Sło­necz­na pla­ża, zło­te pia­ski i morze tur­ku­so­wo – szma­rag­do­we dawa­ły moim dzie­ciom wie­le rado­ści, a nam spo­ro wypo­czyn­ku. Od począt­ku jed­nak poby­tu w Buł­ga­rii, mię­dzy War­ną a Bur­gas, nur­to­wa­ła mnie myśl, by udać się do Tur­cji i zoba­czyć pol­ską osa­dę. Był rok 1974. Zała­twiw­szy for­mal­no­ści, prze­kro­czy­li­śmy gra­ni­cę buł­gar­sko – turec­ką. Dotar­li­śmy do Istam­bu­łu, mia­sta nie­zwy­kle ruchli­we­go i hała­śli­we­go, peł­ne­go bogac­twa, a rów­no­cze­śnie nędzy.
Prze­mie­rza­li­śmy jego uli­ce i zauł­ki, zwie­dza­li­śmy i przy­glą­da­li tym, któ­rzy robi­li zaku­py. Tej czyn­no­ści towa­rzy­szył cały cere­mo­niał. Sprze­daw­cy i prze­chod­nie, zorien­to­waw­szy się, że jeste­śmy Pola­ka­mi, wpa­dli w eufo­rię. Woła­li: Gado­cha {Robert} , Dey­na {Kazi­mierz}, Lato {Grze­gorz}. Skąd ten entu­zjazm i te nazwi­ska? Było to po meczu na Wembley {17 .10. 1973 roku}, kie­dy Pol­ska dru­ży­na awan­so­wa­ła do tur­nie­ju fina­ło­we­go mistrzostw świa­ta. Zosta­li­śmy więc przy­jaź­nie powi­ta­ni i przyjęci.
Opu­ściw­szy mia­sto, prze­je­cha­li­śmy przez most nad Bos­fo­rem łączą­cy Euro­pę z Azją. Odda­ny do użyt­ku w 1973 roku posia­da 1560 m. Nie­co póź­niej, bo w 1998 roku powstał most łączą­cy dwie czę­ści Lizbo­ny, Vasco da Gama, most o 6 m dłuż­szy od turec­kie­go. Tym­cza­sem zna­leź­li­śmy się na pust­ko­wiu. Polna dro­ga wśród pól i łąk spra­wia­ła nie­zbyt cie­ka­we wra­że­nie. Jecha­li­śmy dosyć dłu­go. Napo­tka­ni ludzie pyta­ni o Adam­pol, odpo­wia­da­li: „A — Polonezky?‘’
Jecha­li­śmy dalej. Jaz­da po wer­te­pach prze­cią­ga­ła się w nie­skoń­czo­ność. W koń­cu spo­śród krze­wów i zaro­śli wyło­ni­ły się pola, sto­gi zbóż, cha­łu­py pod roz­ło­ży­sty­mi drze­wa­mi. Pośrod­ku domów drew­nia­ny kośció­łek zapra­szał do swe­go wnę­trza. Wystrój skrom­ny, drew­nia­ny, przed ołta­rzem lamp­ka oliw­na, sym­bol wiecz­ne­go życia i obec­no­ści Boga, dwa rzę­dy ławek, a na ich pul­pi­tach modli­tew­ni­ki w języ­ku polskim.
Nie­sa­mo­wi­te wzru­sze­nie pogłę­bia cisza, spo­kój i pozor­na pust­ka. To stąd pra­wie od stu pięć­dzie­się­ciu lat pły­nę­ły sło­wa modli­twy, nadziei, tęsk­no­ty i pra­gnie­nia. To tu wzno­si­li ku nie­bu oczy ci, któ­rzy opu­ści­li Ojczy­znę i ci, któ­rzy na tej zie­mi ujrze­li świa­tło dzien­ne. Tu chrzczo­no, tu łączo­no węzłem mał­żeń­skim pary i tu odda­wa­no ostat­nią przysługę.
Opusz­cza­jąc kośció­łek, swe kro­ki skie­ro­wa­li­śmy na cmen­tarz leżą­cy na pobli­skim wzgó­rzu — cmen­tarz z typo­wy­mi wiej­ski­mi mogił­ka­mi. Lub nagrob­ki. Na nich krzy­że drew­nia­ne, beto­no­we. Nie­któ­re zaro­słe tra­wą, zanie­dba­ne. Cho­dzę mię­dzy gro­ba­mi, odczy­tu­ję pol­skie nazwi­ska: Wil­ko­szew­scy, Micha­łow­scy, Ryży i inne. Spraw­dzam daty uro­dze­nia i odej­ścia. Jed­ni przy­szli na świat w ujarz­mio­nej Pol­sce, inni już na obcej zie­mi, w Tur­cji. Wśród mogił szcze­gól­nie wyróż­nia się pokaź­ny gro­bo­wiec ze zła­ma­ną kolum­ną — czę­sto tłu­ma­czo­ną jako sym­bol zdra­dzo­nej wia­ry — z her­ba­mi Pol­ski, Litwy, Rusi oraz Śnia­dec­kich i Czajkowskich.
Tabli­ca infor­mu­je: Tu spo­czy­wa Ludwi­ka Snia­dec­ka, żona Sady­ka Paszy {Micha­ła Czaj­kow­skie­go}, a cór­ka pro­fe­so­ra Uni­wer­sy­te­tu Wileń­skie­go Jędrze­ja Śnia­dec­kie­go. Sto­jąc nad tą mogi­łą, myśla­mi cof­nę­łam się do histo­rii i począt­ków Adampola.
Kim była Ludwi­ka? Zna­na nam jest z dzie­jów Wil­na i poetyc­kich utwo­rów Juliu­sza Sło­wac­kie­go. To w niej zako­cha­ny był świet­nie zapo­wia­da­ją­cy się, o sześć lat młod­szy, poeta. Ona zaś nie trak­to­wa­ła tego poważ­nie. Zafa­scy­no­wa­na rosyj­skim ofi­ce­rem Rim­skim — Kor­sa­ko­wem, któ­ry zgi­nął w woj­nie rosyj­sko – turec­kiej, prze­mie­rzy­ła Rosję, by zna­leźć go żywym lub mar­twym. W koń­cu zna­la­zła się w Istam­bu­le. Tam pozna­ła pisa­rza Micha­ła Czaj­kow­skie­go, któ­ry nie­ba­wem prze­szedł na islam. Odtąd dzia­łał, jako Sady­ka Pasza. Ludwi­ka do koń­ca życia pozo­sta­ła przy nim, wspie­ra­jąc go w dzia­łal­no­ści poli­tycz­nej i zakła­da­niu pol­skiej osa­dy. Był rok 1842 — począ­tek osa­dy, pierw­si miesz­kań­cy. Adam­pol — polis – w języ­ku grec­kim zna­czy mia­sto, Mia­sto Ada­ma. Począt­ko­wo nazwę tę łączo­no z Ada­mem Mic­kie­wi­czem. W rze­czy­wi­sto­ści pomy­sło­daw­cą, któ­ry zaku­pił pewien obszar zie­mi u Tur­cji, był ksią­żę Adam Czartoryski.
Po klę­sce powsta­nia listo­pa­do­we­go, wiel­kiej tra­ge­dii naro­do­wej, tysią­ce Pola­ków bez środ­ków do życia opu­ści­ło Ojczy­znę. W oba­wie przed Sybi­rem wie­lu roz­pro­szy­ło się po Euro­pie, jed­ni osie­dli we Fran­cji, inni w Tur­cji. Róż­ne były losy tych emi­gran­tów, któ­rzy zatrzy­ma­li się nad Bos­fo­rem. Nie­któ­rzy z nich ucie­kł­szy z woj­ska rosyj­skie­go zna­leź­li się w nie­wo­li tureckiej.
Nie­ba­wem misyj­ny zakon laza­ry­stów w Istam­bu­le, w poro­zu­mie­niu z księ­ciem Ada­mem Czar­to­ry­skim, roz­po­czął wyku­py­wa­nie Pola­ków z nie­wo­li. Prze­zna­czo­no dla nich kawał zie­mi pustej i mało uro­dzaj­nej w Azji Mniej­szej. Czar­to­ry­ski z Czaj­kow­skim dłu­go zabie­ga­li o utwo­rze­nie tej pol­skiej osa­dy i tak 19 mar­ca 1842 roku poświę­co­no pierw­szą we wsi cha­tę, a osa­dę na cześć księ­cia nazwa­no Adampolem.
Z osie­dle­niem się Pola­ków w Impe­rium Osmań­skim Czar­to­ry­ski i jego zwo­len­ni­cy wią­za­li duże nadzie­je, doty­czą­ce przy­go­to­wa­nia grun­tu do stwo­rze­nia legio­nów pol­skich, któ­re w woj­nie z Tur­cji z Rosją, po poko­na­niu tej ostat­niej, wkro­czy­ły­by do Ojczyzny.
I tak Adam­pol stał się przy­tuł­kiem dla znaj­du­ją­cych się w potrze­bie Pola­ków. Róż­ne oko­licz­no­ści skła­nia­ły emi­gran­tów do osie­dle­nia się na tym skraw­ku obcej zie­mi. Jerzy S. Łąt­ka w swej publi­ka­cji p.t . „ Adam­pol – pol­ska wieś nad Bos­fo­rem’’ przy­ta­cza kil­ka przy­kła­dów : „ Trud­ną dro­gę do Adam­po­la prze­był uczest­nik powsta­nia 1831 roku, żoł­nierz, Igna­cy Kowa­liń­ski { … } dostał się w ręce Austria­ków, któ­rzy wyda­li go w ręce Rosjan { … } wstą­pił do mary­nar­ki i był trak­to­wa­ny bar­ba­rzyń­sko przez ofi­ce­rów.’’. Uda­ło mu się uciec, wsko­czył do wody i dopły­nął do lądu. Kie­dy prze­dzie­rał się przez góry został zła­pa­ny przez Abcha­zów, ci sprze­da­li go Kur­dom, u któ­rych przez 5 lat pra­co­wał jako nie­wol­nik. W koń­cu został wyku­pio­ny i zna­lazł schro­nie­nie wśród Polaków.
Róż­ny­mi zatem dro­ga­mi zdą­ża­li do Adam­po­la przy­szli jego miesz­kań­cy, nie­je­den raz bar­dzo cier­ni­sty­mi. Trud­ne począt­ki osa­dy, upo­rczy­wa wal­ka o fizycz­ne prze­trwa­nie sta­ły się przy­czy­ną rodzą­cej się legen­dy, któ­ra prze­trwa­ła do dziś. Błą­dząc mię­dzy cha­ta­mi, któ­re do złu­dze­nia przy­po­mi­na­ją ojczy­ste, docho­dzi­my do domu pani Zofii Ryży, naj­star­szej miesz­kan­ki tej osady.
Przy­ję­ła nas bar­dzo cie­pło i życz­li­wie, widocz­nie sta­ro­pol­ska gościn­ność nadal gości w jej domu i nie tyl­ko w jej. Swą opo­wieść zaczy­na od pro­to­pla­sty wpły­wo­we­go rodu, stu­den­ta, Win­cen­te­go, zesła­ne­go na Sybe­rię za pra­cę kon­spi­ra­cyj­ną, któ­re­go wnuk Lesław przez 20 lat peł­nił funk­cję wój­ta. Pani Zofia mówi rów­nież o swych kil­ku synach, któ­rzy zakła­da­jąc rodzi­ny, połą­czy­li się z kobie­ta­mi róż­nych wyznań. Widocz­nie miłość była sil­niej­sza niż uprze­dze­nia reli­gij­ne. Swą opo­wieść koń­czy Zofia Ryży sło­wa­mi: „Ojczy­zną naszą jest Pol­ska, a Adam­pol to Pol­ska z jej tra­dy­cja­mi na zie­mi tureckiej.’’
Jak póź­niej dowie­dzie­li­śmy się, nie poprze­sta­ła ona na sło­wach. Przez całe życie krze­wi­ła kul­tu­rę pol­ską, trosz­czy­ła się o język i pie­lę­gno­wa­ła tra­dy­cję. Jed­nym sło­wem prze­szła do histo­rii osa­dy jako dzia­łacz­ka i patriot­ka Ode­szła {1986r} będąc ostat­nią miesz­kan­ką rodzin­ne­go domu. Wła­dze Pol­ski uho­no­ro­wa­ły ją odzna­cze­niem, a z oka­zji 150 Adam­po­la jej dom zamie­nio­no na muzeum, w któ­rym dzię­ki doku­men­tom, wspo­mnie­niom, foto­gra­fiom zamknię­ta jest histo­ria tego skraw­ka Pol­ski i miesz­kań­ców Adampola.
Poże­gnaw­szy p. Zofię oraz osa­dę, szli­śmy, roz­my­śla­jąc nad tym, co usły­sze­li­śmy. War­to jesz­cze pod­kre­ślić, że odwie­dza­li i odwie­dza­ją to miej­sce róż­ni zna­ko­mi­ci ludzie. Z takim zamia­rem nosił się i pol­ski Papież Jan Paweł II pod­czas swej piel­grzym­ki do Tur­cji w 1979 roku. Z uwa­gi na pew­ne trud­no­ści poprze­sta­no jed­nak na spo­tka­niu miesz­kań­ców Adam­po­la z Ojcem Świę­tym w Stam­bu­le. Wspo­mnia­ny autor książ­ki „Adam­pol — pol­ska wieś nad Bos­fo­rem’’ przy­ta­cza sło­wa Tade­usza Nowa­kow­skie­go, repor­te­ra Papie­ża, doty­czą­ce tego spo­tka­nia: „Ze łza­mi w oczach wita­li go Adam­po­la­nie, ostat­ni Mohi­ka­nie roman­tycz­nej epo­ki, ci z pol­skiej wysep­ki na morzu muzuł­mań­skim, któ­ra sta­ła się cząst­ką pol­skiej legendy.‘’
Uklę­kli oni przed Roda­kiem, ofia­ro­wa­li Mu krysz­ta­ło­wy puchar z Bia­łym Orłem, a w zamian otrzy­ma­li zło­ty kie­lich dla swe­go kościół­ka. Papież mówiąc do nich, ojcow­skim ruchem ście­rał im łzy z policzków.
Wszy­scy bio­rą­cy udział w tej uro­czy­sto­ści byli nie­zwy­kle wzru­sze­ni, bar­dzo prze­ży­wa­li to wyjąt­ko­we spotkanie.
Ci, któ­rzy osie­dli­li się na tym skraw­ku obcej zie­mi: wete­ra­ni powstań i wojen o Pol­skę, two­rzy­li zawsze spe­cy­ficz­ny kli­mat i atmos­fe­rę. Ich dzie­ci wycho­wa­ne na histo­riach o boha­te­rach — powstań­cach, wycho­wa­ne w tęsk­no­cie do zie­mi ojców, dora­sta­ły w wier­no­ści wie­rze kato­lic­kiej, Pol­sce i języ­ko­wi ojczystemu.
Im pozo­sta­li wier­ni do koń­ca., o czym świad­czą napi­sy na zmur­sza­łych krzy­żach. Rzu­ca­my ostat­nie spoj­rze­nie na wiej­ski cmentarzyk.
Sta­je nam przed oczy­ma szcze­gól­nie jego obraz w Dniu Wszyst­kich Świę­tych, Dniu Zmar­łych, kie­dy pod sto­pa­mi sze­lesz­czą obumar­łe liście, na gro­bach migo­cą świa­teł­ka, w powie­trzu uno­si się spe­cy­ficz­ny zapach, a w górze roz­cią­ga się pociem­nia­łe nie­bo — i wte­dy myśląc nad prze­mi­jal­no­ścią cza­su i życia, wes­tchnij­my o wiecz­ny spo­kój dla tych, któ­rych pro­chy spo­czy­wa­ją na turec­kiej ziemi.

Napi­sa­ła; Micha­li­na Pięchowa 
Współ­pra­ca; Maria Szpara

fot. wiki­pe­dia