Roz­dział 11

Kra­sno­lud­ki do cięż­szych prac reno­wa­cyj­nych

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Kuzyn­ki sta­ły w jed­nej z kom­nat przy metro­wej sze­ro­ko­ści kamien­nym para­pe­cie okna bez szy­by, ani nawet ramy.  Ryso­wa­ły pla­ny zam­ku po remon­cie. Wie­dzia­ły, że coraz wię­cej mówi­ło się o koniecz­no­ści napra­wie­nia tego czy owe­go. Każ­da mia­ła swo­ją kon­cep­cję odno­wie­nia zam­ku. Mil­ka zasta­na­wia­ła się na przy­kład, gdzie by naj­wy­god­niej urzą­dzić psiar­nię z praw­dzi­we­go zda­rze­nia. Taką, w jakiej jej pies mógł­by się cza­sem bawić, kie­dy ona jest napraw­dę zajęta.
Konie kró­lew­skie też przy­nio­sły swo­je blo­ki i kred­ki, ale na razie pole­ro­wa­ły sobie kopy­ta. Sza­ry popa­trzył na Baj­kę i zastrzygł usza­mi jak­by sobie nagle o czymś przypomniał:
- Sły­sza­łem, że umiesz nary­so­wać konia. Czy mogła­byś mnie naszki­co­wać? — podał jej swój blok i pisak.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami
Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Baj­ka myśla­ła wła­śnie o tym, jak namó­wić doro­słych, żeby kom­na­ty sypial­ne prze­nieść bli­żej staj­ni kró­lew­skich. Zaczę­ła machi­nal­nie krę­cić zakręt­ką pisa­ka. Był to ten, któ­ry Sza­ry dostał w skle­pie z kred­ka­mi od Zuzy, star­szej prze­ło­żo­nej młod­sze­go subiek­ta. Subiekt Miko­łaj powie­dział wte­dy, że jest wyschnię­ty. Zakręt­ka w kształ­cie czap­ki kra­sno­lud­ka była mięk­ka i przy­jem­na w doty­ku, więc Baj­ka, zamiast szki­co­wać, krę­ci­ła nią i krę­ci­ła. Sza­ry prze­stę­po­wał z kopy­ta na kopy­to. W tym momen­cie koło uchy­lo­nych drzwi kom­na­ty dało się usły­szeć ciche, ale zde­cy­do­wa­ne chrząk­nię­cie. Zaraz po nim dru­gie, trze­cie i czwarte.
- Przy­by­wa­my na wezwa­nie — roz­legł się led­wo dosły­szal­ny, męski głos.
Baj­ka ock­nę­ła się z zamy­śle­nia i razem ze wszyst­ki­mi popa­trzy­ła w jego stro­nę. Koło drzwi sta­ło kil­ka kra­sno­lud­ków ubra­nych w czer­wo­ne kubra­ki. Nogaw­ki spodni mia­ły wło­żo­ne do wyso­kich, zno­szo­nych, ale porząd­nie wyczysz­czo­nych ciem­no­brą­zo­wych butów. Na brzu­chach błysz­cza­ły im klam­ry skó­rza­nych pasów. Czap­ki też oczy­wi­ście mia­ły czer­wo­ne. Patrząc na to wszyst­ko Sza­ry przy­po­mniał sobie zacho­wa­nie subiek­ta ze skle­pu. Był pewien, że to zakręt­ka pisa­ka spro­wa­dzi­ła krasnoludki.
- Oje­ja… — pomy­ślał z przejęciem.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Widząc ogól­ne zasko­cze­nie, mówią­cy w imie­niu wszyst­kich kra­sno­lu­dek, wystą­pił jesz­cze bar­dziej przed kole­gów i wyjaśnił:
- Jeste­śmy kra­sno­lud­ki do cięż­szych prac reno­wa­cyj­nych. Umie­my robić wszyst­ko. Pra­cu­je­my bez wyna­gro­dze­nia, dla samej przy­jem­no­ści. Lubi­my pra­co­wać i pra­ca, któ­ra ma sens, przy­no­si nam wystar­cza­ją­cą satysfakcję.
- A nie będzie­cie mieć kło­po­tu z dojaz­dem? — zapy­ta­ła rze­czo­wo Milka.
- Skąd­że zno­wu, miesz­ka­my u was w ogro­dzie. Już od kil­ku­set lat. Mamy tam pra­cow­nię biżu­te­rii z brą­zu i mie­dzi. Robi­my repli­ki pier­ście­ni z innych epok, głów­nie ze sta­ro­żyt­no­ści i Śre­dnio­wie­cza. Z tym, że w pra­cow­ni sie­dzi­my tyl­ko kie­dy nie mamy więk­szych zle­ceń. Inte­re­su­ją nas duże remon­ty. Naj­chęt­niej wali­my z całej siły kilofami.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Trze­ba zapy­tać Babu! — pode­rwa­ła się Jul­ka, któ­rej od dłuż­szej chwi­li nie chcia­ło się już ryso­wać. — Na pew­no przy­dał­by jej się ktoś do pomocy.
- Zacze­kaj­cie tutaj — pole­ci­ła kra­sno­lud­kom Baj­ka, po czym dziew­czyn­ki pobie­gły razem z koni­ka­mi do kuch­ni zam­ko­wej. Pięk­ny, duży, mądry i łagod­ny pies Mil­ki obu­dził się w tym momen­cie i ener­gicz­nie ruszył za nią. Wygrys sie­dział Jul­ce na barana.
Kie­dy wpa­dli do kuch­ni, po pierw­sze napi­li się napo­ju kró­lew­skie­go, zro­bio­ne­go mię­dzy inny­mi z róż­nych owo­ców. Dzba­nek cze­kał na nich, jak zawsze, na bocz­nym sto­le przy tyl­nym przed­sion­ku kuchen­nym. Napój kró­lew­ski był każ­de­go dnia inny. Babu uży­wa­ła prze­pi­sów zna­le­zio­nych pod schodami.
- Dzi­siaj ma nawet bąbel­ki! — zauwa­żył z uzna­niem Wygrys, któ­ry na widok napo­ju zesko­czył z ramion Jul­ki pro­sto na stół.
- Babu poszła na strych — dowie­dzia­ła się Mil­ka od prze­cho­dzą­cej obok kobie­ty w dłu­giej jasno­be­żo­wej suk­ni z wie­lo­war­stwo­wą spódnicą.
Cała gru­pa pobie­gła szyb­ko do naj­niż­szej basz­ty. Jedy­nej z drew­nia­nym stry­chem, ide­al­nym do susze­nia pra­nia. Babu czę­sto mia­ła tam spra­wy do zała­twie­nia. Kie­dy wcho­dzi­ła po scho­dach, na któ­rych było cał­kiem ciem­no nawet w dzień, koni­ki przy­bie­ga­ły z latar­ka­mi, żeby ją postra­szyć. Oczy­wi­ście, o ile nie były zaję­te tak jak dziś. Dzi­siaj nato­miast zdy­sza­na gru­pa dopa­dła stry­chu i otwar­ła drzwi, cze­mu towa­rzy­szył okrzyk Julki:

- Babu, mamy dla cie­bie krasnoludki!
- Napraw­dę? To świet­nie — odpo­wie­dzia­ła Babu myśląc, że się w coś bawią. Sta­ła tyłem do nich, przy podłuż­nym sto­le, któ­re­go nigdy wcze­śniej nie zauważyli.
- Ale praw­dzi­we! Takie, któ­re napraw­dę pra­cu­ją, wszyst­ko chęt­nie robią, i w ogó­le są nie­sa­mo­wi­te! — dziew­czyn­ki zaczę­ły teraz mówić jed­na przez dru­gą, usi­łu­jąc uzmy­sło­wić Babu, jak bar­dzo polep­sza się jej sytu­acja. Nawet koni­ki się tro­chę wtrącały:

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Napraw­dę! Na przy­kład obci­na­ją ludziom paznok­cie u nóg spe­cjal­ną maszy­ną, któ­rą wożą ze sobą bez pro­ble­mu, bo ona jeź­dzi na kołach. Oczy­wi­ście robią to tyl­ko tym, któ­rzy chcą. I róż­ne inne rze­czy. Nie masz pojęcia!
Babu albo jesz­cze im nie dowie­rza­ła, albo była za bar­dzo zaab­sor­bo­wa­na tym, co robi­ła. Dopie­ro teraz zwró­ci­li uwa­gę na górę cze­goś lep­kie­go, w któ­rej zanu­rza­ła ręce. Lepi­ła kul­ki jed­na­ko­wej wiel­ko­ści i ukła­da­ła je na dłu­giej, gru­bej desce leżą­cej na sta­rych skrzyn­kach posta­wio­nych pio­no­wo. Skrzyn­ki i decha two­rzy­ły coś w rodza­ju sto­łu, dłu­gie­go jak wąż.
- Czy to będą plu­ski? — szep­nął z nadzie­ją Wygrys Jul­ce na ucho.
- Nie, to nie jest do jedze­nia — odpo­wie­dzia­ła Babu, któ­ra nie tyl­ko usły­sza­ła, ale też świet­nie zro­zu­mia­ła, o co mu chodzi.
-  To jest masa, z któ­rej moż­na zro­bić abso­lut­nie wszystko.
- Wszyst­ko, co by się tyl­ko zachcia­ło? — zapy­tał Wygrys.
- Tak — Babu for­mo­wa­ła teraz kul­ki w ten spo­sób, że robi­ły się z nich stoż­ki. — Potem robi się twar­de, wca­le nie pęka i zacho­wu­je kształt na zawsze.
- I ty masz na to prze­pis? — zapy­ta­ła Jul­ka z przejęciem.
- Mam.
- A co teraz robisz? — zapy­ta­ła Milka.
- Sto­ja­ki do proporców.
- Co? — zapy­ta­ła Bajka.
- Pomy­śla­łam, że gdy­by była u nas uczta, na któ­rą goście przy­ja­dą z pro­por­ca­mi, były­by im potrzeb­ne małe pod­ręcz­ne sto­ja­ki do usta­wie­nia za krzesłami.
Domy­śli­li się, że stoż­ki zosta­ną potem poma­lo­wa­ne. W tej chwi­li Babu robi­ła w nich zagłębienia.
- Babu, jaka ty jesteś prak­tycz­na… — powie­dzia­ła z podzi­wem Jul­ka. — Chęt­nie bym z tobą poro­bi­ła te dołki.
- Czy my też może­my coś sobie zrobić?
- Nawet powin­ni­ście. Roz­ro­bi­łam za dużo masy  jak na same stojaki.
- Ja robię nie­spo­dzian­kę dla Wiel­kie­go Napraw­cze­go — Baj­ka zaczę­ła lepić natychmiast.
- A ja zabaw­kę dla moje­go psa — powie­dzia­ła Milka.
Jul­ka pra­co­wa­ła z Babu nad zagłę­bie­nia­mi w sto­ja­kach na pro­por­ce. Koni­ki usta­li­ły, że zro­bią sobie heł­my, a Wygrys miecz i peł­ną zbro­ję rycerską.

Babu poki­wa­ła gło­wą z apro­ba­tą i po namy­śle zaczę­ła roz­ra­biać znacz­nie wię­cej masy sol­nej. Wysy­pa­ła na dechę wór mąki i wór soli takiej samej wiel­ko­ści. Zmie­sza­ła mąkę z solą i dola­ła wystar­cza­ją­co dużo wody, żeby masa zro­bi­ła się taka jak trzeba.
”Ależ to jest łatwe…” pomy­śla­ła Jul­ka. ”Babu robi to ot tak sobie, a prze­cież to jest prze­pis, któ­ry zawsze chcia­łam zdo­być”. Nie po raz pierw­szy prze­ko­na­ła się, że naj­lep­sze i naj­cen­niej­sze prze­pi­sy są bar­dzo pro­ste. Bez tru­du cały zapamiętała.

Wszy­scy pra­co­wa­li z wypie­ka­mi na twa­rzy. Spie­szy­li się, bo pamię­ta­li o cze­ka­ją­cych kra­sno­lud­kach. Koni­ki po pro­stu sza­la­ły. Wzo­rem Wygry­sa też posta­no­wi­ły sobie zro­bić całe zbro­je i mie­cze. A do tego tarcze.
- Zro­bisz nam dzi­siaj Zale­wa­ję Kró­lew­ską? — zwra­ca­jąc się do Babu Mil­ka i Baj­ka zmru­ży­ły oczy w pewien spe­cy­ficz­ny sposób.
- Nie, dzi­siaj będzie do wybo­ru kapu­śniak albo zupa cytry­no­wa  — Babu potra­fi­ła być sta­now­cza.  — Musi­cie zosta­wić te wszyst­kie rze­czy w spo­ko­ju aż stward­nie­ją, na dzień i noc.
- Nie ma pro­ble­mu, jakoś wytrzy­ma­my — zade­cy­do­wa­ła za wszyst­kich Mil­ka. Babu pozwo­li­ła im wytrzeć ręce w prze­ście­ra­dło z gru­be­go płót­na, któ­re suszy­ło się na stry­chu. Robi­li to przez dłuż­szą chwi­lę cią­gnąc każ­dy w swo­ją stro­nę. Po czym zapro­wa­dzi­li Babu do kom­na­ty, w któ­rej kra­sno­lud­ki zdrzem­nę­ły się cze­ka­jąc na odpowiedź.

* * *

Babu była zado­wo­lo­na z poja­wie­nia się kra­sno­lud­ków, cho­ciaż nie dała tego od razu po sobie poznać. Już pierw­sze­go dnia oka­za­ło się, że rze­czy­wi­ście świet­nie zna­ły się na róż­nych robo­tach i lubi­ły pra­co­wać. W tej sytu­acji remont zam­ku nie wyda­wał się już takim pro­ble­mem, jak wcze­śniej. Wszy­scy nabra­li w tym wzglę­dzie jesz­cze wię­cej opty­mi­zmu. Kra­sno­lud­ki były napraw­dę facho­we i mia­ły dużą wie­dzę, a tak­że wyczu­cie w dzie­dzi­nie reno­wa­cji. Zna­ły sta­re tech­ni­ki i rze­mio­sła. Były też sil­ne. Kie­dy wal­nę­ły kilo­fem, było je sły­chać w naj­dal­szych czę­ściach zamku.
- Wie­cie jakie one są sil­ne?! — Jasno­sza­ry w ciem­ne łaty przy­biegł, żeby opo­wie­dzieć o tym innym konikom.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Rze­czy­wi­ście, w całym zam­ku sły­chać było kra­sno­lud­ki walą­ce kilo­fa­mi w ścia­ny. Dziew­czyn­ki szyb­ko prze­sta­ły się nimi zaj­mo­wać, bo oka­za­ło się, że kra­sno­lud­ki nie lubią, kie­dy im się prze­szka­dza w pra­cy. Mia­ły zresz­tą mnó­stwo innych spraw na gło­wie. W tej chwi­li, na przy­kład, Baj­ka usi­ło­wa­ła przez chwi­lę posie­dzieć w staj­ni, w któ­rej nie była już od dwóch dni. Jul­ka szyb­ko ją tam zna­la­zła. Razem odszu­ka­ły Mil­kę, któ­ra rzu­ca­ła patyk swo­je­mu psu, oglą­da­jąc przy tym zdję­cia rodzin­ne. Pięk­ny, duży, mądry i łagod­ny pies za każ­dym razem z ener­gią odno­sił jej patyk.
- Bawisz się z nami? Prze­bie­ra­my się za dziew­czyn­ki zaję­czyn­ki! — Baj­ka wpro­wa­dzi­ła ją w temat, któ­ry oma­wia­ły z Jul­ką w dro­dze do niej. Mil­ka zażą­da­ła szcze­gó­ło­wych wyja­śnień zanim pod­ję­ła decyzję.
- Zna­czy myśli­my jak dziew­czyn­ki, ale mamy takie uszy i sły­szy­my tak dobrze jak zają­ce — uści­śli­ła natych­miast Baj­ka, po czym Mil­ka ski­nie­niem gło­wy dała znać, że przyj­mu­je pro­po­zy­cję zosta­nia trze­cią zajęczynką.
Jul­ka nie po raz pierw­szy spoj­rza­ła na Baj­kę z podzi­wem i odwa­ży­ła się zapytać:
- Skąd ty wszyst­ko tak od razu rozu­miesz i umiesz wytłumaczyć?
- Wca­le nie wszyst­ko i nie od razu. Ale, jeże­li chcesz wie­dzieć, to mam takie swo­je Biu­ro Wytłu­ma­czeń, z któ­rym jestem w kontakcie.
- No wła­śnie, podej­rze­wa­łam coś w tym rodza­ju… — zamy­śli­ła się Jul­ka. — Możesz mi powie­dzieć jak się nazywa?
Baj­ka popa­trzy­ła na nią poważ­nie. Potem rzu­ci­ła okiem na Mil­kę i powiedziała:
- Zaczy­na się na duże M i koń­czy na ‑sia.
- Mamu­sia … — szep­nę­ła Jul­ka. No tak, rozumiem.
- Cza­sem, kie­dy nie mamy moż­li­wo­ści skon­tak­to­wać się natych­miast, wystar­czy sobie wyobra­zić co Ona by zro­bi­ła i Ją naśla­do­wać. Już samo to wystar­cza — doda­ła Milka.
- Albo wyobra­zić sobie, co Ona by nam pora­dzi­ła. Takie podej­ście do spra­wy jest naj­lep­sze, bo Ona nie tyl­ko nas świet­nie zna, ale też chce dla nas jak naj­le­piej, bo nas napraw­dę kocha. Moc­no i bezinteresownie.
Dzię­ku­ję, że mnie wta­jem­ni­czy­ły­ście — powie­dzia­ła Jul­ka cicho, po czym wes­tchnę­ła głę­bo­ko i doda­ła już nor­mal­nym głosem:

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Wra­ca­jąc do tych zaję­czy­nek, to czy może­my się w nie bawić w ogro­dzie, bo chcia­łam się zoba­czyć z ogrodnikiem? 
- Tyl­ko w ogro­dzie! — co do tego wyjąt­ko­wo wszyst­kie trzy zgo­dzi­ły się całkowicie. 
Zaba­wa tak je wcią­gnę­ła, że Jul­ka o mało nie zapo­mnia­ła o ogrod­ni­ku, do któ­re­go mia­ła pyta­nie. Dziew­czyn­ki zaję­czyn­ki bawi­ły się w cho­wa­ne­go mię­dzy kawał­ka­mi rzeźb, potem w oko­li­cy kamien­nych kra­sna­li ogro­do­wych. W koń­cu jako zaję­czyn­ki potrze­bo­wa­ły nazry­wać tro­chę mar­che­wek i wła­śnie przy tej oka­zji natknę­ły się na Wuja, któ­ry, opar­ty o kamien­ne­go kra­sna­la, odpo­czy­wał po plewieniu.
- Chrup­nij sobie! — Wuj podał Baj­ce wypłu­ka­ną w wia­der­ku marchewkę.
- Bar­dzo lubię mar­chew­kę, ale nie w sma­ku — Baj­ka usi­ło­wa­ła być jak najuprzejmiejsza.
- Coś ty? — Wuj ugryzł mar­chew­kę z wiel­ką przy­jem­no­ścią i usa­do­wił się jesz­cze wygod­niej na kupie zgra­bio­nej trawy.
- Czy wiesz coś o ogrod­ni­ku, któ­ry pra­co­wał tutaj przed­tem? — zapy­ta­ła Jul­ka wie­dząc, że lep­sza oka­zja do takiej roz­mo­wy szyb­ko się nie nadarzy.
- Zale­ży o co ci chodzi.
- Na przy­kład czy był bar­dzo stary.
- W zasa­dzie wszyst­ko co wiem, to to… — Wuj zro­bił dłu­gą prze­rwę dla efek­tu, bo wie­dział jak opo­wia­dać histo­rie — … że był nie­sa­mo­wi­cie stary.
- Nic po sobie nie zostawił?
- Ja się na nic nie natknąłem.
Jul­ka była rozczarowana.
- Wiem tyl­ko — cią­gnął Wuj — że musiał lubić czar­ne jago­dy, bo wszyst­kie koszy­ki są nimi ubru­dzo­ne. — Poka­żę ci, gdzie rosną — dodał wstając.
Wszyst­kie zaję­czyn­ki poszły za nim. Wuj dopro­wa­dził je do pagór­ka mię­dzy drze­wa­mi, całe­go poro­śnię­te­go niski­mi krzacz­ka­mi jagód.
- To ja już będę leciał — poże­gnał je i odszedł w swo­ją stro­nę bez pośpiechu.
- Za gór­ką są też poziom­ki. Chy­ba już od tygo­dnia ich nie jadły­śmy! — krzyk­nę­ła zają­czyn­ka Mil­ka, któ­ra poziom­ki lubi­ła o wie­le bar­dziej, niż czar­ne jagody.
Obie z zaję­czyn­ką Baj­ką pobie­gły w tam­tą stro­nę uda­jąc kica­nie. Jul­ka zosta­ła na gór­ce usi­łu­jąc zebrać myśli. Nie mogła się sku­pić, bo sły­sza­ła chi­cho­ty, kla­ska­nie i wyli­czan­kę Milki:

Idzie sobie mał-pa przez zie­lo­ny las
w jed­nej ręce trzy-ma moc­no kom-pas
w dru­giej ręce trzy-ma mał­pa dżi-pi-es
i w ten spo­sób mał-pa zawsze wie gdzie jest.

- Ha! Wie­dzia­łam, że wygram — dobiegł do Jul­ki zado­wo­lo­ny głos zaję­czyn­ki Milki.
- Zawsze wycho­dzi na cie­bie! Mogę teraz ja wyli­czyć? — powie­dział głos zaję­czyn­ki Baj­ki i wyliczył:

Kie­dyś jed­na ko-za urwa­ła się z wo-za.
Weszła do księ-gar-ni, prze­czy­ta­ła: PRO-ZA.
Zeżar­ła pół książ-ki i zasmakowa-ła.
Od tej pory ko-za tyl­ko czy­tać chcia-ła.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Jul­ka sta­ra­ła się na chwi­lę ode­rwać myśla­mi od zaba­wy. Po gło­wie cho­dzi­ła jej roz­mo­wa koni­ków z bar­dzo sta­rym ogrod­ni­kiem na temat cza­su. Ta, o któ­rej opo­wia­da­ły jej jesz­cze przed wyjaz­dem z Tudii. Nie chcia­ło jej się też zbie­rać jagód, ale pomy­śla­ła, że sko­ro ogrod­nik tak strasz­nie je lubił, to może war­to spró­bo­wać. Jesz­cze nigdy w życiu nie jadła jagód pro­sto z lasu ani z ogrodu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Ała! — kie­dy usi­ło­wa­ła klęk­nąć mię­dzy krzacz­ka­mi, coś ukłu­ło ją w kola­no. Pod­sko­czy­ła i zoba­czy­ła koło swo­jej nogi pier­ścio­nek. Odci­nał się od jasno­zie­lo­ne­go mchu, w któ­ry był wbi­ty, i wyglą­dał jak­by ktoś go uło­żył na podu­szecz­ce do biżu­te­rii. Błysz­czał jak nowy. Był srebr­ny, bar­dzo pro­sty, a zamiast kamie­nia miał ciem­no­nie­bie­ską jago­dę pokry­tą bia­ła­wym mesz­kiem. Tak jak wszyst­kie świe­że jago­dy. Jul­ka pod­nio­sła pier­ścio­nek. Jago­da, cho­ciaż praw­dzi­wa, nie roz­gnio­tła się pod jej doty­kiem. Obrącz­ka nie była duża. Pier­ścio­nek wyglą­dał raczej jak zro­bio­ny dla dziec­ka. Jul­ka przy­glą­da­ła się zagłę­bie­niu na czub­ku jago­dy. Mia­ło kształt gwiazd­ki i było zupeł­nie takie samo jak na wszyst­kich innych jago­dach rosną­cych dooko­ła, ale w tej na pier­ścion­ku wyglą­da­ło bar­dziej jak pró­ba zło­ta albo sre­bra. Zda­ła sobie spra­wę, że wpa­tru­jąc się w zagłę­bie­nie czy­ta coś, co jest w nim jak­by wygrawerowane:

Żeby mieć wię­cej czasu,

 

trze­ba prze­stać się spieszyć.

 

Zatrzy­maj się i pomyśl

 

Tyle była w sta­nie prze­czy­tać obra­ca­jąc pier­ścio­nek, bo napis biegł spi­ral­nie. Każ­da kolej­na lite­ra była mniej­sza od poprzed­niej. Ostat­nich pra­wie nie było już widać.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Jed­nak dobrze, że cho­dzę do szko­ły — pomy­śla­ła Jul­ka cała spo­co­na z wra­że­nia. Alfa­bet pisa­ny­mi spra­wiał jej jesz­cze tro­chę trud­no­ści, szcze­gól­nie jeże­li pismo było wyro­bio­ne. Wło­ży­ła pier­ścio­nek do kie­sze­ni i pobie­gła za zaję­czyn­ka­mi. Dogo­ni­ła je dopie­ro koło zam­ku i w związ­ku z sytu­acją, jaką tam zasta­ła, musia­ła odło­żyć poka­za­nie pier­ścion­ka na póź­niej. Kie­dy wszyst­kie trzy wpa­dły zdy­sza­ne do sie­ni zam­ko­wej, koni­ki wita­ły się wła­śnie z kró­lo­wą Mary­lią, któ­ra wstą­pi­ła do nich w dro­dze na raut. Od razu zro­bił się ruch i roz­gar­diasz, tym bar­dziej, że Mary­lia dosyć się spie­szy­ła. Koni­ki były pod­eks­cy­to­wa­ne w naj­wyż­szym stopniu.
- Co to jest raut? — Beżo­wo­bu­ry pytał wła­śnie bia­łe­go koni­ka z jed­ną sza­rą łatką.
- Nie wiem, ale chciał­bym na tym być — odpo­wie­dział tam­ten szep­tem. — Raz mia­łem iść na wer­ni­saż, ale byłem cho­ry. Myślę, że to może być coś podob­ne­go. Wte­dy poszedł zamiast mnie Kary i opo­wia­dał, że cho­dzi się z kawał­ka­mi sera i uśmie­cha. Są też bar­dzo małe kanap­ki, zupeł­nie inne w sma­ku niż domo­we kolacyjne.
Ich roz­mo­wie przy­słu­chi­wał się naj­mniej­szy ze wszyst­kich koni­ków. Chciał wtrą­cić, że na wer­ni­sa­żu powin­na być Sztu­ka, ale ponie­waż nie wie­dział dokład­nie, o co cho­dzi ani jak to wytłu­ma­czyć, na wszel­ki wypa­dek nic się nie ode­zwał. Żaden z koni­ków nie wie­dział co to jest raut, więc każ­dy wyobra­żał go sobie ina­czej. Sądząc po ubra­niu kró­lo­wej, byli pew­ni jed­ne­go: że jest to coś eleganckiego.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Kró­lo­wa Mary­lia mia­ła na sobie dłu­gą czer­wo­ną suk­nię z bar­dzo sze­ro­ką spód­ni­cą nacią­gnię­tą na ste­laż czy­li coś w rodza­ju meta­lo­wej klat­ki roz­sze­rza­ją­cej się do dołu. Była to naj­pięk­niej­sza suk­nia świa­ta, któ­ra na doda­tek zawsze ukła­da­ła się tak, jak powin­na. Mary­lia, uzna­na spe­cja­list­ka od suk­ni balo­wych i stro­jów na spe­cjal­ne oka­zje, mia­ła na pal­cu pier­ścień z dużą per­łą. Jasne wło­sy nosi­ła upię­te do góry w kształ­cie stoż­ka ople­cio­ne­go do same­go czub­ka sznu­rem drob­nych pere­łek. Jej efek­tow­ny strój, jak zawsze, robił wiel­kie wra­że­nie. Mary­lia po kolei pyta­ła każ­de­go, co u nie­go sły­chać i roz­ma­wia­ła z nim przez chwi­lę. Przy oka­zji dys­kret­nie wsu­wa­ła im do rąk malut­kie ślicz­ne paczusz­ki, któ­rych nie otwie­ra­li od razu, żeby się nimi dłu­żej nacie­szyć. O nikim nie zapo­mnia­ła. Dziew­czyn­ki posta­no­wi­ły od razu zaj­rzeć do swo­ich pude­łek. Jul­ka zasta­na­wia­ła się, ści­ska­jąc swo­ją pacz­kę, skąd Mary­lia mogła wie­dzieć o jej przyjeździe.
Baj­ka wzię­ła do ręki rzu­co­ne na komo­dę w sie­ni zło­te raj­sto­py i srebr­ną sukien­kę wyglą­da­ją­cą zupeł­nie jak zbroja:
- To tyżeś to, mał­po wło­cha­ta, dosta­ła? Ale świet­ne! — zwró­ci­ła się do Mil­ki, któ­ra nawet jej nie usły­sza­ła w ogól­nym gwarze.
Oka­za­ło się, że jesz­cze przed rau­tem, kró­lo­wa Mary­lia wybie­ra­ła się na balet Sen­ne Sło­nie i mia­ła jeden dodat­ko­wy bilet. Po dys­ku­sjach i wyli­czan­kach uzgod­nio­no, że zabie­rze ze sobą naj­mniej­sze­go koni­ka, któ­ry o mało nie zemdlał ze szczę­ścia. Potem, kie­dy wró­cił tak­sów­ką, powie­dział, że nie jest w sta­nie zna­leźć słów, żeby opi­sać swo­je wra­że­nia. W życiu nie widział i nie sły­szał cze­goś tak pięknego.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Zanim odje­cha­li, Babu zapy­ta­ła Mary­lię tonem raczej twier­dzą­cym niż pytającym:
- Zjesz coś chy­ba przed tym teatrem?
Wszy­scy prze­nie­śli się do sto­łów na dzie­dziń­cu, tych naj­bli­żej kuch­ni. Koni­ki teraz dopie­ro poczu­ły, jakie są głod­ne. Podob­nie Dziew­czyn­ki. Przy­szły też kra­sno­lud­ki. Prze­rwa­ły pra­cę kie­dy dobiegł do nich zapach odsma­ża­nych kopy­tek, któ­re uwielbiały.
Jedze­nie, jak zwy­kle u Babu, roz­mno­ży­ło się cał­kiem samo. Babu wyda­ła tyl­ko odpo­wied­nie dys­po­zy­cje i pomie­sza­ła w kil­ku garn­kach. Szep­nę­ła coś temu i owe­mu pomoc­ni­ko­wi. Pod ścia­ną szyb­ko usia­dły trzy dodat­ko­we obie­racz­ki jarzyn i zabra­ły się do pra­cy nucąc.
Po chwi­li Babu pole­wa­ła każ­de­mu kopyt­ka na tale­rzu sosem grzy­bo­wym z olbrzy­mie­go pęka­te­go kotła z dwo­ma ucha­mi. Dwóch męż­czyzn wio­zło go za nią na wózku.
Sza­ry obser­wo­wał kra­sno­lud­ki jedzą­ce w mil­cze­niu i skupieniu.
- To wy tu tak dłu­go miesz­ka­cie i nikt o was nie wie­dział? — odwa­żył się w koń­cu na pytanie.
Naj­waż­niej­szy kra­sno­lu­dek pod­niósł wzrok znad tale­rza i popa­trzył na nie­go poważ­nie, po czym cier­pli­wie wyja­śnił cha­rak­te­ry­stycz­nym, tro­chę nie­przy­jem­nym, niskim, ale chwi­la­mi pisz­czą­cym, kra­sno­lud­ko­wym głosem:
- Kra­sno­lud­ki miesz­ka­ją w każ­dym sta­rym ogro­dzie. Jest tyl­ko kwe­stia tego, czy chcą wyjść do ludzi, czy nie.
Po posił­ku kra­sno­lud­ki podzię­ko­wa­ły i ode­szły rzę­dem w głąb ogro­du. Kilo­fy trzy­ma­ły na ramio­nach. Powie­dzia­ły, że mają zwy­czaj zabie­rać ze sobą narzę­dzia każ­de­go dnia. Babu nie była tym zachwy­co­na, bo nigdy nie wie­dzia­ła, czy wró­cą. Pozo­sta­wa­ło jej mieć nadzie­ję, że tak. Pro­po­no­wa­ła im noc­le­gi, ale nie chciały.

Po odjeź­dzie kró­lo­wej Mary­lii zro­bi­ło się cicho i jak­by pusto. Koni­ki sie­dzia­ły na murze zam­ko­wym i obser­wo­wa­ły jej kare­tę odda­la­ją­cą się krę­tą dro­gą. Wsia­da­jąc do kare­ty w czer­wo­nej suk­ni Mary­lia wyglą­da­ła per­fek­cyj­nie. Koni­ki czu­ły się jak­by wzię­ły udział w jakiejś uro­czy­sto­ści albo obej­rza­ły wiel­ki, cie­ka­wy spek­takl. Były wypom­po­wa­ne, ale peł­ne wra­żeń. W odda­li zama­ja­czy­ły im ple­cy Pana Jan­ka idą­ce­go powo­li w swo­ją stro­nę. Chwi­lę wcze­śniej Pan Janek posie­dział w zam­ku i pora­dził wycho­dząc, żeby zebra­li pra­nie, bo będzie deszcz. Babu wyjąt­ko­wo wywie­si­ła tego dnia rze­czy do susze­nia za basz­tą wschod­nią zamiast na strychu.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami