W cią­gu dnia, kie­dy leżę na boku, co jakiś czas pod­no­szę się, za pomo­cą dra­bin­ki i opie­ram się łok­ciem na barier­ce tak, aby roz­luź­nić spa­sty­kę i popa­trzeć na baj­ko­wy widok za oknem. Tak, tak jest baj­ko­wy, bo na nie­wiel­kim skraw­ku rosną jodeł­ki i sosny, aa mię­dzy nimi stoi ślicz­na altan­ka i wyglą­da jak domek z pier­ni­ków. Tuż za nią jest pięk­ny traw­nik oto­czo­ny meta­lo­wym ogro­dze­niem, któ­re widać tyl­ko póź­ną jesie­nią, bo rośnie w nim żywopłot…

        Latem wszyst­ko tam wyglą­da ide­al­nie, moż­na stać i napa­wać się tym „kawał­kiem Nie­ba”. Teraz, kie­dy tam zaglą­dam z wiel­ką łatwo­ścią przy­wo­łu­ję poszcze­gól­ne pory roku i wyobra­żam sobie nie jed­no… Wio­sną zer­kam i widzę jak Anioł Boży doglą­da tam wszyst­kie­go i cokol­wiek czło­wiek znisz­czył sta­ran­nie opa­tru­je. Czę­sto wyobra­żam sobie, że jestem obok Nie­go i notu­je, co i gdzie trze­ba zro­bić. On jest tak łagod­ny, tak cie­pły i cier­pli­wy, doty­ka miejsc gdzie i jakie kwia­ty będą rosły. No, a potem mam wiel­ką radość z tego, kie­dy to wyjeż­dżam na „inspek­cję”, gdy wio­sna roz­kwi­ta i oglą­dam jak Boży Ogrod­nik posiał na tym skraw­ku całe mnó­stwo kwia­tów! Radość się­ga zeni­tu, gdy zamknę oczy…, wte­dy „widzę” jesz­cze wię­cej i czu­ję moc­niej jak zapach życia kar­mi moje powo­nie­nie. To nie­by­wa­łe ilu tu Anio­łów zapra­co­wa­nych dooko­ła doty­kiem swym pobu­dza to, co jesz­cze w przy­ro­dzie było zaspa­ne. A ja bie­gam i wołam do Nich: wię­cej mle­czy daj­cie wię­cej mle­czy, aby na tym żół­tym dywa­nie bawić się z moty­la­mi i rzu­cać się w te ślicz­ne żół­te fale i uno­sić się na ich powierzch­ni! I kie­dy to coraz głę­biej zanu­rzam się w oce­anie marzeń nagle w spo­sób gwał­tow­nay zosta­ję wyrwa­ny z ich ramion. Spraw­cą tego jest nie, kto inny jak Pan ogrod­nik z nasze­go domu opie­ki, któ­ry z ręcz­ną kosiar­ką spa­li­no­wą roz­pro­szył ten nie­biań­ski widok tak, że nawet Anio­ły pozni­ka­ły. Czy jestem wów­czas zły na nie­go? Abso­lut­nie nie, bo wte­dy czu­je inny zapach, któ­ry przy­wo­łu­je cie­płe wspo­mnie­nia. Tym zapa­chem jest spa­li­no­we pali­wo z dodat­kiem ole­ju. Zawsze, kie­dy go czu­je wra­cam do pięk­nych wspomnień.

        Mia­łem może 16 lat, kie­dy rodzi­ce dali mi pie­nią­dze na zakup piły moto­ro­wej, po, któ­rą przy­je­cha­łem, ze star­szym przy­ja­cie­lem Zen­kiem do fir­mo­we­go skle­pu Husqvar­na w Rado­miu. To było wcze­sną wio­sną, bo pamię­tam reszt­ki śnie­gu w zacie­nio­nych miej­scach. Od następ­ne­go dnia wzią­łem się za porząd­ki i powo­lut­ku wyci­na­łem sta­ry sad zza domu po dru­giej stro­nie jezd­ni, aby przy­go­to­wać tam pole pod upra­wę papry­ki. To był chy­ba jeden z pięk­niej­szych okre­sów moje­go życia. Tata był Kie­row­ni­kiem Ban­ku Spół­dziel­cze­go, a ja z mamą gospo­da­rzy­łem. Piła była na dotar­ciu, więc trze­ba było korzy­stać z niej ostroż­nie, ale to była fraj­da i ten wyjąt­ko­wy zapach mie­szan­ki pali­wa! Pan ogrod­nik z domu opie­ki nawet nie wie, że pory­wa mnie do chwil tak rado­snych. Byłem taki szczę­śli­wy, kie­dy mama mnie wysy­ła­ła do lasu żeby zro­bić wycin­kę sosen na mate­riał do budo­wa­nia tune­li pod papry­kę. Zawsze robi­ła mi wypraw­kę żyw­no­ścio­wą, bo scho­dzi­ło mi tam wie­le godzin przy pra­cy. Mia­łem zawi­nię­te w chu­s­tecz­ce kanap­ki, w ręcz­ni­ku była butel­ka gorą­cej her­ba­ty i jabłusz­ka, ech czu­łem się takim gospo­da­rzem, że hej! Tata nauczył mnie jak robić prze­cin­kę, któ­re sosny moż­na wyciąć, a, któ­re zosta­wiać. Więc te mniej pro­ste szły na odstrzał, a te pro­ste zosta­wia­łem, choć cza­sem cią­łem i takie, ale tyl­ko wte­dy, gdy rosły obok sie­bie i jed­na mia­ła szan­sę wyro­snąć na dorod­ne­go cho­ja­ka. Naj­pierw wyci­na­łem te gor­sze, a potem sie­kier­ką oczysz­cza­łem je z gałę­zi i ukła­da­łem je na kup­ki. Kie­dy robi­łem prze­rwę to zawsze pod olbrzy­mim sta­rym dębem, któ­ry ku zmar­twie­niu wszyst­kich umie­rał, był nie­mal suchy. Sia­da­łem przy nim i coś zja­da­łem, a potem wsty­dli­wy relaks na papie­ro­sa. Wstyd, ale pali­łem już w wie­ku 16 lat mimo kar­ce­nia przez mamę. A nawią­zu­jąc do dęba to miał z dwie­ście lat i jak byłem młod­szy dzia­dek opo­wia­dał wie­le róż­nych histo­rii, a, kie­dy go pyta­łem skąd je wszyst­kie zna to wska­zał wła­śnie tego dęba, że wie­le z nich usły­szał od nie­go, a ja uwie­rzy­łem. Uwie­rzy­łem i nie zli­czył­bym ile razy dosta­wia­łem uszu do jego kory żeby ode­zwał się, choć raz. I nie spo­dzie­wa­łem się tego, że to mnie przyj­dzie ściąć taką legen­dę! Ale sta­ło się tak po jed­nej okrop­nej burzy, któ­ra znisz­czy­ła wie­le drzew w oko­licz­nych lasach, tak­że i dąb został czę­ścio­wo powa­lo­ny. Dla bez­pie­czeń­stwa trze­ba było go usu­nąć. To jed­no z drzew, przy, któ­rym wręcz szlo­cha­łem przy ści­na­niu. Bez dęba to miej­sce stra­ci­ło wszyst­ko urok, ser­ce i „duszę”. Tam też był „Skra­wek Nie­ba” nie tyl­ko dla mnie, ale dla wie­lu ludzi z oko­licz­nych wio­sek. Wokół nie­go było wie­le mchu tak deli­kat­ne­go niczym puch, a w nim grzy­by i to boro­wi­ki. Po ścię­ciu dęba tak­że i on z roku na rok wysy­chał, w oczach zmie­niał kolor na coraz bar­dziej żół­ty, aż w koń­cu cał­kiem zanikł. Tak sobie myślę, że żył w har­mo­nii z dębem i kie­dy go zabra­kło bied­ny usechł z tęsk­no­ty. Wcze­śniej, gdy jesz­cze tli­ło się życie w tym olbrzy­mim drze­wie wszyst­ko wokół nie­go ewo­lu­owa­ło i wyglą­da­ło jak odręb­ne Kró­le­stwo w środ­ku lasu. Ale gdy Zamek padł roz­sy­pa­ły się i mury. Każ­dy ubo­le­wał na utra­tą tego miej­sca, zwłasz­cza star­szym ludziom, któ­rzy kto wie czy w tym mchu niczym puchu nie przy­pro­wa­dza­li swo­ich dziew­czyn na „owoc­ne” rand­ki. Wszyst­kie te tajem­ni­ce zabrał ze sobą dąb, tak trud­no było przy­wyk­nąć do nowej rzeczywistości.

reklama

        Mimo, że to był nasz las to tato i tak poszedł do bab­ci (dzia­dek już nie żył) i zapy­tał czy może­my go ściąć. Bab­cia przy­szła na inspek­cje otar­ła łzy, a to zaraz się udzie­li­ło wszyst­kim… Widzia­ła jak burza noc­na go powa­li­ła tą obfit­szą stro­ną na wie­le sosen i kur­cze, aż mi cięż­ko o tym pisać, bab­cia nie mogła wydo­być z sie­bie sło­wa i ski­nę­ła tyl­ko gło­wą, co ozna­cza­ło – trze­ba go usu­nąć. I niech mi ktoś powie, czy pod­czas ści­na­nia nie prze­ży­wał­by tego wszyst­kie­go? Tak na mar­gi­ne­sie to ser­ce mi pęka, bo kie­dyś star­si ludzie byli sza­no­wa­ni i kocha­ni. Dzia­dek czy bab­cia to był naj­wyż­szy auto­ry­tet dla swo­ich dzie­ci i wnu­ków, a jak jest teraz? Odpo­wiedz zna każ­dy, dla­te­go piszę to, Bóg mi świad­kiem mając łzy w oczach, bo widzę ile star­szych ludzi miesz­ka w moim DPS. Rozu­miem nie­któ­re oko­licz­no­ści, ale więk­szość ma dzie­ci, któ­re się ich pozby­ły z duże­go pięk­ne­go domu, bo…, ech. Wra­ca­jąc do tema­tu pra­ca z piłą moto­ro­wą była oprócz tego wyjąt­ku przy­jem­no­ścią. Więc, kie­dy Pan ogrod­nik z DPS wybu­dza mnie z barw­nych marzeń to nie robi nicze­go złe­go, bo kie­dy tyl­ko zechcę rzu­cam się w obję­cia innych i takim spo­so­bem moż­na sobie uroz­ma­icić codzien­ne życie. Kawa­łek Nie­ba tu kawa­łek tam i tak do koń­ca by zdo­być całe wli­cza­jąc to teraź­niej­sze życie nie tyl­ko to z prze­szło­ści. Życie po sko­ku odsło­ni­ło wię­cej pięk­na niż to przed, ale dzię­ku­je Bogu za “oba” bo w połą­cze­niu się uzupełniają ❤

Pozdra­wiam wszyst­kich serdecznie.

Może­cie mi pomóc wspar­ciem na

pay­pal mariuszr111@wp.pl.

— Mariusz Rokicki

www.mariuszrokicki.pl

tel. kom. +48 604 202 231