przed egzaminem.

Dąże­nie Ant­ka do roz­po­czę­cia wła­sne­go inte­re­su dawa­ło do myśle­nia, ale nie zapo­mi­na­łem też o pro­po­zy­cji Boże­ny z Huty Kato­wi­ce, cho­ciaż mimo wszyst­kich pokus pra­cy na tej prio­ry­te­to­wej budo­wie, nie chcia­łem wyjeż­dżać z War­sza­wy. Nawet cza­so­wo. Co to to nie! Prze­my­śla­łem wszyst­kie za i prze­ciw i dosze­dłem do wnio­sku, że taki wyjazd, nawet za duże pie­nią­dze nie jest tego war­ty. Inna rzecz, że dwóch moich kole­gów poje­cha­ło i zda­je się, że byli zadowoleni.

Co do mnie, to w War­sza­wie trzy­ma­ło mnie jesz­cze jed­no, a wła­ści­wie Jed­na, któ­ra, jak się potem oka­za­ło, zgo­dzi­ła się zostać ze mną na zawsze.

Testy na dok­to­ranc­ki pro­gram trwa­ły cały dzień z małą prze­rwą na lunch, cho­ciaż nikt tak wte­dy nie mówił, bo mówi­ło się „dru­gie śnia­da­nie”, albo „prze­rwa na her­ba­tę”, albo „prze­rwa obia­do­wa”. Jak­by to jed­nak nie nazwać, ta godzin­ka prze­rwy stwa­rza­ła moż­li­wość skon­tak­to­wa­nia się z inny­mi i prze­dys­ku­to­wa­nia dotych­cza­so­wych wyni­ków. Tak mi się przy­naj­mniej wyda­wa­ło, ale oka­za­ło się, że byłem w głę­bo­kim błę­dzie, bo nikt o testach, a tym bar­dziej o wyni­kach nie chciał roz­ma­wiać. Pra­wie natych­miast wyczu­łem atmos­fe­rę ostrej kon­ku­ren­cji i wal­ki na „śmierć i życie”. Wte­dy wła­śnie sta­ło się dla mnie jasne, że gra jest war­ta świecz­ki, i że coś napraw­dę musi być na rze­czy sko­ro inni tak są zde­ter­mi­no­wa­ni. Trze­ba też powie­dzieć, że w tej dużej gru­pie kan­dy­da­tów prze­wa­ża­li inży­nie­ro­wie — i to jak zdą­ży­łem się zorien­to­wać — z nie­złym już stażem.

W Pol­sce tam­tych lat był — o czym zapo­mnia­łem powie­dzieć — nakaz pra­cy po stu­diach. Nie po wszyst­kich! Były kie­run­ki, po któ­rych ten nakaz nie obo­wią­zy­wał, ale po stu­diach tech­nicz­nych, eko­no­micz­nych, a już z całą pew­no­ścią medycz­nych był obo­wią­zek prze­pra­co­wa­nia od trzech do pię­ciu lat w wyuczo­nym zawodzie.

Mia­ło to swo­je cał­kiem solid­ne wytłu­ma­cze­nie w tym, że pań­stwo — pła­cąc za stu­dia — chcia­ło coś z tego mieć. Kon­se­kwent­nie, ci któ­rzy w cią­gu tych paru lat chcie­li na przy­kład wyje­chać za gra­ni­cę, musie­li zło­żyć w Wydzia­le Zatrud­nie­nia weksel porę­cza­ją­cy ich powrót. Weksel opie­wał na sumę rów­ną kosz­to­wi stu­diów. W przy­pad­ku SGPiS‑u to było tyl­ko oko­ło dwu­dzie­stu pię­ciu tysię­cy, ale już absol­wen­ci Aka­de­mii Medycz­nej byli zobo­wią­za­ni do pięć­dzie­się­ciu paru i wię­cej tysię­cy złotych.

Mówię tu o tym dla­te­go, że w cią­gu tych paru lat naka­zu pra­cy każ­dą zmia­nę miej­sca zatrud­nie­nia opi­nio­wał odpo­wied­ni wydział zatrud­nie­nia. Inny­mi sło­wy, pań­stwo nie chcia­ło aby pta­szek uciekł z klat­ki i na przy­kład zamiast pra­co­wać jako lekarz — otwo­rzył, daj­my na to, zakład mechaniczny.

Ptasz­ki musia­ły sie­dzieć w klat­kach, aż do cza­su usta­nia okre­su, w któ­rym obo­wią­zy­wał nakaz.

Takie prak­ty­ki wyda­ją się może okrut­ne, ale nie moż­na zaprze­czyć, że były cał­kiem logicz­ne. Kto pła­ci ten wymaga.

Ta sytu­acja sta­wia­ła przede mną pew­ną trud­ność. Może wymy­ślo­ną, a może nie. Otóż ist­nia­ło nie­bez­pie­czeń­stwo, że nawet gdy­bym szczę­śli­wie prze­brnął przez te testy to i tak wydział zatrud­nie­nia mógł­by powie­dzieć „nie!”.

Nie czas po temu żeby to roz­wi­jać, ale tak mogło być, tym bar­dziej, że kadrow­cem w mojej dotych­cza­so­wej fir­mie był „cięż­ki” ubo­wiec, któ­ry pro­wa­dził swo­ją wła­sną poli­ty­kę kadro­wą, szedł ręka w rękę z pierw­szym sekre­ta­rzem POP i mógł mnie — cał­kiem po pro­stu — nie puścić!

Mniej­sza z tym. Na razie byłem po testach, a na wyni­ki trze­ba było cze­kać parę tygodni.

W cią­gu tych paru tygo­dni Ant­ko­wie prze­pro­wa­dzi­li się do nowe­go miesz­ka­nia i w dwa dni po jakim takim urzą­dze­niu się przy­szła na świat Mar­tu­nia! Maleń­kie to było, cichut­kie, popi­sku­ją­ce — jed­nym sło­wem mały anio­łek. Ant­ko­wie nie posia­da­li się ze szczęścia!

Wte­dy wła­śnie wyda­rzy­ła się nie­wy­obra­żal­na tra­ge­dia, któ­ra zatrzę­sła całym ant­ko­wym świa­tem, posta­wi­ła go na skra­ju prze­pa­ści i kto wie — może była pierw­szą przy­czy­ną jego emi­gra­cji. Byłem tam wte­dy, widzia­łem i czu­łem, więc wiem.

Otóż nie­dłu­go po naro­dzi­nach, ale nie tak od razu — gdzieś chy­ba w poło­wie 1975-go — Ant­ko­wie posta­no­wi­li urzą­dzić chrzci­ny. Było spo­ro gości, wód­ka, dobre jedze­nie. Mar­tu­nia spa­ła w dru­gim poko­ju, bo w tym gdzie uczto­wa­no było peł­no dymu, śpie­wy, gło­śne roz­mo­wy. Sta­ry Mate­ja też był zapro­szo­ny. Naj­pierw sar­kał, war­czał, ale potem, ku zdu­mie­niu żony, powie­dział, że cze­mu nie, przyj­dzie, ale tro­chę póź­niej bo ma w jed­no­st­ce jakieś spotkanie.

Przy­szedł, zaj­rzał do Mar­tu­ni — ale, jak mówio­no, tyl­ko na chwi­lę — a potem wypił parę wódek, coś tam zjadł i wyszedł.

W pół godzi­ny potem prze­ra­ża­ją­ce wycie Gra­ży­ny pode­rwa­ło pół Czer­nia­ko­wa na nogi!

Mar­tu­nia nie żyła!



Co, kto, jak?! — set­ki pytań! Pogo­to­wie przy­je­cha­ło dość pręd­ko i lekarz — chy­ba też po paru wód­kach — stwier­dził zgon.

-Wyglą­da na udu­sze­nie. Tak bywa. Mogła się przy­kryć podusz­ką. A czy to dużo takie­mu maleń­stwu potrzeba?

A Antek pra­wie osza­lał. Rzu­cał się jak dzi­ki zwierz, mio­tał jakieś prze­kleń­stwa, któ­re spro­wa­dza­ły się do jednego:

-Ja tego bydla­ka zabi­ję! To on ją udusił!

Ci, któ­rzy go zna­li zmar­twie­li, bo powszech­nie wie­dzia­no, że z Ant­kiem nie ma żar­tów. Co by też nie powie­dzieć, to w pew­nych krę­gach, cią­gle jesz­cze był zna­ny nie tyl­ko na Czer­nia­ko­wie, ale też na Powi­ślu, w Śród­mie­ściu, a nawet na Pradze.

Zda­ję sobie spra­wę, że to zabrzmi tro­chę fil­mo­wo, ale Antek — gdy­by tyl­ko chciał — miał­by do dys­po­zy­cji wie­lu z tak zwa­ne­go mar­gi­ne­su, któ­rzy byli goto­wi na wiele.

To była prawda.

W każ­dym razie star­szy sier­żant Mate­ja — gdy­by to sły­szał — miał­by się cze­go bać, ale nikt go nie widział i nawet nie bar­dzo pamię­ta­no kie­dy wyszedł.

Była mili­cja, śledz­two, były też jakieś dono­sy do dowódz­twa jed­nost­ki, w któ­rej słu­żył Mate­ja, ale woj­sko jak to woj­sko — jeśli są jakieś bru­dy, to się je pie­rze wła­sny­mi rękami.

I nagle, w parę tygo­dni potem Mate­ja znik­nął i ślad po nim zagi­nął! Nie było go w domu, nie było w jed­no­st­ce, nikt nic nie wie­dział! WSW szu­ka­ło, roze­sła­no roz­ka­zy — wszyst­ko na próż­no. Był wyraź­ny pri­kaz z góry żeby mili­cję trzy­mać od tego z dale­ka, więc wyglą­da­ło na to, że to jest spra­wa czy­sto woj­sko­wa. Może podej­rze­wa­no, że spra­wa ma jakiś pod­tekst poli­tycz­ny? Nie wiadomo.

Dra­mat, przez któ­ry prze­cho­dzi­li Gra­ży­na i Antek był nie­wy­obra­żal­ny! Odbił się na ich zdro­wiu, wza­jem­nych rela­cjach, a nawet zatrząsł przy­szło­ścią związ­ku. W cią­gu pierw­szych tygo­dni cho­dzi­li jak błęd­ni. Antek raz był a raz go nie było, z nikim nie gadał, inte­res stał.

Wia­do­mość o zagi­nię­ciu Matei prze­szła koło nich jak­by nie­zau­wa­żo­na. Mat­ka popła­ki­wa­ła po kątach — cały czas zastra­szo­na, zamknię­ta w swo­im smut­nym świe­cie ule­gło­ści, lęków i bez­na­dziei. Gra­ży­na sie­dzia­ła tro­chę u niej, tro­chę u sie­bie, ale wszyst­ko jej z rąk lecia­ło, niczym nie umia­ła i nie mogła się zająć.

Nagle, jak grom z jasne­go nie­ba przy­szła wia­do­mość o sier­żan­cie Matei.

Otóż w jed­no­st­ce — nie­da­le­ko kuch­ni — stał wiel­ki zbior­nik na odpad­ki, któ­ry­mi kar­mio­no świ­nie. Kar­mę bra­no, otwie­ra­jąc mały spust u dołu zbior­ni­ka. W tych pomy­jach zna­le­zio­no Mate­ję. I to zna­le­zio­no cał­kiem przy­pad­ko­wo, bo sam zbior­nik był wyso­ki i do jego gór­nej pokry­wy trze­ba było się wspiąć po dra­bi­nie. Sier­żant musiał tam leżeć uto­pio­ny dość dłu­go — w każ­dym razie — na pew­no parę tygodni.

Był uto­pio­ny — „mar­twy i nie­ży­wy” — i dość wyraź­nie nad­psu­ty. Tem­pe­ra­tu­ra zro­bi­ła swoje.

Nikt nie wie­rzył w nie­szczę­śli­wy wypa­dek. Abso­lut­nie nikt! Ktoś go musiał wcią­gnąć na sam wierzch zbior­ni­ka i wtło­czyć do środ­ka. Zwa­żyw­szy wagę Matei i wyso­kość na jaką trze­ba go było wtasz­czyć rzecz była nie­sły­cha­nie trud­na do wytłumaczenia.

WSW sza­la­ło. Osta­tecz­nie sier­żant był legen­dą puł­ku, „boha­te­rem” walk z pod­zie­miem i tak dalej i tak dalej.

Spra­wa musia­ła być wyja­śnio­na a win­ny czy win­ni pocią­gnię­ci do odpo­wie­dzial­no­ści w całej roz­cią­gło­ści suro­we­go prawa!

Ale mimo usil­nych prób i nie­li­cze­nia się z kosz­ta­mi, śledz­two utknę­ło „jak Ame­ry­ka­nie na 38 równoleżniku”!

Gra­ży­na dowie­dzia­ła się o śmier­ci ojca w dniu zna­le­zie­nia i pra­wie natych­miast zwró­ci­ła pyta­ją­cy wzrok na Ant­ka, a Antek nie cze­kał — dobrze pamię­tał co mówił po śmier­ci Mar­tu­ni więc z otwar­tą twa­rzą powiedział:

-Ja tego nie zrobiłem