Jak­że inne to są Świę­ta; bez pięk­nych, tłum­nie obcho­dzo­nych uro­czy­sto­ści kościel­nych; w zamknię­tych ścia­nach naszych miesz­kań i domów, bez wizyt bli­skich, pod­szy­te lękiem o przy­szłość naszych rodzin, naro­dów, świata.

Boimy się, bo nagle oka­za­ło się, że nie zna­my świa­ta, któ­ry nad­cho­dzi. Przy­ku­ci do wygód docze­sno­ści, sądzi­li­śmy, że ten oswo­jo­ny przez nas kawa­łek prze­strze­ni trwał będzie wiecz­nie. Nawet wła­sne sta­rze­nie przyj­mo­wać zaczę­li­śmy, jako coś dziwnego.

Prze­sta­li­śmy poważ­nie trak­to­wać prze­sła­nie naszej wia­ry, któ­re­go isto­tę odkry­wa­li­śmy dopie­ro, gdy coś się nam sta­ło; kie­dy przy­cho­dzi­ło cier­pie­nie, nie­szczę­ście, dowia­dy­wa­li­śmy się, że ktoś bli­ski, albo my sami, nie­uchron­nie umrze­my; kie­dy zgiełk codzien­no­ści prze­sta­wał mieć zna­cze­nie, wów­czas obja­wia­ło nam się obli­cze tego, kim jeste­śmy naprawdę.

Bo pomi­mo tych wszyst­kich dzi­siej­szych nie­pew­no­ści i zagro­żeń, pomi­mo tych wiel­kich nad­cho­dzą­cych zmian, nic się nie zmie­nia! Świat jest, jaki był zawsze; jakim opi­su­je go Pismo Świę­te. To tyl­ko my prze­sta­li­śmy go brać jako realny.

Naszą rze­czy­wi­sto­ścią sta­ły się karie­ra, kupo­wa­nie pięk­nych rze­czy, podró­żo­wa­nie, kąpa­nie się w sil­nych dozna­niach, zanu­rze­nie w to wszyst­ko, co przemijające.

Wiel­ka­noc to wyjąt­ko­we świę­ta, bo zmu­sza­ją­ce nas do prze­war­to­ścio­wa­nia; ponow­ne­go prze­my­śle­nia tego, jak żyli­śmy, co w tym życiu napraw­dę się liczy, co jest sta­łe i nie­zmien­ne —  że wszy­scy idzie­my ku śmier­ci, a jed­no­cze­śnie wszy­scy idzie­my ku życiu wiecznemu.

Bo my jeste­śmy tymi, któ­rzy wie­rzą w Zmar­twych­wsta­nie; tym wła­śnie, jako chrze­ści­ja­nie odróż­nia­my się od resz­ty, tym prze­ko­na­niem pierw­si chrze­ści­ja­nie zadzi­wia­li panów ówcze­sne­go imperium.

Losy tego świa­ta mają dla nas jedy­nie dru­go­pla­no­we zna­cze­nie — waż­ne o tyle, o ile pro­wa­dzą  do wiecz­ne­go szczę­ścia i wiecz­ne­go życia.

Zmar­twych­wsta­nie uświa­da­mia nam, że na tym świe­cie nie wybu­du­je­my namiast­ki tam­te­go, wiecz­ne­go, a pró­by urzą­dza­nia sobie tutaj raju bez Boże­go Pla­nu, zawsze będą ska­za­ne na chi­chot szatana.

Pan Bóg w swym Miło­sier­dziu w tę Wiel­ka­noc otwie­ra nam po raz kolej­ny Bra­my Nie­ba, poka­zu­je co mamy robić; bie­rze za rękę, pro­wa­dząc do wyzwo­le­nia. Cze­góż mamy się lękać, my, któ­rzy wie­rzy­my w Jezu­sa Chrystusa?

Prze­cież on umarł za nasze grze­chy, aby otwo­rzyć nam dro­gę oca­le­nia od śmier­ci. Czas Wiel­ka­no­cy nam to jesz­cze bar­dziej una­ocz­nia; zry­wa zasło­nę, któ­rą przez grzech pozwa­la­my  sobie zakła­dać na oczy; jest to czas Łaski danej od Boga i od nas zale­ży czy się na nią otwo­rzy­my, czy pozwo­li­my się zba­wić; czy uwie­rzy­my w cud puste­go grobu.

Wie­lu z nas już nie wie­rzy. Czę­sto w cuda  nie wie­rzą już nawet nasi paste­rze, przed­kła­da­jąc wia­rę w ziem­skie moce.

I oto znów Chry­stus odsu­wa kamień nasze­go gro­bu, pro­wa­dzi ku świa­tło­ści praw­dzi­we­go świa­ta; daje łaskę pozna­nia praw­dy o nas samych.

Jak­że wiel­kie to szczę­ście, jak­że wiel­ka to radość, być ludź­mi Wielkanocy!

Alle­lu­ja! Pan nasz Zmar­twych­wstał, praw­dzi­wie Zmartwychwstał!

Rado­snych, prze­pięk­nych, wypeł­nio­nych miło­ścią Świąt, któ­re dał nam Pan wszyst­kim życzę.

Andrzej Kumor