W połowie lutego stanęliśmy przed dylematem, gdzie by tu pojechać na weekend, żeby uniknąć tłumów turystów spragnionych skorzystania z ponownego otwarcia hoteli. Trzeba było wybrać miejsce odpowiednio odległe od tras narciarskich. Więc pierwszy strzał – Jura Krakowsko-Częstochowska. Ale coś nam nie leżało z noclegami. Więc drugi – Dolinki Podkrakowskie i może Ojców… I to był strzał w dziesiątkę!

Sobotę zaczęliśmy od wizyty w jaskini Wierzchowskiej Górnej w Dolinie Kluczwody. Byliśmy jedynymi chętnymi na tę atrakcję. Pani przewodniczka przeprowadziła nas przez kilkaset metrów korytarzy i kilka większych sal. Podglądaliśmy śpiące nietoperze – a taka możliwość nie zawsze się zdarza. Niektóre jaskinie właśnie ze względu na nietoperze zimą nie są dostępne (żeby się zwierzaki nie budziły, jak przez turystów w jaskini zrobi się cieplej).

Następnie podjechaliśmy do Kobylan i rozpoczęliśmy wędrówkę malowniczą Doliną Kobylańską. Po obu stronach wznosiły się potężne skały. Ania i Jacek z pewną zazdrością patrzyli na dzieci, które wzięły ze sobą sanki. Nasze zostały w bagażniku. Dalej przeszliśmy do Doliny Bolechowickiej i na koniec wyszliśmy przez popularną Bramę Bolechowicką, którą tworzą dwie wapienne skały o wysokości 30 metrów – Filar Pokutników i Filar Abazego.

Wieczorem jeszcze odbyliśmy spacer po krakowskiej starówce, uczestniczyliśmy we Mszy św. w kościele Mariackim i patrzyliśmy, jak smok zionie ogniem (jako dziecko balam się tego ziania).

W niedzielę kierunek – Ojców. Pogoda wspaniała, mrozek i słońce, niebo błękitne, aż chce się iść! Więc ruszyliśmy przez Dolinę Sąspowską do Ojcowa i zwiedziliśmy słynny zamek. W Ojcowie, muszę przyznać, ludzi sporo, ale na zamku już mniej. Gdy przyjechaliśmy na parkingu stało może kilkanaście samochodów, gdy wracaliśmy – co najmniej kilkadziesiąt. Przed powrotem, o zachodzie słońca, zahaczyliśmy jeszcze o Pieskową Skałę i Maczugę Herkulesa. A potem trzy godziny jazdy i byliśmy w domu, nawet o przyzwoitej godzinie.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak