Histo­ria, o któ­rej opo­wiem, a raczej zdam rela­cję, jest na tyle nie­zwy­kła, co nawet nie­praw­do­po­dob­na, jed­nak zda­rzy­ła się napraw­dę. Chcia­łem się dobrze przy­słu­żyć ludziom i tak powsta­ło dobro, któ­re potem nagle roz­kwi­tło. Po okre­sie okta­wy odpu­sto­wej w naszym sank­tu­arium Krzy­ża Św. w Mogi­le (odpust Pod­wyż­sze­nia Krzy­ża Św. od 14–21 wrze­śnia) mia­łem poje­chać do Rado­mia w spra­wach swo­ich zawo­do­wych. Wybra­łem się tam w nie­dzie­lę 22. 09. 2013r.

        Ponie­waż w naszej para­fii poma­ga­li nam rów­nież Bra­cia cyster­si z Wąchoc­ka zapro­po­no­wa­łem im w nie­dzie­lę po połu­dniu prze­jazd przy oka­zji  po dro­dze do Rado­mia przez Wąchock. Zgo­dzi­li się bar­dzo chęt­nie, gdyż jedy­ny śro­dek loko­mo­cji, jaki mie­li do wybo­ru (alter­na­ty­wa) to był PKS, lub inne bli­żej nie okre­ślo­ne połą­cze­nie. Wybra­li więc podróż ze mną.Chociaż jecha­li­śmy we czte­rech w trzy oso­bo­wej kabi­nie auta dostaw­cze­go to wca­le sobie nie krzyw­do­wa­li (tak mi się przy­naj­mniej wyda­wa­ło). Po kil­ku zda­niach roz­mo­wy: war­kot sil­ni­ka i przy­tul­ność kabi­ny spra­wi­ła, że kle­ry­cy przy­snę­li. Po godzi­nie jaz­dy przy jakimś moc­niej­szym hamo­wa­niu moi Goście prze­bu­dzi­li się. Zaczę­ła się roz­mo­wa. „No powiedz o swo­ich piel­grzym­kach i wypra­wach po Euro­pie”- zachę­cał jeden z Bra­ci — dru­gie­go.” A co tam będę mówił”- odpo­wie­dział ten Drugi.

Tu celo­wo nie wymie­niam imion, gdyż będzie to cie­kaw­sze dalej. No ale po chwi­li prze­ko­ny­wań Brat, a wła­ści­wie Ojciec dia­kon (O. dk) Bene­dykt Zie­liń­ski O. Cist. zaczął opo­wia­dać. „ Wie pan — mówi skrom­nie, byłem w swo­im cza­sie w Fati­mie i San­tia­go de Com­po­ste­la w Hisz­pa­nii na szla­ku Jaku­bo­wym ”. Ponie­waż sam mam w pla­nie tam pojechać,(kilku moich zna­jo­mych już tam było) więc słu­cha­łem z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem. A ile kosz­to­wa­ła taka wyciecz­ka – zapy­ta­łem. Jakie wra­że­nia, po piel­grzym­ce — te i inne pyta­nia nasu­wa­ją mi się na myśl, więc zada­ję je lawi­no­wo. O. dk. Bene­dykt skrom­nie odpo­wia­da, — „nie wiem ile to kosz­to­wa­ło bo ja byłem na pie­cho­tę”. No, ale skąd Ojciec szedł pie­cho­tą, z Fran­cji przez Pire­ne­je, a może tyl­ko te kil­ka dni z Hisz­pa­nii, odwie­dza­jąc przy­droż­ne Alber­gi (nazwa domów noc­le­go­wych dla piel­grzy­mów w Hisz­pa­nii) roz­miesz­czo­ne przy tra­sie Jaku­bo­we­go szlaku…

        „Nie, ja sze­dłem z Polski”.

        Z Pol­ski?! — zapy­ta­łem z wiel­kim zdzi­wie­niem. Sam bowiem kie­dyś cho­dzi­łem po górach, upra­wia­łem tury­sty­kę, a nawet cho­dzi­łem na piel­grzym­ki. Wyda­wa­ło mi się, że mam jakieś przy­naj­mniej poję­cie o takiej for­mie spę­dza­nia wol­ne­go cza­su. W tym miej­scu musi­my prze­rwać naszą opo­wieść gdyż doje­cha­li­śmy do Wąchocka.

        Moi Kle­ry­cy byli ura­do­wa­ni, że wresz­cie doje­cha­li do domu, a ja zosta­łem z pro­ble­mem, cie­ka­wo­ścią jak to moż­na same­mu na pie­cho­tę wybrać się na taką wypra­wę. Cały czas myśla­łem, że jest to jed­nak mimo wszyst­ko nie­moż­li­we. Myśla­łem, że kle­ry­cy chcą się tro­chę ze mną pośmiać i  pożar­to­wać. Prze­cież to mło­dzi ludzie i róż­ne figle mogą im przyjść do gło­wy. Ale mia­łem obie­ca­ne, że kie­dyś jak tra­fi się oka­zja to do tema­tu wró­ci­my. Obiet­ni­cę wzią­łem sobie do ser­ca. Za kil­ka dni wyje­cha­łem z kra­ju na spe­cjal­ną wypra­wę do Izra­ela, ale mimo róż­nych zaska­ku­ją­cych, pozy­tyw­nych wra­żeń i emo­cji w tym bar­dzo cie­ka­wym świe­cie, cią­gle mi ten fakt (pie­szo do San­tia­go!) nie wycho­dził z głowy.

        Po czte­rech mie­sią­cach odna­la­złem w semi­na­rium w Kato­wi­cach O Bene­dyk­ta. Zgo­dził się na roz­mo­wę (czy wywiad). Opo­wie­dział mi swo­je dotych­cza­so­we bar­dzo wybu­ja­łe życie.

        Uro­dził się w 1975 roku. Dość wcze­śnie stra­cił mat­kę. (miał wte­dy 17 lat).Niedługo potem zmarł ojciec. Mło­dy sam na świe­cie żyją­cy czło­wiek musiał spro­stać wie­lu wyzwa­niom dnia codzien­ne­go. Od cza­sów Pierw­szej Komu­nii Św. nie był u spo­wie­dzi. Zerwał z Kościo­łem. Bo kole­dzy i ucie­chy dnia codzien­ne­go były cie­kaw­sze i waż­niej­sze. Ot, takie życie „dziec­ka uli­cy” Zaczął popi­jać alko­hol, palić papie­ro­sy. Spał w altance,z higie­ną codzien­ną na „bakier”. Jakie miał mieć inne ucie­chy życia, mło­dy czło­wiek w małym pod­rzęd­nym­mia­stecz­ku w (Głow­no) woj. łódz­kim?. Środ­ko­wa Pol­ska, bez­ro­bo­cie duże, bez­na­dzie­ja dnia codziennego.

        W co się bawić?. Zaczął upra­wiać kul­tu­ry­sty­kę w miej­sco­wym klu­bie TKKF.

        Przez to zaczął lepiej się odży­wiać, musiał mieć siły, aby pod­no­sić coraz wię­cej, zerwał z

papie­ro­sa­mi. Pod­no­sił coraz wię­cej i wię­cej. Został nawet mistrzem swo­je­go regio­nu w kul­tu­ry­sty­ce. (w trój­bo­ju siło­wym osią­gnął wynik 495 kg) To mu nawet impo­no­wa­ło. Popi­jał jed­nak nadal. Miał „lokal­ną sła­wę”, pie­nią­dze, to był cały jego świat. Nawet nie myślał o czymś innym. W tak małej miej­sco­wo­ści ucho­dził za macho.

        Przy­szedł rok 1994.

        Miej­sco­wy ksiądz zapro­po­no­wał mu udział w piel­grzym­ce na Jasną Górę w cha­rak­te­rze porząd­ko­we­go a raczej ochro­nia­rza. „Ze wzglę­du na swo­ją postu­rę dosko­na­le się do tego nada­wa­łem – wspo­mi­na teraz Paweł ”(tak miał na imię będąc miesz­kań­cem Głow­na.). „Wte­dy nie myśla­łem, że tak wiel­kie zna­cze­nie w moim życiu ode­gra ta piel­grzym­ka”.- mówi dalej.

        Na Jasnej Górze odby­wał się Ogól­no­pol­ski Zjazd Odno­wy w Duchu Świę­tym. „Mój ksiądz kate­che­ta zapro­wa­dził mnie do Kapli­cy Cudow­ne­go Obra­zu i zapy­tał, czy chciał­bym słu­żyć przed ołta­rzem. Powie­dzia­łem, że się na tych spra­wach nie znam, nie wiem co trze­ba zro­bić, jak się zacho­wać. Ksiądz pole­cił kole­dze, któ­ry był mini­stran­tem już od dzie­się­ciu lat, by mnie wszyst­kie­go nauczył. Z ple­ca­kiem swych nie naj­lep­szych życio­wych doświad­czeń, klęk­ną­łem przed obra­zem Mat­ki Bożej. Zaczą­łem wpa­try­wać się w jej twarz i… doko­nał się cud. Zro­zu­mia­łem, jak strasz­ne życie pro­wa­dzi­łem, ile zła wyrzą­dzi­łem sobie i ludziom.

        Ksiądz powie­dział mi jed­nak, żebym nie przyj­mo­wał Komu­nii świę­tej. Nie spo­wia­da­łem się od tak dawna…”

        Tak wspo­mi­na ten cudow­ny dla nie­go dzień, sku­pio­ny, z lek­ko przy­mknię­ty­mi ocza­mi Paweł. „W dro­dze powrot­nej z Czę­sto­cho­wy do Głow­na zaczę­li­śmy odma­wiać Róża­niec świę­ty. Kom­plet­nie nie wie­dzia­łem po co ci ludzie tyle razy powta­rza­ją sło­wa Zdro­waś Mary­jo… Kie­dy się to wresz­cie skoń­czy? Przy któ­rymś dzie­siąt­ku prze­ży­łem coś nie­sa­mo­wi­te­go. Dozna­łem wte­dy tak wiel­kiej rado­ści, że nie da się tego opi­sać. Mia­łem ocho­tę wszyst­kich całować.……

        A potem przy­szła spo­wiedź z grze­chów całe­go życia i moc­ne posta­no­wie­nie, że do kościo­ła będę cho­dzić codzien­nie. I tak jest do dziś. Kie­dy już w sierp­niu 1994 roku prze­sta­łem upra­wiać kul­tu­ry­sty­kę, zro­zu­mia­łem wte­dy, że zna­la­złem się w pułap­ce łakom­stwa, zaro­zu­mial­stwa i pychy, spo­tka­łem się z kry­ty­ką. Kole­dzy z któ­ry­mi tre­no­wa­łem zaczę­li mnie nama­wiać abym powró­cił na siłow­nię. Doga­dy­wa­li mi: „co ty z sie­bie zro­bi­łeś, schu­dłeś, dziś już mógł­byś mieć kasę. Myśla­łem sobie, że są moral­nie bied­ni i odda­wa­łem ich Chry­stu­so­wi w modli­twie. W takich momen­tach naj­więk­szą radość spra­wia­ło mi tyl­ko to, że mia­łem świa­do­mość przy­na­leż­no­ści do Chry­stu­sa kocha­ją­ce­go mnie. Modli­łem się i modlę, abym trwał w Jego Miło­ści i Praw­dzie, a przy tym, abym umiał poku­to­wać w duchu odwza­jem­nia­nia się Chry­stu­so­wi za wszel­ką Jego dobroć.”

        Po powro­cie do domu nastą­pił okres ponow­ne­go dosto­so­wa­nia się do życia wśród nor­mal­nych ludzi. Chciał choć po tro­sze wyna­gra­dzać ludziom krzyw­dy, któ­rych dozna­li wcze­śniej od nie­go i jego kom­pa­nów, w prze­szło­ści. Przy­cho­dzi­ło to bar­dzo trud­no. Mała miej­sco­wość nie słu­ży­ła temu tak bar­dzo jak duże mia­sto. Wszy­scy zna­li się bowiem lepiej niż gdzie indziej. Nie było takiej ano­ni­mo­wo­ści. Nie­do­wie­rza­li, że u tego mło­de­go czło­wie­ka nastą­pi­ło prze­bu­dze­nie reli­gij­ne i prze­mia­na ducho­wa. Paweł nie zała­my­wał się.

        Ponie­waż wyszedł ze śro­do­wi­ska ludzi piją­cych, posta­no­wił zacząć nawra­cać alko­ho­li­ków ze  złej dro­gi. Szło to nie­raz bar­dzo topor­nie. Ufał jed­nak w Opatrz­ność Bożą nie zała­my­wał się.

        Do jego domu (altan­ki), gdzie miesz­kał przy­cho­dzi­li kole­dzy, któ­rym poma­gał się uwol­nić od nało­gu pijań­stwa. Modli­twa i dobry przy­kład to „chwy­ta­ło” naj­bar­dziej.” Nie jest moim celem wychwa­lać się, pro­wa­dzić ran­king ilu mło­dych ludzi uda­ło mi się wyrwać z tego okrop­ne­go nało­gu ”- mówi dalej Paweł, nało­gu w któ­rym uczest­ni­czy­ło wie­lu ludzi a nie­raz nawet całe rodzi­ny były w to wplą­ty­wa­ne.” Po jakimś cza­sie modli­li się wspól­nie o nawró­ce­nie dla innych.

        W tych i innych inten­cjach jeź­dzi­li na róż­ne czu­wa­nia, dni sku­pień i inne uro­czy­sto­ści reli­gij­ne w regio­nie i w Pol­sce. Prze­waż­nie pie­szo lub na rowe­rach. Nie było ich stać na inne bar­dziej dogod­ne for­my podró­żo­wa­nia. Pra­co­wał bowiem doryw­czo. Cza­sa­mi u ogrod­ni­ka, przy żni­wach lub innych pra­cach polo­wych. Naj­lep­szą pra­cą była pra­ca w lesie przy wyrą­bie lasu. Tam oprócz pra­cy i wysił­ku był czas i kli­mat (cisza leśna, spokój,samotność )na sku­pie­nie i modli­twę. W ten spo­sób ponie­kąd powsta­wał w jego gło­wie plan pie­sze­go bądź rowe­ro­we­go pielgrzymowania.

        Czę­sto czy­nił to z nowo nawró­co­ny­mi na nor­mal­ne życio­we tory kole­ga­mi. Wie­le cza­su spę­dzał na modli­twie. Żar­li­wa modli­twa to jest to. Zaczął coraz bar­dziej „doga­dy­wać się z Panem Bogiem”. Po kil­ku piel­grzym­kach rowe­ro­wych i pie­szych zaczę­ła przy­cho­dzić mu myśl o wstą­pie­niu do klasz­to­ru. Nie miał jesz­cze matu­ry, ale za pod­szep­tem dobre­go ducha (księ­dza kate­che­ty), pod­jął naukę w liceum dla pra­cu­ją­cych. W waka­cje piel­grzy­mo­wał. Opo­wia­dał mi o wie­lu życz­li­wych i pozy­tyw­nie nasta­wio­nych do życia ludziach jakich spo­tkał na dro­gach i szla­kach wędrow­nych swo­je­go życia.. Byłem cały tym zbu­do­wa­ny. Ile samo­za­par­cia, siły woli, ener­gii trze­ba mieć aby wszyst­kie te nie­do­god­no­ści przezwyciężyć,aby się nie pod­dać i aby nie zawró­cić z tego obra­ne­go życio­we­go szla­ku, czy piel­grzy­miej dro­gi (przy­pis autora).

        Jak Ojciec to robił — zapy­ta­łem. „Pro­szę pana ja od momen­tu kie­dy się nawró­ci­łem to przej­rza­łem na oczy. Dziś wiem, że tyl­ko gorą­ca modli­twa, ufność Bogu, cał­ko­wi­te pod­da­nie się jego woli przy­no­si upra­gnio­ne owo­ce”. Tu O. Bene­dykt zaczy­na mi wymie­niać daty, tra­sy swo­ich wędró­wek, opo­wia­dać prze­róż­ne przy­go­dy z piel­grzy­mek po Pol­sce i Euro­pie. Niczym z ręka­wa sypie nazwa­mi miej­sco­wo­ści, któ­re odwie­dzał, albo jak­by atlas samo­cho­do­wy czy­tał. Sam gubię się już w tych nazwach a on opo­wia­da jak­by dopie­ro co zsiadł z roweru,wszystko na „żywo”. Z pamię­ci mówi kie­dy z kim i jaką tra­są doszedł do: Wied­nia, Rzy­mu, San­tia­go czy Lour­des… Prze­cież nie znał Ojciec, żad­ne­go języ­ka obce­go, ani nie macie pie­nię­dzy na podróż — zapy­ta­łem.( Cho­ciaż jest to piel­grzym­ka rowe­ro­wa, to na pali­wo nie potrze­ba pie­nię­dzy, ale są jesz­cze inne rze­czy któ­re trze­ba kupić na tra­sie. Chy­ba nie kra­dli­ście — zada­ję następ­ne i dal­sze jesz­cze pyta­nia.) „Takie oba­wy nawet mi do gło­wy nie przy­cho­dzi­ły – mówi Benedykt.

        Zawsze jakiś udział Boży był w każ­dym naszym kroku.

        Wyda­wa­ło się, że tego czy inne­go tema­tu nie „prze­sko­czy­my”, a tu nagle zna­leź­li się dobrzy, przy­pad­ko­wo spo­tka­ni tury­ści lub inni ludzie, albo podzie­li­li się z nami chle­bem, albo dali kil­ka gro­szy na dro­gę, innym razem napra­wi­li nam rower na ich koszt, udzie­li­li noc­le­gu lub schro­nie­nia albo wska­za­li wła­ści­wą dro­gę gdy błą­dzi­li­śmy”. Słu­cha­łem tych i innych opo­wie­ści, przy­kła­dów ludz­kiej dobro­ci i życz­li­wo­ści ze łzą w oku, gdyż to jest pra­wie po ludz­ku nie moż­li­we, aby tak Bóg kie­ro­wał nas po dro­gach życia. (przy­pis auto­ra) „Zawsze – mówi Bene­dykt, te i inne spra­wy były przez nas „ omo­dlo­ne ” w kra­ju. W każ­dą dro­gę czy wędrów­kę zabie­ra­li­śmy z sobą krzyż”.

        „Krzyż ten zna­la­złem w sta­rej rude­rze w mojej oko­li­cy. Został odno­wio­ny i zre­pe­ro­wa­ny. Prze­mie­rzył w piel­grzym­kach pie­szych i rowe­ro­wych szla­ki od War­sza­wy po Rzym, od Petras do Aten, od Istam­bu­łu po Fati­mę. Nie­raz sta­wał się on (krzyż przez nie­go niesiony}

powo­dem do modli­twy, a innym razem szy­derstw ze stro­ny napo­ty­ka­nych ludzi. Czę­sto też sta­wał się powo­dem do podej­rzeń”. Kie­dyś w Cze­chach, poli­cjant – taj­niak — po zatrzy­ma­niu Paw­ła podą­ża­ją­ce­go przez cze­skie góry pie­szo do Fati­my, zażą­dał od nie­go oka­za­nia doku­men­tów. Jed­no­cze­śnie kie­ro­wał w jego stro­nę pisto­let. Dzię­ki Bogu Paweł miał poświad­cze­nie od pro­bosz­cza i zdję­cia potwier­dza­ją­ce, że krzyż nale­ży do nie­go. Poli­cjant myślał, że Paweł niósł skra­dzio­ny przez nie­go krzyż. Innym razem jakiś Czech chciał mu dać 500 koron za krzyż, ale piel­grzym odpo­wie­dział, że nie sprze­da go nawet za dwa tysiące.……

        W Niem­czech ktoś inny chciał mu dać 200 euro. I znów podob­nie, odpo­wie­dział, że choć­by mu dawał 100 milio­nów euro, to krzy­ża nie sprze­da. Paweł cenił ten krzyż tym bar­dziej, że przed nim wła­śnie wymo­dlił wraz z alko­ho­li­ka­mi nawró­ce­nie dla czte­rech uza­leż­nio­nych. Z kole­ga­mi wymo­dlił też cudow­ne uzdro­wie­nie z cho­ro­by dla pew­nej kobie­ty z Głow­na. Pani M. dawa­ła o tym publicz­ne świa­dec­two. Jej mąż pojed­nał się z nią po roz­wo­dzie cywil­nym, jaki uprzed­nio z nim wzię­ła z powo­du pro­ble­mu alko­ho­lo­we­go męża. Pod­czas, kie­dy jego żona leża­ła w cięż­kim sta­nie cho­ra — w szpi­ta­lu (leka­rze nie dawa­li jej żad­nych szans na prze­ży­cie), jej mąż przy­szedł pro­sić Paw­ła o modli­twę. Modlił się przed krzy­żem w kil­ka­krot­nie powta­rza­nej nowen­nie do Boże­go Miło­sier­dzia o cud dla żony. Modlił się z Paw­łem i z alko­ho­li­ka­mi, któ­rzy do nie­go przy­cho­dzi­li na róża­niec. Cud nastą­pił.…- wspo­mi­na dziś O.Benedykt.

        Od tej pory ten krzyż towa­rzy­szył mi w każ­dej wędrówce.

        W cza­sie dro­gi był zawsze czas na modli­twę. Mie­li­śmy sta­ły „ reper­tu­ar modlitewny”,czas na posi­łek i krót­ki odpo­czy­nek. Dzien­nie robi­łem (lub robi­li­śmy) po 40 do 70 km dro­gi w zależ­no­ści od pogo­dy, samo­po­czu­cia czy kon­dy­cji. Na ple­cach 30 kilo­gra­mo­wy ple­cak w któ­rym napraw­dę nie­zbęd­ne rze­czy (koc, kari­ma­ta, cie­pły swe­ter oraz pele­ry­na p.deszczowa).

        Rowe­rem to róż­nie 150 do 200 km dzien­nie, zawsze z krzy­żem i pol­ską fla­gą. Do Rzy­mu sze­dłem 54 dni. Był to rok 2003, rok jubi­le­uszo­wy 25-lecia pon­ty­fi­ka­tu Ojca świę­te­go Jana Paw­ła II. W tym miej­scu nale­ży wspo­mnieć to, że na tę szcze­gól­ną wypra­wę Paweł wybrał się w worze pokut­nym uszy­tym przez nie­go z wor­ków z juty i pozszy­wa­nych nić­mi bawełnianymi.

        Tu wypi­szę daty i piel­grzym­ki jakie odbył Paweł w swo­ich mło­dzień­czych latach po Pol­sce i Euro­pie zanim doj­rzał do pod­ję­cia życio­wych decy­zji, zanim odczy­tał dro­gę swo­je­go życio­we­go powołania:

        1997 rok: Cze­chy-na rowe­rze,( powstrzy­ma­na przez powódź we Wrocławiu),jechałem z br. Tade­uszem OFM.

        Rok 1998: Na rowe­rze z Pol­ski do Fati­my przez Rzym-jecha­łem z br. Tade­uszem OFM.

        Rok 1999: Na rowe­rze z Pol­ski do Fati­my i z powro­tem. Jecha­łem ze Sław­kiem kole­gą. Przez Rzym, Turyn, La Salet­te, Lour­des, szla­kiem Cami­no de San­tia­go. Wra­ca­li­śmy prze­zSa­la­man­kę, Kra­inę Basków, Bay­on­ne, Bor­de­aux, Limo­ges, Besan­con, Dijon, Stras­burg, Niem­cy, Czę­sto­cho­wę do Suwałk. Stam­tąd pie­szo do Wil­na i z powro­tem przez Suwał­ki i Łowicz do Głow­na (tra­sa wynio­sła w 3,5 mie­sią­ca aż 9432 kilometry).

        Rok 2000:Pielgrzymka jubi­le­uszo­wa do Rzy­mu rowe­rem. Jecha­łem z kole­gą alko­ho­li­kiem. (w oby­dwie stro­ny z Pol­ski do Rzy­mu i z powro­tem rowe­rem do Polski).

        Rok 2002 do Fati­my.- na rowerach.

          Rok 2003 do Rzy­mu, póź­niej do Medju­gor­je na rowe­rach w dwie stro­ny. Zaś we wrze­śniu wyru­szy­łem z kole­gą z Jasnej Góry na Waty­kan w duchu dzięk­czy­nie­nia Panu Bogu za 25 lat pon­ty­fi­ka­tu papie­ża Polaka.

        2004-piel­grzym­ka rowe­ro­wa do Szwaj­ca­rii i stam­tąd przez góry oraz przez Medio­lan, Bolo­nię i Flo­ren­cję do Rzy­mu. (Podob­nie jak w ub roku t.j.2003) sze­dłem pie­szo na Waty­kan z Jasnej Góry przez ok. 50 dni z innym kole­gą (ruszy­li­śmy z Pol­ski we wrześniu).

        2005-piel­grzym­ka życia z Pol­ski do Fati­my na nogach!!! Sze­dłem od Łowi­cza (miast Głow­no) przez Zie­lo­ną Górę, Gubin, Wit­ten­ber­gę, Kolo­nię, Wit­tem w Holan­dii, Bel­gię, Fran­cję do Lour­des. Pire­ne­je, szla­kiem Cami­no de San­tia­go, do Fati­my przez 96 dni (zro­bi­łem 4857 kilo­me­trów). Wysze­dłem z Pol­ski 27 czerw­ca, a zasze­dłem do Fati­my w dniu 30 wrze­śnia. Każ­de­go dnia pisa­łem dzien­nik podró­ży, gdzie noto­wa­łem pra­wie wszyst­kie prze­ży­cia zewnętrz­ne i ducho­we, ilość kilo­me­trów, waż­niej­sze mia­sta, miej­sco­wo­ści i roz­wa­ża­nia modli­tew­ne na pod­sta­wie Sło­wa Boże­go z dane­go dnia (Lec­tio divi­na). Mia­łem codzien­ną moż­li­wość odmó­wie­nia po dro­dze czte­rech całych różań­ców (16 czę­ści), ran­kiem godzin­ki ku czci Naj­święt­szej Maryi Pan­ny, Bre­wiarz, Dro­gę Krzy­żo­wą na pod­sta­wie roz­wa­żań sło­wa Boże­go z dnia, jakie Kościół poda­je pod­czas Mszy świę­tej i inne. Moim pra­gnie­niem było codzien­ne uczest­nic­two w Naj­święt­szej ofie­rze Mszy św., ale nie zawsze było to moż­li­we (szcze­gól­nie, gdy sze­dłem przez tere­ny pro­te­stanc­kie i przez Fran­cję). Abym fizycz­nie nie ustał w dro­dze, za pod­sta­wo­wy codzien­ny pokarm wybra­łem „muesli” z rodzyn­ka­mi zale­wa­ne wodą z roz­cień­czo­ny­mi pastyl­ka­mi mul­ti­wi­ta­mi­no­wy­mi. Rano zja­da­łem tego ok. pół litra, wypi­ja­łem moc­ną kawę i sze­dłem aż do popo­łu­dnia (do 14.00).

        Zatrzy­my­wa­łem się zawsze w kościo­łach jeśli były bli­żej tra­sy i modli­łem się kil­ka minut. To mnie bar­dzo umac­nia­ło psy­chicz­nie i ducho­wo, doda­wa­ło mi pew­no­ści, poko­ju, mocy i rado­ści. Jeśli nie było kościo­ła przez cały dzień, bar­dzo mi tego bra­ko­wa­ło. Kościo­ły w dro­dze były dla mnie jedy­ny­mi oaza­mi, gdzie czer­pa­łem siły do dal­szej dro­gi, a szcze­gól­nie wte­dy, kie­dy mogłem czyn­nie uczest­ni­czyć we Mszy św. i przyj­mo­wać Pana Jezu­sa w Komu­nii św. Po połu­dniu jadłem obiad: 40 dkg żół­te­go sera z ciem­nym bochen­kiem chle­ba, 0,2 litra muesli, 50 dkg cze­ko­la­dy i dużo wody (zwy­kle 1,5 l). Po takim obie­dzie uci­na­łem sobie drzem­kę, ale tyl­ko 10 ‑15 minut. Kie­dy wsta­wa­łem byłem orzeź­wio­ny tak, że poko­ny­wa­łem tra­sę aż do wie­czo­ra prze­mie­rza­jąc dodat­ko­wo od 25 do 30 km. Jeśli mi się uda­wa­ło być na wie­czor­nej Mszy św., to potem jadłem kola­cję (mniej wię­cej podob­ną do śnia­da­nia) i jeśli jesz­cze było jasno sze­dłem aż do nocy.

        Zda­rza­ły się dni, gdzie ksiądz, czy zakon­ni­cy zatrzy­my­wa­li mnie na noc­leg. Lecz latem, kie­dy jesz­cze było wid­no i cie­pło wola­łem iść dalej korzy­sta­jąc z dłu­gie­go dnia i ład­nej pogody.

        W Fati­mie pozo­sta­łem do 17 paź­dzier­ni­ka. Tam przy­stą­pi­łem do spo­wie­dzi. Mia­łem czas na odpo­czy­nek i roz­wa­ża­nia o swo­jej dro­dze życia. Spo­wied­nik (ksiądz Polak z Wene­zu­eli), szep­nął mi abym wstą­pił do klasz­to­ru cyster­sów, ale w Hisz­pa­nii. Pomy­śla­łem sobie „w Hisz­pa­nii, ale nie znam języka?”

        W Pol­sce to tak… pomy­śla­łem, ale w Hisz­pa­nii? Po powro­cie do kra­ju robi­łem wszyst­ko aby odda­lić tę myśl od sie­bie. Myśla­łem, że tą myśl zagłu­szę. Była to uciecz­ka przed pod­da­niem się woli Bożej. Ja nie chcia­łem, ale On (Chry­stus) tak chciał. Za rok wyru­szy­łem więc już w kon­kret­nej inten­cji o roz­po­zna­nie dro­gi życio­we­go powo­ła­nia. Pie­szo z Pol­ski ruszy­łem 24 czerw­ca i sze­dłem spod Łowi­cza przez Łódź, Sie­radz, Wro­cław, Wał­brzych, Krze­szów, Lubaw­kę (gra­ni­ca polsko-czeska),Pragę, Bawa­rię (Alto­et­ting), Austrię (Inns­bruck, Feld­kirch, Szwaj­ca­rię (m.in. Flu­eli Rant oraz sank­tu­arium naro­do­we Szwaj­ca­rii — Ein­sie­deln,) poprzez Lucer­nę, Gene­wę, Lyon, Tulu­zę, Lour­des, Pire­ne­je, Szla­kiem San­tia­go de Com­po­ste­la, póź­niej poprzez Por­to, Coim­brę do Fati­my. Tra­sa wynio­sła dosłow­nie 4200km.

        Do Fati­my przy­by­łem po 105 dniach mar­szu, 6. 10. 2006 roku. Tam spo­tka­łem Ojca Raj­mun­da cyster­sa z Wąchoc­ka. On dał mi adres do klasz­to­ru w Pol­sce. Wró­ciw­szy do Pol­ski, poje­cha­li­śmy jesz­cze do Aten i stam­tąd na rowe­rach do Istam­bu­łu… Po powro­cie przez Rzym do Pol­ski, wstą­pi­łem do zako­nu cyster­sów, jestem szczę­śli­wy… Trze­ba było tak wie­lu doświad­czeń życio­wych, aby odczy­tać to co naj­wła­ściw­sze. Kil­ka rze­czy zawa­ży­ło na moim losie. Gościn­ność cyster­ska w klasz­to­rze w Heili­gen­kreuz w Austrii, ten ksiądz spo­wied­nik z Wene­zu­eli, i chy­ba ten odna­le­zio­ny prze­ze mnie krzyż na rumowisku.(przypis autora)

        Jak­że wymow­ne zna­ki dawał mi Pan. Jemu niech będzie chwa­ła i cześć”. Na tym zakoń­czył opo­wieść o swo­im powo­ła­niu życio­wym O. Bene­dykt Zie­liń­ski. Krzyż któ­ry mu towa­rzy­szył pod­czas wie­lu wędró­wek zawie­sił w koście­le para­fial­nym w Win­ni­kach. Jest to nowa pla­ców­ka dusz­pa­ster­ska obję­ta przez cyster­sów na Pomo­rzu zachod­nim. Obec­nie O. Bene­dykt przy­go­to­wu­je się do świę­ceń kapłań­skich, na któ­re ocze­ku­je wio­sną 2014 roku.

Aktu­ali­za­cja artykułu.

W chwi­li obec­nej O Bene­dykt Paweł Zie­liń­ski o.cist jest (po pię­ciu latach poby­tu w klasz­to­rze w Wąchoc­ku) pro­bosz­czem w Sule­jo­wie. Jest to klasz­tor cyster­ski pod kura­te­la Wąchocka.

        Roz­mo­wę prze­pro­wa­dził, całość opra­co­wał na pod­sta­wie mate­ria­łów O Benedykta

Andrzej Kali­now­ski

Współ­pra­ca;  Maria Szpara

Zdje­cia; Andrzej Kalinowski