Ten mój test wytrzy­ma­ło­ści fizycz­nej i psy­chicz­nej zakoń­czył się pozy­tyw­nie. Na zawsze pozo­sta­nie we mnie duch tej wspa­nia­łej wypra­wy, któ­ra mnie uczy­ni­ła sil­niej­szym i bar­dziej pew­nym swo­ich sił i możliwości.

Było to w poło­wie 1984 roku. W mojej ulu­bio­nej kawia­ren­ce w Iqu­itos poja­wił się „Kogut Wal­ki” (Gal­lo Fino, poszu­ki­wacz zło­ta). Przy kil­ku kawach opo­wie­dział mi o zło­cie w rze­ce Can­ga­za w pro­win­cji Ama­zo­nas. Powie­dział mi też o słyn­nych wojow­ni­kach Indian Huam­bi­sa, któ­rzy w nie­daw­nej prze­szło­ści prak­ty­ko­wa­li zwy­czaj reduk­cji głów swo­ich wrogów.

Byłem pod takim wra­że­niem jego opo­wie­ści, że chcia­łem tam poje­chać, aby odkryć tę tajem­ni­czą część Peru poło­żo­ną w górach Kon­do­ra. Miej­sce to znaj­do­wa­ło się przy gra­ni­cy daw­nej stre­fy wojen­nej z Ekwa­do­rem w chro­nio­nym indiań­skim rezer­wa­cie San­tia­go Coma­ina. Potrze­bo­wa­łem woj­sko­wej prze­pust­ki pod­pi­sa­nej przez gene­ra­ła armii, któ­ry był naj­wyż­szym dowód­cą całe­go regio­nu Ama­zo­nii. Za pierw­szym podej­ściem gene­rał odmó­wił, ale dwa mie­sią­ce póź­niej zło­ży­łem wnio­sek ponow­nie i dosta­łem prze­pust­kę dla sie­bie i dwóch pomocników.

To mia­ła być trwa­ją­ca mie­siąc  nie­bez­piecz­na podróż i musia­łem ją dokład­nie zapla­no­wać. Musie­li­śmy prze­le­cieć 300 km wodo­lo­tem woj­sko­wym z Iqu­itos do pla­ców­ki woj­sko­wej Tenien­te Pin­glo poło­żo­nej na skrzy­żo­wa­niu rzek Maran­hon i Santiago.

Stam­tąd łodzią peke-peke po rze­ce San­tia­go do wio­ski La Posa, gdzie mie­li­śmy zatrud­nić prze­wod­ni­ka mówią­ce­go po hisz­pań­sku i w języ­ku Huambisa.

Stam­tąd pły­nę­li­śmy rze­ką San­tia­go do rze­ki Ayam­bis, gdzie moż­na było wyna­jąć prze­woź­ni­ków baga­żo­wych z lokal­ne­go ple­mie­nia, aby pie­szo przejść przez góry Condora.

Rze­ka Ayam­bis mia­ła dwa głów­ne wodo­spa­dy, nie­do­stęp­ne dla łodzi. Po prze­kro­cze­niu gór trze­ba było pły­nąć kaja­ka­mi Ayam­bis do mniej­szej rze­ki Can­ga­za. Według Fine Rooster mia­ło tam być złoto.

Zaczą­łem kupo­wać pro­wiant na wypra­wę: duże pudło z nabo­ja­mi do dubel­tów­ki, kolo­ro­we szkla­ne kora­li­ki i małe luster­ka jako pre­zen­ty dla kobiet, pla­sti­ko­we lal­ki i szor­ty dla dzie­ci, bate­rie typu C do latarek.

Zabie­ra­łem sól, pieprz i tro­chę kon­serw mię­snych i kil­ka­na­ście tore­bek suszo­nej i zmiaż­dżo­nej juki do żucia po dro­dze. Mia­łem jubi­ler­ską wagę do waże­nia zło­ta. Wzią­łem też z ban­ku dodat­ko­we pie­nią­dze w posta­ci małych drob­nych na opła­ce­nie pro­wi­zji po drodze.

Zabra­łem kara­bin .22LR i 9‑milimetrowy pisto­let Wal­ther PPK.

Ofi­cjal­nie plan tej wypra­wy pole­gał na zna­le­zie­niu zło­ta, ale mia­łem ukry­ty cel, chcia­łem spraw­dzić swo­ją wytrzy­ma­łość fizycz­ną i psy­chicz­ną. Zdał­bym ten test, gdy­bym bez­piecz­nie wró­cił do Iqu­itos. Mia­ła to być wyciecz­ka do miej­sca, w któ­rym bia­ły czło­wiek nigdy wcze­śniej nie posta­wił sto­py. Już pod­ją­łem decy­zję, aby wró­cić z Peru na sta­łe do Kana­dy i ta dłu­ga wypra­wa to było moje poże­gna­nie z uko­cha­ną Amazonią.

Naresz­cie odle­cie­li­śmy woj­sko­wym wodo­lo­tem rano z por­tu na rze­ce Nanay w Iqu­itos. Samo­lot nie miał drzwi, a więc wewnątrz mie­li­śmy świe­ży wia­te­rek. W poło­wie dro­gi samo­lot wylą­do­wał na jakiejś wart­kiej rze­ce, aby zosta­wić kil­ku pasa­że­rów. Podzi­wia­łem zdol­no­ści pilo­ta jak spryt­nie wal­czył siłą sil­ni­ków pod prąd wart­kiej rze­ki. Tyl­ko on nas zabez­pie­czał przed zde­rze­niem wodo­lo­tu ze ska­ła­mi na brze­gu. Za godzi­nę wylą­do­wa­li­śmy na rze­ce San­tia­go przy gar­ni­zo­nie Tenien­te Pin­glo, ulo­ko­wa­nym wyso­ko na skarpie.

Na środ­ku rze­ki pra­co­wa­ło wie­le mło­dych żoł­nie­rzy, duży­mi, płyt­ki­mi tale­rza­mi wypłu­ki­wa­li grud­ki zło­ta z pia­sku dla komen­dan­ta garnizonu.

Wspię­li­śmy się na skar­pę, aby mu poka­zać nasze prze­pust­ki. Przy głów­nej bra­mie na ław­ce sie­dzia­ły dwie kolo­ro­wo ubra­ne mło­de kobie­ty. Komen­dant przy­jął nas bar­dzo przy­jaź­nie i zapro­sił na kola­cję i spę­dze­nie nocy w gar­ni­zo­nie. Mało miał wizyt i był cie­kaw nas i celu naszej podró­ży. Był pod wra­że­niem naszej wizy­ty, bo pra­wie niko­mu się nie uda­ło dostać woj­sko­wej przepustki.

Przy kola­cji powie­dział nam, że każ­da z tych kobiet przy wej­ściu obsłu­ży­ła zeszłej nocy po sto żoł­nie­rzy. Były to wędru­ją­ce pro­sty­tut­ki z dale­kiej Limy. Kie­dy zdzi­wi­łem się  licz­bą obsłu­żo­nych żoł­nie­rzy, komen­dant wyja­śnił, że mło­dzi żoł­nie­rze koń­czy­li sto­su­nek na sam widok gołej kobie­ty, a więc one dużo się tam nie napracowały.

Następ­ne­go dnia w połu­dnie wyru­szy­li­śmy łodzią z moto­rem peke-peke do La Posa, w górę rze­ki San­tia­go. To był mały motor, a więc jecha­li­śmy cały dzień, aby doje­chać wieczorem.

Szyb­ko odszu­ka­li­śmy pana Men­dez, któ­ry był bra­tem kie­row­nicz­ki mojej restau­ra­cji „Gran Malo­ka” w Iqu­itos. Pan Men­dez przy­wi­tał nas gościn­nie samo­go­nem z trzci­ny cukro­wej i skrę­tem z czar­ne­go tyto­niu z dżungli.

Roz­ma­wia­li­śmy na sto­ją­co na brze­gu rze­ki San­tia­go przy świe­tle księ­ży­ca. Pan Men­dez, któ­ry uro­dził się Hisz­pa­nem miał 75 lat i 75-cio­ro dzie­ci. Zapy­ta­łem go o dzie­ci na co odpo­wie­dział, że tyl­ko dał im życie, ale nie miał nad nimi kon­tro­li. W każ­de dziec­ko wszedł inny duch. Nie­któ­re wyje­cha­ły do Limy i zosta­ły leka­rza­mi i praw­ni­ka­mi a inne były szczę­śli­we gania­jąc nago po dżun­gli. Filo­zo­ficz­nie i prak­tycz­nie potwier­dził, że to duch wybie­ra cia­ło a nie rodzi­ce dziecka.

Rano pozna­li­śmy jego syna Roger, któ­ry miał jechać z nami jako prze­wod­nik i tłu­macz indiań­skich dia­lek­tów. Roger miał 30 lat i ocho­czo się zgo­dził na taki kon­trakt. Nie miał żad­nej innej ofer­ty pra­cy w La Posa.

Podzi­wia­łem leni­stwo lokal­nych psów, któ­re spa­ły na zie­mi i moż­na było nad nimi cho­dzić, bo nawet się nie budzi­ły na nasz widok. Roger wyja­śnił, że to były łow­cze psy, któ­re w dzień śpią, aby się oży­wić w nocy. Potra­fią całą gro­ma­dą ata­ko­wać wście­kłe­go tygry­sa, mimo tego, że tygrys zdo­ła roz­szar­pać nie­któ­re z nich na strzę­py. Pod­czas ata­ku tygrys bro­ni się okrop­nym smro­dem jak skunks co nie hamu­je ata­ku tych psów. Zwie­rza­ki w dżun­gli też śpią w cią­gu dnia, szu­ka­ją jedze­nia po nocach. Po tej roz­mo­wie nabra­łem sza­cun­ku do tych niby leni­wych „brzyd­kich” psów.

Po zaku­pie świe­żych owo­ców: bana­nów, poma­rań­czy, man­go i korze­ni kas­sa­wy oraz więk­szej ilo­ści ben­zy­ny dalej ruszy­li­śmy w dro­gę łodzią z moto­rem peke-peke. To jest motor Briggs & Strat­ton któ­ry ma cha­rak­te­ry­stycz­ny dźwięk czte­ro-tak­to­we­go sil­ni­ka pek-pek,pek-pek. Tani i nie­za­wod­ny. Tak­że łatwy do repe­ra­cji co jest waż­ne dla ubo­gich warsz­ta­tów w dżungli.

Jecha­li­śmy powo­li pod prąd rze­ki. Kie­dy mija­li­śmy cza­sem Indian na brze­gach, Roger do nich krzy­czał: „Zaproś mnie na kas­sa­wę” co jest tam tra­dy­cyj­nym pozdrowieniem.

Cza­sem mija­li­śmy wio­ski liczą­ce 20 do 40 opusz­czo­nych domów. Roger powie­dział, że Indian wybi­ła gry­pa. Poin­stru­ował mnie abym nigdy nie kasłał przy tubyl­cach, bo tak się boją gry­py, że bez sło­wa zabi­ją mnie z dubel­tów­ki. Tam­tej­si India­nie nie mają żad­nej odpor­no­ści na wiru­sa grypy.

Po kil­ku godzi­nach jaz­dy dotar­li­śmy do dorze­cza Ayam­bis i wkrót­ce po zakrę­cie ujrze­li­śmy wio­skę Indian ulo­ko­wa­ną na przed­mu­rzu gór (Cor­dil­le­ra de Con­dor) Kon­do­ra. Tutaj mie­li­śmy zosta­wić naszą łódź, prze­no­co­wać i ran­kiem na pie­szo przejść przez góry, aby omi­nąć duże wodo­spa­dy na rze­ce Ayambis.

W tej wio­sce usia­dłem na ław­ce pod dachem z liści pal­mo­wych, a po dru­giej stro­nie kle­pi­ska patrząc na mnie poja­wi­ło się wie­lu Indian, kobiet i dzie­ci. Patrzy­li na mnie, a ja nie byłem pew­ny czy przy­jaź­nie, czy wro­go. Aby prze­rwać to mil­cze­nie z ple­ca­ka wyją­łem pla­sty­ko­we lalecz­ki poło­ży­łem je na ław­ce obok sie­bie. Pode­szły dzie­ci i je sobie z uśmie­chem wzię­ły. Następ­nie poło­ży­łem na ław­ce kolo­ro­we pacior­ki na bran­so­let­ki i luster­ka. Pode­szły kobie­ty i je sobie z uśmie­chem wzię­ły. Następ­nie popro­si­łem Roge­ra, aby prze­mó­wił do Indian w ich języ­ku, wyja­śnił, że idzie­my do rze­ki Can­ga­za, aby kupić zło­to i potrze­bu­je­my noc­leg i tra­ga­rzy na przej­ście przez góry. Szyb­ko się zgo­dzi­li, zapła­tą było kil­ka­na­ście naboi do dubel­tów­ki. Każ­dy nabój dla cel­ne­go India­ni­na to dzi­ka kro­wa sacha­ba­ca, czy­li 40 kg dobre­go mię­sa.  Dosta­li­śmy miej­sce do spa­nia na pod­ło­dze jed­ne­go z domo­wisk ulo­ko­wa­ne­go na palach. India­nie zapro­si­li nas na mecz pił­ki noż­nej z cze­go sko­rzy­stał Roger. Ja wola­łem odpocząć.

Wie­czo­rem w wio­sce zebra­li się wszy­scy ludzie i powsta­ła wiel­ce gło­śna wrza­wa. Oba­wia­łem się, że to z powo­dy naszej wizy­ty, ale oka­za­ło się że star­szy­zna wypę­dza­ła dwo­je mło­dych Indian, któ­rzy wyje­cha­li do mia­sta na parę lat i wró­ci­li z men­tal­no­ścią jak jaj­ko, któ­re jest mądrzej­sze od kury. Obra­zi­ło to star­szy­znę wio­ski i gło­so­wa­nie ogól­ne spo­wo­do­wa­ło, że ci dwaj zosta­li wypę­dze­ni na zawsze.

Wcze­snym ran­kiem poka­za­li się nasi tra­ga­rze, było ich kil­ku wię­cej, aby tak­że prze­nieść przez góry zbior­ni­ki ben­zy­ny do obo­zo­wi­ska nur­ków, poszu­ki­wa­czy zło­ta, na napęd do ich motoru.

Wyru­szy­li­śmy z tra­ga­rza­mi wcze­snym ran­kiem w góry. Szli­śmy na prze­łaj dżun­gli, bo tam nie było żad­nej ścież­ki. Było nas kil­ku­na­stu męż­czyzn i szła z nami jed­na kobie­ta z dużym garn­kiem na sznur­ku, w któ­rym było masato.

Masa­to powsta­je z suro­wej yuki prze­żu­tej ze śli­ną. Potem się doda­je tro­chę wody i bak­te­rie ze śli­ny szyb­ko fer­men­tu­ją ten napój przy wyż­szej tem­pe­ra­tu­rze w tro­pi­ku, aby zawie­rał parę pro­cent alko­ho­lu. Jest to napój zarów­no orzeź­wia­ją­cy ja i odżywczy.

India­nie trzy­ma­li mnie w środ­ku naszej linii abym nie został w tyle, gdzie mógł­by mnie zaata­ko­wać tygrys oto­ron­go lub czar­na puma.

Przez pół dnia tra­sa mar­szu wzno­si­ła się powo­li, ale potem podej­ście było bar­dziej stro­me, aż na koniec trze­ba było się wspi­nać 5 metrów na gra­ni­to­we, pio­no­we skały.

India­nie z masa­to szli jak saren­ki a ja, wie­lo­let­ni palacz papie­ro­sów szyb­ko się męczy­łem. Przy­po­mnia­łem sobie kie­dy w har­cer­stwie dru­ży­no­wi kaza­li nam masze­ro­wać  po 20 kilo­me­trów w nocy z peł­nym ple­ca­kiem i kocem i powsta­wa­ły pie­ką­ce bąble na sto­pach od zatar­cia. Nauczy­łem się wte­dy spać w cza­sie ryt­micz­ne­go mar­szu. Takie mar­sze budu­ją fizycz­ną i psy­chicz­ną wytrzy­ma­łość. A w tym mar­szu przez góry Con­dor musia­łem kon­ku­ro­wać z India­na­mi w bar­dzo dobrej kon­dy­cji. Oni szli jak saren­ki. A mnie na koniec ze zmę­cze­nia poja­wi­ła się pia­na na ustach i zaczę­ły halucynacje.

Tak, halu­cy­na­cje ze zmę­cze­nia, kie­dy to czło­wiek idzie jak auto­mat pod górę i przez chasz­cze i myśli że jest w Pol­sce. Ale wytrwa­łem wspi­nacz­kę do samej góry i nie zosta­wi­łem mego kara­bi­nu po dro­dze, bo „tego się nigdy nie robi”. Było o wie­le łatwiej iść w dół, z powro­tem do rze­ki Ayam­bis. Moż­na było  bro­dzić kory­tem rzeki.

Szedł z nami sta­ry Fran­ci­sco wygna­ny z wio­ski La Posa za to, że spał ze swo­ją cór­ką. Cza­sem poda­wa­łem mu mój kij, aby mu pomóc iść po pod prąd rze­ki. Wte­dy India­nie krzy­cze­li: zostaw go, niech zdech­nie. Sta­ry Fran­ci­sco powie­dział mi, że i tak już  nie da rady nigdy wró­cić przez te góry do swo­jej wioski.

Po dro­dze tra­fi­li­śmy na obo­zo­wi­sko dwóch Peru­wiań­czy­ków z Limy, któ­rzy nur­ko­wa­li na dno rze­ki aby pom­po­wać pia­sek z dna na tar­kę umiesz­czo­ną na tra­twie. Na dnie rze­ki oddy­cha­li powie­trzem pom­po­wa­ny przez pla­sty­ko­wą rur­kę. Pom­pa powie­trza napę­dza­na przez motor peke-peke dawa­ła im odpo­wied­nie ciśnie­nie powie­trza zaś pom­pa wod­na ssa­ła pia­sek z dnia rze­ki na tar­kę. Cięż­sze grud­ki zło­ta zosta­wa­ły w zagłę­bie­niach tar­ki, moż­na je było wybrać pal­ca­mi. Do tej wła­śnie tra­twy potrzeb­na im była ben­zy­na, któ­rą przez góry przy­nie­śli z nami tragarze.

Była to żmud­na i cięż­ka pra­ca z ryzy­kiem reu­ma­ty­zmu przez nur­ko­wa­nie w zim­nej wodzie. W ich obo­zo­wi­sku było mało jedze­nia. W nocy zabez­pie­cza­li się przed nie­to­pe­rza­mi, któ­re bez­bo­le­śnie piły krew w cza­sie snu, jed­no­cze­śnie dając ludziom zaraz­ki wścieklizny.

Bro­dząc dalej w rze­ce, cza­sem nawet po szy­ję, dotar­li­śmy do domo­wi­ska Indian, gdzie mogli­śmy prze­spać jed­ną noc i poży­czyć czół­na na dal­szą podróż. W tym domo­wi­sku była zapła­ka­na cho­ra dziew­czyn­ka. Jej mat­ka padła przede mną na kola­na i bła­ga­ła, abym jej cór­ce dał jakiś zastrzyk, aby wyzdro­wia­ła. A ja żad­nych zastrzy­ków ze sobą nie mia­łem. Jej mat­ka była prze­ra­żo­na, że cór­ka umrze z powo­du gry­py. Dałem jej pastyl­ki Tyle­no­lu i po jed­nej takiej naresz­cie cór­ka spo­koj­nie zasnę­ła. Bab­cia cór­ki z kolei mia­ła ręce aż po ple­cy znisz­czo­ne cho­ro­bą skór­ną sar­na. Pole­ci­łem okła­dy z pul­py owo­cu papa­ja, bo ten owoc ma w sobie dużo papa­iny. Ale dla tam­tej­szych Indian papa­ja to wiel­ka obra­za, nawet by nie dali tego owo­cu swo­im psom. Kie­dy odjeż­dża­li­śmy jej krzyk było sły­chać przez kilo­metr tak nas przeklinała.

Przez pół dnia dotar­li­śmy do następ­ne­go domo­wi­ska Indian, gdzie za dwa nabo­je do dubel­tów­ki zabi­to kurę i zro­bio­no nam wybor­ny rosół. Mnie poda­no pierw­szą miskę, bo byłem „płat­nym pasa­że­rem”, ale posta­wi­łem ją przed gospo­da­rzem domu, co spo­tka­ło się z uzna­niem. Kie­dy chcia­łem rzu­cić kil­ka kości psom Roger mnie zła­pał za rękę, bo dobry gość zosta­wi dużo mię­sa na kościach, a te kości na tale­rzu na cze­ka­ją­ce kobie­ty i dzieci.

Jecha­li­śmy dalej łodzia­mi pod prąd. Przy dorze­czu małej rzecz­ki spo­tka­li­śmy gru­pę Indian, któ­rzy łowi­li ryby sokiem z lia­ny kura­rą. Przy uję­ciu rze­ki budo­wa­li krat­kę z paty­ków, aby zatrzy­mać śnię­te ryby i wpusz­cza­li sok z lia­ny kura­ry kilo­metr wyżej. Wyła­py­wa­li śnię­te ryby i wrzu­ca­li je do czół­na, mie­li ich wie­le. Ryby są bar­dzo czu­łe na małą kon­cen­tra­cję kura­ry w wodzie, co jest nie­groź­ne dla ludzi.

Pły­nę­li­śmy dalej. W pew­nym momen­cie, kie­dy prze­jeż­dża­li­śmy obok okrą­głe­go sta­wu przy brze­gu rze­ki, wszy­scy zamil­kli jak­by byli prze­stra­sze­ni. Kil­ka lat temu wiel­ka ana­kon­da połknę­ła w tym miej­scu dwóch żoł­nie­rzy. Armia ścią­gnę­ła tu inży­nie­ra gór­ni­ka, któ­ry zasta­wił pułap­kę z dużą ilo­ścią dyna­mi­tu. Kie­dy się poka­za­ła ana­kon­da od wybu­chu powstał duży lej, któ­ry się napeł­nił wodą. Od tego cza­su to miej­sce prze­pły­wa się w mil­cze­niu w pamię­ci tych dwóch żoł­nie­rzy i ze stra­chu że ta ana­kon­da zosta­wi­ła tam swo­je potomstwo.

Ze dwie godzi­ny dalej pięk­ną kolo­ro­wą tęczą przy­wi­ta­ło nas dorze­cze Can­ga­za, gdzie przez pewien czas pły­nę­li­śmy czół­na­mi. Ale dalej trze­ba było zosta­wić czół­na i iść brze­ga­mi rze­ki, bo było za płyt­ko i na jej dnie było za dużo kamieni.

W pew­nym momen­cie idąc brze­giem rze­ki mało nie stąp­ną­łem na małe­go jado­wi­te­go kolo­ro­we­go węża naca-naca (desert coral sna­ke), któ­ry się wyle­gi­wał na słoń­cu.  Wal­ną­łem go szyb­ko swo­im kijem i uciekł. Ten wąż ma jad, któ­ry powo­li zabi­ja. Mia­łem wiel­kie szczę­ście, że go spłoszyłem.

Po godzi­nie dotar­li­śmy do kolej­ne­go domo­wi­ska Indian, to był koniec naszej dro­gi. Pan domu wycią­gnął z rze­ki bia­łe­go kaj­ma­na i macze­tą odciął mu ogon. Pie­kli­śmy ten ogon we wła­snej skó­rze na ogni­sku przez prze­szło dwie godzi­ny. Naja­dła się nim cała indiań­ska rodzi­na i my też, jego mię­so było deli­kat­ne jak mię­so homara.

Kie­dy wró­ci­łem do Iqu­itos to zapro­jek­to­wa­łem danie z ogo­na kaj­ma­na w mojej restau­ra­cji Gran Malo­ka i to danie oka­za­ło się naj­bar­dziej popu­lar­ne wśród tury­stów: ogon krokodyla.

Po kola­cji pili­śmy masa­to i zaczął się han­del zło­tem. W tym domo­wi­sku India­nin miał 4 żony i każ­da mia­ła grud­ko­we zło­to wypłu­ka­ne z rze­ki Cangaza.

Na pod­ło­dze domo­wi­ska robi­ło się coraz gwar­niej bo czte­ry żony gospo­da­rza sta­le poda­wa­ły misecz­ki sfer­men­to­wa­ne­go masato.

Roger dał znać że nad­szedł czas aby kupo­wać zło­to. A więc wyją­łem jubi­ler­ską wagę z ple­ca­ka i uważ­nie usta­wi­łem ją na pod­ło­dze przed sobą. Waży­łem grud­ki zło­ta i pła­ci­łem po cenie ban­ku w La Posa. Trze­ba było za każ­dym razem dać taką samą ilość bank­no­tów bo India­nie nie potra­fi­li czy­tać deno­mi­na­cji i tyl­ko wzro­ko­wo porów­ny­wa­li ster­ty papieru.

W ten spo­sób kupi­łem 10 uncji, czy­li pra­wie 300 gram rzecz­ne­go zło­ta. Czte­ry żony cały czas poda­wa­ły misecz­ki masa­to, każ­da z nich z powo­du innych bak­te­rii w śli­nie mia­ła inny smak. Już mia­łem tego masa­to dość i Roger mi powie­dział abym wypił jed­ną z misecz­kę do dna i oddał odwró­co­ną do góry noga­mi. To pomo­gło i nie byłem wię­cej zmu­sza­ny do picia tego napoju.

Następ­nie na kocu na pod­ło­dze wyło­ży­łem wszyst­kie towa­ry jakie mia­łem; nabo­je do dubel­tów­ki, bate­rie do latar­ki, kolo­ro­we pacior­ki, luster­ka, szor­ty i koszul­ki dla dzie­ci, etc. To wyraź­nie zain­te­re­so­wa­ło gospo­da­rza domo­wi­ska i jego żony.  Pyta­li o ceny. A ceny mia­łem z dobrym zyskiem na pokry­cie kosz­tów podró­ży, tra­ga­rzy i kup­na towa­rów w Iqu­itos. A więc odzy­ska­łem wszyst­kie pie­nią­dze, któ­re zapła­ci­łem za zło­to. Oko­ło 5000 ame­ry­kań­skich dolarów.

Robi­ło się póź­no, wszy­scy zmę­cze­ni han­dlem i opil­stwem masa­to poło­ży­li się spać na pod­ło­dze. A ja musia­łem zro­bić siu­siu i nie bar­dzo wie­dzia­łem gdzie i jak. A to dla­te­go że w nocy wokół domo­wi­ska na palach krą­ży­ły głod­ne jagu­ary. Cza­sem było widać odci­śnię­te w pia­sku śla­dy ich łap. Z pisto­le­tem w jed­nej dło­ni i latar­ką w dru­giej ostroż­nie zsze­dłem po dra­bin­ce na zie­mię i odda­li­łem się kil­ka metrów od domu. Krę­cąc się w pra­wo i w lewo ska­no­wa­łem teren, aby spraw­dzić czy nie było tam cza­ją­ce­go się jagu­ara. Mia­łem obie ręce zaję­te ale wło­ży­łem latar­kę pod pachę i jakoś sobie dałem radę. Była to wiel­ka ulga.

Morał taki że trze­ba mieć moc­ny pęcherz jak się han­dlu­je złotem.

Następ­ne­go dnia kie­dy zakła­da­łem mokre spodnie, któ­re wisia­ły na koł­ku na ścia­nie poczu­łem bole­sne ukłu­cie nad lewym kola­nem i szyb­ko zrzu­ci­łem spodnie na pod­ło­gę. Wypadł z nich czar­ny skor­pion. Zer­k­nę­łom na mego prze­wod­ni­ka, Roger wyglą­dał zmar­twio­ny. Powie­dział że nie będę mógł bro­dzić w rze­ce z powo­du tego uką­sze­nia. Jego strach udzie­lił się moim nogom i nagle runą­łem na pod­ło­gę. Byłem zdzi­wio­ny że moja gło­wa stra­chu nie czu­ła, ale nogi odmó­wi­ły posłu­szeń­stwa tak jak­by mia­ły swój rozum.

W kie­sze­ni koszu­li zawsze nosi­łem zestaw pomo­cy na uką­sze­nie węża czy skor­pio­na i myśla­łem czy ciąć tę ran­kę na krzyż i wysy­sać jad pla­sty­ko­wym pół­ko­lem czy nie. Ponie­waż szyb­ko zrzu­ci­łem spodnie na pod­ło­gę, skor­pion użą­dlił mnie tyl­ko powierz­chow­nie, ból szyb­ko ustał i mogli­śmy spo­koj­nie dojść rze­ką do naszych czółen.

Kie­dy odpły­wa­li­śmy z rze­ki Cana­ga­za nagle mimo bez­chmur­ne­go nie­ba spa­dły na nas duże, cie­płe kro­ple wody, tak jak­by rze­ka Cana­ga­za, któ­ra nas wita­ła pięk­ną tęczą teraz żegna­ła nas pła­czem. Pły­nę­li­śmy teraz o wie­le szyb­ciej z prą­dem rzeki.

W jed­nym miej­scu na brze­gu rze­ki przy swo­im domo­wi­sku sta­ły czte­ry smut­ne mło­de kobie­ty. Jagu­ar zabił ich męża. Żało­śnie patrzy­ły na nas, mężczyzn.

Minę­li­śmy gru­pę Indian płu­czą­cych zło­to z pia­sku nur­tem rze­ki. Usta­wi­li w rze­ce spróch­nia­ły i wyżło­bio­ny od wewnątrz pień drze­wa na skrzy­żo­wa­nych X palach i rzu­ca­li na nie­go pia­sek, któ­ry wart­ka woda zmy­wa­ła, a cięż­kie grud­ki zło­ta wybie­ra­li z zaka­mar­ków próch­na. Cięż­ka to pra­ca i uciąż­li­wa, ale dawa­ła pew­nie zysk.

Po dro­dze sta­nę­li­śmy na noc­leg tyl­ko w jed­nym domo­wi­sku, gdzie mimo chło­du z powo­du desz­czu na zewnątrz leżał India­nin, któ­ry posta­no­wił umrzeć, bo stra­cił radość  życia.

Byłem tym bar­dzo poru­szo­ny, poda­łem mu miskę gorą­ce­go roso­łu, ale odmó­wił i zrzu­cił z sie­bie koc, któ­rym go nakry­łem. Roger powie­dział, że nie moż­na mu prze­szka­dzać, bo takie było jego posta­no­wie­nie i trze­ba było usza­no­wać jego wolę. Od tej pory tak zawsze sza­nu­ję posta­no­wie­nia ludzi.

W poło­wie dro­gi przez góry zabra­kło nam jedze­nia i bar­dzo osła­błem, do tego stop­nia, że usia­dłem na zie­mi i nawet nie mia­łem siły na pod­nie­sie­nie gło­wy. Tak zobo­jęt­nia­łem że nie bałem się śmier­ci, byłem gotów tam umrzeć.

Nagle zoba­czy­łem przed sobą dłoń mego prze­wod­ni­ka, na któ­rej wił się duży tłu­sty pędrak. Roz­ciął jego brzuch paznok­ciem, wyci­snął  z wnę­trza brą­zo­wy płyn i wsa­dził mi tego roba­la w usta. Wyssa­łem z nie­go cały tłuszcz, sma­ko­wał, jak masło bez soli. Sól też się nam skoń­czy­ła kil­ka dni wcześniej.

Każ­dy z tych roba­li zwa­nych „suri” dał mi ener­gię na dwie godzi­ny mar­szu. Roger też mi przy­niósł duże mrów­ki „curvin­ce”, któ­re wybie­rał z ich gniazd w zie­mi. Wkła­da­łem je żywe do ust i gry­złem zęba­mi. Dzię­ki temu prze­sze­dłem przez góry.

Na dole gór napo­tka­li­śmy domo­wi­sko, gdzie gospo­darz miał goto­wą cie­płą zupę na pie­cu, a jego nie było bo pra­co­wał na polu. Zje­dli­śmy mu tę zupę, któ­ra bar­dzo mi sma­ko­wa­ła bo mia­ła sól. Zapa­mię­ta­łem wybor­ny smak tej zupy na całe życie.

W dro­dze powrot­nej moto­rów­ką z moc­nym sil­ni­kiem prze­pły­nę­li­śmy nie­bez­piecz­ną cie­śni­nę Man­se­ri­che rze­ki Maran­hon. Ta wiel­ka rze­ka zwę­ża się mię­dzy góra­mi, co powo­du­je że w takim wąwo­zie woda pły­nie o wie­le szyb­ciej i jest to nie­bez­piecz­ne dla łodzi z małym moto­rem. Bez­piecz­nie doje­cha­li­śmy do miej­sco­wo­ści Sara­mi­ri­za, gdzie uda­ło nam się kupić miej­sca w pasa­żer­skim samo­lo­cie do Iquitos.

Wypra­wa trwa­ła 6 tygo­dni, dwa tygo­dnie dłu­żej niż pla­no­wa­łem. Moja żona już mnie opła­ki­wa­ła, jak wdo­wa. Cza­sem „Kogut Wal­ki” poja­wiał się w mojej ulu­bio­nej Cafe Express i prze­ka­zy­wał mi pozdro­wie­nia od Indian Huam­bi­sa, któ­rych pozna­łem. Zawsze pyta­li, kie­dy wrócę.

Ten mój test wytrzy­ma­ło­ści fizycz­nej i psy­chicz­nej zakoń­czył się pozy­tyw­nie. Na zawsze pozo­sta­nie we mnie duch tej wspa­nia­łej wypra­wy, któ­ra mnie uczy­ni­ła sil­niej­szym i bar­dziej pew­nym swo­ich sił i możliwości.

Kie­dy były pre­zy­dent USA Ted­dy Roosvelt odkry­wał nowe tere­ny Ama­zo­nii to jest boha­te­rem,  ja tym­cza­sem jestem za to uzna­ny przez pol­sko­ję­zycz­ne media awan­tur­ni­kiem. Punkt widze­nia zale­ży więc od miej­sca sie­dze­nia. Wro­gość moich adwer­sa­rzy też jest dla mnie zwycięstwem.

Zawsze od nich ocze­ki­wa­łem samych podłości.

Wie­le lat póź­niej, w 2005 roku kana­dyj­ska fir­ma Afro­di­ta z Van­co­uver uzy­ska­ła nie­zgod­ne z pra­wem rezer­wa­tu pozwo­le­nie na kopal­nię zło­ta w oko­li­cy rze­ki Can­ga­za. Znacz­nie zanie­czy­ści­li kil­ka rzek i wycię­li dużo lasu. India­nie się zor­ga­ni­zo­wa­li i stwo­rzy­li lokal­ny rząd, któ­ry dał cen­tral­ne­mu rzą­do­wi w Limie ulti­ma­tum: albo ska­su­ją pozwo­le­nie na kopal­nię zło­ta lub oni ich przepędzą.

Mie­li uzbro­jo­ną gru­pę 150 bojow­ni­ków. Przez kil­ka lat był to naj­ostrzej­szy kon­flikt w Peru.

W 2010 roku pre­mier Javier Vela­squ­ez Quesqu­en  ska­so­wał to nie­zgod­ne z pra­wem pozwo­le­nie i tym samym uznał lokal­ny rząd Indian. Huam­bi­sa sku­tecz­nie obro­ni­li się przed inwazją.

Nie ma koń­ca, jest tyl­ko początek.

Sta­ni­sław Tymiński