Nigdy nie byłam zbyt tolerancyjna na głupotę. Po prostu głupi ludzie mnie mierzyli. Nie, nie chciałam ich pouczać, to oni chcieli pouczać mnie. Bo taki to wszystko wie najlepiej. I uważa, że wszyscy bez wyjątku muszą wyznawać tę jego prawdę objawioną, bo inaczej są głupi. Znacie to? Kiedyś zachorowałam poważnie, To nie była tajemnica, ale nie lubię o tym rozmawiać. Jakoś się to rozniosło wśród znajomych, szczególnie tych  szukających sensacji w cudzym nieszczęściu. Jedna pani postanowiła mnie pouczyć i wyleczyć zarazem. A ponieważ nie odbierałam wtedy telefonów, to postanowiła do mnie dotrzeć przez rodzinę i przekazać im, żeby mi przekazali co mam w moim nieszczęściu robić, żeby się wyleczyć. Skąd wie? Bo przeczytała. Nie wiem czy na internecie, czy w grupie facebooka – nieważne. Zignorowałam polecenie rodziny od tej pani. Przypadkowo spotkałam ją na Bloor West w banku,.
– No i co? – pyta mnie wyzywająco.
– Co co? – pytam.
– Pomogło?
– Nie wiem o czym pani mówi – próbuję się wycofać z rozmowy, ale bezskutecznie.
– No ta moja rada na pani chorobę ….
– Proszę pani, jesteśmy w banku nie mam ochoty publicznie rozmawiać o swoim zdrowiu.
– To kiedy zadzwonić, żeby pani poradzić? – ta nie odpuszcza
– Wie pani zapomniałam kartę bankową w samochodzie – i się wycofałam z kolejki.
Na całe szczęście nie podążyła za mną. Doszło do mnie, że potem narzekała, że byłam obcesowo niegrzeczna, a ona chciała tylko mnie wyleczyć. Wyleczyć? Na jakiej podstawie – pytam? Przeczytanego artykułu, czy sekciarskiej grupy z facebooka?
To tak jak te trzy panie, co uwierzyły, że nie ma covida, na podstawie deklaracji na facebooku. FB to ostatnio takie modne forum, jak magiel w moim dzieciństwie.
No i tak wszystkich zaklinały, kto myślał, albo i robił inaczej, aż same nie zachorowały – wszystkie trzy. Długo się do tego nie przyznawały, że miały covida, ale w końcu jedna pękła i prawdę wyjawiła. No to co? Mam teraz im wypominać ich głupotę i wiarę w magię? A jak chcą to niech sobie wierzą w magię, niech tylko nie oczekują ode mnie, pod groźbą zaklęcia, że wstąpię do tej samej sekciarskiej grupy. Co to to nie.
Od kilku lat chodzę na jogę dwa razy w tygodniu. Tylko ćwiczenia, bo takie rozciąganie mięśni, a szczególnie stawów dobrze mi robi. Przed jedną sesją była dyskusja, że katolicyzm zabrania jogi. Wtrącam się, że nie jogi ćwiczeń, tylko otwierania się duchowo na inne niż Duch Święty wpływy.
– To głupie – słyszę.
– Nie obrażaj moich uczuć religijnych, bo jestem katoliczką – odpowiadam.
– To dalej głupie.
Acha, czyli gdybym była wyznawcą buddyzmu, to nie byłoby to głupie, ale że jestem katoliczką, to jest? I można mnie obrażać?
Poskrobałam się po głowie, no bo co tu zrobić? Puścić płazem, to pozwolę się obrażać.
Wchodzenie w polemikę z kimś, kto chce mnie obrazić, za to kim jestem też nie ma sensu. Przecież je jej nie każę nie otwierać się na chakrę, i nie oceniam jej podejścia. Wytłumaczyłam tylko dlaczego katolicy nie powinni otwierać się na żadne inne wpływy niż Duch Święty. A tym samym nie uprawiać magii, wywoływania duchów, wróżb z kart i z tarota, być przesądnym: żadne tam piątki 13-go, czerwone wstążeczki chroniące przed urokiem, itp. Więc niech mnie nie ocenia, bo nie jestem w jej bańce wierzeń.
I na pewno nie będę.

MichalinkaToronto@gmail.com Toronto, 6 kwietnia, 2024