Książ­ka Bab­ci. Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek. Z przo­du Han­ka Sawic­ka i Ste­fan Kra­mar­ski.
Za nimi, od lewej: Jan Any­szek, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, Zofia Kra­mar­ska (żona Maria­na), Józef Wil­czyń­ski, Maria Sawic­ka, Marian Kra­mar­ski, xxx.

Brat Ste­fan Kra­mar­ski, o 6 lat młod­szy ode mnie,
na te same rze­czy patrzy inny­mi oczami:

 

Paka z nasze­go Podwórka

Kil­ka luź­nych frag­men­tów wspomnień
z nie­da­le­kiej przeszłości
dla dzie­ci i starszych

Uro­dzi­łem się u schył­ku pierw­szej woj­ny świa­to­wej, kie­dy zaczę­ła już świ­tać jutrzen­ka wol­no­ści nie­pod­le­głej Pol­ski, na Pół­w­siu Zwie­rzy­niec­kim, w oko­li­cach pla­cu na Sta­wach, klasz­to­ru sióstr Nor­ber­ta­nek, w widłach Wisły i Rudawy.
Lata dzie­cin­ne spę­dzi­łem wśród licz­nej rodzi­ny, albo­wiem mia­łem dwóch bra­ci i dwie sio­stry, wszy­scy star­si ode mnie.

Ksiaż­ka Bab­ci. Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek. Kra­ków, Sena­tor­ska 27. Rok 1930. Góra (od lewej): Ste­fan Gał­kow­ski, Marian Kra­mar­ski, Jan Kra­mar­ski, Józef Wil­czyń­ski. Poni­żej: Hele­na Gał­kow­ska, Jan Any­szek, Jani­na Kra­mar­ska, xxx, Adam Kra­mar­ski, Hele­na Kra­mar­ska, xxx. Z przo­du, w środ­ku od lewej: Kry­sty­na Kra­mar­ska, Maria Sowic­ka, Ste­fan Kramarski

Podob­no zaraz w pierw­szy dzień po moim uro­dze­niu zebra­ła się cała czwór­ka rodzeń­stwa przy łóż­ku mamy i ota­cza­jąc becik nie­mow­la­ka dłu­go się wpa­try­wa­ła w nie­go, wresz­cie krzy­kę­ła: Mamo, on jest śle­py, nie ma oczu! Mama natych­miast się pode­rwa­ła i moc­no szarp­nę­ła beci­kiem. Otwo­rzy­łem oczy i zaczą­łem strasz­nie krzy­czeć, bo dziec­ko smacz­nie spa­ło. Mamu­sia się wte­dy bar­dzo zde­ner­wo­wa­ła, bo na sąsied­niej uli­cy w tym okre­sie uro­dzi­ło się śle­pe dziecko.

Zdję­cie ze zbio­rów autor­ki Książ­ki Bab­ci, Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek. Brat Ste­fan Kra­mar­ski oko­ło r. 1936 — 37.

W trzy lata po moim przyj­ściu na świat mama szczę­śli­wie powi­ła bliź­nię­ta, dziew­czyn­kę Halin­kę i chłop­czy­ka Józin­ka. Była więc nas spo­ra gro­mad­ka, sied­mio­ro. Nie­ste­ty w cią­gu roku bliź­nię­ta zmar­ły, zosta­ło więc nas pię­cio­ro i tak mama przy takiej ilo­ści dzie­ci mia­ła dużo roboty.

Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek. Książ­ka Bab­ci. Kry­sty­na, Jani­na i Ste­fan Kra­mar­scy w domu rodzin­nym przy Sena­tor­skiej 27 w Kra­ko­wie ok. r. 1929.

Ojciec mój (Jan Kra­mar­ski), star­szy inspek­tor budow­nic­twa miej­skie­go w ówcze­snym magi­stra­cie, budo­wał uli­ce, dro­gi, par­ki i pla­ce. Cza­sem zabie­rał mnie z sobą, zwłasz­cza, gdy przy­jeż­dża­ła po nie­go brycz­ka. Domy­ślam się, że były to jakieś dal­sze odle­gło­ści, więc magi­strat przy­dzie­lał mu śro­dek loko­mo­cji, aby mógł obje­chać wszyst­kie robo­ty. Sia­da­łem wte­dy na „koź­le”, to zna­czy na przed­nim sie­dze­niu przy woź­ni­cy, co dla mnie, malu­cha, było nie­zwy­kłą frajdą.

Kra­ków. Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Od lewej: Ste­fan Kra­mar­ski, Kry­sty­na Kra­mar­ska, x Flor­czyk, Zofia Zgo­rzel­ska-Kra­mar­ska, Marian Kra­mar­ski, Jani­na Kra­mar­ska, x Florczyk.

Mój brat Marian (naj­star­szy z nas) oraz obie sio­stry, Jasia i Kry­sia, gdy zaczą­łem szko­łę powszech­ną (a nie pod­sta­wo­wą jak teraz) uczęsz­cza­li już do szkół śred­nich, zaś brat Adam był już w star­szych kla­sach tej­że 31szej szko­ły im. dr H. Jor­da­na przy uli­cy Sło­necz­nej obec­nie Bole­sła­wa Pru­sa, tuż u wylo­tu Błoń. Daw­ne Bło­nia bowiem zaczy­na­ły się od razu za par­ka­nem szko­ły, nie było jesz­cze obec­nych ulic Fała­ta, Pusz­ki­na itd. Tyl­ko po pra­wej stro­nie uli­cy Sło­necz­nej sta­ło kil­ka domów.

Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Kra­ków, Sena­tor­ska 27. Wrze­sień 1930 r.
Ste­fan Kra­mar­ski. Za nim, od lewej: Anto­ni­na z Model­skich Wil­czyń­ska, Marian, Kry­sty­na i Adam Kra­mar­scy, Hele­na z Wil­czyń­skich Kra­mar­ska, Janecz­ka Kramarska.

Z lat, kie­dy byłem uczniem tej szko­ły, zapa­mię­ta­łem kil­ku nauczy­cie­li, np. zasu­szo­ny pan Salo­ni, pan Robak z cha­rak­te­ry­stycz­ną bro­dą, pan Korze­niow­ski z nie­co­dzien­ną łysi­ną, pan Kła­pa, wycho­waw­ca w mojej kla­sie pierw­szej i dru­giej oraz pan Wroń­ski, wycho­waw­ca w kla­sach trze­ciej i czwartej.
Pan Kła­pa utkwił mi szcze­gól­nie w pamię­ci. Miał bowiem zwy­czaj, że codzien­nie spraw­dzał zada­nie domo­we, a kto go nie miał, zosta­wał zapi­sa­ny w zeszy­cie, któ­ry pro­wa­dził jeden z uczniów, coraz to inny, coty­go­dnio­wy dyżur­ny. Na koniec tygo­dnia, to zna­czy w sobo­tę, na ostat­niej lek­cji odby­wa­ła się tak zwa­na wypła­ta. Tych zapi­sa­nych kole­gów brał za tabli­cę, kazał im się wes­przeć na krze­śle i wypiąć pupę, w któ­rą wymie­rzał zwy­kłą linij­ką szkol­ną kil­ka moc­nych ude­rzeń. Choć mnie się to nigdy nie przy­tra­fi­ło, dzia­ła­ło to na mnie przestraszająco.

 

Kra­ków. Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Brat Ste­fan Kra­mar­ski pierw­szy z prawej.
Kra­ków. Zdję­cie ze zbio­rów Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek, autor­ki Książ­ki Bab­ci. Brat Ste­fan Kra­mar­ski pierw­szy z prawej.

Jeden z kole­gów imie­niem Rysiek (obec­nie przed­się­bior­ca budow­la­ny w Gdań­sku Oli­wie) spe­cja­li­zo­wał się w bra­ku zadań, był więc eta­to­wym uczest­ni­kiem wypłat. Zawsze wkła­dał sobie do spodni gru­by bru­lion w twar­dych okład­kach (obec­nie mło­dzież nie korzy­sta z takich udo­god­nień), o czym p. Kła­pa nie wie­dział, ani też się nie domy­ślał. Przy każ­dym ude­rze­niu linij­ką, któ­re wyda­wa­ło inny oddźwięk niż u pozo­sta­łych uczniów, deli­kwent wrzesz­czał wnie­bo­gło­sy (choć go to nie bola­ło, bo bru­lion amor­ty­zo­wał ude­rze­nia) ku ucie­sze całej kla­sy bez żad­nej jed­nak reak­cji wycho­waw­cy. Ten pro­ce­der odby­wał się jak dłu­gi rok szkol­ny i nigdy pan Kła­pa nie wykrył pod­stę­pu spryt­ne­go i dow­cip­ne­go ucznia.

Hob­by pana Kła­py sta­no­wi­ła muzy­ka, śpiew i gra na skrzyp­cach. Uczył jej w star­szych kla­sach, mię­dzy inny­mi i moje­go bra­ta Ada­ma. Pew­ne­go razu odby­wał się galo­wy kon­cert szkol­ne­go zespo­łu skrzyp­ków. Adam, ponie­waż był nie­dy­spo­no­wa­ny w tym dniu, sie­dział z mamą gdzieś w rzę­dach na widow­ni. Jeden z kole­gów skrzyp­ków zauwa­żył go i pra­wie krzy­cząc zawo­łał „Adam, cze­mu nie rżniesz?” Było to bar­dzo dosad­ne okre­śle­nie, bowiem kon­cert wię­cej przy­po­mi­nał zbio­ro­we rżnię­cie piłą drze­wa, niż praw­dzi­wą muzykę.

Innym razem odby­wał się popis chó­ru w szkol­nej sali dys­po­nu­ją­cej małą scen­ką. Adam obda­rzo­ny dobrym gło­sem, brał też w nim udział. Ponie­waż był z natu­ry nie­śmia­ły i wsty­dli­wy, zapo­wie­dział, że tak się ulo­ku­je na sce­nie, żeby go nikt nie zauwa­żył. Tym­cza­sem rze­czy­wi­stość prze­kre­śli­ła jego posta­no­wie­nie. Mia­no­wi­cie w cza­sie gdy człon­ko­wie chó­ru weszli na sce­nę i zaj­mo­wa­li miej­sca usta­wia­jąc się w rzę­dy, Adam prze­my­ka­jąc się chył­kiem nie zauwa­żył zde­mon­to­wa­nej bud­ki sufle­ra, po któ­rej otwór przy­kry­to papie­rem. Adam wstą­pił na papier, któ­ry się obsu­nął i wpadł do bud­ki, przez co natych­miast został przez wszyst­kich roz­po­zna­ny. Wywo­ła­ło to ogól­ną wesołość.

Do szko­ły powszech­nej cho­dzi­ło się czte­ry kla­sy, bo w owym cza­sie już póź­niej szło się do gimnazjum.

Dom rodzin­ny wspo­mi­nam z roz­rzew­nie­niem. Dawał dużo cie­pła i sta­no­wił nie­ro­ze­rwal­ny mono­lit. Wszy­scy bar­dzo­śmy się kocha­li (zresz­tą tak, jak i dziś, choć nie ma już wszyst­kich), nigdy nie było żad­nych scy­sji, bija­tyk czy kłót­ni. Ojciec mało zaj­mo­wał się naszym wycho­wa­niem, zresz­tą wte­dy tak było w modzie, pochła­nia­ła go pra­ca, któ­rej cały się odda­wał, Mama tyl­ko trzy­ma­ła dom „żela­zną ręką”. Piszę to w prze­no­śni, bo była tak dobra i pogod­na, tak ją uwiel­bia­li­śmy, że jed­no jej sło­wo sta­no­wi­ło dla nas nie­ła­ma­ne pra­wo i nakaz jej czy roz­kaz nigdy nie został prze­kro­czo­ny, choć nigdy nas nie biła (ojciec też). Sło­wo jej było świę­te. Była dla nas praw­dzi­wym auto­ry­te­tem, a przy tym była naj­lep­szą mat­ką, kole­żan­ką i przy­ja­ciół­ką w jed­nej oso­bie. Wszyst­ko potra­fi­ła zała­twić, każ­de­mu dora­dzić, każ­dy pro­blem roz­wią­zać, gdy potrze­ba pokrze­pić lub pokrzy­czeć, ale tyl­ko pokrzy­czeć. To nam wystar­cza­ło zamiast „lania”.

Kra­ków. Zdję­cie ze zbio­rów autor­ki Książ­ki Bab­ci, Kry­sty­ny Kra­mar­skiej-Any­szek. Od lewej: Dr. Jan Any­szek, Kry­sty­na Kra­mar­ska-Any­szek, Hele­na, Adam, Janecz­ka Kra­mar­scy, xxx, x Flor­czyk. Z przo­du, naj­młod­szy, Ste­fan Kramarski.

Mama mia­ła dwie sio­stry, Waler­cię (Flor­czyk), mat­kę pię­cior­ga dzie­ci (Zbysz­ka, Mary­li, Lesz­ka, Wieś­ka i Cześ­ka) oraz Jan­kę Rut­kow­ską, mat­kę troj­ga dzie­ci (Mary­si, Jac­ka i Zosi) oraz dwu bra­ci, Józe­fa i Kazi­mie­rza (Wil­czyń­skich).
Cio­cia Waler­cia wraz z mężem Pio­trem i dzieć­mi miesz­ka­ła przy uli­cy Kró­lo­wej Jadwi­gi, gdzieś w poło­wie jej dłu­go­ści. Trzy razy w roku na Wiel­ka­noc, Boże Naro­dze­nie i w św. Pio­tra i Paw­ła, na imie­ni­ny wuja (do dziś nie wiem, dla­cze­go na imie­ni­ny cio­ci nie) masze­ro­wa­li­śmy do Wujo­stwa wcze­snym popo­łu­dniem. Odle­głość wyda­wa­ła mi się wprost kosmicz­na, zwłasz­cza, gdy wra­ca­li­śmy wie­czo­rem umę­cze­ni i peł­ni wrażeń.

Naj­więk­szą radość spra­wia­ło mi, gdy wra­ca­li­śmy póź­nym wie­czo­rem w pierw­szy dzień Wiel­kiej Nocy cie­ka­wi, ile też to kra­mów posta­wio­no już na Emau­sie. „Emaus” chy­ba zna­ją wszy­scy kra­ko­wia­nie. Jest to tra­dy­cyj­ny odpust na Sal­wa­to­rze. Moż­na by dziś to okre­ślić jako duży kier­masz zaba­wek ludo­wych. Ileż to z nim łączy się wspo­mnień. W okre­sie dzie­ciń­stwa i wcze­sne­go wie­ku mło­dzień­cze­go chy­ba nie było Emau­su bez mojej na nim byt­no­ści. Gdy się­gnę pamię­cią to nawet w póź­niej­szym wie­ku opu­ści­łem mecz, któ­ry mia­łem roz­gry­wać poza Kra­ko­wem, aby tyl­ko być obec­nym na Emau­sie. Stra­ga­ny, kra­my usy­tu­owa­ne były wzdłuż uli­cy Kościusz­ki aż do uli­cy Kró­lo­wej Jadwi­gi i Księ­cia Józe­fa. Cze­go tam nie było: każ­dy kram wpro­wa­dzał mnie w podziw i olśnie­nie. Cho­ciaż to wszyst­ko było tan­det­ne i takie, a nawet lep­sze zabaw­ki moż­na było kupić na codzień w zwy­kłym skle­pie, to coś kupio­ne na „Emau­sie” przed­sta­wia­ło nie­oce­nio­ną war­tość i radość.

Emaus nie miał sobie rów­nych. Na Emau­sie urzą­dza­li­śmy sobie świet­ną zaba­wę Śmi­gus Dyn­gus. Kul­ty­wo­wa­li­śmy pra­sta­ry zwy­czaj oble­wa­nia. Szcze­gól­nie mło­de panien­ki lubi­li­śmy sikać i to wodą pro­sto z kra­nu, nie żad­ną koloń­ską. Naj­czę­ściej ze zwy­kłe­go dzie­cin­ne­go smocz­ka, któ­ry nasa­dza się na butel­kę, lecz bez otwo­ru do ssa­nia. Smo­czek nakła­da­ło się na kurek wodo­cią­go­wy napeł­nia­ło się wodą. Robi­ła się kula, a póź­niej popusz­cza­ło się powo­li wodę był to wspa­nia­ły sik w kie­run­ku dziew­cząt, któ­re ucie­ka­ły pisz­cząc. Dla nas była to wiel­ka ucie­cha, dla nich nie bar­dzo, bo były zawsze odświęt­nie ubra­ne, a prze­waż­nie do tego bywa­ło jesz­cze czę­sto potwor­nie zim­no, ale tra­dy­cji zawsze stać się musia­ło zadość. Był czas, że tra­dy­cyj­ny zwy­czaj zaczął zani­kać, ale teraz chy­ba zno­wu się odradza.

Z lat dzie­cin­nych pamię­tam moją bab­cię (mat­kę mat­ki), Anto­ni­nę Wil­czyń­ską, bar­dzo dobro­dusz­ną sta­rusz­kę, któ­ra miesz­ka­ła w tym samym domu, my na pię­trze, bab­cia na par­te­rze. Bab­cia opie­ko­wa­ła się, a wła­ści­wie sto­ło­wa­ła doro­słe­go męż­czy­znę, swo­je­go syna Józ­ka. Miał on kło­po­ty rodzin­ne, czę­sto więc prze­by­wał u bab­ci. Onże mój wujek cza­sem przy­cho­dził do bab­ci “na bań­ce”. Wyczy­niał wte­dy róż­ne weso­łe histo­rie. Nawet raz wje­chał na praw­dzi­wym koniu do miesz­ka­nia cio­ci Waler­ci, a potem kar­mił konia praw­dzi­wą cze­ko­la­dą. Bab­cia bar­dzo doga­dza­ła pod­nie­bie­niu syna.

Bab­cia cho­wa­ła dużą czar­ną kot­kę ku ucie­sze wszyst­kich wnu­ków, a mia­ła ich więk­szą ilość. Kot­ka, nie pomnę w tej chwi­li jej imie­nia, ale zda­je się Miciu­sia, była dum­na, pięk­na i mądra. Mia­ła ślicz­ne czar­ne aksa­mit­ne futer­ko, któ­re­go gła­ska­nie od uszek i pyszcz­ka aż do koń­ca ogon­ka spra­wia­ło mi i jej olbrzy­mią przy­jem­ność. Toteż czę­sto zaglą­da­łem do bab­ci nie mogąc sobie odmó­wić oka­zji do popiesz­cze­nia koteczki.
Pamię­tam z tych lat zda­rze­nie, któ­re prze­szło do histo­rii. Pew­ne­go dnia bab­cia kupi­ła kil­ka deko szyn­ki (co w tam­tych cza­sach, łza się w oku krę­ci, nie było żad­nym pro­ble­mem) i scho­wa­ła na śnia­da­nie czy kola­cję do szu­fla­dy w sto­le kuchen­nym nie­do­kład­nie ją zamy­ka­jąc, pozo­sta­wi­ła małą szpar­kę. Spryt­na kot­ka korzy­sta­jąc z oka­zji, że bab­cia wyszła, potra­fi­ła ład­nie wybrać szyn­kę łap­ką pozo­sta­wia­jąc tyl­ko papie­rek, któ­rym była opa­ko­wa­na. Innym razem bab­cia usma­ży­ła dla wuj­ka szny­cel­ki. Czar­na kot­ka zwin­nie jesz­cze gorą­ce­go szny­cel­ka z gorą­cej patel­ni i pie­ca strą­ci­ła łapą na pod­ło­gę, zacze­ka­ła, aż wysty­gnie i smacz­nie skon­su­mo­wa­ła. Bab­cia przy­cho­dzi, patrzy były trzy szny­cel­ki, a są dwa. Cuda, czy co? A na pod­ło­dze tłu­sta pla­ma. Ist­ne utra­pie­nie było z tą kot­ką, ale bab­cia była tak dobra, że zawsze skoń­czy­ło się na lek­kim pogde­ra­niu, a kotecz­ka nigdy nie dosta­ła w skó­rę, widocz­nie za swo­ją inte­li­gen­cję i wdzięk.

Ste­fan Kramarski

c.d.n.

Ste­fan Kra­mar­ski spi­sał te wspo­mnie­nia na proś­bę sio­stry Kry­sty­ny Kra­mar­skiej oko­ło roku 1982. Powie­rzył je jej jako uzu­peł­nie­nie jej wła­snych rela­cji z tych samych wydarzeń.