Busko-Zdrój po woj­nie. Po lewej Jerzyk Wiśniow­ski, w środ­ku Kry­sia, po pra­wej Jola, cór­ki Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Zno­wu zosta­łam sama, tyle, że w zupeł­nie nowym oto­cze­niu. W „Związ­kow­cu” oprócz nas miesz­ka­ła jed­na samot­na oso­ba i jesz­cze ktoś mnie uświa­do­mił, że w lewym kory­ta­rzu na klam­ce powie­sił się kie­dyś odpa­lo­ny kon­ku­rent. Tro­chę to nie­mi­łe wspo­mnie­nie, szcze­gól­nie przy akom­pa­nia­men­cie stu­ku pood­dzie­ra­nych od dachu blach. Trze­ba było robić dobrą minę. A tu tak się z daw­na ukła­da­ło, że dopó­ki Jachur był w pobli­żu, życie bie­gło nor­mal­nie, z chwi­lą kie­dy znik­nął z hory­zon­tu, coś zaczy­na­ło się dziać. Tak było zawsze i jest dotych­czas. Pew­ne­go wie­czo­ru zapa­li­ły się sadze w komi­nie, o czym na pew­no nie wie­dzia­ła­bym, ale przy­chyl­ny prze­cho­dzień przy­szedł na pierw­sze pię­tro, aby mnie ostrzec. Na sku­tek tego czu­wa­łam całą noc, aby w razie poża­ru zdą­żyć uciec z dzieć­mi; cał­kiem obca, nie wie­dzia­łam, gdzie straż pożar­na i w ogó­le jak się do tej spra­wy zabie­rać. W tym miesz­ka­niu Ewa i Mary­na zro­bi­ły mi bar­dzo miłą nie­spo­dzian­kę, gdy pod nie­obec­ność ojca same pamię­ta­ły o moich imie­ni­nach i uło­ży­ły dla mamy wiersz, bo nie mogły imie­ni­ny odbyć się bez laur­ki. Przez poprzed­nie lata zawsze ktoś star­szy o tym pamię­tał i poma­gał im w przy­go­to­wa­niu. Nauka nie poszła w las.

Busko-Zdrój po woj­nie. Ewa i Mary­na, cór­ki Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Nie­dłu­go potem Jola przy­go­to­wa­ła mi kło­po­tli­wą nie­spo­dzian­kę. Zawsze bar­dzo ład­nie bawi­ła się faso­lą i żad­ne głu­pie pomy­sły nie przy­cho­dzi­ły jej do gło­wy. Ale wła­śnie tego dnia zasto­so­wa­ła nową zaba­wę. Tyle zia­re­nek faso­li wepchnę­ła sobie do nosa, że pra­wie dusi­ła się, sapa­ła cięż­ko, myśla­łam, że ma gorącz­kę. Posła­łam do sana­to­rium po pomoc. Sier­żant zade­cy­do­wał. Mnie zosta­wi­li w domu, a on z Ire­ną zabra­li małą do szpi­ta­la. Wra­ca­ją, Jola zado­wo­lo­na. Jak po prze­ży­ciu przy­go­dy, chwa­li się, że jej pani dok­tor gwoź­dziem wyj­mo­wa­ła faso­lę i pro­si o następ­ną por­cję do zaba­wy. Taka to dzie­cię­ca logika.

Busko-Zdrój po woj­nie. Pierw­sza w kolej­ce Mar­len­ka, cór­ka pra­cow­ni­ków sana­to­ryj­nych, dru­ga Kry­sia, pią­ta Jola, cór­ki Kry­sty­ny Kra­mar­skiej Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Czwar­ta Majaś­ka Kra­mar­ska, cór­ka bra­ta autor­ki, Adama.

Wkrót­ce wezwa­no Jachu­ra do War­sza­wy. Gene­rał zada­wał mu mnó­stwo pytań, mię­dzy inny­mi o rodzi­nę i zapro­po­no­wał, aby zajął miesz­ka­nie w sana­to­rium zaj­mo­wa­ne przez komen­dan­ta. Jachur mi to wszyst­ko powtó­rzył i zakoń­czył stwier­dze­niem, że my się jed­nak do sana­to­rium nie wpro­wa­dzi­my, bo to jest obiekt woj­sko­wy, więc nie miej­sce dla kobiet i dzie­ci, poza tym pacjen­ci będą mie­li utrud­nio­ny dostęp do leka­rza, a po trze­cie, jak przy­je­dzie świe­ży komen­dant to nas z tego miesz­ka­nia wysie­dli. Wte­dy ja, powo­łu­jąc się na powie­dze­nie Jachu­ra, że upór w dobrym jest zale­tą, upar­łam się. Nauczo­na wypad­ka­mi ostat­nich lat, że trze­ba korzy­stać z chwi­li, posta­no­wi­łam, że się prze­pro­wa­dzi­my i zoba­czy­my, co sta­nie się potem. Mając za sobą pozwo­le­nie gene­ra­ła, byłam pew­na, że przy­szły komen­dant będzie musiał dać nam odpo­wied­nie miesz­ka­nie. Wobec tego w kwiet­niu 1946 r wpro­wa­dzi­li­śmy się do Sana­to­rium. Po raz pierw­szy zamiesz­ka­li­śmy w super­kom­for­to­wym miesz­ka­niu, bar­dzo ład­nie roz­pla­no­wa­nym i luk­su­so­wo wypo­sa­żo­nym. Pokoi było wpraw­dzie tyl­ko dwa, ale mia­ło dużo przy­na­leż­no­ści: kuch­nia, dwa przed­po­ko­je, mały holik, łazien­ka, osob­no WC, spi­żar­ka i duży taras. Zamiast okien były duże bal­ko­no­we drzwi, a że dom stał na skra­ju lasu, leśne zapa­chy napeł­nia­ły całe miesz­ka­nie. Jako cie­ka­wost­kę poda­ję, że w naszym miesz­ka­niu było 16 par drzwi, a że ja mam lek­kie­go hyzia na punk­cie drzwi, napa­wa­ło mnie to wiel­ką rado­ścią. Meble w sypial­ni były kre­mo­we, meta­lo­we, sana­to­ryj­ne, w dru­gim poko­ju róż­ne anty­ki, jakaś “zdo­bycz wojen­na”. Jachur wyna­jął dwa poko­je w wil­li „Sło­wac­ki” nie­opo­dal „Związ­kow­ca” i tam przy­cho­dził leczyć w ozna­czo­nych godzinach.
W tydzień po prze­pro­wadz­ce uro­dzi­ła się Kry­sty­na. Mia­łam dla niej wymy­ślo­ne imię Aniel­ka, ale Jachur chciał Kry­sty­na. Muszę wtrą­cić tutaj małą dygre­sję co do wybo­ru imie­nia dla mojej czwar­tej cór­ki. Otóż bywał u nas pewien inży­nier, któ­ry powie­dział Jachu­ro­wi, że chcąc prze­rwać pas­sę córek, nale­ży dziec­ku dać imię mat­ki. Oczy­wi­ście jest to czy­sty wymysł i u wie­lu naszych zna­jo­mych się nie spraw­dził, choć­by u Wiciń­skich, któ­rych pierw­sza cór­ka mia­ła imię mat­ki, a po niej uro­dzi­ły się jesz­cze dwie. Nie wie­dzia­łam, że Ewa sły­sza­ła tę roz­mo­wę. Gdy Jachur oznaj­mił, że mała będzie Kry­sty­na, Ewa przy­szła do mnie z ulti­ma­tum: albo dziec­ko nie będzie Kry­sty­na, albo u nas nie będzie już wię­cej dzie­ci! Zdu­mio­na pytam, dla­cze­go, a ona przy­ta­cza twier­dze­nie inży­nie­ra i mówi, że one, to zna­czy moje cór­ki, nie potrze­bu­ją chło­pa­ków, żeby się mię­dzy nimi roz­py­cha­li. Sytu­acja była prze­ko­micz­na. Ewu­niu, mówię, jak­by tutaj zamiast dziew­czyn­ki leżał mały bez­bron­ny chłop­czyk, czy wyrzu­ci­ła­byś go za to, że jest chłop­czy­kiem. Prze­cież jak on się będzie „roz­py­chał”, to wy będzie­cie już doro­słe, więc was to nie dotknie. Ewa zro­zu­mia­ła. Gdy w trzy lata potem uro­dził się Piotr, nie miał tro­skliw­szej opie­kun­ki, a on, jak Ewa poszła na stu­dia, na poże­gna­nie cało­wał list i zakre­ślał w któ­rym miej­scu, a gdy potem się zda­rzy­ło, że Ewa musia­ła leżeć sie­dem mie­się­cy w łóż­ku i kie­dyś wes­tchnę­ła, że zja­dła­by sobie ciast­ko z koko­sem, Piotr, już wte­dy dora­sta­ją­cy chło­pak oble­ciał parę ulic, żeby jej to ciast­ko przynieść.

Busko-Zdrój po woj­nie. Od lewej Kry­sia, Ewa, Jola, Mary­na, cór­ki Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Babci.

Ale wra­ca­jąc do prze­pro­wadz­ki. Było mi bar­dzo obco i samot­nie. Mama nie mogła przy­je­chać, bo nie czu­ła się dobrze i oba­wia­ła się, że wię­cej naro­bi kło­po­tu swo­im przy­jaz­dem do takie­go nie­zor­ga­ni­zo­wa­ne­go domu, niż będzie mogła pomóc. W sana­to­rium nie miesz­ka­ła żad­na rodzi­na oprócz nas, Jachur miał mnó­stwo nowych obo­wiąz­ków, jed­na Ire­na do obsłu­że­nia mnie i czwor­ga dzie­ci, tro­chę to wszyst­ko nie gra­ło. Moja mała Ewu­nia pomy­śla­ła, że mamie nale­żą się kwia­ty i z pierw­sze­go snu obu­dził mnie zapach fioł­ków nazbie­ra­nych przez nią w lasku. Zawsze będę to pamię­ta­ła, ile wyczu­cia było w małym ser­dusz­ku. Potem nie­śmia­ło ofia­ro­wa­ła swo­je usłu­gi p. Wiśniow­ska, żona ofi­ce­ra, miesz­ka­ją­ca w ryn­ku w Busku i p. Biczan, wdo­wa po ofi­ce­rze, zna­leź­li się dobrzy ludzie i wszyst­ko się uło­ży­ło. Ponie­waż to było w tygo­dniu świą­tecz­nym, Irka noca­mi pie­kła cia­sto, aby zro­bić nie­spo­dzian­kę, i tak jakoś szło.

Wkrót­ce zawi­tał do sana­to­rium nowy komen­dant, dr Kazi­mierz Bień­kow­ski, i oka­za­ło się, że płon­ne były Jachu­ra oba­wy. Nowy komen­dant nigdy nie upo­mniał się o nasze miesz­ka­nie, prze­ciw­nie, doło­żył nam do dys­po­zy­cji następ­ny pokój w kory­ta­rzu, nr 10, dla Ewy i Mary­ny. Odtąd pokój dziew­czy­nek nazy­wał się „pod dzie­siąt­ką”, cho­ciaż leżał wewnątrz miesz­ka­nia. Pobyt nasz w sana­to­rium trwał do 1953 r. Było tam pięk­ne oto­cze­nie i wygo­dy, odpo­wied­nie towa­rzy­stwo dla nas i dla dzie­ci świet­ne warun­ki, a przy tym, po okre­sie woj­ny każ­dy cie­szył się życiem i dawał z sie­bie mak­si­mum wysił­ku, dum­ny, że go na tyle stać.

Imie­ni­ny Jachu­ra w r. 1946 połą­czy­li­śmy ze chrztem Kry­sty­ny. Rodzi­ce chrzest­ni, Mary­sia Rut­kow­ska i mój brat Adam, przy­je­cha­li z Kra­ko­wa. Przy­ję­cie było hucz­ne. I zno­wu, jak co roku, cała kra­kow­ska rodzi­na spę­dza­ła u nas waka­cje, a trosz­kę się powięk­szy­ła, bo Ada­mo­wie, któ­rych ślub odbył się w paź­dzier­ni­ku 1943 r mie­li Majaś­kę, a Maria­no­wie przy­jeż­dża­li z Andrze­jem o rok star­szym od Joli. Ste­fan zwy­kle towa­rzy­szył mamie, któ­ra coraz to zapa­da­ła na zdro­wiu. Jachur korzy­stał ze sto­łów­ki ofi­cer­skiej, a my z żoł­nier­skiej, oczy­wi­ście odpłat­nie. Wyży­wie­nie cało­dzien­ne, cho­ciaż pro­ste, ale zdro­we, zwal­nia­ło od bie­ga­nia za pro­duk­ta­mi, doku­py­wa­ło się do sma­ku. Gdy zja­wia­li się u nas nasi let­ni­cy, zgła­sza­łam u inten­den­ta ilość potrzeb­nych por­cji i obcią­ża­no nimi nasz rachu­nek. Goście czu­li się dobrze, bo wie­dzie­li, że nie spra­wia­ją gospo­dy­ni amba­ra­su, jedli po żoł­nier­sku, jak my.

Rok 1946 był wła­ści­wie rokiem orga­ni­zo­wa­nia porząd­ku życia w sana­to­rium. Komen­dant zamiesz­kał na pierw­szym pię­trze. Żona­tym ofi­ce­rom pozwo­lił spro­wa­dzić rodzi­ny, z tym że miesz­ka­li w gar­so­nie­rach, bo i tak wszy­scy korzy­sta­li ze sto­łów­ki, a łazien­ki były na każ­dym pię­trze i w sute­re­nach. Jedy­ne kom­plet­ne miesz­ka­nie nale­ża­ło do nas, naj­licz­niej­szej rodzi­ny. Komen­dant sta­rał się o roz­wój życia towa­rzy­skie­go i dzię­ki nie­mu atmos­fe­ra pano­wa­ła iście rodzin­na. Nikt nie wymi­gi­wał się od udzia­łu we wspól­nych pra­cach na przy­kład przy porząd­ko­wa­niu par­ku wokół budyn­ku, gra­bie­niu liści, zali­cza­li­śmy to do bar­dzo przy­jem­nych zajęć, a dzie­ci były zachwy­co­ne, wyka­zy­wa­ły dużo zapa­łu. Wigi­lię spo­ży­wa­li­śmy razem, wszy­scy miesz­kań­cy domu na wiel­kiej sali przy sto­łach po sta­ro­pol­sku usta­wio­nych w pod­ko­wę, wspól­nie śpie­wa­li­śmy kolę­dy. Św. Miko­łaj obda­ro­wy­wał dzie­ci, żoł­nie­rzy i poko­jów­ki, przy­jem­ność była ogól­na. Nastrój pano­wał pogod­ny, spo­koj­ny, mimo, że wszy­scy mie­li mnó­stwo obo­wiąz­ków, nikt nie czuł się prze­pra­co­wa­ny, bo był czas na wszyst­ko. Może wyni­ka­ło to z bar­dzo ure­gu­lo­wa­ne­go try­bu życia, któ­ry dawał czas na pra­cę i odpo­czy­nek bez cią­głe­go pośpiechu.

Z począt­ku dzie­ci tro­chę cho­ro­wa­ły, cią­gle były zazię­bio­ne, dopó­ki nie przy­zwy­cza­iły się do cen­tral­ne­go ogrze­wa­nia; potem moż­na powie­dzieć cho­wa­ły się zdro­wo, wyjąw­szy cho­ro­by dzie­cię­ce zakaź­ne, a i te prze­cho­dzi­ły lek­ko i nie wszyst­kie. Naj­od­por­niej­sza była Kry­sty­na. Nasze miesz­ka­nie było zawsze peł­ne dzie­ci, naszych i cudzych, dziw­nie magne­tycz­nie dzia­ła­ły na sie­bie, zda­rza­ło, się, że kura­cju­sze posą­dza­li, że w tym miesz­ka­niu jest przed­szko­le, dopó­ki nie dowie­dzie­li się, jak jest napraw­dę. Ewa i Mary­na były bar­dzo solid­ny­mi uczen­ni­ca­mi, ich pil­ność prze­szła w Busku do legen­dy. Nor­mal­nie cho­dzi­ły do szko­ły pie­szo i nigdy się nie spóź­nia­ły. Gdy w cza­sie bar­dzo tęgiej zimy, bo zda­rza­ły się takie, że zaspy się­ga­ły nie­mal po pas, chcia­łam je zatrzy­mać w domu, stwier­dza­jąc, że wolę, żeby były zdro­we, niż mądre, Jachur obu­rzył się zdu­mio­ny i to ty tak mówisz. Mają się w co ubrać, niech wędru­ją. Kupi­li­śmy więc zako­piań­skie góral­skie kap­ce po kola­na i brnę­ły w śnie­gu z nie­ma­łą przy­jem­no­ścią, tak, że powrót do domu trwał dłu­żej, niż dro­ga do szko­ły. A jed­nak i teraz pod­trzy­mu­ję z upo­rem, że kobie­cie bar­dziej potrzeb­ne jest zdro­wie, niż mądrość książ­ko­wa (ja, jak ta baba, co już tonę­ła, a jesz­cze gesta­mi pod­trzy­my­wa­ła swo­ją rację).

Busko-Zdrój. Rok 1953. W środ­ku na dole Kry­sia, z tyłu na środ­ku Jola, obok niej Piotr, dzie­ci Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Wszyst­kie oso­by na zdję­ciu to, od lewej: Z przo­du Aśka Skal­ska (cór­ka dok­to­ra Skal­skie­go), Kry­sia Any­szek (cór­ka dok­to­ra Anysz­ka), Baś­ka Wiciń­ska (cór­ka dok­to­ra Wiciń­skie­go). Za nimi Gra­ży­na Skal­ska. Za nią Maj­ka Wiciń­ska. Z tyłu Jola i Piotr Anyszek.

W roku 1947 Mary­na przy­stą­pi­ła do I Komu­nii Świę­tej w koście­le para­fial­nym w Busku. Po dodat­ki do uro­czy­ste­go stro­ju jeź­dzi­łam do Kra­ko­wa, bo zno­wu wró­ci­li­śmy do przed­wo­jen­nych zwy­cza­jów i z uzbie­ra­ną gotów­ką wyru­sza­li­śmy na zaku­py. Nie­któ­re towa­ry były na kart­ki, nie­któ­re przy­wo­żo­no do sana­to­rium. Otwie­ra­no pro­wi­zo­rycz­ny, kil­ku­go­dzin­ny sklep, a inten­dent por. Wiśniow­ski bar­dzo się sta­rał, żeby nie omi­nę­ły nas przy­dzia­ły, bo prze­cież wszy­scy byli­śmy ogra­bie­ni przez woj­nę. Dosta­li­śmy pacz­ki UNRRA, na przy­kład żoł­nier­skie por­cje żyw­no­ścio­we: śnia­da­nie, obiad i kola­cję. Wte­dy Jola pierw­szy raz zoba­czy­ła cukier w kost­kach, któ­ry nale­żał do racji śnia­da­nio­wej i ozna­czo­ny był lite­rą „B”. Odtąd przy­cho­dzi­ła do mnie i pro­si­ła o „ciu­kiel be”. Nie­daw­no Ewa wspo­mnia­ła o tych pacz­kach. Twier­dzi, że smak zawar­tych w nich ser­ków, mie­lo­nek itp. pamię­ta do dzi­siaj. Gdy roz­dzie­la­łam im po kawa­łecz­ku cze­ko­la­dy, liza­ły ją, aby na dłu­żej star­czy­ła i Ewa myśla­ła sobie: „kie­dy przyj­dzie taki czas, że będę mogła cze­ko­la­dę gryźć, a nie lizać?”.

Po tro­chu kupo­wa­li­śmy sprzę­ty, usi­łu­jąc je jakoś skom­ple­to­wać i tak pierw­szym spra­wun­kiem była duża trzy­drzwio­wa sza­fa, następ­ny tap­czan, a potem kre­dens, ale w odstę­pach paru lat, nie tak to było łatwo, jak łatwo teraz opo­wia­dać. Okres poby­tu w Busku to naj­przy­jem­niej­sze lata nasze­go życia, cho­ciaż dla Jachu­ra były to cza­sy wiel­kiej harów­ki, bo pra­co­wał w ZUSie i pro­wa­dził prak­ty­kę pry­wat­ną, a wła­ści­wie cał­ko­wi­cie przy­na­le­żał do armii, któ­rej rygo­ry nie odpo­wia­da­ły jego uspo­so­bie­niu. Ale z obo­wiąz­ków wywią­zy­wał się świet­nie, dowód w szyb­ko­ści awan­sów i ogrom­nej życz­li­wo­ści ludz­kiej, jaka go sta­le ota­cza­ła. Zresz­tą to jest nie tyl­ko moje prze­ko­na­nie, ale sły­sza­łam to tak­że od obcych ludzi, że Jachur cokol­wiek robił, zawsze robił to na piąt­kę. Wie­le wyma­gał od sie­bie i dla­te­go łatwo uzy­ski­wał posłuch, a że jest wiel­kim demo­kra­tą, ule­ga­no mu nie ze stra­chu, lecz z sympatii.

Nie chcia­ła­bym do tych wspo­mnień wpro­wa­dzać poli­ty­ki, ale z upły­wem lat po woj­nie sto­sun­ki mię­dzy­ludz­kie sta­wa­ły się coraz trud­niej­sze; nie to, co w ser­cu, moż­na było mieć na języ­ku, chwi­la­mi bywa­ło śli­sko i w każ­dej chwi­li moż­na było spo­dzie­wać się zaskoczenia.

W mia­rę, jak zmie­niał się per­so­nel sana­to­rium, two­rzy­ły się inne nastro­je, ale przy­jaź­nie zawar­te zaraz po woj­nie prze­trwa­ły aż do dzi­siaj. Komen­dant dr Bień­kow­ski, chrzest­ny ojciec Pio­tra, nale­ży do ser­decz­nie z nami zwią­za­nych ludzi, Bar­ba­ra i dr Zenek Wiciń­scy byli przez całe życie naszy­mi wypró­bo­wa­ny­mi przy­ja­ciół­mi, od porucz­ni­ka A. Wiśniow­skie­go i jego żony Emi­lii otrzy­ma­li­śmy dużo dowo­dów przy­jaź­ni, kpt Woj­dy­gow­ski do koń­ca życia zali­czał się do naszych przy­ja­ciół. Dr Bień­kow­ski lubił dzie­ci, a swo­ich nie miał. Komen­dan­tu­rę objął jako wdo­wiec. Odwie­dzał nas po kil­ka razy dzien­nie i wszedł z dzieć­mi w taką zaży­łość, że prze­szedł z nimi „na ty” i odtąd był już dla nich Kazi­kiem. Gdy Jol­ka była mała, zwra­cał się do niej „ty chrza­nie”. Raz jed­na z kura­cju­szek zapy­ta­ła ją w ogro­dzie: Znasz tego pana? I wska­za­ła puł­kow­ni­ka. Jola mówi: Znam. A jak on się nazy­wa? Dziec­ko odpo­wie­dzia­ło: Pan Chsian.