ODDZIAŁOWA KOMISJA W ŁODZI (STAN NA MAJ 2020 R.)

Śledz­twa zakoń­czo­ne wyda­niem posta­no­wie­nia o umorzeniu
Śledz­two w spra­wie zabój­stwa w stycz­niu 1944 roku przez par­ty­zan­tów sowiec­kich kil­ku­dzie­się­ciu miesz­kań­ców wsi Koniu­chygm. Bie­nia­ko­nie pow. Lida, woj. nowo­gródz­kie (S 13.2001.Zk).

Insty­tut Pamię­ci Naro­do­wej – Oddzia­ło­wa Komi­sja Ści­ga­nia Zbrod­ni prze­ciw­ko Naro­do­wi Pol­skie­mu w Łodzi pro­wa­dzi śledz­two w spra­wie zabój­stwa w stycz­niu 1944 r. przez par­ty­zan­tów sowiec­kich kil­ku­dzie­się­ciu miesz­kań­ców wsi Koniu­chy wcze­śniej gm. Bie­nia­ko­nie pow. Lida, woj. nowo­gródz­kie (obec­nie Repu­bli­ka Litew­ska rejon Sołecz­ni­ki). Jak wyni­ka z dotych­cza­so­wych usta­leń wieś­Ko­niu­chy była dużą, pol­ską wsią, liczy­ła ok. 60 zabu­do­wań i ponad 300-tu miesz­kań­ców. Koniu­chy usy­tu­owa­ne były na skra­ju Pusz­czy Rud­nic­kiej, w któ­rej znaj­do­wa­ły się bazy par­ty­zan­tów sowiec­kich. Par­ty­zan­ci w cza­sie powta­rza­ją­cych się napa­dów na tę wieś rabo­wa­li jej miesz­kań­com żyw­ność, odzież, bydło. Wyłącz­nie z tego powo­du w Koniu­chach, utwo­rzo­no oddział samo­obro­ny, któ­ry sku­tecz­nie unie­moż­li­wiał par­ty­zan­tom dal­szy rabu­nek. W nocy z 28 na 29.01.1944 r. gru­pa par­ty­zan­tów sowiec­kich oto­czy­ła wieś i ok. 5‑tej rano przy­stą­pi­ła do ata­ku, któ­ry trwał 1,5–2 godzi­ny. Pochod­nia­mi pod­pa­la­no sło­mia­ne dachy domów, do wybu­dzo­nych, ucie­ka­ją­cych miesz­kań­ców strze­la­no na oślep. W wyni­ku ata­ku zgi­nę­ło co naj­mniej 38 osób, kil­ka­na­ście zosta­ło ran­nych. W doku­men­tach archi­wal­nych poda­je się róż­ną licz­bę ofiar: „zosta­ło zabi­tych 36 osób ze wsi oraz 14 osób cięż­ko ran­nych”; „zabi­to 35 osób, ran­nych 13 w tym 10 cięż­ko ran­nych”; „zabi­tych i ran­nych wię­cej niż 50 osób”; „34 zabi­tych, 14 ran­nych, ilość osób żyw­cem spa­lo­nych nie usta­lo­na”. Część ofiar spło­nę­ła w swych domach, część zgi­nę­ła od strza­łu z bro­ni pal­nej. Wśród ofiar byli męż­czyź­ni, kobie­ty i małe dzie­ci. Naj­star­sza z ujaw­nio­nych ofiar mia­ła 57 lat, naj­młod­sze dziec­ko 2 lata. Spa­lo­no więk­szość zabu­do­wań, oca­la­ło tyl­ko kil­ka domów. Atak na Koniu­chy prze­pro­wa­dzi­ła 120–150 oso­bo­wa gru­pa par­ty­zan­tów sowiec­kich pocho­dzą­cych z róż­nych oddzia­łów sta­cjo­nu­ją­cych w Pusz­czy Rud­nic­kiej, takich jak: „Śmierć oku­pan­to­wi”, „Śmierć faszy­zmo­wi”, „Pio­run”, „Mar­gi­rio”, oddział im. Ada­ma Mic­kie­wi­cza. Pierw­szy z wymie­nio­nych oddzia­łów nale­żał do Bry­ga­dy Kowień­skiej Litew­skie­go Szta­bu Ruchu Par­ty­zanc­kie­go, pozo­sta­łe zaś do Bry­ga­dy Wileń­skiej. Oddzia­ły te były wie­lo­na­ro­do­wo­ścio­we, nale­że­li do nich m. in. par­ty­zan­ci żydow­scy, ucie­ki­nie­rzy z gett w Kow­nie i Wil­nie. Z kopii szy­fro­gra­mu z dnia 31.01.1944 r. autor­stwa Gen­ri­ka­sa Zima­na­sa (Heno­cha Zima­na) I Sekre­ta­rza Połu­dnio­we­go Obwo­do­we­go Komi­te­tu KP Litwy, a jed­no­cze­śnie dowód­cy Połu­dnio­wej Bry­ga­dy Par­ty­zanc­kiej do Naczel­ni­ka Litew­skie­go Szta­bu Ruchu Par­ty­zanc­kie­go w Moskwie Anta­na­sa Šniec­ku­sa wyni­ka, że: „29 stycz­nia połą­czo­na gru­pa oddzia­łów wileń­skich, oddzia­łu „Śmierć Oku­pan­tom”, „Mar­gi­rio” i gru­py spe­cjal­nej Szta­bu Gene­ral­ne­go cał­ko­wi­cie spa­li­ły naj­bar­dziej zago­rza­łą w samo­obro­nie wieś powia­tu Ejszy­skie­go Koniu­chy[…]”. Śledz­two toczy się w spra­wie. Nie przed­sta­wio­no dotych­czas niko­mu zarzu­tu popeł­nie­nia tej zbrod­ni. Gene­ri­kas Zima­nas zmarł 15 lip­ca 1985 r. w Wil­nie. Zna­ne są nazwi­ska dowód­ców oddzia­łów „Śmierć oku­pan­to­wi”, „Śmierć faszy­zmo­wi”, „Pio­run”, „Mar­gi­rio”, im. A. Mic­kie­wi­cza, lecz zgro­ma­dzo­ny mate­riał dowo­do­wy nie pozwa­la na stwier­dze­nie w spo­sób jed­no­znacz­ny, że fak­tycz­nie oni dowo­dzi­li gru­pa­mi par­ty­zan­tów ze swych oddzia­łów, któ­rzy uczest­ni­czy­li w ata­ku. W toku śledz­twa prze­słu­cha­no kil­ku­dzie­się­ciu świad­ków – byłych żoł­nie­rzy z 5 bata­lio­nu 77 pp Armii Kra­jo­wej, któ­rzy sta­cjo­no­wa­li w pobli­żu wsi, naocz­nych świad­ków zbrod­ni, krew­nych ofiar, byłych par­ty­zan­tów sowiec­kich. Zgro­ma­dzo­no obszer­ny mate­riał archi­wal­ny w posta­ci mel­dun­ków poli­cji litew­skiej, szy­fro­gra­mów par­ty­zan­tów sowiec­kich, kopii akt oso­bo­wych par­ty­zan­tów sowiec­kich, w któ­rych to aktach są adno­ta­cje, że uczest­ni­czy­li oni w ata­ku, kopii dzien­ni­ków bojo­wych sowiec­kich oddzia­łów par­ty­zanc­kich, kopii wspo­mnień par­ty­zan­tów z Pusz­czy Rud­nic­kiej). Trud­ność w pro­wa­dzo­nym śledz­twie, poza odle­gło­ścią cza­so­wą od daty popeł­nie­nia zbrod­ni, spra­wiał fakt, iżKo­niu­chy poło­żo­ne są na tery­to­rium Repu­bli­ki Litew­skiej zaś sie­dzi­ba ówcze­snej gmi­ny Bie­nia­ko­nie na tere­nie Repu­bli­ki Bia­ło­ruś, stąd zacho­dzi­ła potrze­ba korzy­sta­nia w toku postę­po­wa­nia z zagra­nicz­nej pomo­cy praw­nej. Śledz­two zosta­ło zakoń­czo­ne posta­no­wie­niem o umo­rze­niu z dnia 21 maja 2020 roku wobec śmier­ci spraw­ców kie­row­ni­czych oraz nie­wy­kry­cia pozo­sta­łych sprawców.

Reklama

A oto roz­mo­wa Andrze­ja Kumor ze świad­kiem i ofia­rą tam­tej zbrodni:

 

W lutym 2001 Kon­gres Polo­nii Kana­dyj­skiej wystą­pił do Insty­tu­tu Pamię­ci Naro­do­wej z proś­bą o pod­ję­cie śledz­twa w spra­wie zbrod­ni doko­na­nej w 1944 roku przez par­ty­zant­kę sowiec­ką i żydow­ską w Koniu­chach, gmi­na Bie­nia­ko­nie, powiat Lida,
woje­wódz­two nowogródzkie.

Jak pisze KPK w liście do IPN, jest to jeden z licz­nych maso­wych mor­dów popeł­nio­nych w trak­cie woj­ny i po niej na lud­no­ści cywil­nej Kre­sów Wschod­nich. (Inna masa­kra, o któ­rej zba­da­nie zwró­cił się KPK, doty­czy pacy­fi­ka­cji wsi Naliboki
przez par­ty­zant­kę sowiecką).

Rela­cje świad­ków zbrod­ni w Koniu­chach zamie­ści­ła też wileń­ska “Nasza Gaze­ta”. Na temat zda­rze­nia ist­nie­je obszer­na doku­men­ta­cja. O pacy­fi­ka­cji pisa­li m.in. sami zbrod­nia­rze, wspo­mi­na­jąc “dobrze prze­pro­wa­dzo­ną akcję”. Zna­my nazwi­ska pomor­do­wa­nych, zna­my nazwi­ska wie­lu mor­der­ców. Mimo to śledz­two w spra­wie zosta­ło umorzone.

W mor­dzie wzię­ło udział nie tyl­ko ok. 50 żydow­skich par­ty­zan­tów z tzw. Bry­ga­dy Litew­skiej, ale tak­że spo­ro par­ty­zan­tów z oddzia­łu “Śmierć Oku­pan­tom” – była to akcja sowiec­ko-żydow­ska. Jeden z par­ty­zan­tów żydow­skich stwier­dził: uwa­ża­li­śmy się za par­ty­zan­tów żydow­skich, nasz oddział był żydowski.

Cało­ścią akcji dowo­dził Gen­rich Ziman (Gen­ri­kas Zima­nas), po woj­nie odzna­czo­ny w PRL Orde­rem Vir­tu­ti Militari.

Zamiesz­cza­my poni­żej rela­cję  p. Edwar­da Tubi­na z Otta­wy opo­wie­dzia­ną pięk­ną kresową
pol­sz­czy­zną.

Andrzej Kumor: Ile Pan miał lat, gdy się zaczę­ła wojna?

Edward Tubin: Trzy­na­ście lat.

A.K.: To zna­czy, trzy­na­ście lat miał Pan wte­dy, jak…

E.T.: Jak ten pożar był. Jak była pol­ska woj­na, Niem­cy poszli, to ja mia­łem osiem lat.

A.K.: Koniu­chy nale­ża­ły do Pol­ski przed woj­ną, czy to była cał­kiem pol­ska wieś?

E.T.: Pol­ska wieś, wszy­scy byli Pola­cy, żad­ne­go tam nie było jakie­goś Ruskie­go, nikogo
tam nie było innego.
Tam dooko­ła nas wszyst­kie wsie to byli Pola­cy. Tyl­ko, że język był pol­ski, i używali
28litewski i bia­ło­ru­ski uży­wa­li. No, a jak potem Ruskie po woj­nie, no to wte­dy po rusku.

A.K.: Jak Pan pamię­ta wieś jesz­cze sprzed masa­kry, czy to była duża wieś?

E.T.: Duża była, zapo­mnia­łem poli­czyć wszyst­kich nume­rów, ale to tak było ponad
osiemdziesiąt.

A.K.: Osiem­dzie­siąt domów.

E.T.: Mogłem poli­czyć, bo pamię­tam wszyst­kie. Pamię­tam wszyst­kie domy, gdzie stały,jakie domy były, w jakim stanie.
Byli ludzie bied­ni i byli ludzie, no nie tacy bar­dzo boga­ci, ale… To zna­czy mój ojciec to on był tro­szecz­ku naj­sil­niej­szy we wsi naszej.

A.K.: Był we wsi kościół?

E.T.: Nie, nie było, para­fia nasza była w Bie­nia­ko­niach. Potem prze­szli­śmy, była wieś – mają­tek Era­klisz­ki – nazy­wa­ła się Butry­mań­ce. Tam mie­li­śmy bli­żej, a po dru­gie, jak Ruskie przy­szli, to posa­dzi­li księ­dza i kościół zamknę­li w Bieniakoniach.

A.K.: Co się upra­wia­ło? Zboże?

E.T.: Nie, było pole bar­dzo takie upraw­ne, miej­sca­mi było, miej­sca­mi było przy pia­sku, kamie­ni było. To była cięż­ka zie­mia. No, ale ludzie sta­li, sami sobie robi­li, poma­łu. I żyli ludzie! Nie tak nad­zwy­czaj­nie, ale sobie, pomału.

A.K.: Kie­dy par­ty­zan­ci zaczę­li przy­cho­dzić do wsi? Pamię­ta Pan?

E.T.: Jak przy­szła woj­na, jak zaczę­li Niem­ców strze­lać Żydzi, jak Niem­cy na Ruskich poszli, w tym cza­sie stwo­rzy­ła się partyzantka.

A.K.: Pan mówi, że Żydzi Niem­ców strze­la­li, to zna­czy, że…

E.T.: Bo oni poszli po lasach, po ludziach, zaczę­ła się par­ty­zant­ka. Wten­czas byli Ruskie… To zna­czy, jak napa­dli Niem­cy na Ruskich, to Ruskie też poszli w las do tej partyzantki.
Nie stwo­rzy­ła się par­ty­zant­ka pra­wi­dło­wa, a stwo­rzy­ło się ban­dyc­two i rabu­nek. Bo jed­na par­ty­zant­ka była dokład­na. Dokład­na – to zna­czy oni przyj­dą do gospo­da­rza i powie­dzą: “Co dla nas dasz?”. Tak powie­dzą, podzię­ku­ją, napi­szą kart­kę tobie i jak przyj­dą dru­dzy, to poka­żesz, że już byli.
A ci przy­szli i się nie pyta­li ciebie…

A.K.: Któ­ry to był rok?

E.T.: Par­ty­zant­ka zaczę­ła się, jak Niem­cy poszli na Ruskich, i trwa­ła do koń­ca wojny.

A.K.: I przez ten cały czas przy­cho­dzi­li do wsi?

E.T.: Przez cały ten czas rabo­wa­li. I to sta­ło się u nas, ten cały pożar w ostat­nim cza­sie roku, był ten pożar, ta masa­kra­cja i woj­na skoń­czy­ła się latem. Oni wyszli z tej pusz­czy wszystkie.

A.K.: To była Pusz­cza Rudnicka?

E.T.: Pusz­cza nazy­wa­ła się Rud­nic­ka, ale mówi­li też Wisiń­cza. Ona łączy­ła się z Dało­wiec­ką Pusz­czą. Wiel­ka pusz­cza była i tam oni sie­dzie­li i w tych cza­sach cho­dzi­li rabo­wać. Przy­szli pierw­szy raz do nas samych. Kaza­li, żeby zało­żyć konia, ojciec poszedł, konia zało­żył, wzię­li klu­cze od skła­du, od staj­ni, wszyst­kich spę­dzi­li w kąt, z auto­ma­tem jeden pil­no­wał. I wszyst­ko bra­li. Potem przy­szli przy koń­cu, powie­dzie­li, że “nie ma zli­tuj i jak zamel­du­jesz, przyj­dzie­my i cie­bie spa­li­my”. No i tak sta­ło się. Koń wró­cił się, za jakichś parę dni, ale to pół konia było.

A.K.: To pierw­szy raz tak było, jak bra­li, potem zno­wu przyszli?

E.T.: Potem przy­szło ich wię­cej, zaraz przy­szli z wie­czo­ra i poszli brać, po całej wsi rabo­wać. Przy­szli do nas, też kaza­li konia zało­żyć. Jeden facet sie­dział z koniem na naszym podwór­ku. My zaczę­li­śmy jego pro­sić, że u nas już byli i już bra­li i dali­śmy mu butel­kę samo­go­nu. On wypił i mówi – to jak­by był ukra­iń­ski język – że on poje­dzie i powie, że u nas nic nie było.
Jak on poje­chał, to my wszyst­ko z domu, co tam było, jakie łachy, rze­czy, zaraz za sto­do­łą do jam wrzu­ca­li. Otwo­rzy­li­śmy owczar­nik, owce, świ­nie, tam cie­la­ków parę było, to wypę­dzi­li w las – w nocy to wszyst­ko było.
Oni, jak już odjeż­dża­li, to wpa­dli do nas – dwóch – nie było nic w domu. Ja spa­łem z bra­tem, tym Leonem – na łóż­ku. Nakry­te tak mie­li­śmy koł­drę wiej­ską, swo­jej roboty.
Wpa­dli, zoba­czy­li, że nie ma nic, zerwa­li z nas koł­drę. Ojciec im mówi: “Towa­risz­ci, nie będzie dzie­ciom się czym nakryć”. To jeden tak powie­dział – sło­wem takim brud­nym – mówi “a h… z two­imi dzieć­mi”. No i poszli.
A ci nasi tacy byli, Woro­nis, Bobin, dru­dzy tacy, zebra­li się – Godzis Jan – zebra­li się, wzię­li broń. Tam mie­li parę takich karabinków.

A.K.: Od kogo tę broń dostali?

E.T.: To zna­czy, jak Ruskie byli u nas, woj­sko, i ucie­ka­li, to oni rzu­ca­li to i ludzie nabra­li. Mie­li takie kara­bi­ny, obrzy­na­ne lufy, takie krót­kie, odra­żan­ki woła­li na nie. Strasz­nie strzał był wiel­ki z nich.
Par­ty­zan­ci poje­cha­li przez dru­gą wieś. To zna­czy most był. Most spa­lo­ny, ale zro­bio­ny był taki tem­po­ra­ry. Poszli tam pod­le tego mostu pod rze­kę za gór­kę scho­wa­li się. Jak ci wje­cha­li na most, to oni po nich łup­nę­li. Ci zosta­wi­li wszyst­ko i ucie­kli. Ta wieś dru­ga to tak było kilo­metr, dwa – naj­wy­żej. Pole­cie­li i aku­rat zdą­ży­li tam ich spo­tkać i ich tam obstrze­la­li. Par­ty­zan­ci wszyst­ko pozo­sta­wi­li na tym moście i pouciekali.
Te nasze co obstrze­la­li, spo­koj­nie wró­ci­li się, tak po cichu, nikt nie wie­dział, kto to był. Z tej wsi dali znać, że “wasze wszyst­kie rze­czy tam na moście zosta­ły się”. Nawet jeden wóz wpadł do rze­ki. No i poszli, zebra­li te rze­czy z powrotem.
Od tego cza­su zaczę­li nasze cho­dzić, pil­no­wać wieś. Zaraz wię­cej zna­la­zło się, tam bro­ni mie­li i zaczę­li cho­dzić strze­lać. Żeby oni byli­by strze­la­li w swo­jej wsi, a cho­dzi­li bro­nić i dru­giej wsi…

A.K.: Jak się nazy­wa­ła ta wieś?

E.T.: Tam zaraz za rze­ką była dru­ga wieś, nazy­wa­ła się Poczo­bu­ty. No i potem dru­ga tam Gier­wisz­ki. Nie­miec­ko-litew­skie woj­sko było w Raklisz­kach. Sztab tam był cały. To była żan­dar­me­ria litew­ska, ale zna­czy się pod Niemcami.
Oni przy­jeż­dża­li do naszej wsi. I jak jeź­dzi­li na zasadz­ki, to nasze też cho­dzi­li razem.

A.K.: Razem z litew­ską policją?

E.T.: Litew­ska poli­cja była. To był mają­tek Raklisz­ki i zaraz, pięć kilo­me­trów był mają­tek Policz­ni­ki. Tam też były te woj­ska. Tak że par­ty­zan­ci nie docho­dzi­li bli­żej do tych miej­sco­wo­ści, gdzie woj­sko sta­ło. Ale tu cho­dzi­li po tych wszyst­kich wsiach, rabo­wa­li. Tak przy­szło do tego cza­su… I upo­mi­na­li, że “pil­nuj­cie swo­jej wsi, nie wtrą­caj­cie się w dru­gie wioski”.

A.K.: Par­ty­zan­ci tak mówili?

E.T.: Par­ty­zan­ci tak mówi­li, przy­no­si­li ulot­ki – kart­ki. Ich to dener­wo­wa­ło i oni mie­li łącz­ność z Moskwą. Widzie­li­śmy, jak w nocy cza­sem samo­lot krę­cił się nad tą pusz­czą, a z dołu strze­la­li rakie­ty, dawa­li zna­ki. Tam dla nich zrzu­ca­li broń. Tak sta­ło się, że oni zakrążyli.
Nie pamię­tam dokład­nie, czy to było z czwart­ku na pią­tek, czy z piąt­ku na sobo­tę. To z same­go rana było, sza­ro robi­ło się. Zaraz zaczę­ły auto­ma­ty grać i już widzi­my ogień, pali się. Strze­chy były słomiane.
Ludzie zaczę­li ucie­kać, rzu­ci­li się w las ucie­kać, w te krza­ki. A oni byli od krzaków…

A.K.: Jak dale­ko był las od wioski?

E.T.: Zaraz, zaraz przez dro­gę taką było do takich krza­ków. Cmen­tarz był i te krza­ki były. Był kie­dyś las wiel­ki, ale spi­ło­wa­li. Tyl­ko takie małe krza­ki były. Od tych krza­ków i z dru­gie­go koń­ca wio­ski też, tak samo, a od rze­ki oni nie szli. Spo­dzie­wa­li się, że każ­dy będzie ucie­kać w las.
Ja z mamą ucie­ka­łem do jamy scho­wać się, no i widzę, jak od cmen­ta­rza lecą – może ich dwu­na­stu było – strze­la­ją. Może, żebym ja wię­cej był star­szy, to za mamą wró­cił­bym, a ja od mamy odbi­łem się, przez wieś prze­le­cia­łem, do sąsia­da, sąsiad tam wycią­gał z
miesz­ka­nia kufry z ubra­niem. Tam był mój brat Leon.
I z Leonem do rze­ki ucie­kli­śmy. To widzia­łem, jak pada­ły kule zapa­la­ją­ce. Sam widzia­łem. Myśmy tak pod rze­kę pole­cie­li. Patrzy­my, zaraz po dru­giej stro­nie rze­ki olcha wiel­ka rosła, taki dół był wymy­ty. I my patrzy­my, a tu sąsiad jeden sie­dzi – z rodzi­ną tam pole­ciał scho­wać się pod tą rze­ką. I myśmy tam poszli.
Sie­dzie­li­śmy tam, sły­sze­li strza­ły po dru­giej stro­nie. Tam miesz­ka­ła rodzi­na Pil­ży­sów. Widzie­li­śmy, jak do nich przy­szli, do domu weszli. Postrze­la­li. Zna­czy: dwie cór­ki i ojca, mat­kę zastrze­li­li, wyszli z domu, to zapa­li­li dom. Wszyst­ko zapa­li­li. Potem patrzy­my, jak obok nas bli­ziut­ko, no może było z 50 metrów, leciał Woro­nis, sta­ry gość, leciał i z kożu­chem wpadł do wody. Zaraz za nim dwóch lecia­ło z auto­ma­ta­mi. Pod­le­cie­li pod rze­kę i puści­li z tych auto­ma­tów po rze­ce (serie). Myśle­li, że on zabi­ty będzie i oni z powro­tem wró­ci­li się.
Szczę­ście Bóg dał, że nie zoba­czy­li w lewą stro­nę, gdzie myśmy sie­dzie­li pod tą górką.
Jak­by zoba­czy­li, toby zaraz nas wszyst­kich pobili.

A.K.: Ten Woro­nis zginął?

E.T.: Myśmy myśle­li, że on zgi­nął, ale nie wiem, czy oni jego rani­li we wodzie… Patrzy­my, patrzy­my, na dru­giej stro­nie na brze­gu on wylazł z wody, za krzak ucze­pił się i poszedł tam­tą stro­ną rze­ki. Jemu zra­ni­li rękę bar­dzo moc­no. To zna­czy, że on tą ręką nie mógł (póź­niej) pracować.
Poła­ma­li mu kość.
Jego żonę, cór­kę i syna zastrze­li­li par­ty­zan­ci. Po tym wszyst­kim myśmy zaraz powy­cho­dzi­li, już ludzie, któ­rzy przy­szli żywe, zna­leź­li rodzi­ny zabi­te, już płacz po wsi… Pamię­tam, jak dzi­siaj to widzę.

A.K.: Wieś całą spalili?

E.T.: Spa­li­li całą. Nasz dom… Ojciec też uciekł pod rze­kę i sie­dział i widział, że wszyst­ko już spa­li­ło się, niko­go nie było, a nasz dom oca­lił się, stoi nasz dom. A potem patrzy, na koniu leciał jeden i pod­le­ciał z takim wiech­ciem zapa­lo­nym i pod­pa­lił dom nasz. Dom spa­lił się, a spichrz, zaraz był za domem – został się. Od ognia domu, to z drzwi smo­ła wyszła. To tak było, że nasza sto­do­ła już była na kolo­nii. My mie­li­śmy pójść na kolo­nię miesz­kać, ucie­kać z wsi. Mie­li­śmy dział­kę na kolo­nii, posta­wi­li­śmy sto­do­łę, prze­nie­śli­śmy i obo­ra była nowa, a tu sta­ra, żywioł był w domu jeszcze.

Bali­śmy się wypro­wa­dzać, bo nie dali­śmy rady domu prze­nieść, a dom zosta­wić, a tam gdzieś miesz­kać odgro­dzić sobie w staj­ni domek, prze­żyć przez zimę… Sły­sze­li­śmy, że już tam cho­dzi­li, par­ty­zan­ty cho­dzi­ły, czy jakieś inne dzia­dy cho­dzi­ły. Tam kogoś zbi­li moc­no. I bali­śmy się tam przejść mieszkać…

A.K.: To było jesz­cze przed tą masakrą?

E.T.: No i mama aku­rat pole­cia­ła do jamy, wpa­dła. Oni wie­dzie­li pew­no… Pode­szli. Sio­stra sie­dzia­ła bli­sko z córecz­ką. Puści­li po sio­strze z automata…

A.K.: Ile mia­ła lat siostra?

E.T.: Sio­stra mogła mieć… Nie była sta­ra. Mogła mieć koło 30 lat. Mia­ła dziew­czyn­kę, czte­ry lat­ka, na ręku. Strze­li­li w dziew­czyn­kę, na ręku, zabili…
Sie­dzia­ła ta moja sio­stra, a dru­gi zoba­czył i mówi, że ona jesz­cze żyje i wziął karabin.
Dru­gi facet mówi “ostaw kobie­tu”… Strze­lił w sio­stru. Ona sie­dzia­ła, a on tak na ukos w gło­wę strze­lił sio­strze, aku­rat w poli­czek przez szczę­kę, kula porwa­ła jej zęby, szczę­kę. Sio­stra upa­dła. Tak że kula szła przez szczę­kę i koło pier­si tak wyrwało…
A brat zaraz bli­sko w krza­ki ucie­kał, tak jego spo­tka­li i z auto­ma­ta puści­li mu po gło­wie. To zna­czy gło­wa na pół się rozleciała…

A.K.: Kto zgi­nął z Pana rodziny?

E.T.: Mama zgi­nę­ła, brat i sio­stry cór­ka zginęła.

A.K.: Sio­stra przeżyła?

E.T.: Sio­stra była raniona.

A.K.: Z każ­dej rodzi­ny ktoś zgi­nął, z każ­de­go domu ktoś zginął?

E.T.: Nie ze wszyst­kich domów, ale z wie­lu pogi­nę­ło po kil­ka osób. Pil­ży­sy – czte­ry oso­by, Ban­da­le­wicz Sta­ni­sław, to też dwa syny i on został spa­lo­ny w domu. Ja sam widzia­łem jesz­cze, jak on leżał na weran­dzie i kości były spa­lo­ne. Dzie­ci scho­wa­ły się – jak to dom był, piec muro­wa­ny i taki luk pod spodem był – to dzie­ci były pod tym pie­cem scho­wa­ne i spa­li­ły się, podu­si­ły się.
Ze wszyst­kich tych rodzin pobi­li. Bobin został zabi­ty. Zosta­ła jego córecz­ka, z pięć lat mia­ła, i żona zosta­ła i syn został zabity.

A.K.: Strze­la­li do wszyst­kich, i do kobiet, i do dzieci?

E.T.: Nie było róż­ni­cy, kogo zła­pa­li, to wszyst­kich bili. Nawet kobie­tę jed­ną, ucie­ka­ła tam w las ku cmen­ta­rzu, to nie strze­la­li, ale kamie­niem zabi­li, kamie­niem w gło­wę. Jak mamę zabi­li, to może z osiem kul po pier­siach puścili.

A.K.: I co później?

E.T.: No, ludzie poszli miesz­kać do rodzin, do dru­gich wsi, do mia­stecz­ka, do Bie­nia­ko­niów poszli miesz­kać, tam dali dla nich miej­sca. Poma­ga­li nie­któ­rzy ludzie w tym cza­sie. Ja posze­dłem do wuj­ka miesz­kać, ojciec poszedł do cór­ki, a brat u krewnych.
A potem, jak prze­szła zima, wszyst­ko skoń­czy­ło się, to przy­szli­śmy do domu miesz­kać, tam na kolo­nię. Mie­li­śmy stodołę.
Chle­ba było, gro­chu mie­li­śmy swo­je­go dosyć, ale kar­to­fli bra­kło, ani mle­ka i mię­sa nie było. Tak musie­li­śmy męczyć się.
Sio­stra przy­je­cha­ła ze szpi­ta­la. Ja i dwóch bra­ci moich, ojciec i myśmy tak męczy­li się.
Jak zaczę­li­śmy wię­cej już wzmac­niać się, to zaraz przy­szli Ruskie, zaczę­li dusić podat­ka­mi. Męczyli.
Potem też mor­do­wać zaczęli.
O tym, jak oni zro­bi­li ten sys­tem ruski, to moż­na by napi­sać książ­kę, jak ponisz­czy­li wszyst­ko. Tak nam dali w tyłek. I mor­do­wa­li. Nie naszych samych, ale wszyst­kie wsi. Koł­cho­zy poro­bi­li. Potem dzię­ki Bogu, w 58 roku otwo­rzy­ła się repa­tria­cja do Pol­ski. W 58 roku w czerw­cu wyje­cha­łem do Pol­ski, na Śląsk.

Kon­trakt zro­bił Gomuł­ka z Chrusz­czo­wem. Ze Ślą­ska, z Pol­ski Niem­cy mogli jechać do
eichu swo­je­go, a spod Rosji przy­ję­li Pola­ków. I nawet któ­rzy byli sądze­ni, w wię­zie­niu, to puścili.
Ci, któ­rzy byli prze­ciw­ni­ka­mi par­ty­zant­ki, to ich wszyst­kich poła­pa­li i powywozili.
Zna­czy ci z naszej wsi, któ­rzy strze­la­li do par­ty­zan­tów. Jak przy­szli Ruskie, to zaraz wie­dzie­li, wyda­li tych, co bronili.
Poła­pa­li wszyst­kich: Woro­nis, Godzis, dru­gi Woro­nis. Dużo takich ludzi poła­pa­li, któ­rzy byli prze­ciw­ni­ka­mi par­ty­zan­tów, i wzię­li do wię­zie­nia, do łagrów. Ale ani jeden nie umarł.
Godzis wró­cił, Woro­nis wró­cił i dru­gi Woro­nis wró­cił, Feliks. Nie poza­bi­ja­li ich.

A.K.: Pan sam wyjechał?

E.T.: Wyje­cha­łem z sio­strą i z ojcem. I brat wyje­chał z rodzi­ną – dwo­je dzie­ci. Myśmy byli na Ślą­sku, a potem w 60. roku brat zabrał mnie, sio­strę i ojca do Kanady.
Spro­wa­dził nas.
(…) No i tak od tego cza­su żyje­my. Mamy dwo­je dzie­ci. Syn jest leka­rzem w Sud­bu­ry, cór­ka pra­cu­je w King­ston. Wycho­wa­li­śmy dzie­ci, wyuczy­li, dali­śmy wszyst­ko, co mie­li­śmy. Cięż­ko pra­co­wa­li­śmy. Nie jeste­śmy wykształ­ce­ni. Nie mia­łem oka­zji się kształ­cić, była woj­na, szko­ły to mia­łem – moż­na powie­dzieć – jed­ną kla­są, dwie kla­sy. Sam się uczyłem.(…)

A.K.: Ktoś pytał póź­niej o to, co się wte­dy sta­ło w Koniu­chach? Rosja­nie, było śledztwo?

E.T.: Jak przy­szli Rosja­nie, to zro­bi­li śledz­two i szu­ka­li, kto był dowód­cą. Bra­li ludzi. Nawet i moje­go ojca bra­li na śledztwo.
Ojciec powie­dział, że syn był w tym, syn zabi­ty, a ja nie cho­dzi­łem. Zro­bi­li śledz­two i taką mie­li nie­na­wiść na naszą wieś te Ruskie. Mówi­li, “wy jeste­ście ban­dy­ci, prze­ciw­ni­cy ruskiej par­ty­zant­ki”. Tak było.

A.K.: Nie­któ­rzy mówią, że tę samo­obro­nę we wsi uzbro­ili Litwi­ni, że broń była od Niem­ców.

E.T.: To tak było. Niem­cy dali pozwo­le­nie na broń, pamię­tam. Mie­li Niem­cy dać broń. Ale ktoś był w par­ty­zant­ce, jakiś Litwin, czy może jakiś inny, a dru­gi był w nie­miec­kiej poli­cji w zarzą­dzie, gdzie mie­li nam dać broń, pomoc. To był kawa­łek, jakieś 20 kilo­me­trów. I jak jeź­dzi­li broń wziąć, to mówi­li, nie ma maga­zy­nie­ra, nie ma pod­pi­su i tak wszyst­ko odcią­ga­li. Dali jakiś gra­nat, jakiś kara­bi­nek, tak na odczepnego.
A było napi­sa­ne, ile mie­li dać maszy­no­wych kara­bi­nów, i mie­li dać dwa dział­ka, żeby wieś obsta­wić. I nie dopu­ści­li, żeby dać broń.

A.K.: Nie dali w końcu?

E.T.: Mówi­li, że jeden brat Litwin był w tej par­ty­zant­ce, a dru­gi był w całym tym zarzą­dzie, gdzie był skład bro­ni. I nie dosta­li. Mie­li tam tro­chę swo­jej, ale to nic nie było.

A.K.: Oprócz tej par­ty­zant­ki sowiec­kiej i żydow­skiej, była jakaś inna w okolicy?

E.T.: Par­ty­zant­ka była w Nowo­gródz­kiem, na Bia­ło­ru­si, tam par­ty­zan­ci byli dokład­ni (porząd­ni – A.K.). Tu nie byli dokład­ni, tu byli ban­dy­ci i rabu­sie, tu AK nie było. Mówią, że w pobli­żu tej pusz­czy to nawet ludzie swoi też cho­dzi­li. Tacy, co chcie­li jedze­nie rabo­wać, ubra­nia, wykar­mić rodzi­nę, to cho­dzi­li podobno.

A.K.: Razem z par­ty­zan­ta­mi rabo­wać chodzili?

E.T.: Była tam taka wieś jed­na. Zna­li­śmy dobrze, że jeden z tej wsi, taki Polak, był też tam w tej par­ty­zant­ce. Była tam taka wieś, któ­ra po tym naszym spa­le­ni­sku – jak to sta­ło się – to zna­czy tam strze­la­li Niem­cy z dział w ten las. No, gdzie tam ich tra­fi, kto wie, gdzie oni tam byli w
tych lasach.
Potem tam poszli w pobli­że tych lasów, była tam taka wio­secz­ka nie­du­ża. Mówi­li, że z tej wio­ski też ludzie cho­dzi­li. Wzię­li tam, nie wiem ilu męż­czyzn, spę­dzi­li do sto­do­ły i zapa­li­li. To zna­czy, Niem­cy i Litwini.
Pamię­tam, myśmy tam jeź­dzi­li wozić las – dali nam nor­mę Ruskie, las wozić – to na tym miej­scu stał krzyż. Mówi­li, że tam spę­dzi­li tyle i tyle ludzi i spa­li­li. To już było gdzieś w kwiet­niu – coś takiego.

A.K.: Pan myśli, że to było w odwe­cie za ten atak?

E.T.: Tak, za ten atak, no i za to, że par­ty­zan­ci szko­dę robi­li Niem­com dużą. Miny pod­kła­da­li pod tory kolejowe.
O, nawet mój ojciec jechał z Wil­na od cór­ki, jak była w szpi­ta­lu, to też mina wyrwa­ła i paro­wóz wyko­le­iło. Ale zda­je się, że wszy­scy, co jecha­li w tym pocią­gu, prze­ży­li. Mie­li miny z Moskwy, samo­lo­tem zrzucali.

A.K.: Gdy roz­ma­wia­li­śmy pierw­szy raz, Pan mówił, że “niko­go nie wini”. Dlaczego?

E.T.: Ja widzę w ten spo­sób. Nie chcia­łem powie­dzieć, że wina była par­ty­zan­tów. Oni cho­dzi­li rabo­wać, no, ale oni muszą coś jeść – praw­da? Ja wino­wa­łem tych mądra­lów, co poszli w obro­nie. Oni tego nie musie­li robić. Bo wieś z par­ty­zant­ką nie nawalczy.
Par­ty­zan­ci są wyucze­ni, oni się ćwi­czą ci ludzie, a wieś co? No i za kil­ka tych osób znisz­czy­li wieś, spa­li­li żywioł i ludzi pobili…

A.K.: To mie­li pra­wo tak spa­lić wieś i dzie­ci, kobie­ty mordować?

E.T.: Podob­no, że oni dosta­li roz­kaz z Moskwy.

A.K.: Jak dłu­go trwa­ła masakra?

E.T.: To nie­dłu­go trwa­ło, może koło godzi­ny. Ich tam była masa. Oni wszyst­ko pali­li, kogo widzie­li, to zabili.

A.K.: Ludzie wró­ci­li do wio­ski? Wio­ska prze­ży­ła? Nie bali się ludzie, że dru­gi raz przyjdą?

E.T.: Zaraz w tym cza­sie, może po paru tygo­dniach, ludzie wró­ci­li. No, ale to już nic nie było z nimi. Rabo­wać już nie przy­cho­dzi­li, strze­lać nie przy­cho­dzi­li. Ludzie budo­wa­li zie­mian­ki, i zaczę­li mieszkać.

A.K.: Był Pan teraz nie­daw­no na Litwie czy na Białorusi?

E.T.: Brat był, jakieś dzie­sięć lat temu. Ja jak wyje­cha­łem, to nie byłem. Teraz jechać, to już nie ma co, bo mało kto tam jest. Mam sio­stry cór­kę, paru kuzy­nów mam, a zna­jo­mych może zna­la­zł­bym, a może nie. Wszyst­ko zmie­ni­ło się.

A.K.: Mówił Pan, że nie zga­dza­ją się nie­któ­re nazwi­ska na liście pomordowanych.

E.T.: To zna­czy (piszą, że) Mar­cin­kie­wicz i Mar­cin­kie­wi­czów­na była spa­ra­li­żo­wa­na – to nie­praw­da. Spa­ra­li­żo­wa­na była Jan­kow­ska. To ta kobie­ta spa­li­ła się w domu. I nie wymie­nio­ny jest syn jej. To zna­czy pasierb. Jan­kow­ski był wdow­cem i oże­nił się z tą kobie­tą – to był syn jego. On został zabity.
Potem piszą “Molis”. Moli­sa to tyl­ko zosta­ła zabi­ta żona i cór­ka. Molis został się. Tam piszą “Molis Sta­ni­sław” – nie było takie­go. Był ojciec, Molis Feliks. Ten ojciec poszedł miesz­kać do dru­giej wsi do żony krew­nych i tam jakieś dzia­dy zabi­ły go – ale to może za parę miesięcy.
Bobin Józef i Bobi­nów­na, Marian Bobin i Jadwi­ga Bobin… Tam napi­sa­ne jest “Anto­ni Bobin”. Anto­ni Bobin to już jest z dru­giej rodzi­ny, to ten co poma­gał wycią­gać bra­tu kufer z ubra­niem, to ten Bobin, dru­ga rodzi­na była. Potem był kra­wiec. Jego żony mat­ka była z naszej wsi. Razem szy­li. Par­ty­zan­ci strze­la­li i zoba­czy­li go, jak scho­wał się pod drze­wo. Jego wieś nazy­wa­ła się Mikon­ta­ry. Mówi­li, że on wycią­gnął pasz­port, ręce pod­niósł do góry, mówił po rusku, że jest part­noj, to zna­czy, że jest kraw­cem z dru­giej wsi. A mówią mu: “h… z tobą” i w łeb jemu strze­li­li, zabi­li go.
Wojt­kie­wi­cza żona była w cią­ży i chło­pak był, nie miał nawet dwa lat­ka. Zabi­li ją, a chło­pak został żywy. Przy­nie­śli sło­mę, na nią rzu­ci­li, zapa­li­li. Temu chło­pacz­ko­wi nogi poopa­la­ło, palusz­ki jemu odpa­dły. Prze­żył pod tą mat­ką. Jak zapa­li­li, to tyl­ko nogi mu się spaliły.

Było strasz­nie, było strasz­nie, nie prze­pu­ści­li nikomu.

Jak pomy­ślę, to ja to wszyst­ko dzi­siaj widzę. Tę całą wieś, wiem, gdzie jaki dom stał, jak dziś, jak na swo­je wła­sne oczy.
(…) Prze­ży­li­śmy dużo. Z tym poża­rem, a potem, jak przy­szli Ruskie. W skó­rę nam wszyst­kim dali, żeby pozbyć się gospo­dar­ki i zapi­sać do kołchozu.
Przez kil­ka lat wszyst­ko pogi­nę­ło; konie pozdy­cha­ły, uprząż, Wszyst­ko ponisz­czy­li, pole ponisz­czy­li; jak ora­łeś koniem swo­im, to czło­wiek poma­łu sobie zro­bił, przy­szły trak­to­ry, puści­li na pół metra płu­gi, wydo­sta­li na wierzch żół­tą zie­mię, a czar­ną zasy­pa­li. Wszyst­ko pogi­nę­ło i nic nie rosło.
Strasz­nie to było prze­żyć. Sam musia­łem cho­dzić na pole, żeby gdzieś ukraść sia­no, sło­my, żeby kro­wę wykar­mić, same­mu prze­żyć. Pędzi­łem samo­gon przez tyle lat na han­del. Dosta­łem pie­nią­dze, kupi­łem mąkę. I to było wszyst­ko w stra­chu. Gdzie czło­wiek się nie ruszył, bał się, że zaraz przyj­dą kon­tro­lo­wać. Podat­ka­mi naci­sną. To tym, to tamtym.
Tak pili krew, przez cien­ką słomkę.
Moja sio­stra – ona już nie żyje – to ona tak nie lubi­ła tych Ruskich, że nie masz poję­cia! Co myśmy prze­ży­li! I nie my jed­ni. Wszyst­kie wsie dooko­ła. Wileńsz­czy­zna i Bia­ło­ruś, Lida, Grodno…

A.K.: Bar­dzo dzię­ku­ję za rozmowę