Tania benzyna w Kanadzie, Stanach i innych państwach to miód na serce kierowców. Niestety, równocześnie jest to nóż wymierzony w plecy północno amerykańskich przedsiębiorstw wydobywających ropę z piasków, łupków i dna Zatoki Meksykańskiej.

Tak tania ropa na rynkach światowych była ostatnio osiemnaście lat temu. Pośrednio lub bezpośrednio tracą wszyscy najważniejsi producenci, Arabia Saudyjska, Stany Zjednoczone i Rosja. Przy cenie ropy ok 23 dolarów za baryłkę jej wydobycie jest opłacalna tylko w Arabii Saudyjskiej; tyle, że przy tej cenie Rijad nie będzie miał zrównoważonego budżetu, jeżeli radykalnie nie zwiększy wydobycia i sprzedaży swoje ropy.  W Rosji cenę opłacalności wydobycia stanowią 42 dolary za baryłkę. W Stanach Zjednoczonych jest to ok 45 dolarów. Niska cena ropy sprawia, że cicha wojna naftowa może w najbliższych dniach wyhamować albo rozkręcać się.  Skutki tej wojny widzimy na giełdach i notowaniach walut.

Żeby łatwiej spekulować o możliwych, kolejnych posunięciach najważniejszych graczy, warto w skrócie przypomnieć dotychczasowe wydarzenia. Zaczęło się od zmniejszenia zapotrzebowania na ropę w Chinach spowodowanego paniką wywołaną epidemią korona wirusem. Arabia Saudyjska zwołała posiedzenie państw zrzeszonych w OPEC+ i naciskała na dodatkowe ograniczenie ilości wydobywanej ropy. Rosja nie zgodziła się na proponowane zmiany i wycofała się z obrad.

Prawdopodobnie, aby spowodować powrót Rosji do rozmów, Arabia Saudyjska zapowiedziała „rzucenie na rynek” powiększonych ilości ropy w cenie 20 dolarów za baryłkę.  W odpowiedzi Rosja zaczęła oferować swoja ropę typu Brent w cenie 19 dolarów za baryłkę. Wszystko wskazuje na to, że pokerowe zagranie Arabii Saudyjskiej mające na celu skłonienie Rosji do kontynuacji rozmów okazało się nieskuteczne – Rosja nie wraca do rozmów.  Można się domyśleć, że w tym momencie wszystkie nienapełnione tankowce płyną w jednym kierunku, do Zatoki Arabskiej. Żaden kupiec nie przegapi takiej okazji. Jednakże powstaje pytanie, a co z innymi producentami ropy?

Jest oczywiste, że kolejny ruch w tej wojnie  należy do trzeciego uczestnika w tej rozgrywce, do Stanów Zjednoczonych, które w ciągu ostatnich pięciu lat wyrosły na największego eksportera ropy. Eksperci przypuszczają, że przedłużająca się wojna pomiędzy Rijadem i Moskwą może spowodować spadek ceny do 10 dolarów za baryłkę. Czy przy tak niskiej cenie ropy Waszyngton uratuje nie tylko swoja pozycję na międzynarodowym rynku ropy, ale równie swój przemysł naftowy?

Teoretycznie, najłatwiejszym rozwiązaniem byłoby dołączenie się Waszyngtonu do grona OPEC+ i zobowiązanie do pewnych ograniczeń w wydobyciu.  Rządy państw zrzeszonych w OPEC oraz Moskwa są tutaj w „uprzywilejowanej” pozycji, ponieważ mogą bezpośrednio „oddziaływać” na swoje przedsiębiorstwa naftowe.  Przeciwnie, Stany Zjednoczone od pięćdziesięciu lat sztywno trzymają się podstawowej zasady kapitalizmu, według której cena produktu jest określona przez dwa czynniki, podaż i popyt. Ingerencja państwa w działalność przedsiębiorstw jest w Stanach ustawowo zabroniona. Dodatkowo, działania rządu amerykańskiego ogranicza fakt, że nie jest on właścicielem żadnego przedsiębiorstwa wydobywającego lub przerabiającego ropę.  Dlatego oficjalny udział Stanów Zjednoczonych w stowarzyszeniu OPEC+ nie jest możliwy. Przypomnę, że OPRC+ to umowa pomiędzy państwami zrzeszonymi w OPEC, Rosją oraz dziesięciu innych państwami produkującymi ropę o ograniczaniu ilości wydobywanej ropy w celu utrzymywania ceny na umówionym poziomie.

Przeanalizujmy możliwe posunięcia Stanów Zjednoczonych. Mogą stać z boku przyglądając się powolnemu eliminowaniu z rynku producentów o najwyższych kosztach produkcji. Tyle, że wcześniej od rosyjskich lub arabskich przedsiębiorstw upadną przedsiębiorstwa wydobywające ropę z dna Zatoki Meksykańskiej, z łupków w Stanach oraz z piasków w Kanadzie. A jeszcze wcześniej upadną instytucje finansowe, które udzieliły kredytów amerykańskim przedsiębiorstwom wydobywczym. Czyli kolejne spadki na giełdach.

Innym rozwiązaniem może być wprowadzenie embarga na import taniej ropy z Rosji i państw Arabskich.  Uratuje to przedsiębiorstwa amerykańskie przed bankructwem, chociaż spowoduje wzrost ceny benzyny.

Waszyngton może również wprowadzić dodatkowe cła na importowana ropę, podobne do ceł nałożone na towary z Chin. Ceny benzyny wzrosną, ale zostaną uratowane przedsiębiorstwa pracujące z łupkami i piaskami.

Oba powyższe rozwiązania są raczej teoretyczne, ponieważ w rzeczywistości pojawiłyby się trudność, którą można wytłumaczyć w następujący sposób.  Istnieje wiele gatunków ropy, co prowadzi do pewnych ograniczeń dla przemysłu przerabiającego ropę, a pośrednio dla całych państw; rafinerie są zwykle przystosowane do przerobu tylko jednego gatunku ropy. Kontynuując, nie ze wszystkich gatunków ropy można uzyskać pożądany produkt. Tak dla przykładu benzyna jest wytwarzana tylko z tzw. ciężkiej ropy. Dostarczycielami ciężkiej ropy na rynek północno amerykański wcześniej była Wenezuela, a obecnie właśnie przedsiębiorstwa pracujące z łupkami oraz Rosja, która prawdopodobnie odsprzedaje wenezuelska ropę. Dlatego Stany Zjednoczone są eksporterem ropy, ale równocześnie muszą kupować pewne gatunki ropy zagranicą. Żonglowanie dodatkowymi cłami lub embargiem stało by się zbyt skomplikowane i ryzykowne.

Istnieje jeszcze jeden, chyba najbardziej prawdopodobny wariant działania dla Stanów Zjednoczonych. Waszyngton może spowodować zmniejszenie wydobycia ropy na swoim terytorium pośrednio, poprzez ograniczenie transportu wydobywanej ropy na obszarze Stanów Zjednoczonych. Mając takie „narzędzie” w ręku, Waszyngton mógłby pośrednio dołączyć do pozostałych państw i wziąć udział w planowaniu ograniczeń w wydobyciu. Takie spotkanie mogłoby się odbyć za kilka miesięcy, kiedy w przybliżeniu będzie wiadomo, jakie będzie realne zapotrzebowanie świata na ropę naftową.

Obawiam się, że nowo uzgodniona cena ropy wzrośnie do 50 – 70 dolarów za baryłkę a ceny benzyny wrócą do poziomu z przed kilku miesięcy. Chyba, że państwa zaczną używać dochody ze sprzedaży benzyny do podpierania swoich budżetów osłabionych epidemią wirusa lub do wspomagania rosnącej rzeszy bezrobotnych. Wtedy benzyny będzie dużo droższa.

W rozważaniach pomijam inne możliwe rozwiązania, których zastosowanie mogłoby spowodować pojawienie się w powietrzu silnego zapachu prochu strzelniczego.

Mikołaj Kisielewicz