19-go Lutego. Żywot świętobliwego Konrada, Pustelnika. (Żył około roku Pańskiego 1350).

Bóg uży­wa roz­ma­itych środ­ków, aby czło­wie­ka na dro­gę zba­wie­nia spro­wa­dzić, sko­ro tyl­ko na głos Boga zwa­ża­my i lito­ści­wie wycią­gnię­tej do nas ręki nie odpy­cha­my. Żywot świę­te­go Kon­ra­da jest tego jaw­nym dowodem.

Uro­dził się on w pierw­szej poło­wie XIII wie­ku we Wło­szech w Pia­cen­cyi, z rodzi­ców w wiel­kie dostat­ki opły­wa­ją­cych. W mło­dym wie­ku stra­ciw­szy ojca i mat­kę, jak­kol­wiek wycho­wa­ny poboż­nie, był pewien żywej wia­ry, nie zawsze jed­nak według niej postę­po­wał. Uga­niał się za pło­che­mi ucie­cha­mi wiel­kie­go świa­ta, a cho­ciaż pojął był za żonę kobie­tę bar­dzo poboż­ną, sam cały czas na świa­to­wych ucie­chach trwo­nił, naj­na­mięt­niej zaś odda­wał się myślistwu.

Bóg chciał go jed­nak­że oczy­ścić ze złych nawyk­nień, któ­re były­by go o utra­tę duszy przy­pra­wi­ły, więc zesłał nań nie­szczę­ście. Gdy pew­ne­go razu wyszedł na polo­wa­nie, nic nie mógł ugo­nić. Zwie­rzy­na bowiem pokry­ła się w gąsz­czach. Aby ją stam­tąd wypło­szyć, pod­ło­żył ogień. Na nie­szczę­ście wsz­czął się z tego pożar tak wiel­ki, iż powstrzy­mać go nie moż­na było i las cały, a w nim i nie­któ­re budyn­ki zgorzały.

Prze­ra­żo­ny Kon­rad wymknął się tajem­nie do mia­sta, aby ujść kary. Wła­dze zaczę­ły natych­miast śle­dzić za spraw­cą poża­ru i na nie­szczę­ście uję­to czło­wie­ka, któ­ry przy­pad­ko­wo znaj­do­wał się w pobli­żu gore­ją­ce­go lasu, wsa­dzo­no go do wię­zie­nia i wzię­to na tor­tu­ry. Nie­szczę­śli­wy na mękach przy­znał się do winy, któ­rej nie popeł­nił, wsku­tek cze­go ska­za­no go na powie­sze­nie. Wyrok nie­zwłocz­nie miał być wyko­na­ny i już bie­da­ka tego na plac stra­ce­nia wiedziono.

Gdy się Kon­rad o tem dowie­dział, prze­ląkł się moc­no, że nie­win­ne­go śmierć będzie miał na sumie­niu. Nie namy­śla­jąc się wie­le, sta­wił się sam do sądu i przy­znał, że on jest spraw­cą poża­ru, obie­cu­jąc szko­dę nagro­dzić. Jak powie­dział, tak uczy­nił i pra­wie cały mają­tek utra­cił. Lecz teraz łaska Boska też dzia­łać w nim poczę­ła. Posta­no­wił resz­tę mająt­ku roz­dać pomię­dzy ubo­gich a sam poświę­cić się wyłącz­nie służ­bie Bożej. Mał­żon­ka jego z wiel­ką rado­ścią na to przy­sta­ła i wstą­pi­ła do klasztoru.

Kon­rad został przy­ję­ty do III Zako­nu regu­ły świę­te­go Fran­cisz­ka, i udał się do Sycy­lii, gdzie pie­lę­gno­wał cho­rych. Póź­niej schro­nił się w miej­sce samot­ne, aby tam pro­wa­dzić życie pokutnicze.

Żył tyl­ko z jał­muż­ny, któ­rą sobie raz w tydzień w pobli­skiem mie­ście zbie­rał, sypiał na gołej pod­ło­dze, a jedy­ną jego zaba­wą była modli­twa. Nie­dłu­go dopro­wa­dził do wyso­kiej dosko­na­ło­ści, a Bóg nagro­dził wier­ność jego udzie­le­niem mu mocy czy­nie­nia cudów i prze­po­wia­da­nia przyszłości.

Przy­ja­cie­la swe­go, któ­ry nagle zacho­ro­wał, uzdro­wił natych­miast swo­ją modli­twą, a raz wra­ca­jąc z mia­sta i napo­tkaw­szy ułom­ne dziec­ko, uzdro­wił je, uczy­niw­szy nad niem znak Krzy­ża świętego.

Wie­dział też o godzi­nie swe­go zgo­nu. Trzy dni przed śmier­cią udał się do mia­sta do swe­go spo­wied­ni­ka i przy­jąw­szy z rąk jego Sakra­men­ta świę­te, pro­sił, aby za trzy dni przy­był do jego pustel­ni. Spo­wied­nik obie­cał przy­być, i dotrzy­mał sło­wa. Kon­rad wyszedł naprze­ciw nie­mu i oświad­czył, że za chwi­lę umrze. Potem rzu­cił się na kola­na przed kru­cy­fik­sem, zmó­wił modli­twę za wszyst­kich swych dobro­czyń­ców, i klę­cząc, sko­nał dnia 19 lute­go 1351 roku. — Cia­ło jego w boga­tej srebr­nej trum­nie zło­żo­ne w koście­le świę­te­go Miko­ła­ja w mie­ście Noto, po dziś dzień sły­nie wiel­ki­mi cudami.

Nauka moral­na.

Świę­ty Kon­rad uczuł się wten­czas dopie­ro szczę­śli­wym, gdy żad­nych bogactw nie posia­dał. Bogac­twa nie czy­nią czło­wie­ka szczę­śli­wym i zadowolonym.

Wie­lu ubo­gich zazdro­ści boga­tym i pra­gnie bogactw. Ale gdy­by wie­dzie­li, jak nie­za­do­wo­le­ni z sie­bie, jak zgryź­li­wi, jak czę­sto w zaba­wach znaj­du­ją odra­zę, zapew­ne nie chcie­li­by się z nimi pomieniać.

Nad­to jest jesz­cze bogac­two dla zba­wie­nia duszy nie­bez­piecz­nem. Już bowiem Pan Jezus powie­dział, że łatwiej wiel­błą­do­wi przejść przez ucho igla­ne, ani­że­li boga­czo­wi wnijść do Nie­ba. Cze­mu to?

Albo­wiem boga­cze swe bogac­twa czę­sto­kroć uwa­ża­ją za Boga, a o zba­wie­nie duszy nie dba­ją. Boga­ci nie­jed­no­krot­nie nigdy dosyć nie mają, ale chcie­li­by zbi­jać coraz więk­sze mająt­ki, choć­by w nie­pra­wy spo­sób. Wie­le jest boga­tych, któ­rzy na mar­ne rze­czy wie­le wyda­ją pie­nię­dzy, ale ską­pią ubo­gim. Dla boga­tych jest już zie­mia Nie­bem, więc też mało, albo wca­le nie trosz­czą się o szczę­śli­wość wieczną.

Apo­stoł prze­to powia­da, że ci, któ­rzy chcą być boga­ty­mi, popa­da­ją w poku­sę i wie­le szko­dli­wych żądz, któ­re ludzi wio­dą na potę­pie­nie. Chciał­byś chrze­ści­ja­ni­nie być boga­tym, a sie­bie potę­pić? Albo jeśli masz mają­tek, czy nie chciał­byś sobie zaskar­bić przy­ja­ciół, któ­rzy ci wnij­ście do Nie­ba uła­twia­ją? A któ­rzy to są ci przyjaciele?

Oto ubo­dzy, któ­rych boga­cze wspie­rać muszą, jeśli chcą wnijść do Nie­ba. Wspo­mnij tyl­ko na biblij­ne­go boga­cza i Łaza­rza! Cóż jest naj­więk­szem bogac­twem? Oto czy­ste sumie­nie, ule­głość woli Bożej, zado­wo­le­nie ze swe­go sta­nu, łaska i przy­jaźń Boga. Sta­raj­my się o takie skar­by, o jakie się Kon­rad sta­rał, a będzie­my szczę­śli­wi i zba­wie­ni. „Cóż pomo­że czło­wie­ko­wi, jeśli­by wszy­stek świat zyskał, a na duszy swej szko­dę pod­jął.“ (Mat. 16, 26).

Modli­twa.

Boże, któ­ryś św. Kon­ra­da z cięż­kie­go grze­chu nie­wy­na­gro­dze­nia uczy­nio­nej szko­dy bliź­nie­mu wyrzą­dzo­nej do wyso­kiej świę­to­bli­wo­ści dopro­wa­dził, daj miło­ści­wie, aby­śmy za wsta­wie­niem się jego, na sumie­niu naszem żad­nej krzyw­dy bliź­nie­go nie mie­li, a nie­zwłocz­nie wyna­gro­dzi­li tę, do jakiej się poczu­wa­my. Przez Pana nasze­go Jezu­sa Chry­stu­sa. Amen.

Za

Żywo­ty Świę­tych Pań­skich na wszyst­kie dnie roku