Jak daleko odszedłem od tego wszystkiego! Choć jednocześnie wydaje mi się, że opuściłem ten, tak dobrze znany mi świat, niedawno.

Szkoda słów!

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        W drodze powrotnej. Pijany w autobusie coś do mnie sepleni, chuchając w twarz odorem przetrawionego alkoholu i nieprzetrawionego żarcia. Nie jest agresywny, na szczęście! Z nim jedzie kobieta, początkowo myślałem, że tylko  „z letka dziabnięta”, ale nie, była pijana „w cztery litery”. Przedtem się tego nie widywało!

        Jeszcze idziemy na pocztę nadać już ostatni list polecony. W okienku niewiasta o zmęczonej, szarej twarzy. Płacę 30 zł. Po wyjściu stamtąd mówię O. o tej, jej dziwnie szarej twarzy. „Ty też tak wyglądasz przy tym oświetleniu” – mówi O. I zaraz myślę sobie, że to dlatego, że nie przespałem ostatniej nocy, spędzonej w samolocie, a i poprzednie z powodu emocji też były takie niezupełnie-senne, ale nie całkiem bezsenne jak ta ostatnia.

        Ja – Szara Twarz z okolic Toronto, znad jeziora Ontario.

        Wpadamy jeszcze do pp. P-ów na górę, pod „siedemnastkę”. Pani Wi-a częstuje nas „herbatką” i… czerwonymi, bardzo smacznymi jabłkami. Pan St. jest w odwiedzinach u wnuków. W TV dziennik. Generał Jaruzelski gratuluje, strasznie już starym weteranom. To nie mogą chyba być weterani z II wojny światowej, bo ci nie wyglądaliby tak staro. A może to są nawet i weterani z wojny polsko-bolszewickiej? Ale jakże to tak, przecież ta wojna, to jakby jej w ogóle nie było. Zawsze zamilczana od kiedy komuniści przejęli rządy w Polsce. Więc tak po prostu, teraz pokazują ich w telewizji popierających „generałka” J? Jakby nigdy  nic?! Bo chyba nie mogą to być weterani Powstania Styczniowego z 1863-go, Tych, jako staruszków pamiętali z dzieciństwa nasi rodzice.

        Jaruzel jak zwykle sztywno-uroczysty z „połkniętym kijem”, jak przystało na rasowego wojaka. (W „Szczurowisku” nadałem mu ksywę Pronciwron). Słychać pobrzękiwanie medali. Pełna gala! Jeden z weteranów, czerstwy dziadek, mówi, używając terminologii chirurgiczno-ginekologicznej, że trzeba by  „przeszczepiać cnoty”, takie jak: „pracowitość, ład i porządek!”

Jeszcze jeden specjalista od transplantacji!

        Wciąż nie chce mi się spać. Odnoszę wrażenie jakbym przeżywał jedną, co najmniej pięćdziesięciogodzinną dobę, zawieszony w czasie pomiędzy TU i TAM, w pomieszaniu kompletnym czasoprzestrzeni, w jakimś, jakby przeszłym czasie, który nagle stał się czasem teraźniejszym, bez najbliższych poza O.

        Nasi sąsiedzi z Jadźwingów, z na vis a vis, już jutro wybierają się na emigrację do Kanady, do Toronto. Le. i Wan. Ba-l. O. załatwia z Le. transwer „malucha”(„fiata 126 p”). Le. składa podpisy in blanco, zwracając się do O. per „panie Wiesiu”.

Zmęczenie straszliwe!

        Próbuję się wykąpać. W łazience woda kapie, a co najwyżej ciurlika małym strumyczkiem. Nie ma mowy o kąpieli, nawet takiej na „pół gwizdka” czy choćby porządnym umyciu się. Kładę się w pokoju R-ów na Ich tapczanie i słucham „W.E”. „Tu mówi Rozgłośnia Polska Radia Wolna Europa”. Po tej zapowiedzi wchodzi ruska stacja. Trzeba tylko pokrecić gałką i znowu dobrze słychać tę stację, nazywaną też „Warszawa IV-ta”.

        Budzę się już o drugiej nad ranem, budzę się na dobre. Robię sobie kawę i kanapki z bardzo smacznym, białym serem.  Tutejsze jedzenie – smakowite! „ty jesteś jak zdrowie./Ile cię trzeba cenić, ten tylko sie dowie,/Kto cię stracił…”

Czwarta dwadzieścia. Nie mogę zasnąć. Straszliwy ból głowy. Za półtorej godziny ma dzwonić A. ze Zby. Spróbuję się zdrzemnąć czuwającym śpikiem, by nie zaspać.

Może się uda?

PIĄTEK; 23 GRUD. ‘88

        Od rana czekamy na kogoś, kto ma przywieźć zapasowe koło po naprawie, ponieważ wczoraj Le. „złapał gumę”, a dziś O. Plany wyjazdowe biorą w łeb. Czekamy. Przy okazji odkrywam jeszcze jedną cechę tego systemu. Czekanie. Vide Sowiety. Czekanie na pociąg, na samolot, na dostawę towaru itd. itp.

        Idę do budki „Ruchu” po gazety dla O. Tu też czekają. Głównie mężczyżni w starszym wieku. Przede mną jest kolejka składającą się z kilkunastu osób. Ci z przodu widząc moje zawahanie się, mówią:”Niech pan kupuje!” „Ja tylko <Życie>”- odpowiadam niby to usprawiedliwiająco, jak niegdyś, „za tamtego” tutaj bytowania. „O, panie, po <Życie> to trza było przyś o szósty!”. Ale oni nie wiedzą, że O. ma tu założoną teczkę Nr.32. Kupuję 4 egzemplarze za 120 zł. Trzy dla kogoś innego.

        Idzie kobieta z choinką-drapakiem i wydaje dziecku polecenie:”Stań w sklepie, bo nam kolejka przejdzie!”

        Wszyscy mówią tu do siebie „wykrzynikowo”.

        Podjeżdża „maluch” oklejony reklamami oleju „CASTROL”. Wysiada kierowca w utytłanym smarami kombinezonie, niejako żywa reklama, tego co na karoserii. Ludzie patrzą z podziwem, jakby sam Nicky Lauda, albo co najmniej Sobiesław Zasada podjechał!

        Pan  z naprawionym kołem nie zjawia się. O. poszedł po kwaszoną kapustę. Zjemy obiad. Kotlety, kwaszoną kapustę  z… chlebem.

        Wyruszamy na grób M-si, a potem wpadniemy „na Bielany” czyli w odwiedziny do cioci T-y i Kr-i z dziećmi, na Grębałowską, niestety już bez wujka Ju-a  i „chłopców” – Zb-a, J-a mieszkających w Anglii (Londyn) oraz Mich. osiadłego w Australii (Melbourne?).

Po drodze mamy do zawiezienia jeszcze kilka listów. O. nerwowy, bo mieliśmy być na Grębałowskiej o drugiej. Spóźnimy się jak nic. A wszystko przez tego co miał przyjść z kołem. „Niech go szlag trafi!”- wyrywa się O-u. „Lepiej nie” – odpowiadam. A po chwili namysłu O. dopowiada: „Masz rację, lepiej nie”.

Za hutą „Warszawa” droga prowadzi w lewo na cmentarz. Ponuro, szaro, niskie chmury w górze, a w dole błoto, a w nas narasta coraz większy smutek. Idziemy w milczeniu. Tak, jakbyśmy się wcześniej umówili, że nie będziemy rozmawiać o M-ie. W obu nas pęcznieje niepogodzenie z Jej śmiercią, zwłaszcza, że O. powiedział mi, że M-a dla Niego była nie tylko żoną, ale i…  jak matka(!)

Jego rodzona matka opuściła ich, gdy miał, bodajże, 6 lat.

        Zawieszam na grobie wieniec przywieziony z Kanady i płaczę, bo to rzeczywistość najprawdziwsza, może i wyobrażalna, ale nie mogę się z nią pogodzić. Chyba i O. także. Może kiedyś się z tym oswoimy. Bez wątpienia tak, bo przecież jest ten Magik Bezszelestny         – Pan Czas! Ten spec wie, jak się zadaje znieczulenie wszelkiego bólu.

Idziemy jeszcze na grób Ju-a (młodszego brata M-y, a mojego ojca chrzestnego), na grób, który jest tu gdzieś niedaleko. Jest! „Zdrowaś Mario, łaski pełna…”

        Na płycie grobu zostawiam czerwony goździk.

        Powoli idziemy ku Głównej Bramie…

        Powitanie na Bielanach. Kr-a widzi we mnie podobieństwo do swojego brata-bliźniaka, Mich., a także i do jej ojca (Ju-a). Dzieci Kr-i, nie do wiary jakie duże! M-da gra nam na pianinie swoja kompozycję „Dla babci”. Czyżby zapowiedź kompozytorskiego talentu? Później ogladamy zdjęcia rodzinne. Wszyscy jej trzej bracia poza Polską, a ojciec nie żyje już od kilku lat.

        Ciocia T-a zmaltretowana chorobą. Smutno. Próbuję zabawić ich swoimi opowieściami STAMTĄD. Trysnąć radością życia… przez łzy.

        Po kolacji zawożę jeszcze jeden list na Ursynów. Napotkanego oficera milicji pytam o drogę. Spojrzenie podejrzliwego „z urzędu”, jakby bał się cokolwiek uszczknąć ze swojej ważności, ale drogę wskazał. „Dziękuję panu bardzo, dobranoc”- mówię, może nazbyt wylewnie, bo patrzy na mnie marszcząc brwi szczerze zdziwiony.

        Wracamy Puławską koło „Megasamu”, przypominającego całkiem przeciętny sklep samoobsługowy na Zachodzie, a tu uchodzący za coś wyjątkowego. Wszędzie obecne błoto-błocko-breja, a do tego egipskie ciemności. Estakady nad pętlą 19-tki. Nie ma już zielonej budki z piwem i słodyczami, lepką od cukru oranżadą i jeszcze czymś tam. Nie ma dróżki schodzącej w dół do cichego stawu porośniętego tatarakiem i pokrytego w lecie zieloną rzęsą. Nie ma też „dworku” w którym mieszkał Adam Lesz. I trzej bracia Wil-scy.

        Natomiast wdziera się tam architektoniczna brzydota w sowieckim wydaniu, brzydota realnego socjalizmu o nierealnych ambicjach.

Idziemy jeszcze do pp. P-ów. Poczęstunek: pierożki, herbata i wiśniówka. Gwarzymy o bieżących sprawach, a mnie się chwilami wydaje, jakbym stąd nigdy nie wyjeżdżał, a tylko na czas jakiś krótki, „urwał mi się film” i znowu wrócił do tutejszej nie-rzeczywistości. Słucham ich, a potem oni mnie słuchają, co im bajam o tamtejszym, kanadyjskim życiu i jakby trochę niedowierzali, że gdzieś tam, na świecie w „takim dobrobycie” ludziska żyją(!).

Wracamy do nas, na dół. Idziemy wcześniej spać, bo jutro trzeba się będzie ustawić w kolejce po pieczywo, a poza tym planujemy podróż do Radości, ale już na „po świętach”.

        Pada deszcz. Dochodzi wpół do pierwszej w nocy, a mnie wcale nie chce się spać.

SOBOTA; 24 GRUD. ’88 (WIGILIA)

        Po ósmej ruch. Przyszedł pan z kołem od „malucha”. Załatał dętkę i teraz trzeba to koło napompować ręcznie aż do dwóch atmosfer. 60 pompek! Uff! Jak gorąco, mimo iż pompowaliśmy to koło na zmianę.

        Ten facet zdziwiony, że choć się nie znamy, zaraz po jego zjawieniu się tu, od drzwi proponuję mu kawę.  „A ta zapalniczka to gazowa czy benzynowa?” – pyta on, zaciekawiony. „Benzynowa” – odpowiadam.

        O. płaci, a ja dokładam mu trochę drobiazgów i papierosy. Wygląda na zadowolonego. Odchodzi. A my możemy już jeździć „maluchem”. Przedtem jednak myję tego pieszczocha, namacalny dowód motoryzacyjnego cudu epoki gierkowskiej. Przechodzą sąsiedzi. Najważniejsze czy przyjechałem na stałe i czy kupiłem sobie „malucha”. Kręcę, że to tylko wynajęty, pożyczony dla ojca itp.

        Rozmowa z dawnym kolegą z „podwórka” i ze szkoły podstawowej, Ryśkiem Ćw. Postawa „kuczna”, może niezupełnie taka, ale to charakterystyczne dla różnego rodzaju pijaczków zapadnięcie się głowy w ramiona, wymięta twarz, nerwowe tiki, no i ten bełkot półzdaniowy, półsłowny, okraszony tymi wszystkimi dodatkami  „wisz, rozumisz, tego no” oraz nieodzownym „przecinkiem” czyli pospolitą k…ą. „Mój jary to sie przekręcił już z dziesięć lat temu, a matula teraz nie tak dawno”. Człowiek w moim wieku, a wygląda na ponad pięćdziesiąt lat. Może i ja tak będę wyglądał? Obym sobie nie wykrakał!