Jokke opowiadał o swoich skandynawskich wycieczkach i robił to tak dobrze, że chciało się słuchać i chociaż dziewczyny próbowały tańczyć i oderwać chłopaków od Jokke’ego to i tak jego opowiadania cieszyły się wielkim zainteresowaniem.

Potem oczywiście wszystko się rozluźniło i jak to na prywatkach zwykle bywało zaczęło się całowanie, przytulanie a czasem nawet wspólne wychodzenie do łazienki albo do windy, którą zatrzymywano między piętrami, ale to już naprawdę nie należy do rzeczy.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

Nie ma co o tym szeroko mówić, bo kto był to wie, a kto nie był ten nie zrozumie.

Tak czy siak opowiadania Jokke Mahonena zapadły mi głęboko w serce. Pobrzmiewały odgłosem kopyt reniferów, śnieżną zamiecią, hukiem fal na wielkim jeziorze Inari i krzykiem mew krążących nad skalistym urwiskiem Nordkapp.

Właśnie wtedy – na prywatce u Ewy Wiland – postanowiłem, że przy pierwszej okazji pojadę tam.

W Polsce 1974 roku taka okazja mogła się jednak nigdy nie zdarzyć… chyba… chyba, że się jej dobrze dopomogło! A to nie było łatwe.

Miałem już wtedy jakie takie doświadczenie z poprzedniego roku kiedy wyjeżdżałem do Szwecji, a potem ruszyłem autostopem do Hiszpanii więc „czułem bluesa” i mniej więcej wiedziałem jak się za to zabrać, ale i tak nie szło łatwo. Zacząłem już na wiosnę z nadzieją, że na koniec sierpnia będę miał już wszystko gotowe: paszport, wizy, bilet na prom, informacje o schroniskach młodzieżowych a przede wszystkim pieniądze!

Z tymi pieniędzmi było bardzo skąpo, ale obliczałem sobie, że jeżdżąc autostopem i śpiąc tanio, taniusieńko dam radę.

Dziś – w dobie wszechobecnego internetu – może się to wydawać dziwne, ale wtedy – na wiosnę 1974 roku nie było zbyt wiele informacji o warunkach podróżowania w Skandynawii w ogóle a na dalekiej północy w szczególności.

Trasa, którą się wybierałem nie była zbyt popularna. Niemcy, Anglicy i inni z zachodniej Europy jeździli na Norkapp od strony norweskiej – to znaczy wzdłuż fiordów – przez Trondheim, Tromso, Hammerfest i tak dalej. Moja droga natomiast miała biec przez Finlandię to jest z Helsinek do Oulu, Rovaniemi, Sodankyla, Inari i Karigasniemi na granicy norweskiej.

Droga wzdłuż fiordów była naturalnie o wiele atrakcyjniejsza niż ta fińska, która prowadziła przez tundrę.

9-go września 1974 roku wszedłem na pokład promu Gryf i ruszyłem na północ. Prom był tylko w połowie zapełniony, bo sezon miał się definitywnie ku końcowi i turystów było niewielu.

Wszyscy słuchali piosenek z dopiero co zakończonego festiwalu w Sopocie. Wygrała piękna Finka Rung i na promie – a przecież płynęliśmy właśnie do Finlandii – cały czas słyszało się jej piosenki. Zresztą nie tylko jej, bo także „Wymyśliłam Cię” naszej Ireny Jarockiej, która wcale, ale to wcale nie ustępowała urodą Fince.

Byłem ogromnie podekscytowany. Pierwszy raz płynąłem w tak długi, bo trzydziestogodzinny rejs na tak dużym statku i w dodatku do kapitalistycznego kraju! Finlandia nie była wtedy specjalnie popularnym kierunkiem. Zresztą co tu mówić o popularności?! Polska turystyka pierwszej połowy lat siedemdziesiątych była skromniuteńka. Orbis, Gromada i jakieś inne nieliczne biura podróży oferowały co prawda grupowe wyjazdy, ale raczej na południe – na Wyspy Kanaryjskie, do Włoch czy Hiszpanii. Na północ – zwłaszcza w połowie września – nie wybierało się zbyt wielu a już na pewno nie takich z plecakiem. To prawda, że niektórzy jeździli tam do pracy, ale pod względem zarobków Finlandia była mniej atrakcyjna niż Szwecja, więc jeśli ktoś decydował się na wyjazd „na saksy” to wybierał raczej Szwecję. Tak właśnie zrobiłem rok wcześniej gdy w Haparanda w Szwecji zarabiałem na moją hiszpańską przygodę.

Jeszcze na długo przez wyjazdem myślałem o kolejowej podróży do Finlandii. To była długa droga przez Litwę, Łotwę, Estonię i Rosję, ale nawet nie o długość chodziło. Przede wszystkim to był wtedy Związek Radziecki, ograniczenia, kontrole – jednym słowem czysty, nieprzewidywalny bolszewizm! A poza tym, a może przede wszystkim, bilet kolejowy był droższy niż prom więc sprawa szybko upadła.

 

Przypominam sobie jednak, że w tamtych latach jakoś nie bałem się tego „nieprzewidywalnego bolszewizmu”. Jasne, że różnie bywało i wiedziałem, że z systemem nie ma żartów, ale od momentu dojścia Gierka do władzy miałem do niego jakieś naiwne, dziecinne zaufanie. Wiem, że dzisiaj – z perspektywy innego świata – wydaje się to co najmniej dziwne, ale tak było.

Do Gierka miałem takie samo zaufanie jak w 1956 roku moja babcia do Gomułki!

W październiku 56-go babcia słuchała przemówień towarzysza Wiesława z jasną twarzą i można powiedzieć z radosnym oczekiwaniem. Inna rzecz, że trudno się było dziwić. Stalinizm zaznaczył się w jej życiu krwawą raną więc każda zmiana była dla niej dobra. Nawet jeśli nie obiecywała rewolucji a tylko delikatne złagodzenie reżimu. Później ten reżim znowu pokazał zęby.

Z całą pewnością dojście Gierka do władzy w 1970 roku było kolejnym złagodzeniem. Tym razem miało być na zawsze. Ludzie chcieli to tak odczuwać. I odczuwali. Ja też. A do tego wszystkiego wszyscy chcieliśmy wierzyć, że ta nowa władza jest naprawdę po naszej stronie. Oj naiwni, naiwni!

Boże mój – ja wiem, że to wszystko brzmi strasznie głupio, ale tak to jakoś wtedy czułem.

Ilustracją tego o czym mówię może być zdarzenie, które miało miejsce na jakiś czas przed moim wyjazdem do Finlandii.

Otóż, była podówczas w Alejach Ujazdowskich w Warszawie restauracja Ambasador. Bardzo niedaleko ambasady amerykańskiej i stąd właśnie nazwa. Chodziliśmy tam z kolegami. Zaraz po wejściu do lokalu po prawej stronie był przytulny barek, w którym urzędowała pani Irenka. To była kapitalna kobieta. Znała nas wszystkich doskonale, traktowała z przymrużeniem oka, czasem udzielała kredytu a co najważniejsze świetnie pamiętała, co kto pije. To było super ważne bo każdy chciał być uważany za stałego klienta. Wszyscyśmy oglądali zachodnie filmy, w których ktoś tam przychodził do baru a barman pytał:

„To co zwykle?” a pytany odpowiadał kiwnięciem głowy, siadał i pił. Był tak zwanym „regularnym” albo „stałym”. Być „regularnym” to było coś!

No więc pani Irenka wiedziała o tym i jeśli na przykład któryś z nas przychodził z dziewczyną pytała:

„Co dla pani? „ A zwracając się do chłopaka: „Dla pana oczywiście to co zwykle, panie inżynierze?” albo: „To co zawsze, panie magistrze?”

To nam się podobało! Oj, jak nam się to podobało! Łechtało przyjemnie naszą próżność i wbijało w dumę! Ot – zwykła smarkateria! Dziewczyny czasami nabierały się na tę komedię a czasami pytały ze zgrozą:

„To ty tu codziennie?!”

Naturalnie zostawialiśmy pani Irence dobre napiwki – oczywiście – jak ktoś akurat był przy forsie.

Tuż koło Ambasadora była ambasada Koreańskiej Republiki Ludowo Demokratycznej. Prawie zawsze, gdy dobrze podcięci wychodziliśmy z lokalu, przechodziliśmy koło niej. Stała cicha i ciemna bez jednego światła. Któregoś dnia ktoś rzucił pomysł żeby może pojechać do Korei. Ostatecznie to był nasz obóz, kraj socjalistyczny, bratni, zaprzyjaźniony… coś jak NRD czy Czechosłowacja, więc dlaczego by nie?

Ktoś inny dodał, że moglibyśmy pojechać wielką koleją transsyberyjską a więc atrakcja nie z tej ziemi. Ale na tym się skończyło. Na drugi dzień, po wytrzeźwieniu nikt już do tego nie wracał z małym wyjątkiem, bo ja wziąłem na ząb i zacżąłem roić plany.

Postanowiłem odwiedzić ambasadę i dowiedzieć się szczegółów.

Poszedłem.

Zaraz przy bramie wylegitymowano mnie uważnie a potem wpuszczono na portiernię. Za biurkiem siedział wymundurowany żołnierz – może oficer – i patrzył na mnie. Bez ruchu.

Zwróciłem się do niego prosząc o informacje na temat warunków podróży do Korei. Cisza. Facet ani drgnął. Nie mrugnął nawet powieką. Miał dużą, bardzo płaską twarz, ciasno spięty pod brodą mundur i nieruchome oczy. Po paru próbach nawiązania jakiegokolwiek kontaktu przyszło mi do głowy, że to jest może wypchana kukła więc zamachałem mu ręką tuż przed nosem.

Dopiero wtedy ruszył się sztywno i wyszedł z pokoju. Stałem trochę zdezorientowany ,ale bynajmniej nie przestraszony. Wręcz przeciwnie. Zaczynałem być nawet zdenerwowany, że mnie, polskiego obywatela, we własnym kraju traktuje się z takim brakiem szacunku. Żeby nie powiedzieć ani słowa?! I wyjść?! Byłem oburzony!

Po jakimś czasie jednak pojawiło się dwóch – chyba – wyższych rangą wojskowych i sztywno zapytali – o co chodzi? Mówili po polsku.

Jak powiedziałem byłem już trochę zły więc dość niegrzecznie powiedziałem, że o nic nie chodzi, że przychodzę po informacje o warunkach podróży do Korei i jestem zdumiony nieuprzejmym traktowaniem mnie przez urzędników ambasady.

Nastąpiła cisza, po której dwóch wojskowych bez słowa wyszło, ale tylko na moment ponieważ w drzwiach ukazał się uśmiechnięty cywil z pytaniem czym może służyć.

-No, nie, nie – niestety nie może pan odwiedzić pięknej Korei! Nie teraz! Rozumie pan – mówił cywil – nie możemy panu zapewnić bezpieczeństwa.

-Bezpieczeństwa? – pytałem – jakiego bezpieczeństwa?

-Widzi pan – odpowiedział spokojnie cywil – Korea jest w stanie wojny i nie przyjmuje turystów.

Już chciałem coś powiedzieć, ale zorientowałem się, że nie warto, że i tak trafię na odmowę. Cały czas podczas tej rozmowy zachowywałem się jak obrażona primadonna. Jak to? Nie chcecie mnie wpuścić? Mnie – polskiego obywatela?

W całej tej historyjce ważne było to, że podczas tego spotkania z obcym, nieprzyjaznym reżimem, czułem się bardzo pewnie, jakby tuż za mną stał jakiś możny protektor, do którego zawsze mogę się zwrócić o pomoc.

Jasne, że nic mi tam wtedy specjalnie nie groziło – chociaż kto to może wiedzieć – ale istotnym jest to co czułem.


A czułem się bardzo dobrze z tego powodu, że jestem Polakiem!

Płynąłem więc do Helsinek. Gdańskie wybrzeże oddalało się coraz bardziej a mnie – nie wiedzieć dlaczego – coś ściskało w gardle. Morze ma w sobie dziwną nostalgię, a już wypływanie z portu i widok znikającego lądu niesie jakiś żal – być może żal za minionym, za czymś co odchodzi – kto wie czy nie na zawsze. Parę razy widziałem, że inni też tak odczuwają, trzymają chusteczki i wycierają łzy.

Płynęliśmy promem Gryf, który był od niedawna w użytkowaniu i cieszył się – jak wieść niosła – doskonałą reputacją – szczególnie doskonałej kuchni. Miałem się o tym wkrótce przekonać. Nawiasem mówiąc w dość dziwnych okolicznościach.

To była długa droga, bo wrześniowy Bałtyk nie był za spokojny. Rejsy Gryfa zawsze były zależne od pogody i kapitan wielokrotnie opóźniał lub nawet odwoływał wyjście w morze. Szczególnie jesienią. Gdy wypływaliśmy z Gdańska pogoda była piękna, ale mniej więcej w połowie drogi zaczęło wiać. Do tej pory łaziłem po całym promie, zaglądałem w każdy kąt i napawałem się radością, że płynę! Oderwany od biurka, daleko od szefa, wolny i z perspektywą wakacji!

Nie byłem już tak niemiłosiernie zielony jak rok wcześniej gdy autostopem przepychałem się przez Europę w drodze do Hiszpanii. Miniony rok dał mi trochę w kość, bo firma w której pracowałem miała „dziwne” zwyczaje żyłowania pracownika do ostatniej kropli potu, ale ostatecznie to nie był żaden wyjątek – wszędzie tak było. Odwoływano się do etyki, obywatelskiego obowiązku i tego typu „nadrzędnych” wartości.

Pamiętam gdy raz chciałem się wyrwać z biura o zwykłej porze i nie zostawać do późnego wieczora, bo akurat miałem randkę z dziewczyną, mój szef powiedział surowo:

-Panie Marcinie – jak jest robota to nie ma, że „dziewczyna czeka”! Niech pan to sobie zapamięta! Najpierw praca a dopiero potem dziewczyna!

Czasem sobie myślałem, że po takim dictum powinienem wstać i rzucić pracę, ale wiadomo, że prawie każdy z nas miał i ma takie chwile a przecież tego nie robi. W pewnym sensie jednak lubiłem te nadgodziny i wariactwa z kwartalnym czy rocznym planem. Jakoś mnie to dowartościowywało. Wychodziło się gdy było już ciemno, wracało bladym rankiem, ale gdy od czasu do czasu zabalowałem trochę ponad miarę miałem gotowe usprawiedliwienie, że przecież pracuję ciężko więc „coś mi się od tego życia należy”!

Zresztą moja firma umiała zadbać o pracownika – zwłaszcza młodego – i w ostatecznym rozrachunku byłem bardzo zadowolony. Gdy doszło wreszcie do rozstania nie chciano mnie puścić, a czy może być większa nagroda niż ta gdy się widzi, że jest się potrzebnym. I to bez znaczenia jakie motywy za tym stoją.

Siedziałem w gabinecie dyrektora naczelnego. Potężnej tuszy dyrektor częstował mnie amerykańskimi Pall Mall-ami, nalewał winiak i tak mówił:

-Kolego Baraniecki, słyszę, że chce pan nas opuścić! Że idzie pan do handlu zagranicznego… My to wszystko rozumiemy. Jest pan młody, chce pan wyjeżdżać… No więc mogę panu zagwarantować, że i u nas będzie pan wyjeżdżał! Mamy też inne możliwości – dla przykładu takie jak na przykład talonik na samochód… Przecież młody człowiek – jak pan – lubi tak sobie za kółeczkiem – nieprawdaż? Niech pan zostanie i ze wszystkim się ułożymy… Jeszcze kieliszeczek?

Taka rozmowa, czy raczej dyrektorski monolog był wtedy dla mnie niezwykle krzepiący – ostatecznie dla kogo by nie był?

Dobre wrażenie zostało trochę zakłócone następnym zdaniem:

-Sam pan widzi kolego jak my tu pana traktujemy! Rozmawia pan z dyrektorem, pijemy sobie winiaczek, cha, cha, cha… W innym przedsiębiorstwie rozmawiałby pan co najwyżej z kierownikiem kadr! Naczelny zwykle nie zajmuje się takimi sprawami. Ale my tu doceniamy młodych ludzi! I potrzebujemy ich!

Nie ukrywam, że ta ostatnia uwaga trochę mnie zniechęciła do dalszych rozmów i przyśpieszyła decyzję odejścia tym bardziej, że miałem już wstępną zgodę z innej firmy, niemniej wszystko to było miłe, może trochę prymitywne, ale pochlebiające.

Mniejsza z tym, na razie – we wrześniu 1974 – w chwili gdy płynąłem Gryfem z Gdańska do Helsinek – ciągle jeszcze tam pracowałem.