W piątek wieczorem większość nocnych klubów w Montrealu otworzyła po trzech miesiącach swoje drzwi przed klientami. Zabawa w klubach zdecydowanie różni się od tego, co pamiętają ich bywalcy sprzed pandemii. Lokale muszą stosować się do prowincyjnych zaleceń i np. nie wolno w nich tańczyć. Klienci są zobowiązani do tego, by przebywając w klubie tylko siedzieć.

Z tego powodu sporo klubów poinstalowało teraz krzesła i stoliki na dawnych parkietach. Niektórzy właściciele nocnych lokali wprowadzili dodatkowo obowiązek noszenia maseczek i pomiar temperatury przy wejściu, mimo że nie jest to wymagane.

Otwarcie klubów nie jest tanie, przyznają właściciele. Annie-Audrey Fortin z La Voûte w Old Montreal mówi, że jej przygotowanie lokalu kosztowało ją 20 000 dolarów. Podkreśla, że prowadzący kluby zdają sobie sprawę, że zachowanie środków ostrożności leży w ich interesie. Są tez odpowiedzialni za to, by w ich lokalu nie pojawiło się nowe ognisko koronawirusa.

Bary mogą przyjmować teraz mniej klientów. François Boitard, właściciel Rouge Bar w Montrealu, mówi, że normalnie na dwóch piętrach miał około 800 osób, a teraz tylko 150 na jednym piętrze. Dodaje, ze klientom trudno jest pozostać w pozycji siedzącej. Do tej pory przychodzili, żeby potańczyć.

“Jeśli rząd będzie nam kazał funkcjonować w ten sposób przez dłuższy czas, obawiam się, że jesienią w Montrealu nie będzie już żadnego klubu”, stwierdza Boitard.