Linkner: „MÓJ PRZYJACIEL TRUP”

Podczas urlopu czy wakacji jest czas na swobodniejszą lekturę, która też pozwala odpocząć. Chociaż książka, która wpadła mi do ręki na to specjalnie nie pozwoliła, to okazała się tego warta. Gdyby nie spotkanie z Grażyną Patryn, zarządzającą jako kustosz Muzeum Regionalnym w Krokowej, którego siedziba w tamtejszym pałacu, do tej książki pewnie bym nie dotarł. Chociaż morze i plaża kusiły, blisko czterysta stron pochłonąłem w dwa dni. A ponieważ na zamku w Krokowej niegdyś bywałem, zostało mi nawet zdjęcie, jak to „koncertujemy” na cztery ręce z prof. Jerzym Sampem na fortepianie (vide „Pomerania” 2015, nr 5, s. 39). Ponadto autor tej ksiązki okazał mi się poprzez prof. Jana Ciechowicza tak bliski, że nie musiałem zapoznać się z tą książką.

Zresztą, nawet gdyby nie przydano jej podtytułu „Opowieść o śmierci Albrechta grafa von Krockow”, to jej główny tytuł „Mój przyjaciel trup” u każdego obecnie ganiającego za kryminałem i horrorem obudziłby zainteresowanie. I nic to, że ta „opowieść” ukazała się przed jedenastu laty, bo w roku 2009, jako pierwsza i jedyna Krzysztofa Nowickiego, który zmarł w 2013 roku.

Krzysztof Nowicki pochodził z Poznania, i jak czytamy w Wikipedii, był „prozaikiem, dramaturgiem, eseistą, znawcą Kaszub i Pomorza”. W latach 1991-1994 był dyrektorrem Tetaru Miejskiego w Gdyni. Ukończył na gdańskim Uniwersytecie teatrologię, a w roku 2005 obronił doktorat, poświęcony Helenie Modrzejewskiej w Ameryce, u prof. Jana Ciechowicza. Ponieważ Kaszuby były mu bliskie, więc znamy go jako autora „kaszubskiej triady”, w której mamy „Rozmowy z Mokwą”, „Rozmowy z księdzem Jastakiem” i „Rozmowy z Albrechtem grafem von Krockow”, a także „Bajki i baśnie puckie” oraz „Bajki i baśnie kościerskie”.

W roku 1997 Krzysztof Wójcicki opublikował wywiad-rzekę z Albrechtem grafem von Krockow, a kiedy tytułowy bohater w roku 2007 zmarł, po dwóch latach ukazała się o nim wspomniana „opowieść”, w której na wstępnej karcie czytamy, że ”tylko w postaci głównej bohatera można doszukać się podobieństwa do rzeczywistej osoby (…). Zdarzenia przez niego opowiedziane są zgodne z prawda historyczną”. Że natomiast  „Wszelkie analogie z pozostałymi osobami żyjącymi lub zmarłymi, które biorą udział w akcji bądź zostały przywołane we wspomnieniach bohatera, są tylko kwestią przypadkowej zbieżności, fabuła zaś pozostaje wytworem wyobraźni autora”, więc można to jak najbardziej zwać zbeletryzowana „opowieścią”, co okazuje się zarazem oryginalne, chociaż nie jedyne, bo przecież powieści nieraz z dokumentu korzystają.

Zanim jednak o tej książce cokolwiek powiemy, warto jeszcze wiedzieć, co autor powiedział o jej genezie:

„Żywot Albrechta grafa von Krockow wydał mi się z wielu względów niezwykły. Głównie dlatego, że wrócił do swego rodzinnego gniazda, a to nie wszystkim wygnanym było dane (…) Poznawałem przebogate dzieje jego rodu, wysłuchiwałem niekończących się opowieści o życiu w Prusach Zachodnich, na Pomorzu, w Krokowej. Ze stosów notatek, z wielu zapisanych uwag, z trwających przez wiele lat rozmów – powstała książka. Początkowo jej nie chciał. Nie wierzył, że można opisać to wszystko, bo tak było skomplikowane i zawiłe. Wreszcie zaczął ją czytać i poprawiać, aż w końcu uznał, że jest skończona. Ale postawił jeden warunek. Książkę będzie można wydać drukiem dopiero po jego pogrzebie. Trudność dodatkowo polegała na tym, że hrabia pragnął zostać pochowany w Krokowej, w swojej dawnej rodzinnej wsi, tam, gdzie się urodził, w błękitnym kraju, na szaro-zielonych, szmaragdowych Kaszubach”.

Czy tak się stało, to już inna sprawa, niemniej sam zamysł, kiedy to główną role gra zmarły, opowiadający podczas podróży na miejsce wiecznego spoczynku swoje i najbliższych dzieje oraz dzieje rodu Krockowów, jest jak najbardziej interesujący. Gdy bowiem Krzysztof Wójcicki dowie się o śmierci swego przyjaciela, Alberta grafa von Krockow, natychmiast wyjedzie do Niemiec, konkretnie do Föhren w okolicach Trewiru, by spełnić ostatnią wolę  zmarłego, który pragnął, aby pochowano go w rodzinnej Krokowej.

Ale ponieważ powrót do Heimatu w trumnie okazuje się nazbyt skomplikowany, więc zapada decyzja, by przewieźć zwłoki Alberchta jako najzwyklejszego pasażera osobowym autem. Gdyby zmarły milczał, nie byłoby książki, więc Wójcicki, który pod swoim nazwiskiem w tej „opowieści” występuje, prowadzi z nim podczas podróży wyimaginowaną rozmowę, pozwalając mu opowiadać nie tylko o sobie i rodzinie, ale także o dziejach rodu von Krockow.

I tak jadą z Trewiro przez Kolonię, Hanover, Berlin do Kołbaskowa, by potem przez Koszalin i Słupsk dotrzeć do Krokowej.

Ponieważ jest akurat Wielkanoc, kiedy to Chrystus Zmartwychwstał, więc ma to tym bardziej symboliczne znaczenie przede wszystkim dla zmarłego.

Wszystko byłoby dobrze i pogrzeb Albrechta von Krockow mógłby się wreszcie odbyć, gdyby wszyscy wyrazili na to zgodę. Ale ponieważ tak się nie dzieje, więc nie ma innej rady, jak powrócić do Niemiec. Tam zaś kremacja i znowuż podróż Wójcickiego, ale tym razem już z prochami przyjaciela, rozsypanymi z samolotu nad Krokową. Oczywiście tym razem to też literacka fikcja, bo ani przedtem, ani potem zwłoki i prochy Albrechta von Krockow takich podróży nie zaznały, a jego grób ostał się w Niemczech.

Można by więc powiedzieć, po co to wszystko, jeżeli tak nie było. Gdyby jednak nie zamysł podróży, „opowieść” o dziejach tego niemieckiego rodu, który swój Haimat znalazł na Kaszubach, byłaby tylko kroniką, której treść nie okazałaby się tak interesująca, a zajmowałoby się nią tylko niewielu szperających w zakurzonych archiwalnych zbiorach. Tak natomiast trafiła jako literacka „opowieść” pod strzechy i obudziła zainteresowanie wielu czytelników i dzisiaj niełatwo ją kupić, a jej cena jest zawrotna.

Że natomiast co raz można w niej spotkać interesujące kwestie, niechaj dowiedzie chociażby ta, jak to Albrecht von Krockow z żoną musieli pod koniec wojny uciekać przed Rosjanami z Gdańska samolotem, bo morzem okazało się to na szczęście niemożliwe.

Dlatego „na szczęście” , bo kiedy tylko żonie Albrechta udało się wejść na pokład okrętu, wiedziona kobiecą intuicją zrezygnowała z morskiej podróży i zeszła na ląd, a korweta, gdy tylko wypłynęła w morze, zatonęła trafiona rosyjską torpedą.

Albo ta opowieść o kręconym przed wojną w krokowskim pałacu i parku  filmie „Wiatr od morza” , kiedy to miłosny wątek Teresy i Rudolfa von Arffberga rzeczywiście się zdarzy w rodzinie von Krockow podczas okupacji, bowiem po śmierci Reinholda jego żona Maria Anna wyjdzie za mąż za brata Heinricha.

Interesujący okaże się też wątek Sydonii Bork, znanej nam z kaszubskiej powieści Aleksandra Majkowskiego „Życie i przygody Remusa”, która też miała swoje koneksje w rodzie von Krockow. Podobnie jak ten wątek kamerdynera, który zda się kojarzyć z filmem Kaszubach o tym samym tytule. Wszak kamerdyner pełniący w pałacu w Krokowej swoje obowiązki też był Kaszubą i doznał podobnych przeżyć jak ten z filmu. Zresztą babka Albrechta zginęła podobnie jak na filmie żona jego pana, zamęczona przez sowieckich żołnierzy.

Natomiast z kwestii literackich interesujący jest motyw wody kolońskiej, nie przypadkiem kupionej przed Albrechta w Kolonii, wywołującej podczas tej niesamowitej podróży do Krokowej swoim zapachem coraz to nowe wspomnienia. Na uwagę powinien też zasługiwać kilkakrotnie cytowany w tej „opowieści” wiersz Ernsta Moritza Arendta, mającego taką treść: „Gdzie Niemiec ma ojczyznę swą,/ Czy w Prusach, w Szwabii jego dom/ Czy tam, gdzie Ren i winny krzew?/  Nad Bałtykiem, gdzie tysiące mew?/ Ach nie, nie tam, nie tam, nie tam!/ Większej ojczyzny trzeba nam”, którego wymowa o Niemcach wiele mówi i dla ich pojęcia Heimatu wiele znaczy. Przy czym temu wierszowi zdają się odpowiadać podane we wstępie do „opowieści” Wójcickiego słowa Żeromskiego z „Wiatru od morza”, których nie można by się spodziewać, gdyby wnikliwie nie czytać tej powieści :

„Kto jest Niemiec z rodu i z mowy, a na polskiej czy tej kaszubskiej ziemi się zrodził, z nami pracuje i na kawałek chleba zarabia, kto z nami szczerze żyje i zdrady w sercu nie chowa, ten jest nasz brat najrodzeńszy, przyjaciel i kamrat wieczny. Nie żywimy do Niemców, naszych współrodaków i towarzyszów, zemsty ani odrazy”.

Wobec tego cytatu jakże idiotycznie płytkie okaże się to, co spotkało Albrechta von Krockow podczas jego pierwszych odwiedzin w roku 1984 rodzinnego pałacu w Krokowej. Wtenczas to lokalny milicjant go stamtąd przepędził, a sb poddało przesłuchaniu i nakazało natychmiast wyjechać do Niemiec, czemu wtenczas nawet nie zdziwiłaby się ta krowa, która w pałacowej oficynie ze spokojem lizała wapnem pokryte ściany. Coż jednak temu się dziwić, skoro taka była komunistyczna rzeczywistość, a PGR zajął pałac i doszczętnie go zrujnował. Zresztą i mnie wtenczas to spotkało, kiedy w czasach PRL-u nie pozwolono moim gościom z Niemiec jeść obiadów w internackiej stołówce. Ale to już historia i oby nigdy się nie powtórzyła.

Tak więc, chociażby dlatego „opowieść” Wójcickiego o Albrechcie von Krockow warto poznać.

Natomiast gdyby Żeromski jeszcze żył, to najpewniej o nim by w „Wietrze od morza” też napisał, nie przemilczając, dlaczego Albrecht graf von Krockow nie znalazł miejsca wiecznego spoczynku w swoim Heimacie, w swojej rodzinnej wsi. Ale to już inna sprawa, której jeszcze do końca nie wyjaśniono. Tak bowiem w rodzinie von Krockow podczas II wojny się zdarzyło, że jeden z braci był najpierw ułanem w polskim wojsku i walczył z Niemcami w kampanii wrześniowej, potem trafił do wermachtu, a na koniec nakazano mu być w ss. Zaś pozostali dwaj bracie byli w wermachcie, a tylko Albrecht nie walczył, bo dokonał takiego samookaleczenia, że nie nadawał się do wojska.

Obecnie Albrechtowi von Krockow zawdzięcza pałac i park w Krokowej swą świetność, nie mówiąc o Fundacji Europejskie Spotkania Kaszubskie, do której powstania też rękę przyłożył, dzięki czemu bywałem na organizowanych tam naukowych konferencjach.

Jeżeli więc na koniec trzeba by jeszcze coś powiedzieć, to jedynie cytując z tej „opowieści” słowa: „In Deo spera”, czyli w Bogu nadzieja!

Tadeusz Józef Linkner

S-no, 20 VIII 2020 r.