Na początku Elza słuchała dość spokojnie, ale nagle wstała wolno od stołu, podeszła do niego i bardzo blisko popatrzyła mu w oczy. Była jak obłąkana. Oddychała ciężko i syczała:

-Ty kiepski wariacie! Mało ci było Ratuszowej? Mało ci było Rakowieckiej? Mało ci było naszych łez? Rodzinę masz! Starego, niedołężnego człowieka masz w domu! Chcesz nas pogrążyć?! Ja ci na to nie pozwolę!

A mówiąc to była jak wściekła kocica, która w obronie swoich dzieci  gotowa jest wydrapać napastnikowi oczy!

Złapała go też swoją żelazną ręką za gardło i tak trwali.

Witek stał przerażony.

Takiej jej nie znał. Nigdy dotąd nie widział u niej takiej złości. Jej oczy płonęły tak dzikim blaskiem, że zadrżał.

W tym momencie do kuchni weszła mama Aniela i widząc co się dzieje podeszła i bez jednego słowa zdzieliła go otwartą ręką po głowie.

-Barani łbie – powiedziała – chcesz walki o Kraj, to najpierw walcz o to żeby utrzymać własną rodzinę i dać jej bezpieczeństwo!

I nie mówiła  już „Wiciunia”, „chłopcze”,  czy „zięciu” tylko właśnie „barani łbie”, co powtórzyła kilka razy.

A  „kiepski wariat” i „barani łeb” położył uszy po sobie, zmalał i oprzytomniał, a potem pocałował obie kobiety w ręce i cicho wyszedł.

Jadąc swoim motorem do Grand Hotelu, do pracy, dobrze uważał, żeby szeroko omijać demonstracje. W uszach cały czas dźwięczały mu słowa mamy Anieli:

„Najpierw walcz o utrzymanie i bezpieczeństwo swojej rodziny, a dopiero potem o Kraj!”

Nagle, przypomniała mu się jego dawna, powstaniowa miłość – Ziutka – i jej pełne żalu słowa:

„Taki wspaniały świat dookoła! Drzewa kwitną, Wisła płynie, a moi rodzice nigdy już tego nie ujrzą. I to wszystko moja wina! To przeze mnie! Wolałam pójść w to przeklęte powstanie, a przecież powinnam w domu siedzieć i rodziców ochraniać!”

 

Tymczasem  Miasto wrzało i dyszało protestem, więc spanikowane władze skierowały na ulice oddziały nowej, specjalnej formacji, wytrenowanej i przeznaczonej – jak wieść niosła – do rozpędzania tłumów. Nazywano ją ZOMO od nazwy Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej.

Mimo to zamieszki trwały prawie cztery dni i przez ten czas Witek zostawał do późna w pracy i wracał dopiero czarną nocą, gdy ulice były spokojniejsze.

Cały ten czas sparaliżowany pan Żabiński leżał w swoim łóżku, karmiony, przewijany i myty przez Elzę i mamę Anielę. W stanie jego zdrowia nie było żadnej zmiany. Ani poprawy, ani pogorszenia. Może tylko to, że od czasu do czasu spoglądał rozumniej i robił wrażenie jakby chciał coś powiedzieć.

-Gdyby mój tata żył – mówiła Elza – to by go z tego wyciągnął.

-A kim był twój ojciec – pytała mama Aniela – lekarzem?

-Lekarzem to może nie, ale jak komuś coś dolegało to szedł do niego i nigdy nie wyszedł bez pomocy. Oj, gdyby teraz żył!!! Wielu pomógł!

-Ja nie wiem, czy na taki paraliż można coś zrobić – mówiła smętnie Aniela – to musiałby być cud. Słyszałam o przypadkach, że niektóre się cofają, ale chyba nie taki ciężki jak ten…

-Wiesz co Anielcia – powiedziała po chwili milczenia Elza – może pójdę do swoich i popytam. Ktoś przecież musiał mojego ojca zastąpić. Cyganie nie chodzą do lekarzy. Leczą się u siebie. Pójdę, popytam.

I poszła.

Wróciła późną nocą, ale nie sama. Wraz z nią przyjechał stary, skromnie wyglądający Cygan, który bez słowa zaczął sobie przygotowywać  posłanie w kącie pokoju, w którym stało łóżko pana Żabińskiego.

-To jest Fonso – przedstawiła przybysza Anieli – zamieszka z nami parę dni. Mówi, że może pomóc.

I niemal od samego początku, Fonso przejął wszystkie obowiązki związane z opieką nad chorym. Był niesłychanie sprawny i umiejętny. Umiał bez wysiłku przewinąć, umyć, wymasować, poprzewracać z boku na bok i nakarmić.                 A prócz tego co jakiś czas gotował w kuchni jakieś gęste papki, które małą łyżeczką podawał choremu.

I trzeba powiedzieć, że sama jego obecność, była dla wszystkich ogromną ulgą. Trudno było sobie wyobrazić lepszego pielęgniarza.

Kobiety odetchnęły, bo co by nie powiedzieć,  opieka nad masywnym, nieruchomym mężczyzną jest ogromnym wyzwaniem i z biegiem czasu wyczerpuje siły i energię.

Z paru dni, o których mówiła Elza, zrobiły się tygodnie, a Fonso stale był. Jego obecność w najmniejszym stopniu nie była dla nikogo absorbująca. Był cichy, prawie nic nie mówił, jadł tyle co ptaszek i cały czas poświęcał choremu, który wyglądał coraz zdrowiej, patrzył zupełnie przytomnie, a przede wszystkim  był zadbany i czysty.

Wobec tych spraw Witek był jakby na uboczu, bo z początkiem nowego, 1958 roku, został przeniesiony do nocnego lokalu Olimp,  w którym zazwyczaj bawiono się do czwartej rano. Wracał więc bladym świtem, a potem spał jak kamień do popołudnia.

Delegacji na rządowe przyjęcia było mniej, ale zima zawsze była wolniejsza niż lato. Mimo to, w połowie stycznia dostał polecenie wyjazdu do obsługi rządowego przyjęcia w Białowieży, ale tym razem nie w Polsce, tylko po stronie radzieckiej, gdzie kilka kilometrów od granicy polskiej, w wiosce Wiskule, mieścił się myśliwski pałacyk. Teren był rządowy, pilnowany i pod ciągłą kontrolą. Chruszczow lubił to miejsce, dobrze tu się czuł i gdy tylko mógł przyjeżdżał. Zwłaszcza z odwiedzającymi Związek Radziecki przywódcami zaprzyjaźnionych krajów. Tym razem miał się tam spotkać  z osławionym marszałkiem Broz-Tito z Jugosławii i z Gomułką.

Witek nie mógł o tym wiedzieć, ale akurat to spotkanie miało być ogromnie ważnym krokiem w procesie wyjaśnienia relacji Jugosławii ze Związkiem Radzieckim. Tito, bowiem, ostro skrytykował radziecką interwencję na Węgrzech i poparł protesty polskich robotników w czerwcu 56-go w Poznaniu.

Jednym słowem to było ważne spotkanie i pewnie dlatego, wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik.

Na parę dni przed wyjazdem Witek został wezwany do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Szedł tam jak na ścięcie, bo każda wizyta w  tym ponurym gmachu na Rakowieckiej była przeżyciem. Dla wszystkich. Wobec olbrzymiego budynku z gigantycznymi drzwiami, w których klamki były na wysokości głowy, każdy czuł się mały i bezbronny.

Przepastne, puste korytarze, niekończące się szeregi drzwi, za którymi Pan Bóg jedyny wiedział co się dzieje i jakaś groźna cisza, sprawiały, że nawet najzupełniej niewinny człowiek zaczynał się czuć niepewnie. W myślach zaczynał nerwowo szukać czegoś o co mógłby być obwiniony.

MSW! To były trzy literki, które mimo woli jeżyły włos na głowie!

Witek szedł więc z pewnym niepokojem, bo wiadomo, że jeśli bezpieka chce kogoś usadzić, to zawsze coś na niego znajdzie. Nawet gdyby to był święty Franciszek z Asyżu.

Jasne, że przed każdą delegacją do obsługi przyjęć był sprawdzany, kontrolowany, prześwietlany i sprawdzany od nowa, ale tym razem chodziło o wyjazd za granicę! Co prawda tylko parę kilometrów i ostatecznie do ZSRR, a nie gdzieś na Zachód, ale być może właśnie dlatego…

W pokoju, w którym został przyjęty siedziała znana mu z poprzednich delegacji major Irena Kowal, której podlegał cały personel kuchenno-restauracyjny. Jej szefem był pułkownik Jasztycki – przełożony nad wszystkimi grupami zatrudnionych w ośrodkach rządowych – kierowcami, ochroną, lekarzami, ochroną i tak dalej.

Major Kowal była mniej więcej w Witka wieku i z poprzednich przyjęć znali się dość dobrze.

-Panie Korona! Proszę, proszę siadać  – zaczęła z uroczym uśmiechem. To co? Jedziemy za granicę, prawda?

Witek uśmiechnął się grzecznie.

-Na to wygląda, pani major…

-Napije się pan kawki?

-Bardzo dziękuję.

-No to może koniaczku, co?

-No nie wiem. Motorem jestem.

-Co tam panie Witku – jeden nie zaszkodzi!

I wypili, ale Witek wiedział i czuł, że to wszystko jest tylko preludium do ciosu, który zaraz otrzyma. I nie pomylił się.

Na biurku leżała otwarta szara teczka, którą pani major przeglądała jakby od niechcenia. Coś sobie przewróciła, do czegoś wróciła, coś odłożyła.

Kieliszeczek koniaczku, jeszcze jeden, jeszcze trochę cha, cha, cha i wreszcie oczekiwane uderzenie:

-A co to było z tym jakimś Sobolem? Znaliście się, prawda?

I w tym momencie Witek zauważył, że w teczce leży dziwnie znajomy, bibułkowy papier z czerwonymi, rozlanymi pieczątkami. Na samym jego dole widniał podpis zrobiony kopiowym ołówkiem.

Poznał! To był ten sam dokument, który w 1953 roku, w kadrach restauracji „Kameralna”, podsunął mu szary diabeł z UB, i który podpisał oblizanym przez niego kopiowym ołowkiem.

Witka oblał zimny pot.

Pytanie o Sobola zadane było jakby mimochodem, od niechcenia i Witek wiedział, że nie o to chodzi. Doświadczenie mówiło mu, że na prawdziwy cios musi jeszcze poczekać. Wszystkie te wstępne igraszki, jak koniaczek, sztuczna wesołość i pierwsze pytania, były tylko przykrywką do tego co miało nastąpić.