O tej egzekucji wiedziało tylko paru ludzi i Kazik był pewny, że wszyscy już nie żyją. Zresztą  on sam przesiedział w więzieniu całe trzy lata, ale to nie było za to, tylko za  przynależność do bandy i posiadanie broni.

        Trzy lata! Pamiętał to więzienie dobrze. Teraz, groza jeszcze dłuższej odsiadki, a może czegoś gorszego, stanęła mu  przed oczami w jasnym świetle, bo pytający go cywil zadał mu bardzo wyraźne i okrutne pytanie:

        — To jak to było z tym powieszeniem Pietrowa? Opowiedzcie nam o tym!

        Skąd mogli wiedzieć?! Skąd?! Przecież to było prawie dwadzieścia pięć lat temu!

        Kazik był twardym człowiekiem. Za dużo nie myślał, nie kombinował i nie komplikował. Życie przyjmował prosto, ciężko pracował, czasem wypił, a w niedzielne popołudnie lubił położyć się w sadzie pod jabłonią, ale to pytanie o starą sprawę Pietrowa wstrząsnęło nim do głębi!

        — Boże mój – myślał – za takie coś to mogą mnie nawet powiesić. Przecież jak powiesili człowieka „za mięso”, to mogą i mnie. A myśląc o tym „za mięso”, wspominał Wawrzeckiego, którego faktycznie za malwersacje w handlu mięsem skazano na karę śmierci.

        Kazik był twardy, ale przy całej swojej twardości drżał przed szubienicą. Dobrze pamiętał jak to wygląda, bo pamiętał jak wieszali Pietrowa.

        Najgorsze jednak było to, co przesłuchujący go funkcjonariusz powiedział na zakończenie:

        — Słuchajcie Kowalczuk, my wiemy jak było, ale jeśli nam pomożecie, to może nie będziemy z tego wielkiej sprawy robić. Może skończy się tylko na paru latach…

        —Powiem wam tak: jeśli namówicie córkę, żeby wróciła, to ja tę waszą sprawę odłożę i narazie zostawimy ją tak jak jest. To jak będzie – namówicie ją?

        — Ta pewnie, panie naczelniku! – odpowiedział spocony jak ruda mysz Kowalczuk.

        — No to załatwcie to od razu. Poczekamy jakiś miesiąc. Teraz wracajcie do domu.

        I tak to opowiedział  Pawlinom i swojej Józce, a zaraz po tym przy kuchennym stole zaległa cisza.

        — Dobrze, że tego nie spaliłaś Tereniu! Bardzo dobrze! – mówił Tadek do żony na wiadomość, że mimo jego prośby nie zniszczyła pakietu, który przed wyjazdem z Polski dostała od oficera wywiadu Bogdana Sorskiego.

        To było zaraz po otrzymaniu rozpaczliwego listu od matki Tereski, w którym roztrzęsiona pytała co mają robić, bo ojcu grożą więzieniem.

        W pierwszej chwili Tereska rzuciła się do pakowania walizki i nerwowego powtarzania, że musi wracać, bo nie pozwoli na to, żeby rodzice za nią cierpieli, ale Tadek wstrzymał ją na chwilę i właśnie wtedy powiedział, że szkoda, że nie ma tego pakietu, który przywiozła.

        — Mam, mam – wykrzyknęła, wyciągając go z szuflady.

        Zaczęli czytać razem. Instrukcje dotyczące żądanych informacji, drogi kontaktowania się, przekazywania raportów i tak dalej zapisane były w najniewinniejszej formie różnych listów. Nie wszystko było jasne i Tereska znowu wpadła w panikę, ale Tadek rozumiał je całkiem dobrze i od słowa do słowa, ustalili, że kontakt z wywiadem może być drogą wyjścia z matni i uratowania ojca Kowalczuka od więzienia.

        — Muszę zadzwonić do Bogdana – powiedziała, w którymś momencie Tereska – i powiedzieć mu, że będziemy współpracować, ale musi mi obiecać, że nie będą gnębić ojca.

        — Bogdana?!

        Tereska zaczerwieniła się, ale zaraz zaczęła szukać w notesie i już po chwili złapała za telefon.

        Następnego dnia Tadek miał już zarys planu działania.

        Na pierwszy rzut poszły informacje o zagrożeniu ze strony organizacji byłych członków nazistowskiej SS, która jakoby miała wpływać na utrudnianie dojścia do porozumienia między dwoma państwami w sprawie uznania granicy na Odrze i  Nysie. Nazwiska, informacje o członkach tego stowarzyszenia, zdjęcia i plan działania były w pierwszym pakiecie informacji wysłanym na umówiony adres.

        Tadek przeszedł samego siebie w wymyślaniu tego steku fantazji, które jakkolwiek bardzo prawdopodobne, nie miały wiele wspólnego z rzeczywistością.

        Mimo wszystko, nauka w szkołach MSW nie poszła w las, bo Tadek rozumiał styl i sposób myślenia tego środowiska.

        Ich pierwszy raport najeżony był bardzo szczegółowymi informacjami, wyglądającymi bardzo prawdziwie, ale trudnymi do zweryfikowania.

        W mrocznym, wieloznacznym świecie wywiadu, kontrwywiadu i w ogóle szpiegostwa, nic nie jest klarownie jasne i wyraźne. Kłamstwo przeplata się z rzeczywistością tak niepostrzeżenie, że stanowi trudną do rozdzielenia całość. Specjalni ludzie pracują nad wyłuskaniem tego co jest prawdziwe i przydatne.

Ci, którzy w różnych warunkach trudnią się zbieraniem tych informacji działają niesystematycznie, nieregularnie i często na oślep.

        Tak to już jest. Tylko w szpiegowskich filmach wszystko się udaje, zbierane są właściwe informacje, a ich przekazywanie dokonywane jest w spektakularnych okolicznościach.

Wywiad PRL pracował pod ścisłą kontrolą Partii, której wymagania stawiane były na równi z dobrem Kraju. W tym stanie rzeczy, wobec przygotowywanego porozumienia w sprawie granic, informacje z terenu Niemiec traktowane były absolutnie priorytetowo. Kapitan Bogdan Sorski – pracownik Wydziału V-go  Departamentu I-go MSW był pod ciągłym naciskiem przełożonych.

        Jego wydział zajmował się „zdobywaniem tajnych informacji dotyczących politycznych, ekonomicznych i militarnych zamierzeń skierowanych przeciwko Polsce Ludowej” z krajów niemieckojęzycznych i Skandynawii.

        Ten nacisk przełożonych i konieczność wykazania się jakimiś wynikami sprawiła, że zdecydowano się na groźby wobec Kazika Kowalczuka. Stara, sprawdzona metoda.

        Tak więc pierwszy raport został przekazany i Tereska z Tadkiem czekali na jakąś odpowiedź. W międzyczasie Tadek napisał do Wikty z pytaniem „co słychać”, ale gdy dostał odpowiedź, że „wszystko po staremu”, uspokoili się i Tereska zaczęła się entuzjazmować, że ich plan działa.

        — Ale co dalej Tadziu, co dalej? – znowu wpadła w spanikowany ton – jak długo bedziemy ch mogli oszukiwać i mamić? I kiedy to się skończy?

        — Nie martw się Tereska – odpowiadał – narazie damy radę. Trzeba im coś dawać. Dla nich działanie jest najważniejsze. Ja ich znam! Nie martw się!

        Jakieś dwa tygodnie potem, Tadek wrócił do sprawy zeszytu zapisanego zielonym atramentem i wybrał się ponownie do uniwersyteckiej biblioteki. Podczas ostatniej bytności, w czasie której spotkał Henia Steina, pytał bibliotekarki o kogoś kto umiałby odczytać te niewyraźne „hieroglify”, a ta powiedziała, że popyta i żeby przyszedł za jakiś czas. No więc teraz przyszedł i z zadowoleniem usłyszał, że po dokładnym przejrzeniu zeszytu pani bibliotekarka sama zaofiarowała swoje usługi.

        — Myślę, że podołam – powiedziała z uśmiechem – ale z uwagi na ilość materiału i rzeczywistą trudność w odczytaniu, to może potrwać nawet miesiąc.

        Tadek zgodził się z ochotą i w chwili gdy odchodził od bibliotecznego kontuaru, nagle usłyszał wesoły głos. Henio Stein!

        — Co ty Heniek – pytał zaskoczony – mieszkasz tu, czy co?

        — Masz chwilkę czasu? Chodź do kafeterii, napijemy się piwa i trochę pogadamy – Henio pociągnął go za ramię.

        I wtedy zdarzyło się coś, czego Tadek ani się nie spodziewał, ani nie przewidywał. Henio kupił piwa, usiadł i zapytał bez wstępów:

        — Skąd są te informacje?

Tadek zmartwiał.

        — O czym ty mówisz?

        — Ty dobrze wiesz o czym! – oczy Henia na mała chwilę zabłysły jakby zniecierpliwieniem.

        No więc to on był ich kontaktem. Był odbiorcą raportu. Był jednym z tamtych. Tak, jego wyjazd pod przykrywką wypędzonego ”Marcowego syjonisty” otwierał drzwi do wielu organizacji polonijnych, żydowskich i nawet politycznych. Teraz działał.

        — Skąd są te informacje? – powtórzył.

        A Tadek otrzeźwiał już zupełnie, wziął się w garść, skupił i zaczął mówić.

        I w miarę mówienia, ku swojemu dość radosnemu zdziwieniu, odkrył w sobie dziwną umiejętność tworzenia faktów, fantazjowania i co najważniejsze przekonującego ich przekazywania. Zauważył, że przychodzi mu to zdumiewająco łatwo, że dobrze się w tym czuje, że lubi to i bawi go wyraz twarzy Henia, który łykał jego opowiadania jak pelikan.

        A Tadek zaczął od tego, że jego zmarły ojciec był w czasie wojny w SS i rzeczywiście nazywał się Kühl, a nie Kul, że tuż po wojnie zmienił pisownię nazwiska, że prawdopodobnie jest tym, którego poszukiwało Centrum Wiesenthala, i że po jego śmierci Organizacja Weteranów zaproponowała jemu, to jest synowi, daleko idącą  pomoc.

        I na tym kończyły się prawdziwe informacje. Od tego momentu zaczęła się fantazja, którą Tadek podawał Heniowi z taką wiarą i żarliwością, że Henio patrzył w niego jak zahipnotyzowany.

        Czasem wtrącał jakieś pytanie, a Tadek odpowiadał i robił to tak umiejętnie i z takim wyczuciem, że nikt nie mógłby powiedzieć, że to nie jest prawda. Na jedne odpowiadał szeroko, rozwijając je, na inne mówił, że nie wie, a na jeszcze inne, że może tak, ale się dowie.

        Szybko wyszło na jaw, że koło kufla z piwem leży pod serwetką mały magnetofon i Henio nagrywa rozmowę.

        Mówi się, że „kłamstwo ma krótkie nogi” i w wielu przypadkach życie to potwierdza, ale w przypadku przekazywanych przez Tadka informacji kłamstwo mieszało się z prawdą tak ściśle, że Wydział V-ty I-go Departamentu MSW nie bardzo wiedział co z nimi robić.

        Ilość przekazywanego przez Tadka, via Henio Stein materiału, była duża, ale po dokładnej analizie okazywało się, że informacje w nim zawarte w większości były bezwartościowe. Odkładano je więc do ewentualnego wykorzystania, ale najczęściej nie wracano do nich, bo ostatecznie jaką wartość mogły mieć na przykład długie listy studentów różnych wydziałów Kolońskiego Uniwersytetu?

        W rozmowach z Heniem, Tadek podkreślał, że koncentruje się na wszystkim co jest związane z niedawno założoną terrorystyczną Frakcją Czerwonej Armii, niejakiej  Ulriki Meinhof, której sympatycy byli na jego wydziale. O tym jednak polski wywiad wiedział od kolegów z NRD, którzy mieli wydatny udział w finansowaniu tej terrorystycznej organizacji.

        Powoli, powoli zaczęto się utwierdzać  w przekonaniu, że Tadek jest informatorem „niskiej przydatności” i Henio coraz rzadziej się z nim spotykał.

        Na początku grudnia 70-go roku doszło wreszcie do długo oczekiwanego porozumienia pomiędzy Polską i Niemcami w sprawie normalizacji stosunków i uznania granicy na Odrze i Nysie, a to zmieniało bardzo wiele.

        Sekretarz Władysław Gomułka był szczerze przekonany, że to osiągnięcie stawia go na takich wyżynach popularności jak wtedy, w Październiku 56-go. W ciągu parunastu dni jednak miał się przekonać, jak bardzo się mylił.         Tuż przed świętami Bożego Narodzenia przestał być szefem partii.

        Na wieść o masakrze robotników na Wybrzeżu, groza objęła cały Kraj. Salwy z broni maszynowej i chrzęst czołgowych gąsienic kończyły czternastoletnią epokę rządów „starej ekipy”, która odchodziła z robotniczą krwią na rękach.

Wraz z tym odejściem – jak to zwykle przy „zmianie warty” bywa – zaczęła się szeroka wymiana kadr, likwidacja i tworzenie stanowisk i tasowanie uprawnień.

        Zaczynała się nowa rzeczywistość. Zaczynała się Polska Edwarda Gierka.

        Był styczeń 1971 roku i wszyscy trwali w oczekiwaniu na to, co będzie. Przeważało przekonanie, że musi być lepiej! Od tego co się stało, nie mogło już być nic gorszego!

        I w tej atmosferze ogólnych zmian, zmieniały się także kierunki zainteresowania wywiadu. Powstawały nowe stanowiska, wielu starszych odeszło „na zasłużoną emeryturę”, inni zostali przesunięci i pojawiły się nowe twarze.

        Nagle zniknął Henio Stein. Tadek, używając umówionego systemu, próbował się z nim skontaktować, ale na próżno. Henia nie było.

Minął miesiąc, potem dwa i od Henia dalej nie było znaku życia.

        Zdenerwowana Tereska postanowiła zadzwonić do Dorniewa i upewnić się, czy wszystko jest w porządku, ale Kowalczukowie nie mieli telefonu więc na centrali poprosiła o połączenie z apteką.

        Gdy usłyszała w słuchawce spokojny, ciepły głos pana Freya prawie się rozpłakała. Czuła w nim rodzinną atmosferę, ciszę i ukojenie. Pod wpływem tego głosu ogarnęła ją tak straszna tęsknota, że aż się musiała siłą powstrzymać, żeby nie  wykrzyknąć: Jadę do was, jadę!!!

        Na całe szczęście rodzice byli w porządku, nikt z władz do nich nie przychodził i żadnych wezwań nie dostawali. Wyglądało na to, że zły czas minął, jakkolwiek Tadek kręcił głową i nie dowierzał.

        — Nie znasz ich Tereska. Oni bardzo rzadko odpuszczają. Czasem przyczajają się na jakiś czas, ale potem, jak czegoś potrzebują, znowu uderzają.

        — To nie ma przed tym świństwem ucieczki? – pytała Tereska.

        — Może i jest, ale ja jej nie znam – mówił Tadek.

        —Nie martw się – ciągnął widząc łzy w oczach żony – z tą nową ekipą może się dużo  zmienić. Zobaczysz!

        W międzyczasie życie szło wielkimi drogami do przodu, bo niedługo potem okazało się, że Tereska jest w ciąży!

        Tadkowi natomiast zostało już tylko dwa lata studiów i szło mu tak dobrze, że w dziekanacie swojego wydziału rozpoczął rozmowy na temat przyśpieszonego trybu nauki, wcześniejszego skończenia i rozpoczęcia pracy nad doktoratem.

        To był rzeczywiście rok pełen zmian.

        W czerwcu zostali zaproszeni na wesele Mili Reinhardt, która w swoim czasie była przedmiotem Tereski zazdrości. Jak się okazało całkiem niepotrzebnie! Mila wychodziła za mąż za kolegę z roku Hansa Blüthnera z Hamburga.

        Tadek znał go z wielu burzliwych, studenckich dyskusji, w których Hans dał się poznać jako walczący przeciwnik istniejącego porządku, bardzo otwarcie sympatyzujący właśnie z osławioną Ulriką Meinhof.

        Niezależnie od tego wszystkiego, po dwóch miesiącach pracy, bibliotekarka z uniwersyteckiej biblioteki, oddała Tadkowi odcyfrowany tekst odnalezionego u Stefana zeszytu zapisanego zielonym atramentem. Mimo nalegań nie chciała przyjąć żadnego wynagrodzenia.

        — To było dla mnie fascynujące przeżycie – powiedziała. — Nie wszystko udało się odczytać, ale tych białych plam nie ma tak dużo. Większość jest już czytelna.

        — Muszę pana zmartwić – mówiła –  że pomimo starań, nie udało mi się odczytać nazwiska autora. Niektóre fragmenty wskazują na to, że mogła to być kobieta, ale tego nie można stwierdzić z pewnością. Tekst obejmuje okres od połowy lat trzydziestych do grudnia 1944 roku. Proszę się z nim zapoznać, a potem wrócić do mnie, bo sama jestem ciekawa jakie jest pańskie odczucie. Czy to możliwe, że autorem jest jakiś pana krewny, bo jest tam mowa o kimś kto nosi podobne nazwisko?

        — Nie mam pojęcia, proszę pani. Ten zeszyt znalazłem w papierach nieżyjącego juz ojca.

        Wrócił do domu i wieczorem, po kolacji zagłębił się w czytanie.