Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Roz­dział 10

Naj­niż­sza wie­ża nocą

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Trzy kuzyn­ki usi­ło­wa­ły nadą­żyć za koni­ka­mi, a raczej koń­mi kró­lew­ski­mi, któ­re w bie­gu z uzna­niem wymie­nia­ły uwa­gi na temat dok­to­ra. Dużo już o nim sły­sze­li. Weso­ły dok­tor Toma­ny­szew­ski był nie tyl­ko leka­rzem całej oko­li­cy, ale tak­że mistrzem sza­chów i pogrom­cą prze­stęp­ców. Rzu­cił się za nimi w pogoń po tym, jak ukra­dli mu radio z pojaz­du. Odwie­dzał wte­dy cho­re­go. Dok­tor Toma­ny­szew­ski prze­sa­dził kil­ka pło­tów i zła­pał zło­dziei, a oni odda­li mu radio. Był też nie­zrów­na­nym komi­kiem. Pacjen­ci i ich krew­ni zawsze cie­szy­li się na jego wizy­tę domo­wą, bo opo­wia­dał śmiesz­ne histo­rie, któ­ry­mi z powo­dze­niem leczył chorych.

Dziew­czyn­ki zna­la­zły się w nie­zna­nej Jul­ce kom­na­cie w momen­cie, kie­dy w powie­trzu zawi­sło pytanie:
- Sły­sza­łem, że ktoś tu jest cho­ry? — dok­tor Toma­ny­szew­ski sze­ro­ko uśmiech­nął się do koni­ków, któ­re popa­try­wa­ły po sobie spusz­cza­jąc wzrok.
- Lepiej kogoś znajdź­my, bo zba­da nas wszyst­kich — szep­nął Jasno­sza­ry do Jasnobeżowego.
- Ja się dziś tro­chę sła­bo czu­ję — Jasno­be­żo­wy zgło­sił się na ochot­ni­ka mając nadzie­ję, że inni to docenią.
- No to świet­nie! — zatarł ręce dok­tor Toma­ny­szew­ski i otwarł pęka­tą, ciem­no­brą­zo­wą tor­bę lekar­ską. — Popa­trz­my, czym by cię tu rozśmieszyć.
Grze­biąc w tor­bie, zaczął opo­wia­dać o rze­czach, któ­re zda­rzy­ły mu się tego dnia. Wszyst­kie były bar­dzo śmiesz­ne. Jasno­be­żo­wy stał, tak prze­ra­żo­ny, że nie sły­szał ani sło­wa z opo­wie­ści, któ­rą zaapli­ko­wał mu dok­tor. Inne koni­ki dusi­ły się ze śmie­chu. Nie­któ­re leża­ły na ple­cach i wierz­ga­ły kopy­ta­mi w powie­trzu, bo nie mogły już wytrzymać.
- Hm, twój przy­pa­dek wyglą­da na cięż­ki. Mój zna­jo­my, dok­tor Pijaw­ka, ma zupeł­nie inne meto­dy, ale nie jestem pewien, czy by ci odpo­wia­da­ły… — powie­dział z tajem­ni­czym uśmie­chem dok­tor Toma­ny­szew­ski. W tym samym momen­cie scho­wał z powro­tem do tor­by tubę roz­śmie­sza­ją­cą. Koni­ki tło­czy­ły się za nim, żeby zaj­rzeć do środ­ka. Dok­tor zamknął tor­bę z gło­śnym trza­skiem i poszedł umyć ręce.
Jasno­be­żo­wy zapy­tał sto­ją­ce­go naj­bli­żej nie­go Grafitowego:
- Myślisz, że może na mnie nasłać tego Pijawkę?
- Stra­szy.
Po powro­cie, weso­ły dok­tor Toma­ny­szew­ski wyjął z kie­sze­ni notes i, pogwiz­du­jąc, zaczął pisać.
- Nie martw się, zapi­sze ci kil­ka kawa­łów, na pew­no ci nie zaszko­dzą — szep­nął do Jasno­be­żo­we­go Siwek.

Konik kolo­ru kawy z mle­kiem, sły­sząc jak dok­tor, pisząc, mówi coś pod nosem po łaci­nie, pomy­ślał, że zda­rza im się oka­zja, któ­ra może się już nie powtó­rzyć. Szyb­ko szep­nął coś Jasno­brą­zo­we­mu. W kil­ka sekund póź­niej wszyst­kie koni­ki pro­wa­dzi­ły ner­wo­wą roz­mo­wę szep­tem. Sza­ry i konik w kolo­rze sko­rup­ki jaj­ka wybie­gli z kom­na­ty, poga­lo­po­wa­li do sypial­nej i po chwi­li wró­ci­li z rulo­na­mi.  Jako coś cen­ne­go, koni­ki mia­ły je zawsze ze sobą. Trzy­ma­ły rulo­ny w jed­nym z wor­ków z rze­cza­mi, któ­re leża­ły za ich lego­wi­skiem. Kie­dy dok­tor podał Jasno­be­żo­we­mu kil­ka kawa­łów zapi­sa­nych na kar­tecz­kach z note­su, Sza­ry wycią­gnął zza ple­ców rulon i zapytał:
- Czy mógł­by nam to sza­now­ny pan dok­tor przetłumaczyć?

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Dok­tor zaczął czy­tać, a wszyst­kie koni­ki wstrzy­ma­ły oddech.
- Porphy­ro­pho­ra polo­ni­ca, Mar­ga­ro­des polo­ni­cus, czer­wiec pol­ski — mówił pod nosem, po czym zwró­cił się do nich — tutaj jest mowa o jakimś robacz­ku czy pającz­ku, któ­ry przed wie­ka­mi far­bo­wał na czer­wo­no tka­ni­ny na ubra­nia w całej Euro­pie. Był też uży­wa­ny w malar­stwie. Nawet pocho­dzi od nie­go nazwa mie­sią­ca i nazwa same­go kolo­ru. Do Włoch i Nie­miec spro­wa­dza­no go od nas, z Pol­ski, tonami.
Po czym, roz­wi­ja­jąc kolej­ne rulo­ny, dodał zni­żo­nym głosem:
- Ale słu­chaj­cie… tutaj jest napi­sa­ne, że to jest wszyst­ko ści­śle taj­ne. Tak że ja bym był na waszym miej­scu ostroż­ny, bo spra­wa wyglą­da na poważ­ną. Następ­na rol­ka jest cała o nie­bie­skim, tam­ta o poma­rań­czo­wym, a ta o żół­tym. Jak je zro­bić z róż­nych roślin i innych rze­czy. Macie tutaj super­taj­ne R‑E-C-E-P-T-U-R‑Y — powie­dział z naci­skiem na ostat­nie sło­wo, po czym oddał rulo­ny Szaremu.
- No dobrze, miło się sie­dzi, z tym że ja już będę musiał lecieć — powie­dział jak­by nigdy nic, ale koni­ki widzia­ły, że rulo­ny zro­bi­ły na nim wrażenie.

Przed odjaz­dem dok­to­ra, Babu zdą­ży­ła go jesz­cze poczę­sto­wać Zale­wayą z Zup­ni­ka Kró­lew­skie­go, o któ­rej wieść roze­szła się w mię­dzy­cza­sie po całym zam­ku. W godzi­nę po obie­dzie, po kątach roz­ma­wia­li już o niej wszy­scy. Oka­za­ło się, że jest tak pysz­na jak lody i tak sycą­ca, że nie musi się oprócz niej już nic jeść. Naj­więk­szym nie­jad­kom zje­dze­nie zabie­ra­ło kil­ka sekund. Ale to jesz­cze nie wszyst­ko. Koni­ki nic nie mówi­ły, ale jedząc patrzy­ły na sie­bie zna­czą­co. Obser­wo­wa­ły kuzyn­ki, żeby spraw­dzić ich reak­cję.  Były pew­ne, że odna­la­zły prze­pis na cudow­ną zupę, o któ­rym marzy­ły od daw­na. Dziew­czyn­ki zauwa­ży­ły od razu po zje­dze­niu, podob­nie jak wszy­scy inni, któ­rzy ją jedli,  że zro­bi­ły się od niej o wie­le sil­niej­sze. A na doda­tek mądrzej­sze. Po wsta­niu od sto­łu były goto­we pod­jąć naj­więk­sze wyzwania.

* * *

Tej nocy koni­ki spa­ły, jak zwy­kle, rów­nym rzę­dem, w jed­nej kom­na­cie z trze­ma kuzyn­ka­mi, Babu i Wiel­kim Napraw­czym. Pięk­ny, duży, mądry i łagod­ny, ale ener­gicz­ny pies Mil­ki uło­żył się koło jej posła­nia od stro­ny nóg, a Wygrys pod podusz­ką Jul­ki. Zaraz po przy­jeź­dzie Jul­ki z koni­ka­mi wszy­scy usta­li­li, że w jed­nej kom­na­cie będzie im naj­le­piej czy­li naj­we­se­lej i naj­raź­niej. Na pod­ło­dze mie­li roz­ło­żo­ne sia­no, a na nim każ­dy poście­lił sobie co tyl­ko miał. Głów­nie były to koł­dry, któ­re dosta­li od Babu. Ona też codzien­nie czy­ta­ła im przed snem, a cza­sem zamiast tego opo­wia­da­ła histo­rie. Naj­czę­ściej pro­si­li, żeby opo­wie­dzia­ła o tym, jak była mała i trzy­ma­ła wszyst­kie zabaw­ki ład­nie uło­żo­ne w jed­nym małym pudeł­ku. Lubi­li kie­dy mówi­ła jak były uło­żo­ne i w jakiej kolej­no­ści je wkła­da­ła. Po kil­ku wie­czo­rach pamię­ta­li to już rów­nie dobrze, jak Ona.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Tego wie­czo­ru, już po czy­ta­niu, Baj­ka popro­si­ła Mil­kę o małe drew­nia­ne kró­lew­ny do zaba­wy przed zaśnię­ciem. Mil­ka zgo­dzi­ła się pod warun­kiem, że po zaba­wie Baj­ka posta­wi je w poło­wie dro­gi mię­dzy ich lego­wi­ska­mi. W koń­cu wszy­scy zasnę­li. Wszy­scy oprócz Babu, któ­ra poszła jesz­cze zro­bić obchód kuchni.
Jul­ka obu­dzi­ła się w środ­ku nocy i nie mogła zasnąć. Patrzy­ła na małe kró­lew­ny wyglą­da­ją­ce jak­by zatrzy­ma­ły się w poło­wie dro­gi, idąc po coś od Baj­ki do Mil­ki. Widzia­ła je w smu­dze świa­tła wpa­da­ją­cej przez szpa­rę w solid­nej okien­ni­cy. Ode­tchnę­ła głę­bo­ko po raz kolej­ny i sta­ra­ła się zasnąć. Im bar­dziej się sta­ra­ła, tym bar­dziej sen nie przy­cho­dził. Zaczę­ła się zasta­na­wiać, co to zna­czy dobrze wyko­rzy­stać swój czas. Sen dalej nie nad­cho­dził. Przy­po­mnia­ły jej się pod­zie­mia i napi­sy, któ­re w nich widzie­li. Po gło­wie zaczę­ło jej cho­dzić nie­do­koń­czo­ne zda­nie Nie daj się zwy­cię­żyć złu, któ­re prze­czy­ta­ła ze ścia­ny w pod­zie­miach. Czę­sto zapa­mię­ty­wa­ła rze­czy, któ­re innym domow­ni­kom od razu wyla­ty­wa­ły z gło­wy, czym wbi­ja­ła ich w zdu­mie­nie. Na przy­kład imio­na, nazwi­ska i róż­ne nazwy. W tej chwi­li nie pamię­ta­ła wszyst­kich napi­sów, ale wła­śnie ten ostat­ni utkwił jej w pamię­ci. Wte­dy przy­po­mnia­ła sobie znacz­ki wypi­sa­ne na koń­cu linij­ki i sko­ja­rzy­ło jej się to z czymś, co Babu czy­ta­ła kie­dyś w łóż­ku, kie­dy zaj­rza­ła jej przez ramię. Powta­rza­jąc w myślach Rz 12,21 wsta­ła, zapa­li­ła latar­kę i przy posła­niu Babu zna­la­zła sta­rą biblię, któ­ra zawsze tam leża­ła. Parę dni wcze­śniej Babu uczy­ła ją wyszu­ki­wać w niej waż­ne infor­ma­cje. Jul­ka poło­ży­ła latar­kę na pod­ło­dze i, idąc za wska­zów­ka­mi Babu, zna­la­zła wła­ści­we miejsce.
-  List do Rzy­mian. Świę­ty Paweł — wyszep­ta­ła, po czym prze­czy­ta­ła z satysfakcją:

Nie daj się zwy­cię­żyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj!

Poczu­ła wiel­ki przy­pływ dziel­no­ści i wdzięcz­no­ści dla Babu. Zachcia­ło jej się do niej przy­tu­lić. Mimo, że okien­ni­ce z gru­bych dech były zamknię­te, a latar­kę zga­si­ła, żeby niko­go nie obu­dzić, bez tru­du zna­la­zła jej koł­drę. Z tym, że Babu wca­le pod nią nie było. Spa­ło tam nato­miast kil­ka koni­ków, któ­re wcze­śniej wpa­dły na ten sam pomysł, co Jul­ka. Zdzi­wio­na sta­ra­ła się roz­glą­dać w ciem­no­ści zam­ko­wej, któ­ra była o wie­le głęb­sza, niż zwy­kła ciem­ność w jej miesz­ka­niu. Zaj­rza­ła pod swo­ją podusz­kę. Wygrys miał oczy zaci­śnię­te tak moc­no, że o mało mu skó­ra nie pękła. Jul­ka wie­dzia­ła, że nie śpi napraw­dę, tyl­ko uda­je. Posta­no­wi­ła zabrać go ze sobą.
- Chodź, widzę, że nie śpisz. Pomóż mi zna­leźć Babu — Wygrys zgo­dził się głów­nie dla­te­go, że nie chciał zostać sam wśród śpiących.
Kie­dy wycho­dzi­li z kom­na­ty, drzwi zaskrzy­pia­ły prze­raź­li­wie, ale niko­go nie obu­dzi­ły. Sta­nę­li w kory­ta­rzu koło duże­go okna. Było tu o wie­le jaśniej, bo wpa­da­ło świa­tło księ­ży­ca, pra­wie w peł­ni. Wyglą­da­jąc przez okno bez ram Jul­ka zauwa­ży­ła, że w naj­niż­szej wie­ży, w któ­rej nikt nie miesz­kał, migo­cze świa­tło świecy.
- Jestem pew­na, że to ona — powie­dzia­ła do Wygry­sa moc­no ści­ska­jąc jego łapę, żeby dodać sobie otu­chy, a poza tym, żeby nie uciekł z powro­tem do zacisz­nej kom­na­ty. — Idziemy.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Mniej wię­cej orien­to­wa­li się jak naj­szyb­ciej dojść do wie­ży. Kie­dy prze­ci­na­li salę tro­no­wą, sto­ją­cy w niej zegar zaczął wybi­jać godzi­nę. Jul­ka o mało nie ska­mie­nia­ła ze stra­chu. Porwa­ła Wygry­sa na ręce. Sama nie wie­dząc kie­dy, zna­la­zła się na zewnątrz i pędem dobie­gła przez dzie­dzi­niec do naj­niż­szej wie­ży. Mecha­ta zwy­kle tra­wa, teraz dra­pa­ła ją nie­przy­jem­nie w sto­py, jak­by zamiast niej rosły ostre dru­ci­ki. Na doda­tek wil­got­ne. Sto­jąc na dole scho­dów Jul­ka krzyknęła:
- Babu, to ty?
- To ja, Jusin­ko. Chodź, bo tam zimno!
Wygrys tak się spie­szył, że zesko­czył na zie­mię i wbiegł na scho­dy pierw­szy. Prze­ska­ki­wa­li po kil­ka stop­ni.  Zdy­sza­ni sta­nę­li w drzwiach kom­na­ty oświe­tlo­nej kil­ko­ma świe­ca­mi. Było w niej przy­tul­nie i ład­nie pach­nia­ło drew­nem. Naj­niż­sza wie­ża, trzy­pię­tro­wa, była jedy­ną wie­żą drew­nia­ną w całym Zam­ku Postrzę­pio­nym. Babu wła­śnie dla­te­go ją wybra­ła. Może też dla­te­go, że nie lubi­ła dużych wysokości.
- Och, Babu! — Jul­ka rzu­ci­ła jej się na szy­ję, a Wygrys rów­nie moc­no przy­tu­lił się do jej nogi na wyso­ko­ści kostki.
- Ale się bałam!
- Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie. Twój Anioł Stróż jest zawsze tam, gdzie ty — powie­dzia­ła Babu robiąc jej miej­sce koło siebie.
- Myślisz, że jest wystar­cza­ją­co silny?
- Tak. Osła­nia cię skrzy­dła­mi. A poza tym jest dobry i deli­kat­ny. Pamię­taj, żebyś nigdy nie mówi­ła rze­czy, przez któ­re musiał­by się za cie­bie wsty­dzić. Jest bar­dzo wrażliwy.
- No tak, ty tu sie­dzisz oto­czo­na nocą i nie boisz się…
- Nie — uśmiech­nę­ła się Babu.
- A jak­byś się nagle zaczę­ła bać, to co byś zrobiła?
- To bym się pomodliła.
- I to pomaga?
- Zawsze.
- Dla­cze­go?
- Bo Pan Bóg jest dobry i cze­ka na nasze modlitwy.
Babu otwar­ła dłoń, na któ­rej leża­ły drew­nia­ne koraliki.
- Masz róża­niec? — zapytała.
- Mam, ale go nie używam.
- Na różań­cu odpra­wia się medytacje.
- Jak to?
- To są Wiel­kie Tajemnice.
- Nie ma już większych?
- Nie ma.
- Lubię wiel­kie tajem­ni­ce… — powie­dzia­ła Jul­ka cicho. — Nauczysz mnie?
- Tak. Mat­ka Boska sama cię nauczy jeże­li ją poprosisz.
- To ty sobie tutaj zawsze tak cichut­ko przy­cho­dzisz, a myśmy nic nie wiedzieli?!
- Każ­dej nocy, moja kocha­na. Bar­dzo lubię ten czas.
- A co tu robisz? — Jul­ka przy­po­mnia­ła sobie, że dziew­czyn­ki mówi­ły jej, że Babu zosta­ła mia­no­wa­na Hono­ro­wym Opie­ku­nem Ksiąg.
- Czy­tam, piszę, roz­my­ślam — uśmiech­nę­ła się Babu.
Jul­ka zauwa­ży­ła, że wzdłuż ścia­ny całe­go okrą­głe­go pomiesz­cze­nia, w któ­rym sie­dzia­ła teraz przy sto­le bar­dzo bli­sko Babu, bie­gnie jed­na pół­ka, na któ­rej usta­wio­ne są książki.
- Mam tu na pół­ce wybra­ne Księ­gi z naszej biblio­te­ki, któ­re chcę przejrzeć.
- A co piszesz?
- Kro­ni­ki Zamkowe.
- I tak codziennie?
- Codzien­nie. Pla­nu­ję też wszyst­kie potra­wy i robię posta­no­wie­nia na następ­ny dzień.
- I jakie zro­bi­łaś dzisiaj?
- Żeby dawać zamiast brać.
- Dla­cze­go?
- Bo o wie­le lepiej jest dawać, niż brać.
- Trud­no mi w to uwierzyć…
- Spró­buj i sama zobaczysz.
- Myślisz, że powin­nam sobie też coś postanawiać?
- Każ­de­go wie­czo­ru przed zaśnię­ciem wymyśl sobie jakąś napraw­dę dobrą rzecz, któ­rą zro­bisz następ­ne­go dnia, a następ­ne­go wie­czo­ru zasta­nów się jak ci to wyszło. Kie­dy będzie szło dobrze, możesz zacząć doda­wać następ­ne rzeczy.
Jul­ka zapa­trzy­ła się w świe­cę. Zade­cy­do­wa­ła, że codzien­nie wie­czo­rem będzie robić jakieś posta­no­wie­nie. Na pierw­szy dzień zapla­no­wa­ła omi­jać gru­py, któ­re obga­du­ją kogoś za jego ple­ca­mi, a dopie­ro następ­ne­go dnia zacząć dawać zamiast brać.  Po czym zapytała:
- To jak dłu­go tu siedzisz?
- Cza­sem pra­wie całą noc, a cza­sem pół. To dla mnie przy­jem­ność, nic się nie martw.
- A co teraz czy­ta­łas? — Jul­ka pochy­li­ła się nad rulo­nem przy­ło­żo­nym na rogach cukier­ni­cą i kolo­ro­wy­mi kamieniami.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- List, któ­ry zna­la­złam mię­dzy kart­ka­mi Kro­ni­ki Pol­skiej Mistrza Win­cen­te­go Kadłub­ka. Już od tygo­dnia w niej sie­dzę, bo to wcią­ga­ją­ca książ­ka. Dzie­ci kró­lów i ksią­żąt uczy­ły się z niej historii.
Jul­ce księ­ga podo­ba­ła się już z same­go wyglą­du. Prze­czy­ta­ła też kawa­łek tytu­łu innej książ­ki wysta­ją­cej spod tam­tej: LISTY KRÓLÓW I ZNAKOMITYCH MĘŻÓW zebrał Ambro­ży Grabowski.
- Babu, a dla­cze­go ty cią­gle sie­dzisz w tej histo­rii? Do cze­go ci to jest potrzeb­ne? — zapy­ta­ła Jul­ka kart­ku­jąc księ­gę z listami.
- Tyl­ko zna­jąc histo­rię moż­na zro­zu­mieć to, co się dzie­je dooko­ła nas we współ­cze­sno­ści. Miesz­ka­jąc w kra­inie tak wypeł­nio­nej histo­rią, jak nasza, ma się obo­wią­zek ją znać. Jeśli się ją kocha.
- No tak, tu jest tyle zam­ków. Kie­dy wra­ca­li­śmy z Gro­du Pra­sta­re­go widzia­łam po dro­dze jesz­cze kil­ka, jeden na wyso­kiej górze. Byłaś w nim? — Jul­ka przy­po­mnia­ła sobie, że od daw­na chcia­ła z Babu o tym porozmawiać.
- Ten na wyso­kiej górze to aku­rat jest klasz­tor. Miesz­ka­ją w nim zakon­ni­cy. Nigdy nie wycho­dzą poza jego mury. Zamy­ka­ją się tam, żeby kon­tem­plo­wać dobroć bożą.
- Ale czy muszą się do tego zamykać?
- Robią to, żeby świat nie roz­pra­szał ich myśli. Wiesz ile się dooko­ła nas dzie­je. Potrze­bu­ją dużo cza­su, żeby się modlić, czy­tać, roz­my­ślać i pisać. A oprócz tego cięż­ko pracują.
- Myślisz, że są szczęśliwi?
- Myślę, że bardzo.
- A jak cięż­ko pra­cu­ją, to co robią?
- Jeden upra­wia ogród, inny zamia­ta, inny gotu­je, a cza­sem się zmie­nia­ją. Jesz­cze inny jest sto­la­rzem albo mura­rzem, zale­ży cze­go potrze­bu­ją. W daw­nych cza­sach zbie­ra­li i prze­pi­sy­wa­li doku­men­ty myśli­cie­li sta­ro­żyt­nych, grec­kich i rzym­skich, i w ten spo­sób ura­to­wa­li je dla nas.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- A kie­dy już prze­pi­sa­li tam­te księgi?
- Uczy­li ludzi upra­wiać rolę i budo­wać domy, a ich dzie­ci czy­tać i pisać.
- Ten klasz­tor stoi na zupeł­nym odlu­dziu. Ja bym się bała tam mieszkać…
- Taka jest tra­dy­cja. Naj­star­sze klasz­to­ry śre­dnio­wiecz­ne były ośrod­ka­mi kul­tu­ry i wzo­ro­wy­mi gospo­dar­stwa­mi. Mni­si chrze­ści­jań­scy poma­ga­li wte­dy osie­dla­ją­cym się bar­ba­rzyń­com. Budo­wa­li kul­tu­rę Euro­py. Chrze­ści­jań­ską. Naszą kul­tu­rę. Opar­tą na wie­rze­niu w jedy­ne­go, dobre­go Boga, wobec któ­re­go wszy­scy ludzie są rów­ni. Tak naro­dzi­ła się Euro­pa. Wcze­śniej­sza kul­tu­ra, sta­ro­żyt­na, za swo­je cen­trum mia­ła Morze Śród­ziem­ne. Dopie­ro dzię­ki chrze­ści­jań­stwu obsza­ry dzi­siej­szej Euro­py zaczę­ły two­rzyć  całość.
W tym momen­cie Babu poda­ła Jul­ce zakład­kę, któ­ra wyglą­da­ła na bar­dzo starą:
- Weź ją sobie. To świę­ty Bene­dykt z Nur­sji. Ma dużo wspól­ne­go z tym, o czym ci opo­wia­da­łam. Pod pięk­nym obra­zem bro­da­te­go mni­cha Jul­ka przeczytała:


to tyl­ko czyń­my, co nam przy­nie­sie korzyść na wieczność

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

Posta­no­wi­ła zacząć już od rana.
- Acha, ale zobacz ten list, o któ­ry pyta­łaś — powie­dzia­ła Babu. — Pod­pi­sał go Miko­łaj Koper­nik. Pisze tak:
Obo­wiąz­kiem uczo­ne­go jest poszu­ki­wa­nie praw­dy tak dale­ce, jak Bóg na to pozwala.
- Tak — wes­tchnę­ła Babu — poszu­ki­wa­nie praw­dy jest napraw­dę waż­ne, poza tym Miko­łaj Koper­nik był odważ­ny i nie­za­leż­ny w myśle­niu. Taki, jaki powi­nien być każ­dy, kto chce być praw­dzi­wie wol­ny. Mam nadzie­ję, że wy dziew­czyn­ki będzie­cie go naśla­do­wać. Muszę z wami  jutro o tym poroz­ma­wiać, kie­dy będzie też Baj­ka i Milka.
- Chodź­my do kom­na­ty — powie­dzia­ła tłu­miąc małe ziewnięcie.
Idąc po scho­dach mija­ły wiszą­ce na ścia­nach tka­ni­ny przed­sta­wia­ją­ce posta­cie natu­ral­nej wiel­ko­ści. Na górę Jul­ka wbie­gła tak szyb­ko, że nawet ich nie zauważyła.
- Znasz tych ludzi, Babu?
- To nasi wiel­cy boha­te­ro­wie: Jan Kan­ty, kró­lo­wa Jadwi­ga, Szy­mon z Lip­ni­cy, a tam ksiądz Piotr Skarga.
- A co on zrobił?
- Mię­dzy inny­mi zało­żył pierw­sze insty­tu­cje cha­ry­ta­tyw­ne: jedy­ny w jego cza­sach bank w Euro­pie, któ­ry poży­czał pie­nią­dze wszyst­kim potrze­bu­ją­cym, bez żad­ne­go pro­cen­tu ani bez zasta­wu. Ist­nie­je zresz­tą do dziś, nazy­wa się Arcy­brac­two Miło­sier­dzia. Albo Skrzyn­kę świę­te­go Miko­ła­ja, do któ­rej zbie­ra­ło się pie­nią­dze na posa­gi dla nie­za­moż­nych dziew­czyn, żeby mogły wyjść za mąż i nie scho­dzi­ły na złą dro­gę. Wszy­scy ludzie, któ­rych tu widzisz, to świę­ci. Nie­któ­rzy zna­ni na całym świe­cie, jak Jacek Odro­wąż albo Sta­ni­sław Kost­ka. Musisz zagłę­bić się tro­chę w histo­rię, żeby się dowie­dzieć co robi­li i dla­cze­go przy oka­zji uczty zawie­szam zawsze te tka­ni­ny w oknach, żeby im oddać cześć. Miłość do ojczy­zny pole­ga mię­dzy inny­mi na tym, żeby to wie­dzieć. Sama zoba­czycz jak tobie samej się to przy­da. Masz cza­sem spra­wy trud­ne do roz­wią­za­nia, prawda?

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami

- Tak — powie­dzia­ła Jul­ka kie­dy wcho­dzi­ły na dziedziniec.
- No wła­śnie. Dobrze jest wie­dzieć jak świę­ci radzi­li sobie z trud­ny­mi sytuacjami.
- Czy świę­ci to zna­czy superspecjalni?
- Więk­szość z nich po pro­stu przy­ję­ła łaskę Bożą.
- To moż­na jej nie przyjąć?
- Wie­lu ludzi jej nie przyj­mu­je. Każ­de­go dnia.
- To niesamowite…
Jul­ka poczu­ła pod bosy­mi sto­pa­mi, że tra­wa zno­wu zro­bi­ła się mięk­ka i mecha­ta, a  cały zamek wydał jej się cudow­ny i miły. Dopie­ro teraz usły­sza­ła jak ślicz­nie cyka­ją koni­ki polne, bo idąc do wie­ży była za bar­dzo spię­ta. Wygrys spał u Babu w kie­sze­ni. Jul­ka przy­po­mnia­ła sobie, że ma Anio­ła Stró­ża i że w ogó­le nie powin­na się była bać. Zro­bi­ło jej się głu­pio, ale nie za bar­dzo. Roz­pie­ra­ła ją radość. Pomy­śla­ła, że noce takie jak ta war­to przeżyć.
- Babu, jestem taka szczę­śli­wa — powie­dzia­ła, a Babu ści­snę­ła ją za rękę.  Po tym zro­bi­ła jej pal­cem krzy­żyk na czo­le. Po ciem­ku zna­la­zły swo­je koł­dry, wsko­czy­ły pod nie i natych­miast zasnęły.

Zamek z praw­dzi­we­go zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z kolo­ro­wy­mi oknami