Ale wra­caj­my do naszej peł­nej przy­gód podró­ży. Tam w Rud­nie odby­ło się wiel­kie bom­bar­do­wa­nie, bo na Wie­przu jest aż sie­dem mostów. Sie­dzie­li­śmy w jakiejś szo­pie, któ­ra nie sta­no­wi­ła zabez­pie­cze­nia, ale przed naszy­mi ocza­mi ukry­wa­ła okrop­ność tego, co się dzia­ło. Wie­czo­rem obró­ci­li­śmy w stro­nę Łęcz­nej. Doje­cha­li­śmy żywi tyl­ko dzię­ki przy­tom­no­ści koni, któ­re w pew­nym miej­scu sta­nę­ły i mimo zachę­ca­nia do dal­szej jaz­dy nie chcia­ły ruszyć z miej­sca. Było zupeł­nie ciem­no. Jachur z Maria­nem zeszli spraw­dzić przy­czy­nę upo­ru koni i oka­za­ło się, że była tyl­ko poło­wa mostu i jeden krok naprzód, a wpa­dli­by­śmy do rze­ki. Na rano byli­śmy w Cheł­mie. Jachur i wszy­scy bra­cia w licz­bie sze­ściu, orze­kli, że mają dość takiej uciecz­ki i zacią­gną się do woj­ska, co dotąd Jachu­ro­wi się nie uda­ło. Nie­ste­ty, oka­za­ło się, że tyl­ko Jachur zacze­pił się jakoś przy szpi­ta­lu woj­sko­wym, dla pozo­sta­łych nie było ani mun­du­rów, ani bro­ni, ani jed­no­stek, więc jako jedy­ną broń mając rewol­we­rek Maria­na ruszy­li na poszu­ki­wa­nie wojska.

My, same kobie­ty, zosta­ły­śmy w Jagod­nem pod Cheł­mem, bo tam rów­nież schro­ni­ła się rodzi­na mojej bra­to­wej Zochy Zgo­rzel­skiej, miesz­ka­ją­ca sta­le w Cheł­mie. Po dwóch dniach zde­cy­do­wa­ły­śmy się jed­nak wra­cać do Micho­wa; Jachur przed odej­ściem też nam to zale­cił. Konie mie­li­śmy do dys­po­zy­cji, bo ci dwaj mło­dzi ludzie z woza­mi trzy­ma­li się nas. Zocha z mat­ką posta­no­wi­ły zostać z krew­ny­mi. Nocą wyje­cha­li­śmy w zamie­rzo­nym kie­run­ku. Nie­ste­ty, pod Cyco­wem dro­ga była zamknię­ta i wszyst­kich ucie­ki­nie­rów kie­ro­wa­no na wschód, jak się w cza­sie jaz­dy dowie­dzie­li­śmy, do Kow­la. Wozy jecha­ły całą sze­ro­ko­ścią szo­sy, aż dziw, że nie zawa­dza­ły o sie­bie, bo w ciem­no­ściach zazna­cza­ły się jedy­nie kon­tu­ry. W zamie­sza­niu i zgieł­ku doje­cha­li­śmy na rano do Bugu i wypa­dło razem ze wszyst­ki­mi prze­je­chać przez most na rze­ce i naprzód. Ale wte­dy nasi woź­ni­ce odmó­wi­li dal­szej jaz­dy. Prze­ra­ża­ła ich myśl, że już dru­ga duża rze­ka będzie ich oddzie­la­ła od rodzin i tym bar­dziej utrud­ni powrót. Zosta­ły­śmy bez środ­ka komu­ni­ka­cji: moja mama, sio­stra, ja i dwie małe dziew­czyn­ki, wła­ści­wie dzie­ci: Ewa i Maryna.

Olbrzy­mi plac zale­gła wiel­ka ciż­ba ludzi, wozów, samo­cho­dów, a zbli­żał się ranek i moż­li­wość poja­wie­nia się samo­lo­tów nie­miec­kich, któ­re dopie­ro mia­ły­by zaba­wę strze­la­jąc w skłę­bio­ny tłum. Trze­ba było jak naj­prę­dzej opu­ścić to nie­bez­piecz­ne miej­sce, ale jak. Mama pra­wie już sześć­dzie­się­cio­let­nia, sio­stra z wadą ser­ca, któ­rej zabro­nio­no więk­szych wysił­ków i ja, wpraw­dzie peł­no­spraw­na, ale z dwoj­giem dzie­ci, z któ­rych jed­no dopie­ro przed mie­sią­cem zaczę­ło cho­dzić. Mary­na mia­ła wte­dy 13 mie­się­cy. Zroz­pa­czo­na opar­łam się o jakąś szo­pę i utkwiw­szy oczy w nie­bio­sach bła­ga­łam Mat­kę Naj­święt­szą o ratu­nek. I nagle wśród wiej­skich zabu­do­wań zoba­czy­łam auten­tycz­ną war­szaw­ską doroż­kę z woź­ni­cą na koź­le. Pojazd był pusty. Gra­ni­czy­ło to z cudem. Pode­szłam do mło­dzień­ca woź­ni­cy i zapy­ta­łam „wol­na?” nie zda­jąc sobie spra­wy ze śmiesz­no­ści tego nor­mal­ne­go pyta­nia w tej sce­ne­rii. Chło­pak uprzej­mie popro­sił nas o zaję­cie miejsc i przy­zna­jąc rację, że trze­ba umy­kać przed spo­dzie­wa­nym nalo­tem, ruszył na wschód, Przed mostem tra­fi­li­śmy na bar­dzo ład­ny domek ukry­ty w lesie i tam zatrzy­ma­li­śmy się, aby odpo­cząć. Gospo­da­rze wypy­ty­wa­li nas o wojen­ne nowi­ny, co wca­le nie wyda­wa­ło nam się dziw­ne, aż do momen­tu, kie­dy zauwa­ży­łam, że jed­na z kobiet mru­ga do mnie zna­czą­co i daje znak, abym wyszła do ogro­du. Gdy to zro­bi­łam, ona po chwi­li wyszła rów­nież i obja­śni­ła mnie, że gospo­da­rze to nie­miec­cy kolo­ni­ści i dla­te­go tak bar­dzo chcą wie­dzieć o zwy­cię­stwach swo­ich roda­ków i ona uwa­ża, że pobyt nasz w tym domu nie jest bez­piecz­ny. Sło­wa jej powtó­rzy­łam moim towa­rzysz­kom i woź­ni­cy, któ­ry natych­miast zaprzągł konie i ze sło­wa­mi nas to nic, nasy­pia­li pia­sku (to takie andru­sow­skie powie­dze­nie) wje­cha­li­śmy na most, o tej porze pra­wie pusty. Była godzi­na 14. Przed mostem, w ogro­dzie z gościn­nie otwar­ty­mi wro­ta­mi, zoba­czy­li­śmy kla­sycz­ny schron, pokry­ty dar­ni­ną, o dwóch wej­ściach, pierw­szy w naszej wędrów­ce. Dotąd z zabez­pie­cza­ją­cych środ­ków prze­śla­do­wał nas jedy­nie widok wybi­tych szyb, a wszyst­kie według instruk­cji zakle­jo­ne były na krzyż paska­mi papie­ru, co mia­ło je chro­nić właśnie.

Reklama

Koń u naszej doroż­ki był bia­ły, z dale­ka widocz­ny. Nagle zaczął się nalot. Poło­ży­li­śmy się wzdłuż kra­węż­ni­ków mostu, oczy­wi­ście Mary­nę rzu­ci­łam na spód, sama na nią. Dziec­ko, któ­re­mu nagle prze­rwa­łam sie­lan­ko­wą jaz­dę koni­kiem dar­ło się tak, że pot spły­wał ze mnie ze stra­chu, aby nie usły­szał jej lot­nik i nie skie­ro­wał na nas serii, gdy naj­przy­tom­niej­sza z nas, mama, wyda­ła roz­kaz „do schro­nu” więc bie­giem ukry­li­śmy się. Po jakimś cza­sie żoł­nierz pol­ski zagląd­nął do schro­nu i pyta, czy jest tam kto i czyj ten bia­ły koń na moście i dalej­że na nas, dla­cze­go nie jedzie­my, tutaj nie­dłu­go przyj­dą Niem­cy i nas ogarną.

Trze­ba było ruszyć w dro­gę przez most na Bugu do obo­zu woj­ska pol­skie­go. Koń był tak zmę­czo­ny, że już usta­wał, a komen­da orze­kła, że woj­sko na noc rusza dalej i my, kobie­ty z dzieć­mi, powin­ny­śmy cią­gnąć trop w trop za woj­skiem, bo tak będzie najbezpieczniej.
Wobec takiej per­spek­ty­wy uprzej­mi żoł­nie­rze zmie­ni­li nam konia na rzeź­wiej­sze­go i według roz­ka­zu wie­czo­rem ruszy­li­śmy za woj­skiem. Ale nie­ste­ty, nasz woź­ni­ca cier­piał na „kurzą śle­po­tę” i o zmro­ku tra­cił bystrość wzro­ku. Wobec tego mama popro­si­ła żoł­nie­rza maru­de­ra, aby zasiadł na koź­le i powo­ził. Dro­ga była ogrom­nie piasz­czy­sta, doroż­ka nie przy­sto­so­wa­na do takiej nawierzch­ni do poło­wy kół zagłę­bia­ła się w pia­sku, jecha­li­śmy w śli­ma­czym tem­pie. Żoł­nierz bał się, żeby nie uzna­no go za dezer­te­ra. Zesko­czył z kozła, rzu­cił lej­ce i pobiegł za swoimi.

Żad­na z nas nie umia­ła powo­zić. Woź­ni­ca usi­ło­wał jechać dalej z takim skut­kiem, że prze­wró­cił doroż­kę. Na szczę­ście nie było poszko­do­wa­nych, więc usta­wił ją na kołach, poło­żył się na koź­le i zasnął. Woj­ska już nie było sły­chać, ciem­no­ści pano­wa­ły nie­sa­mo­wi­te. Nagle usły­sze­li­śmy pia­nie kogu­ta, z cze­go wnio­sek, że bli­sko musi być osie­dle. Mama odważ­nie sama poszła w tę ciem­ność, odszu­ka­ła jakąś ludz­ką sie­dzi­bę, zastu­ka­ła z proś­bą o przy­ję­cie i wró­ci­ła do nas. Jak się roz­wid­ni­ło, mło­dzian przy­cią­gnął za nami przy­no­sząc kurę na rosół. Nie wiem, ile ludzi prze­szło przez tę wieś, ale woda w stud­ni wypi­ta była do dna, zaś w miesz­ka­niu ilość much prze­szła wszel­kie wyobra­że­nie, zda­wa­ło się nie­moż­li­wym, aby otwo­rzyw­szy usta nie połknąć muchy. Mimo tych luk­su­sów już nie zamie­rza­li­śmy dalej jechać, aby zna­leźć sobie jakieś lokum, może u nauczy­ciel­ki, któ­ra jak dowie­dzie­li­śmy się pocho­dzi­ła z Kra­ko­wa. Janecz­ka, jako cia­ło peda­go­gicz­ne poszła szu­kać kole­żan­ki, ale tam­ta nie wró­ci­ła jesz­cze z waka­cji, a wła­śnie zaczął się nalot. Cho­wa­jąc się w jakąś dziu­rę, pozna­ła ofi­ce­ra z żoną i z cór­ką, któ­rzy rów­nież robi­li to samo i on ofia­ro­wał nam swą opie­kę. Zna­lazł się jesz­cze żoł­nierz z wozem peł­nym sucha­rów, któ­ry odbił się od jed­nost­ki, no i na wie­czór ruszy­li­śmy dalej: my doroż­ką, a rodzi­na ofi­ce­ra wozem taborowym.

Wresz­cie doje­cha­li­śmy do Kow­la, a tam biwa­ko­wa­li­śmy na podwór­ku szpi­ta­la. Deszcz sią­pił, było przy­kro i nie­przy­tul­nie. Potem uzgod­ni­li­śmy, że Jachur był wte­dy w szpi­ta­lu i nie wie­dzie­li­śmy o sobie. Nie dostał bie­dak mun­du­ru, jedy­nie płaszcz woj­sko­wy i ze swo­ją wali­zecz­ką lekar­ską miał zawo­jo­wać Niemców.

Ogól­nie uwa­ża­no Pole­sie za naj­bez­piecz­niej­szy azyl, więc trze­ba było tam dotrzeć. Cóż, kie­dy nagle zmie­ni­ła się sytu­acja i wszyst­kie wozy cią­gną­ce na wschód, odwró­ci­ły kie­ru­nek o 180 stop­ni i zaczę­ły wra­cać. Pani­ka powięk­szy­ła się, jed­ni dru­gich pyta­li, co to zna­czy i dla­cze­go. Wresz­cie oka­za­ło się, że ze wscho­du cią­gną woj­ska sowiec­kie. Popłoch się wzmógł, żoł­nie­rze rzu­ca­li broń, na dro­dze leża­ły róż­ne przed­mio­ty nie wyłą­cza­jąc odznak i dys­tynk­cji. Nasz woź­ni­ca nie za bar­dzo trosz­czył się o swe­go konia, żywił go sys­te­mem raczej samo­ob­słu­go­wym: gdzie koń zna­lazł tro­chę tra­wy czy chwa­stów to zja­dał, a woź­ni­ca odpoczywał.

Przy takim cią­głym wędro­wa­niu koń musi być dobrze kar­mio­ny, bo wresz­cie usta­nie i wła­śnie to zda­rza­ło się coraz czę­ściej. A oko­licz­no­ści sta­wa­ły się coraz nie­bez­piecz­niej­sze i wszy­scy chcie­li być w gro­ma­dzie, jed­ni dru­gim doda­wa­li otu­chy. Wła­śnie koń cał­kiem stra­cił siły, a woź­ni­cy było wszyst­ko jed­no. W odda­li widać było osa­dę Macie­jo­wo, zosta­li­śmy na trak­cie jako ostat­ni i odle­głość od ludzi zaczę­ła się powięk­szać. Wte­dy wysie­dli­śmy z doroż­ki i usi­ło­wa­li pie­szo poko­nać tę dro­gę, poło­że­nie było groź­ne, zapa­dał wie­czór. Janecz­ka pro­wa­dzi­ła Ewę, ja nio­słam Mary­nę, mamu­sia masze­ro­wa­ła obok.

I wte­dy nad­je­cha­ły tabo­ry. Żoł­nie­rze oka­za­li się rycer­scy dla kobiet i zabra­li nas na wozy, w ten spo­sób zna­la­zły­śmy się w gro­ma­dzie, a nawet w ści­sku, bo każ­dy chciał noco­wać w takim domu, w któ­rym woj­sko sta­ło w podwór­ku, więc w izbach powstał ogrom­ny tłok. Ale zanim ulo­ko­wa­li­śmy się, prze­ży­łam wiel­ką roz­pacz, gdy wóz z Janecz­ką i Ewą wje­chał do mia­stecz­ka inną dro­gą i odna­le­zie­nie ich wyda­ło mi się nie­moż­li­wo­ścią. Pła­ka­łam tak bar­dzo, że po tym pła­czu ludzie wska­za­li Janecz­ce, gdzie jest ta pani w nie­bie­skiej chu­s­tecz­ce, co tak rozpacza.

Rano z pośpie­chem każ­dy myślał o powro­cie do domu, ale byli­śmy jesz­cze bar­dzo dale­ko. Uszy­ko­wał się nie­zmier­nie dłu­gi koro­wód wozów i wszy­scy ruszy­li w kie­run­ku Bugu do Lubomla.

W dro­dze zja­wi­li się Ukra­iń­cy i zaczę­li roz­bra­jać żoł­nie­rzy pol­skich, stąd wywią­za­ła się bitwa i my, bez­bron­ne kobie­ty i dzie­ci, zna­la­zły­śmy się w strasz­nej opre­sji. Wśród strze­la­ni­ny i kła­dze­nia się po rynsz­to­kach dotar­ły­śmy do sta­cji kole­jo­wej w nadziei, że może dalej poje­dzie­my pocią­giem. Mary­na zgu­bi­ła smo­czek, co było wte­dy ogrom­ną stra­tą, bo dziec­ko czę­sto bywa­ło głod­ne, a smocz­kiem jakoś dało się ją oszu­kać. Wresz­cie nad­je­chał pociąg pan­cer­ny wio­zą­cy ran­nych. Dowód­ca oznaj­mił, że cywil­nej lud­no­ści nie będzie zabie­rał. Sta­li­śmy wszy­scy tra­gicz­ny­mi ocza­mi patrząc na roz­wie­wa­ją­ce się nasze nadzie­je, gdy dowód­ca zro­bił wyją­tek, że zabie­rze tę babu­nię z wnucz­ką. Ewa była ubra­na w nie­bie­ski płasz­czyk z bia­łym futrza­nym koł­nie­rzy­kiem i na rękach trzy­ma­ła bia­łe­go kota, zna­le­zio­ne­go gdzieś po dro­dze. Oczy­wi­ście mamu­sia oznaj­mi­ła, że nie jest sama i tak Janecz­ka i ja z Mary­ną zna­la­zły­śmy się w pocią­gu w wago­nie towarowym.

Dzie­ci były głod­ne. Nie mia­łam nic oprócz jabłu­szek poda­ro­wa­nych przez pie­lę­gniar­kę. Mia­ła pano­wać cisza zupeł­na, kape­lan odma­wiał róża­niec, w razie ostrze­li­wa­nia pocią­gu wszy­scy otrzy­ma­li pole­ce­nie kła­dze­nia się na pod­ło­dze wago­nu, a gdy nad­szedł ten moment, oczy­wi­ście dzie­ci poło­ży­li­śmy na samym spo­dzie. Zapa­no­wa­ło wiel­kie napię­cie i głę­bo­ka cisza, a wte­dy ode­zwał się dzie­cin­ny gło­sik Ewy: Babu­niu, ja nie chcę jechać takim pocią­giem, co tak śtla­śnie śmiel­dzi. Nastą­pił chó­ral­ny wybuch śmie­chu, roz­ła­do­wa­ła się atmos­fe­ra, tym bar­dziej, że usły­sze­li­śmy tyl­ko kil­ka poje­dyn­czych strza­łów. Po tam­tej bitwie nie było nam to dziwne.

Na rano doje­cha­li­śmy do Bugu w Doro­hu­sku. Most spa­lo­ny tle­nem od poło­wy wisiał w powie­trzu. Rze­kę nale­ża­ło prze­być w bród, na szczę­ście poziom nie był wyso­ki, bo od począt­ku wrze­śnia w ogó­le nie padał deszcz, jesień była poka­zo­wa, praw­dzi­wie pol­ska, nie­ste­ty wojen­na. Każ­dy węze­łek z ubra­niem wią­zał sobie na gło­wie albo ramie­niu i marsz do wody. Mał­żeń­stwa szły pod rękę. Jak­by w kon­tra­ście do poprzed­niej gro­zy, widok to był zabaw­ny, ist­na rewia mody bie­liź­nia­nej. Dzie­ci prze­wo­zi­li sape­rzy tratwami.

W odle­gło­ści 4 km od Bugu leża­ło zbom­bar­do­wa­ne mia­stecz­ko ze sta­cją kole­jo­wą, to był nasz cel. Doszli­śmy do niej, ja z dziec­kiem na ręku, tyle, że do nie­sie­nia waliz­ki mamu­sia zaan­ga­żo­wa­ła dwóch chło­pa­ków, któ­rzy oka­za­li nam dużo życz­li­wo­ści i słu­ży­li pomo­cą. Na małej sta­cyj­ce wkrót­ce powsta­ło ogrom­ne obo­zo­wi­sko ludzi cywil­nych, żoł­nie­rzy, szpi­tal woj­sko­wy. Na pobli­skich polach kopa­no ziem­nia­ki, kle­co­no polo­we kuch­nie, aby móc się poży­wić. Nikt nie wie­dział, co dalej.