Wido­ków­ka z przed­wo­jen­ne­go Sol­ca ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Z cza­sem wła­ści­ciel­ka Sol­ca, Zosia Dzia­not­to­wa, zali­cza­ła się do naszych naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Zawsze mogli­śmy na sie­bie wza­jem­nie liczyć, zosta­ła chrzest­ną mat­ką Jolan­ty i do koń­ca życia, potem już z Anglii, przy­jeż­dża­ła do nas, bo twier­dzi­ła, że nie ma tam z kim ser­decz­nie poroz­ma­wiać. Jej przy­jaź­nią moż­na się chlu­bić, bo była czło­wie­kiem bar­dzo wartościowym.

Rów­nie ser­decz­nie żyli­śmy z apte­ką, według sta­re­go dow­ci­pu, jak lekarz przy­jaź­ni się z apte­ka­rzem, to cała wieś będzie ich, ale tym razem to się nie zda­rzy­ło. Obaj tyl­ko dobro ludzi mie­li na wzglę­dzie i cie­szy­li się ogól­ną sym­pa­tią, któ­ra roz­cią­ga­ła się tak­że na ich rodziny.

Locz­ki moje­go dziec­ka przy­sło­ni­ły mi świat, a ono rosło zdro­wo i było zain­te­re­so­wa­niem całej rodzi­ny. Ewa pierw­szy raz wyru­szy­ła w podróż do bab­ci do Kra­ko­wa na Wiel­ka­noc (uro­dzi­ła się w Sol­cu). Potem posta­no­wi­li­śmy, że na Boże Naro­dze­nie będzie­my jeź­dzić do Kra­ko­wa, a na Wiel­ka­noc do Micho­wa, bo tam dojazd był nużą­cy, dłu­gi, z prze­siad­ka­mi, więc na wio­snę było łatwiej.

Reklama

Woj­na poplą­ta­ła nasze pla­ny, nikt nie chciał nara­żać się na spo­tka­nie z Niem­ca­mi, zresz­tą u nas przy­naj­mniej było co jeść, a poza tym z licz­ną rodzi­ną trud­no było­by zwa­lić się komuś w gości­nę, tym bar­dziej, że moja mama posu­nę­ła się w latach, a mama męża zmar­ła w dru­gim roku wojny.

Ale wte­dy jesz­cze nikt o woj­nie nie myślał. Ewu­nia codzien­nie dostar­cza­ła nam nowych powo­dów do rado­ści. Wymy­śli­ła wła­sny język dzie­ciń­ski chiń­ski, w któ­rym domi­no­wa­ła lite­ra k: ekaj­kaj ucie­kaj, kekaj cze­kaj, kokek kotek, aka­wic­ka ręka­wicz­ka, leko­ko dale­ko, w stop­nio­wa­niu leko­ko­ko­ko to już bar­dzo dale­ko, opak chło­pak, zamiast przy­im­ka „do” wsta­wia­ła lite­rę „a”, szła a lasu, jecha­ła a Kakof­fa, pako­wa­ła się a waliź­ku, rękę kła­dła a kie­sie­niu. Była ogrom­nie uwa­ża­ją­ca. Wsu­wa­jąc się mię­dzy dwa krze­seł­ka mówi­ła paś­siam (prze­pra­szam), w ruchach widać było wytwor­ność, a w zacho­wa­niu deli­kat­ność, ale nie było w niej nic sztucz­ne­go. Mama opie­ko­wa­ła się nią oso­bi­ście i z ręką na ser­cu mogę napi­sać, że Ewa nigdy nie spa­dła zni­kąd, co, jak mi powie­dział pedia­tra, tyl­ko nie­licz­ne mamy mogą powie­dzieć o swo­ich dzie­ciach. W odnie­sie­niu do mnie uży­wa­ła róż­nych piesz­czo­tli­wych okre­śleń, jakiś czas woła­ła na mnie tyl­ko „ma”, potem zno­wu nazy­wa­ła mnie mimi. Wie­czo­rem przed zaśnię­ciem powta­rza­ła róż­ne pod­czas dnia zasły­sza­ne wier­szy­ki tak miłym szcze­bio­tem, że żal było wyjść z poko­ju, aż ją sen zmo­rzył. Gdy roz­bry­ka­ną usi­ło­wa­łam zga­nić, klę­ka­ła do modli­twy i mówi­ła imie ocia, bo wie­dzia­ła, spry­cia­ra, że modli­twy nie wol­no prze­ry­wać. Bawi­ła się prze­waż­nie z Jędra­sem Głu­skim, wnu­kiem p. apte­ka­rzo­wej, któ­ry mówił bar­dzo mięk­ko, zamiast „k” wsta­wiał „t” i tak mówił na kota totet, a ona kokek i świet­nie się rozumieli.

Wycho­wy­wa­nie Ewy nie spra­wia­ło mi trud­no­ści, nie mia­ła żad­nych naro­wów, nie bała się nowych twa­rzy. Mimo tego, że cią­gle były­śmy razem, nie cze­pia­ła się mojej spód­ni­cy, łatwo wcią­ga­ła się w zaba­wę z dzieć­mi, była deli­kat­na. Pew­no, że cza­sem mie­wa­ła gry­ma­sy na przy­kład pew­ne­go dnia wita­ła się uprzej­mie ze wszyst­ki­mi kura­cju­sza­mi ocze­ku­ją­cy­mi w hal­lu łazie­nek na kąpiel, wszyst­kim poda­wa­ła rękę i dyga­ła bez wzglę­du na zna­jo­mość, a inne­go dnia nawet ze zna­jo­my­mi nie chcia­ła się przy­wi­tać. Jed­no, co mnie prze­ra­ża­ło, to umie­jęt­ność zachły­sty­wa­nia się pła­czem (na wsi nazy­wa­no to „cięż­ki płacz”). Zda­rza­ło się to rzad­ko, gdy się bar­dzo roz­ża­li­ła, ale wyglą­da­ło okrop­nie. Dopie­ro mama Anysz­ko­wa nauczy­ła mnie, co w danym momem­cie trze­ba robić, bo, jak się oka­za­ło, Ewu­nia odzie­dzi­czy­ła tę zdol­ność po tatu­siu; odkąd zasto­so­wa­łam rady, prze­sta­ła się zano­sić, potem przy żad­nym dziec­ku się to nie zdarzyło.

W 1937 na Boże Naro­dze­nie jecha­łam z dziec­kiem sama, co uwa­ża­łam za nie lada wyczyn, zwra­ca­jąc uwa­gę na baga­że, prze­siad­ki i że małą musia­łam trzy­mać na rękach albo na kola­nach. Wte­dy nawet jakiś zgryź­li­wy pasa­żer wziął mi za złe moją tro­skli­wość wzglę­dem dziec­ka i powie­dział: „tak, tak, niech się pani teraz nią przej­mu­je, a ona kie­dyś się odwdzię­czy” i nie spraw­dzi­ła się ta zło­wro­ga przepowiednia.

Jachur doje­chał póź­niej. Musie­li­śmy być wszy­scy w Kra­ko­wie, bo były to pierw­sze świę­ta bez ojca. Mamu­sia, cią­gle zapła­ka­na (ojciec umarł mło­do, miał tyl­ko 56 lat i nigdy nie cho­ro­wał), w Ewie znaj­do­wa­ła wie­le rado­ści. Nawet kie­dyś pod­czas Wigi­lii mama, któ­ra sie­dzia­ła z Ewą na kola­nach, roz­ża­lo­na wsta­ła od sto­łu i poszła do ciem­ne­go poko­ju wypła­kać się, nagle wra­ca z twa­rzą mokrą od łez, ale już uśmiech­nię­ta i mówi: „ten szkrab, to nawet pła­kać mi nie da”. Jak się oka­za­ło, mama pła­cząc od cza­su do cza­su pocią­ga­ła nosem, a Ewa, nie wie­dząc co się dzie­je, każ­de pocią­gnię­cie nosem powta­rza­ła jak echo.

Na Wiel­ka­noc odby­li­śmy dłu­gą dro­gę do Micho­wa: koń­mi, kole­ją i auto­bu­sem. Dziec­ko spa­ło, myśmy się męczy­li, więc po przy­jeź­dzie poło­ży­li­śmy się spać, zosta­wia­jąc ją wśród dla niej nie­zna­jo­mych ludzi. Po kil­ku godzi­nach snu sły­szy­my jej szcze­biot i wybu­chy śmie­chu wszyst­kich. Nakar­mio­na, roz­ga­da­na bawi­ła całe oto­cze­nie, upo­mnia­ła się o „abat­kę”, powy­ła­wia­ła rodzyn­ki z ciasta.

Mia­ła wte­dy 17 mie­się­cy. Gdy w trzy mie­sią­ce potem uro­dzi­ła się Mary­na, Ewa nie uwa­ża­ła jej za dziec­ko swo­jej mamy, bo Mary­na przy­szła na świat w kli­ni­ce i Ewa pierw­szy raz zoba­czy­ła ją w oto­cze­niu szpi­tal­nym. Z szes­na­stu ose­sków wożo­nych wte­dy do kar­mie­nia Mary­na była naj­czar­niej­szym dziec­kiem. Zgod­nie nale­ża­ła do chó­ru wrzesz­czą­cych nie­mow­ląt, jak­by kto psiar­nię wypu­ścił. Mia­ła tę wiel­ką zale­tę, że zrzu­ca­ła nad­miar spo­ży­te­go pokar­mu i dla­te­go nigdy nie cho­ro­wa­ła na żołą­dek. Gdy­by był syn, miał­by na imię Marian, ale pomy­śla­łam, że może nigdy nie będę mia­ła syna, więc po co zwo­dzić Mat­kę Boską.

Chrzest Marii Boże­ny odbył się w Kra­ko­wie w tym samym koście­le, co mój i tak jest ona jedy­ną cał­ko­wi­tą kra­ko­wian­ką wśród naszych dzie­ci. Rodzi­ca­mi chrzest­ny­mi byli: moja mama i wujek Józek Wil­czyń­ski, para ser­decz­nych przy­ja­ciół i bar­dzo uda­nych ludzi, jeże­li patrzeć na ich apa­ry­cję i talen­ty. Dro­gę do Sol­ca autem znio­słam bar­dzo źle i cho­ro­wa­łam w domu pra­wie mie­siąc. Jachur zaję­ty kura­cju­sza­mi i wiej­ską prak­ty­ką nie mógł poświę­cać domo­wi dużo cza­su. Dziew­czy­na, Jul­ka, mając na opie­ce dwo­je dzie­ci, była bar­dzo zaję­ta, ale zna­la­zły się dwie lito­ści­we dusze, p. Maria, pie­lę­gniar­ka i p. Tunia Pre­is­so­wa, któ­re oto­czy­ły mnie opie­ką. Wkrót­ce przy­ję­li­śmy dziew­czy­nę spe­cjal­nie do dzie­ci i mogłam spo­koj­nie przy­cho­dzić do zdrowia.

Mary­na rosła szyb­ko bez żad­nych kło­po­tów, jadła i spa­ła, jadła i spa­ła, wszyst­ko według zegar­ka, a ja byłam odważ­niej­sza, i bar­dziej doświad­czo­na, więc nie popeł­nia­łam błę­dów w kar­mie­niu, jak zda­rzy­ło mi się przy Ewie, któ­rej o mało przez prze­kar­mie­nie nie wpę­dzi­łam w cięż­ką cho­ro­bę. Gdy Mary­na pierw­szy raz sta­nę­ła na nogach, Ewa z nad­zwy­czaj­ną rado­ścią oznaj­mi­ła wszyst­kim, że nasza Mary­na już cho­dzi i zaczę­ła się z nią liczyć jako towa­rzysz­ką zabaw, bo przed­tem trak­to­wa­ła ją nie­co lek­ce­wa­żą­co. A Mary­na jesz­cze przed ukoń­cze­niem roku zaczę­ła dep­tać samo­dziel­nie, tro­chę jak kaczusz­ka, ale pew­nie. Teraz sta­ła się pla­ty­no­wą blon­dyn­ką. Robo­ty z nimi było co nie­mia­ra, bo według wymo­gów ówcze­snych, prze­bie­ra­ne były dwa razy na dzień, a koron­ki u bie­li­zny dobie­ra­łam do kolo­ru sukie­nek (prze­waż­nie robio­ne ręcz­nie prze­ze mnie), pra­nie, pra­so­wa­nie. Pra­wie całe dnie prze­by­wa­ły w par­ku. Miesz­ka­nie było teraz więk­sze. Wła­ści­ciel dom­ku oddał nam jesz­cze dwa poko­je tzn. cały domek ośmio­po­ko­jo­wy. Chło­pak miał co sprzą­tać, a i pacjen­tów było huk, zaś kuch­nię na sie­dem osób pro­wa­dzi­ła Jula, któ­ra awan­so­wa­ła na kucharkę.

Miesz­ka­nie przy­cho­dzi­ły oglą­dać panie z oko­li­cy jako przy­kład nowo­cze­sne­go wnętrza.
Sypial­nia z mebla­mi z cze­czot­ki utrzy­ma­na była w kolo­rze ciem­no­ło­so­sio­wym (ścia­ny, obi­cia mebli i moty­wy na firan­kach, zaku­pio­nych w skle­pie szwaj­car­skich haftów przez moją mamę). Za naj­ład­niej­szy mebel uwa­ża­łam bie­liź­niar­kę połą­czo­ną z sekre­ta­rzy­kiem, czę­ścio­wo oszklo­ną, pięk­nie wyko­na­ną przez kal­wa­ryj­skich sto­la­rzy. Z sypial­nią sąsia­do­wał pokój dzie­cin­ny, nie­bie­sko-bia­ły, w nim prócz łóże­czek i sza­fy sta­ła tak zwa­na „prze­wi­jacz­ka”, sprzęt zro­bio­ny na zamó­wie­nie według wzo­ru poda­ne­go przez pie­lę­gniar­kę do dzie­ci. Pokój sto­ło­wy miał meble ciem­no­brą­zo­we z pół­ak­sa­mit­ny­mi obi­cia­mi zło­to­brą­zo­wy­mi. Stał tu wiel­ki kre­dens czte­ro­drzwio­wy, zaj­mu­ją­cy pra­wie całą ścia­nę, oczy­wi­ście krze­sła, ten stół „sto­nóg” i duży fotel, któ­ry chy­trze dał się prze­ro­bić na leżan­kę. W salo­nie były też ciem­ne meble z obi­ciem sza­fi­ro­wym, a sta­ły na dużym leszcz­kow­skim kili­mie w sza­chow­ni­cę brą­zo­wo-sza­fi­ro­wą; naj­ład­niej­szym sprzę­tem była biblio­tecz­ka, ist­ny maj­stersz­tyk sztu­ki sto­lar­skiej. Półecz­ki mia­ła fiku­śnie powy­gi­na­ne, że np. na tej samej pół­ce od poło­wy dłu­go­ści sta­ły książ­ki o innym for­ma­cie, a przy­le­ga­ło do niej biu­recz­ko ukry­te za zamknię­ty­mi drzwia­mi. Sza­fa była oczy­wi­ście oszklo­na. Moje histo­rycz­ne książ­ki mia­ły opra­wę sza­fi­ro­wą, lekar­skie Jachu­ra ciem­no­brą­zo­wą. Każ­dy znaj­do­wał swo­je bez trudu.

Solec-Zdrój. 30 maja 1936. Dr Jan Any­szek z Kry­sią Dzia­not­tów­ną przy wej­ściu głów­nym do Sol­ca-Zdro­ju. Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Do salo­nu dyrek­cja zakła­du wsta­wi­ła nam pia­ni­no. Następ­ny pokój nazy­wał się „gościn­ny”, ścia­ny mia­ły kolor zło­ci­sty, por­tie­ra i nakry­cie na tap­cza­nie z „pol­skie­go lnu” w odpo­wied­nie kwia­ty. Mię­dzy tymi poko­ja­mi wszę­dzie były drzwi, moż­na było cho­dzić dookoła.

Nato­miast gabi­net i pocze­kal­nia znaj­do­wa­ły się po dru­giej stro­nie przed­po­ko­ju i nie łączy­ły się z resz­tą miesz­ka­nia, co było bar­dzo wygod­ne, bo dzie­ci nie sty­ka­ły się z cho­ry­mi. Ponie­waż miesz­ka­nie nie mia­ło łazien­ki (tyl­ko WC) ostat­ni pokój podzie­li­li­śmy na mniej­szy do mycia i służ­bów­kę. Kąpiel higie­nicz­ną moż­na było zawsze wziąć w łazien­kach i to z zamó­wio­nym zapa­chem. Inży­nier Daniew­ski jako che­mik bawił się taki­mi hobby.

Medy­cy­na i Przy­ro­da. Ilu­stro­wa­ny Mie­sięcz­nik Swia­ta Lekar­skie­go. Maj 1938 r.
Solec Zdrój w dobie obec­nej. Dr Jan Any­szek, Solec-Zdrój. Arty­kuł w mie­siecz­ni­ku Medy­cy­na i Przy­ro­da z maja 1938 r.
Rekla­ma z cza­so­pi­sma Medy­cy­na i Przy­ro­da z maja 1938 r.

Gabi­net był ide­al­nie bia­ły, tyl­ko pod sufi­tem biegł ciem­no­czer­wo­ny pasek, pocze­kal­nia ume­blo­wa­na wikli­ną mia­ła cha­rak­ter kra­kow­ski: sza­re płót­no i kra­kow­skie chust­ki w kwia­ty. W przed­po­ko­ju kró­lo­wa­ła wiel­ka sta­ro­daw­na kana­pa, na któ­rej wiej­ska klien­te­la skła­da­ła swo­je pie­rzy­ny i inne bety, a nad drzwia­mi dla deko­ra­cji wiej­skim zwy­cza­jem przy­pię­to dwa wypcha­ne pta­ki, któ­re potem oka­za­ły się źró­dłem moli. We wszyst­kich poko­jach sta­ły kwiet­ni­ki i było dużo świa­tła, bo okna były wenec­kie. Połą­cze­nie ze świa­tem sta­no­wił tele­fon i radio, a wła­śnie w roku woj­ny Jachur zaku­pił apa­rat naj­now­sze­go typu, fir­my Tele­fun­ken, któ­ry łapał wszyst­kie stacje.

Mie­li­śmy rów­nież mały ogró­dek, bo p. Dzia­nott oddał nam do dys­po­zy­cji kawa­łek zie­mi mię­dzy naszym dom­kiem, a następ­nym budyn­kiem. Wypi­sa­li­śmy z kata­lo­gu naj­pięk­niej­sze gatun­ki róż, przy­sła­ne sadzon­ki Jachur pod kie­run­kiem ogrod­ni­ka wysa­dził do nasze­go ogród­ka i sta­ran­nie pie­lę­gno­wał, przy­wią­za­nie do zie­mi ma prze­cież we krwi. Ale w jesie­ni jakiś łobuz zro­bił spu­sto­sze­nie i zna­leź­li­śmy część róż powy­ry­wa­nych w krza­kach. Nigdy nie dowie­dzie­li­śmy się, kto to zrobił.

Na wio­snę 1939 r. nasza kuchar­ka Jula wyszła za mąż, a że była sie­ro­tą, skrom­ny poczę­stu­nek dla gości odbył się w poko­ju służ­bo­wym i zaraz potem Jula wyje­cha­ła na Pole­sie, bo jej mąż był osad­ni­kiem woj­sko­wym. Nale­żał jej się jakiś lep­szy los po przy­krej sie­ro­cej doli. Pra­cę wyko­ny­wa­ła bar­dzo solid­nie, a mnie i dzie­ciom oka­zy­wa­ła wie­le tro­skli­wo­ści, a nawet jeśli cho­dzi­ło o moje zdro­wie, kie­dyś ośmie­li­ła się mnie stro­fo­wać, bo sły­sza­ła, jak robi­ła to mamu­sia. Miej­sce Juli zaję­ła Janka.