Po paru tygodniach szukania pracy i coraz bardziej beznadziejnej włóczęgi  po warszawskich ulicach zaczepił się wreszcie u węglarza, który pozwolił mu rozładowywać węgiel. Zapłatą miał być obiad.

Wyszło trochę inaczej, bo już przy rozładunku u drugiego klienta Witek zachwiał się z głodu i oparł na szufli, żeby złapać oddech i w tym momencie niecierpliwy węglarz, żeby go popędzić, świsnął mu batem nad głową.

Może nie chciał uderzyć, a może chciał – trudno powiedzieć – w każdym razie bat musnął jadowicie witkowe czoło rozcinając je w mgnieniu oka jak brzytwa.

Chłopak zalał się krwią, a węglarz walnął go jeszcze kułakiem w kark, zepchnął z wozu i warknął:

-Zabieraj się stąd psiajucho, bo ci jeszcze dołożę!

To było przy rozładunku na tyłach cukierni Lardelliego na Polnej niedaleko Pól Mokotowskich, na których widać jeszcze było puste już wtedy tory wyścigów konnych.

Zdarzenie widziała jakaś kobieta z kuchni, która wzięła go do środka i pozwoliła umyć.



Był rok 1933, a Witek Korona miał 14 lat. Do Warszawy przygnała go bieda lubelskiej wsi, ilość gąb do wspólnej miski, a przede wszystkim ostry głos ojca, który – co tu dużo gadać – wypędził go z chałupy.

-Jedź do miasta! Co tu będziesz robić? Znajdź robotę i może wyjdziesz na ludzi. Tu cię nic dobrego nie czeka!

I wszystko wyglądało na to, że miał rację. W chałupie było głodno i chłodno, gospodarka cieniutka, a rodzeństwa chyba z jedenaścioro, a może i więcej, bo nikt tam ich specjalnie nie liczył. Matka rodziła co roku, były dwie pary bliźniąt i wcale nie zanosiło się na jakąś przerwę. Witek był najstarszy.

Przyjechał więc rzemiennym dyszlem do Warszawy i poprzez węglarza i jego ostry bat trafił do kuchni Cukierni „Lardelli”, która chociaż nowa, nie miała sobie równej w Warszawie.

Właściciel był na fali sukcesu, otwierał kawiarnie i cukiernie w różnych punktach i wszędzie wprowadzał ten sam styl i wystrój. Tak na Kruczej jak i na Boduena, czy na Nowym Świecie – jego lokale lśniły od luster, marmurów i ciekawych sztukaterii. Przez olbrzymie okna można było z ulicy  widzieć elegancką klientelę – głównie kobiety, które przychodziły na kawę, ciasteczka i plotki.

Co tu zresztą mówić o wystroju! Najważniejsze były serwowane tam, piętrzące się w wielkich, szklanych gablotach, pyszności.

Wspaniałe torty szwarcwaldzkie, Sacherowskie serniki z czekoladą, węgierskie torty z czekoladowym kremem i karmelem, bezowe z bitą śmietaną i owocami, pomarańczowe,  napoleońskie, z masą migdałową i wiele, wiele innych. Obok nich, na pięknych, srebrnych paterach leżały eklerki, bezy, profitrolki, ptysie, napoleonki, szarlotki, francuskie buchty, wiedeńskie strudle z wiśniami, keksy, tartoletki z malinami i nieskończona ilość innych.

W sterylnie czystym lokalu unosił się niebiański zapach świeżo parzonej kawy, a świeżutkie jak pączusie kelnerki roznosiły ją w dymiących imbryczkach wraz z małymi dzbanuszkami pieniącej się śmietanki.

Witek Korona mógł to wszystko obejrzeć tylko przez lekko uchylone kuchenne drzwi, lub poprzez okna z ulicy, bo gdzie mu tam było do takich luksusów.

Najważniejsze było to, że przedobra kobieta zatrzymała go w kuchni i do węglarza już nie wrócił.

W ten sposób dostał robotę w zakładach cukierniczych Chocolaterie Suisse „G.G.Lardelli”, które dotykały do wspomnianej cukierni i zaopatrywały w słodkie wyroby tak ją i jak i pozostałe filie.

Robił co mu kazano, najczęściej najgorsze i najbrudniejsze roboty, ale wreszcie był syty, spał w kotłowni, mył się w beczce z deszczówką w podwórku i miał oczy szeroko otwarte.

Te oczy zwróciły kiedyś uwagę przechodzącego przez kuchnię szefa, który kazał go wziąć, wymyć w ciepłej wodzie, ostrzyc i ubrać.

Bo Witek miał oczy jak nieprzymierzając Rudolf Valentino, albo jeszcze piękniejsze i właśnie one zapaliły w  przedsiębiorczym umyśle pana Jana Lardelliego światełko! Takie oczy mogły się stać fantastycznym magnesem dla żeńskiej klienteli – zwłaszcza, że właśnie na nią skierowana była jego główna uwaga.

Bywa tak, że o całym życiu decyduje jeden, malutki przypadek, ale z  Witkiem Koroną było jeszcze coś więcej. Otóż oprócz urzekających oczu, chłopak miał dziwny dar jednania sobie ludzi. Może właśnie to sprawiło, że wyrwał się z kręgu wynoszenia kubłów ze śmieciami, przynoszenia węgla do pieców, wygarniania popiołów i mycia wielkich, brudnych metalowych naczyń, których używano do wypieków.

Być może gdyby węglarz, który poczęstował go kiedyś batem, spędził z nim trochę więcej czasu, też uległby jego urokowi…Kto wie?

Zdarzyło się jednak jeszcze coś, co dodatkowo podniosło jego atrakcyjność na rynku pracy, a mianowicie skrzypce.

Kiedyś, przy sprzątaniu zamkniętej już kawiarni zobaczył jak jeden z grających tam skrzypków, chowa do futerału instrument.

Pan Lardelli zatrudniał mały zespół, który w ciągu dnia delikatnie przygrywał gościom.

Akurat  skrzypek odszedł na chwilę i zostawił instrument w otwartym futerale. W tym momencie Witek zdobył się na odwagę i delikatnie dotknął smyczkiem strun.

Od tego czasu wiedział, że nie zazna spokoju dopóki nie będzie grał. Najpierw była solidna awantura ze skrzypkiem, który na widok Witka biorącego skrzypce do ręki wrzasnął z wściekłością, ale w chwilę potem witkowy czar uspokoił złość i muzyk pokazał mu nawet kilka podstawowych chwytów.

Tymczasem jednak, po paru miesiącach nauk i przymiarek nadszedł wreszcie  dzień, gdy pierwszy raz wyszedł z tacą do gości. Jeszcze nie jako kelner, bo akurat do tego wiodła długa i wyboista droga, ale jako pikolak. W białym, długim kitlu, starannie uczesany na mokro i ze śmiejącymi się oczami zwrócił, prawie od razu, powszechną uwagę pań. Stary mistrz Jan Lardelli nie mógł być bliższy prawdy – młodziutki pikolo  – był dla damskiej klienteli jak słodziutka wisienka na torcie.

-Witeczek, Wicio, Wiciunio – usłyszał prawie od pierwszych chwil. Eleganckie panie prześcigiwały się w pieszczotliwych zdrobnieniach. Niemal każda zwracała uwagę na jego miłą powierzchowność, ruchy a nade wszystko na czarne, „pływające” i „zniewalające” oczy!

Był jedynym chłopcem wśród kobiecego personelu kawiarni i bardzo prędko zauważył i docenił płynące z tego korzyści, niemniej pamiętany dotyk skrzypiec, był dla niego – przynajmniej narazie – ważniejszy niż wszelkie inne dotyki, którymi obdarzały go urocze koleżanki.

Zdarzały się też – i to wcale nierzadko – jakieś maciupeńkie żądanka pięknych klientek o odniesienie pudła z ciastami do domu, jakieś zawoalowane propozycyjki, jakieś ukradkowe ściśnięcie ręki, no i naturalnie sowite napiwki.

-Ach, Witeczku, zamówiłam na jutro strudelek – mówiła pani w obcisłej sukni i z rozkosznie wydętymi ustami – czy nie byłbyś taki dobry i przyniósł mi go do domu? Ale koniecznie przed południem! Będę czekać!



To było miłe i pociągające, ale skrzypce nie mogły mu wyjść z głowy, więc któregoś dnia pojechał na Kercelak i kupił stary, poobijany instrument, który miał dla niego dużą większą wagę nawet niż wizyta u pani pułkownikowej, która prosiła go o dostawę strudla.

Wydał wszystko co zaoszczędził z otrzymanych napiwków. Targował się zawzięcie, ale sprzedawca nie ustępował. Zgodził się jednak na tyle, że w ramach ceny dał mu pierwszą i jedyną lekcję gry.

I wtedy stał się cud, bo jakże nazwać to, że Witek prawie od razu zaczął grać. Może nie tyle grać, co po prostu od pierwszej chwili wiedział jak wydobyć z instrumentu właściwy głos. Aż stary sprzedawca przetarł ze zdumienia oczy i długo gładził swoją brodę, bo czegoś takiego nigdy nie widział.

-Grałeś już gdzieś…

-Nie.

-Hmm…jeśli tak mówisz, a nie kłamiesz, to powiem ci chłopcze, że masz fach w ręku! Byleś go nie zmarnował – dodał.

I tak zaczęła się życiowa przygoda ze skrzypcami, które stały się jego  miłością na całe życie.

Na razie jednak nosił tace z ciasteczkami, tortami, kremami i słodkimi rogalikami, uśmiechał się do gości, żartował z koleżankami i powoli zapominał o rodzinnej wsi, kulejącej gospodarce i czeredzie rodzeństwa.

W Warszawie czuł się jak ryba w wodzie – zwłaszcza po wypłacie. Miał szesnaście lat i jak tylko mógł się wyrwać z „interesu” – biegł niedaleką Marszałkowską, mijał hotel Francuski, dalej piękny Ermitaż na rogu Widok, aż do Ogrodu Saskiego. Stąd było już niedaleko do Krakowskiego Przedmieścia. Buszował tam, koło wielkich hoteli i eleganckich restauracji i chłonął miły szum zajeżdżających aut, widok wytwornych gości i dalekie dźwięki muzyki. Takie miejsca jak restauracje  Simon i Stecki, Bristol, Europejski, Savoy czy piękna Oaza na Placu Teatralnym – budziły w nim marzenia, których nie śmiał nawet wypowiadać. To były lokale, w których chciał pracować. Chciał krążyć po wspaniałych salach, witać gości i oddychać atmosferą, którą oddychali wielcy i bogaci.

Od czasu gdy w lokalu Lardelliego pierwszy raz wyszedł na kawiarnianą salę i gdy poczuł na sobie spojrzenia pań,  nabrał wiary w siebie, w swój osobisty urok i od tego czasu wykorzystywał go przy każdej nadarzającej się okazji.

A poza tym grał na skrzypcach. Był stuprocentowym samoukiem i chociaż dla znawców jego gra pozostawiała wiele do życzenia, to wśród prywatnej  publiczności koleżanek i kolegów z pracy cieszył się niekłamanym podziwem.

Stylizował się na Cygana, co nie przychodziło mu zbyt trudno, bo „pływające” czarne oczy i ciemna czupryna były jego najlepszą legitymacją.

I właśnie wtedy poznał się z wódką. Może na razie nie tyle z wódką co z dobrym, słodkim krupnikiem, na który namówiła go śliczna Zochna Stojkówna, kawiarka z bufetu.

-Ach, panie Witeczku, napijmy się po małym kieliszeczku. Fajrant za parę minut i niech pan popatrzy – cała niedziela przed nami… Wypijemy sobie pod humorek, a potem  weźmiemy butelkę winka i keks i pojedziemy nad Wisłę…

I w tym momencie puściła figlarne oczko i zrobiła buzię w ciup.



Napił się więc z Zochną, chociaż wcześniej odmawiał i stronił od małych, pofajrantowych przekąseczek  z  nieodłączną „odrobiną” alkoholu, które urządzano sobie od czasu do czasu. Stronił, bo wolał wybiec na miasto i pooddychać powietrzem wielkiego miasta, którego jakoś dziwnie cały czas był spragniony.

Ale bibki z koleżankami też były kuszące.  Zawsze przecież, z całego dnia, uzbierało się  trochę czegoś dobrego –  jakaś połówka tortu, zaczętego mazurka czy parę filiżanek kawy. A jeśli dodać do tego pół butelki przyoszczędzonego wcześniej kseresu, benedyktynki, czy dodatkowo jakąś butelczynę sauternas’a, to czyż można było chcieć czegokolwiek więcej?

Mistrz Lardelli przymykał na te bibki oko. Trochę nie widział, a trochę udawał, że nie widzi, ale dopóki nie zagrażały interesowi, nie robił z nich sprawy. Wiedział, że trzeba dać ludziom jakiś oddech. Zwłaszcza, że firma prosperowała wspaniale.

Na razie jednak, dla młodego personelu,  najważniejsza była burza hormonów, która wieńczyła wszystkie kulinarno-alkoholowe fascynacje, bo przecież młodość ma swoje prawa, pracujące panienki strzelały wokół oczkami, podrzucały wdzięcznie włosami, a już w czasie popijawek zakładały wysoko nóżka na nóżkę i śmiały się perliście.

Witek zauważał to, ale bez oczekiwanego zrozumienia i jeszcze bardziej oczekiwanej akcji.

Zochna patrzyła na niego zakochanym wzrokiem, ale jak do tej pory Witek odnosił się do tego z jakąś rozkojarzoną rezerwą. Myślami bujał w przyszłości.

Marzyła mu się praca w prawdziwej restauracji, a może nawet w restauracyjnym barze. Kawiarnia była miła i praca nawet nie ciężka, ale to było zbyt słodziutkie, zbyt na dziennym widoku i w sumie dość monotonne. I nawet fakt, że  pracował w  jednej z najlepszych, a może nawet najlepszej – obok Loursa –  kawiarni w Warszawie, nie poprawiał mu humoru.

Jasne, że dzięki swojemu wrodzonemu czarowi, miał się dobrze i w ciągu trzech lat przeszedł drogę, której być może ktoś inny nie zrobiłby nawet przez dwakroć dłuższy czas, ale czuł w sobie potencjał i moc, która roztaczała w jego wyobraźni fantastyczne miraże.

Myślał o pracy w eleganckich, renomowanych restauracjach, takich jak  Polonia Palace, Adria na Moniuszki, Astoria na Nowym Świecie,  Bristol czy  Simon i Stecki na Krakowskim Przedmieściu.  Chciał obsługiwać wielkich tego dalekiego, wytwornego świata, który krył się w pałacach, rządowych budynkach, czarownych podmiejskich willach i arystokratycznych dworach. Chciał być jego cząstką, krążyć wokół, podawać, słuchać, może podsłuchiwać i pławić się w atmosferze zbytku i wykwintności. Zawód kelnera, a jeszcze bardziej barmana był, w jego przekonaniu nobilitacją, która pozwoliłaby mu się dostać do serca tego zaklętego kręgu.