Zapra­sza­my Pań­stwa na przy­go­dę z książ­ką nie­de­mo­ra­li­zu­ją­cą, czy­li taką jakich pra­wie nie ma w dzi­siej­szych cza­sach na ryn­ku wydaw­ni­czym dla mło­dzie­ży. Jest to książ­ka dla mło­dzie­ży myślą­cej w każ­dym wie­ku. Druk zaczy­na­my od tomu dru­gie­go dla­te­go, że w nim rzecz dzie­je się latem, a i u nas lato w roz­kwi­cie. Zasta­je­my boha­ter­kę w chwi­li, kie­dy praw­dzi­we konie z armii kró­lew­skiej (bar­dzo małych roz­mia­rów), któ­re mia­ła szczę­ście przy­pad­ko­wo poznać, zna­la­zły spo­sób, żeby poka­zać jej Kra­inę Przodków.

Roz­dział 1

Widok z lotu smoka

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Zro­bi­ło się napraw­dę póź­no, a Jul­ka jesz­cze nie spa­ła. Mia­ła za sobą wstęp­ną roz­mo­wę z mamą i tatą na temat waka­cji. Wstęp­ną, bo sta­ra­ła się przy­naj­mniej ogól­nie przed­sta­wić im swo­je pla­ny. Pod koniec roz­mo­wy wyda­wa­li jej się mniej prze­ra­że­ni, niż na począt­ku. Cza­sem zda­rza­ło im się zro­zu­mieć przy­naj­mniej nie­któ­re rze­czy. Szcze­gól­nie jeże­li im się cier­pli­wie tłumaczyło.
Wsta­ła z łóż­ka i boso poszła do duże­go poko­ju. Spod jed­nej z derek docho­dzi­ły stłu­mio­ne odgło­sy koń­skiej rozmowy.
- Oczy­wi­ście, że go nie zoba­czy­łeś, bo one scho­dzą niżej w i e c z o r e m. W ciem­no­ści, rozu­miesz? Wła­śnie wte­dy dzia­ła­ją. Myślisz, że chcą, żeby je wszy­scy ludzie widzie­li? — mówił Kary.
- No tak, pew­nie wsa­dzi­li­by je od razu do zoo… — przy­znał mu rację Szary.
- Lata­ją nocą nie dla­te­go że się boją zoo, stam­tąd by się spryt­nie wywi­nę­ły, tyl­ko dla­te­go że są złe i pod­stęp­ne. Dla­te­go boją się dnia i otwar­te­go dzia­ła­nia. Cała ta podróż to jed­no wiel­kie ryzyko.
- Nie prze­sa­dzaj, po pro­stu musi­my się z nim obcho­dzić ostroż­nie,  naj­le­piej będzie w ogó­le nie zaczy­nać żad­nej roz­mo­wy. Zresz­tą nie widzę innych moż­li­wo­ści. Moż­na lecieć albo pły­nąć, a nie pły­wa­my aż tak dobrze. O lata­niu już nie wspomnę.
Jul­ka chrząk­nę­ła prze­cho­dząc koło nich, bo nie lubi­ła pod­słu­chi­wać. Za chwi­lę, po powro­cie do łóż­ka, zaczę­ła się jed­nak zasta­na­wiać co knu­ją. Było tak cicho, że usły­sza­ła dal­szy ciąg rozmowy.

reklama

- Zasta­na­wiam się też, po co one w ogó­le nisko scho­dzą? — w gło­sie Kare­go dalej wyczu­wa­ło się obawy.
- Pew­nie po to, żeby się napić wody, a my jeste­śmy aku­rat przy samym wodo­po­ju — Sza­ry miał na myśli wiel­kie jezioro.
Roz­mo­wa budzi­ła coraz wię­cej koni­ków. Po chwi­li koło łóż­ka Jul­ki zebra­ła się ich duża gru­pa. Wszy­scy byli zgod­ni, że naj­praw­do­po­dob­niej nie pozo­sta­je nic inne­go niż noc­ny lot. Na szczę­ście rze­czy mie­li już spa­ko­wa­ne  i za kil­ka­na­ście minut sta­li z baga­ża­mi w ogro­dzie. Byli uspo­ko­je­ni, że mama i tato Jul­ki zgo­dzi­li się na jej na wyjazd. Dodat­ko­wo Jul­ka zosta­wi­ła na sto­le w kuch­ni kart­kę z dokład­nym wyja­śnie­niem sytu­acji. Zje­cha­li na dół i wyszli przed dom. Noc była pogod­na. Na począt­ku nie dzia­ło się nic oprócz tego, że robi­ło się coraz nud­niej. Po chwi­li cze­ka­nia, nie­któ­rzy zaczę­li myśleć o powro­cie pod derki.
- Wie­dzia­łem, że to będzie wiel­ka poraż­ka z kla­pą* — powie­dział konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmietanki.

* Przy­pis: poraż­ka z kla­pą jest gor­sza od zwy­kłej poraż­ki, bo po opad­nię­ciu kla­py nie da się już z poraż­ki wyjść. W każ­dym razie według koni­ka w kolo­rze zjeł­cza­łej śmietanki.
Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

I wła­śnie wte­dy na gra­na­to­wym nie­bie usia­nym gwiaz­da­mi poja­wił się nad nimi ciem­ny kształt. Widzie­li jak spo­rych roz­mia­rów smok kolo­ru sta­lo­we­go lądo­wał z meta­licz­nym chrzę­stem w ogro­dzie koło sąsied­nie­go bloku.
- No tak, prze­cież oni mają ten mały staw z bro­dzi­kiem! — pra­wie krzyk­nął Ciem­no­brą­zo­wy i poga­lo­po­wał przez traw­nik w stro­nę małe­go sztucz­ne­go jezior­ka u sąsia­dów, na któ­re zawsze patrzy­li z góry. Pozo­sta­li popę­dzi­li za nim.

Smok nawet nie tknął nie­świe­żej wody w bro­dzi­ku i teraz obcho­dził go naoko­ło. Bro­dzik o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach uda­wał natu­ral­ne jezior­ko, ale wca­le nie był praw­dzi­wy i prze­waż­nie wypeł­nia­ła go męt­na woda, wymie­sza­na z zie­mią z traw­ni­ka. Wyglą­da­ło na to, że smok  pomy­lił bro­dzik z jezio­rem, do któ­re­go było stąd nie­da­le­ko. Teraz z odra­zą patrzył na nie­go jak na kału­żę. Widzie­li, że jego smo­li­sty oddech pobru­dził wybe­to­no­wa­ne brze­gi. Poczu­li się nie­swo­jo. Smok był bar­dzo nie­przy­jem­ny z pasz­czy. Obser­wo­wa­li jak obwą­chi­wał obrze­że obcho­dząc staw naoko­ło. Nikt nie odwa­żył się ode­zwać. W koń­cu smok odwró­cił się w ich stro­nę i zary­czał posy­pu­jąc traw­nik kawał­ka­mi roz­ża­rzo­nych węgiel­ków, któ­re wypa­dły mu spo­mię­dzy zębów:
- Wsia­da­cie, czy nieeeeebleheheeeeeee?!
Decy­zja nie była łatwa, ale mimo to, koni­ki szyb­ko usa­do­wi­ły się mię­dzy łuska­mi, któ­re wrzy­na­ły im się w cia­ło. Prze­czu­wa­ły, że taka oka­zja szyb­ko się nie powtó­rzy. Sie­dze­nie na smo­ku oka­za­ło się wyjąt­ko­wo nie­wy­god­ne. Na szczę­ście był przy­naj­mniej na tyle sze­ro­ki, że mie­ści­ły się po czte­ry w każ­dym rzę­dzie, przez co było im raź­niej. Jul­ka usia­dła z tyłu z dwo­ma koni­ka­mi po bokach. Przy­pię­li się do łusek pasa­mi, któ­re spe­cjal­nie po to wzię­li z domu. Od razu poczu­li się bezpieczniej.

Żeby dodać sobie jesz­cze wię­cej odwa­gi, zaczę­li jeść upie­czo­ne przez sie­bie sło­ne cia­stecz­ka z zia­ren­ka­mi, zaraz po tym jak smok się wzniósł. Chcie­li je kru­szyć dla pta­ków,  ale w ciem­no­ści żad­ne pta­ki nie lata­ły, więc mogli jeść do woli. Let­nia noc była cie­pła. Od cza­su do cza­su widzie­li pod spodem kolo­ro­we świa­tła, ale prze­waż­nie tyl­ko błysz­czą­cą gra­na­to­wą wodę, któ­rej smok upił spo­ro przy samym brze­gu. Przy­siadł tam na chwi­lę zanim wystar­to­wał na dobre.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Chru­pa­li cia­stecz­ka i robi­li się coraz bar­dziej zmę­cze­ni, ale nie mogli zasnąć, bo myśl, że są zda­ni na łaskę smo­ka, wpra­wia­ła ich w nerwowość.
- Ależ on jest nie­mi­ły. Myślisz, że napraw­dę dowie­zie nas gdzie trze­ba? — zapy­tał Jul­kę konik w kolo­rze pia­sko­wym, bo wyda­wa­ło mu się, że Jul­ka zaraz zaśnie, a nie chciał zostać sam ze swo­imi myśla­mi i nie­po­ko­jem. Zjadł wię­cej sło­nych cia­ste­czek niż inni, a zno­wu poczuł się głodny.
- Miej­my nadzie­ję, że tak. Smok jest zawsze groź­ny i nie­mi­ły. W koń­cu smok to jest smok, dobre­go się po nim spo­dzie­wać nie moż­na, ale on chy­ba zawsze kur­su­je tą tra­są — odpo­wie­dzia­ła Jul­ka sta­ra­jąc się  uspo­ko­ić Pia­sko­we­go mimo, że sama czu­ła się dziwnie.
- Smo­ki w róż­nych fil­mach są takie milutkie…
- Acha, milut­kie. Tak ci się tyl­ko wyda­je, a jak je poznasz bli­żej, to wte­dy dopie­ro zoba­czysz, o co im napraw­dę cho­dzi. Są pod­stęp­ne, więc potra­fią się wyda­wać milutkie.
- Ten się aku­rat szcze­gól­nie nie sta­ra — zauwa­żył Piaskowy.
- Ten aku­rat nie — przy­zna­ła Julka.
- Tak czy owak, chy­ba trze­ba by się upew­nić gdzie lecimy.

Odkąd zaczę­ło się prze­ja­śniać, smok wyda­wał im się już tro­chę mniej prze­ra­ża­ją­cy. Sza­ry pró­bo­wał roz­ło­żyć mapę, któ­rą poda­ła mu z tyłu Jul­ka. Nie było to łatwe, bo pierw­sze­go rzę­du nic nie osła­nia­ło i wiatr wiał tu dosyć moc­no.  Sie­dzą­ce koło nie­go koni­ki popa­try­wa­ły po sobie wie­dząc, że to im wypa­da poroz­ma­wiać, jako że sie­dzą naj­bli­żej paszczy.
- Roz­mo­wa ze smo­kiem jest w cza­sie lotu zabro­nio­na, tak mi się przy­naj­mniej zda­je — szep­nął w koń­cu konik kolo­ru her­ba­ty z mlekiem.
- Spró­buj­my… — Sza­ry popra­wił się na sie­dze­niu i roz­wi­nął mapę na tyle, na ile to było możliwe.
- Prze­pra­szam, czy jest może szan­sa, że będzie pan prze­la­ty­wał nad tym miej­scem? —  zapy­tał  wska­zu­jąc punkt na mapie, szar­pa­nej przez wiatr we wszyst­kie strony.
Smok uda­wał, że jest sku­pio­ny na nawi­ga­cji i nawet nie popa­trzył. Łopo­czą­ca mapa łasko­ta­ła go w ucho. Mimo to zawzię­cie milczał.
- A czy wie pan w ogó­le gdzie to jest? — Sza­ry posta­no­wił wje­chać mu na ambicję.
Smok zio­nął na nie­go nie­przy­jem­nym siar­ko­wym oddechem:
- Oczy­wi­ście, że wiem gdzie to jest. Będę nawet w oko­li­cy. Z tym, że nie aż tam — wynio­śle cedził każ­de zda­nie, a jego głos brzmiał meta­licz­nie. — Lecę tyl­ko do moje­go zna­jo­me­go ze Smo­czej Jamy nad rze­ką w Kró­lew­skim Gro­dzie Pra­sta­rym. Mam zamiar zatrzy­mać się u nie­go parę dni. Podob­no jest tam o tej porze roku spo­ro tury­stów do pożar­cia — smok obli­zał się ohydnie.
Sza­re­mu pra­wie zro­bi­ło się sła­bo. Szep­nął do ucha Siwkowi:
- Wie­dzia­łem, że lepiej z nim w ogó­le nie roz­ma­wiać, jesz­cze nas zło­śli­wie wywie­zie nie wia­do­mo dokąd, na przy­kład na jakąś pusty­nię. One wszyst­kie są złe i pod­stęp­ne, na doda­tek lubią prze­ina­czać potem to, co się do nich powie­dzia­ło. Będzie nam wma­wiał, że sami tego chcieliśmy.
Po tych sło­wach prze­mógł wstręt i zwró­cił się zno­wu do smoka:
- Czy to już pana ostat­nie sło­wo? Bar­dzo by nam zale­ża­ło na tym miej­scu — mówiąc to Sza­ry zebrał w sobie śmia­łość, jaką miał przy­go­to­wa­ną na cały tydzień i głos pra­wie wca­le mu nie zadrżał.
- Dobra, ale nie roz­ma­wiaj już ze mną wię­cej, bo mnie to strasz­nie nudzi — wydy­szał smok, po czym odwró­cił pasz­czę w dru­gą stro­nę i zaczął mam­ro­tać do sie­bie brzyd­kie wyrazy.
Ode­tchnę­li z ulgą i zauwa­ży­li, że zro­bi­ło się już cał­kiem jasno, wla­ty­wa­li wła­śnie w let­ni sło­necz­ny dzień. Woda pod nimi pobły­ski­wa­ła jasno­nie­bie­sko. Koni­ki zja­dły reszt­ki kra­ker­sów wła­snej robo­ty i dla odświe­że­nia pry­ska­ły się nawza­jem wodą z bute­lek. W koń­cu poczu­li, że smok powo­li obni­ża lot. Nie było już pod nimi wody. Z zacie­ka­wie­niem oglą­da­li mozai­ki pod spodem i zga­dy­wa­li z cze­go były zrobione.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

 

W koń­cu wstrzy­ma­li oddech. Bez­po­śred­nio pod sobą zoba­czy­li ten sam kształt, któ­ry był nary­so­wa­ny na mapie. Patrzy­li na cią­gną­cą się w nie­skoń­czo­ność bia­ła­wą budow­lę o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach i wie­lu odnogach.

- Zamek z ogro­dem… — Sza­ry ze wzru­sze­nia prze­łknął śli­nę, od cze­go ode­tka­ły mu się uszy.
- Zamek Poszar­pa­ny — szep­nął konik w kolo­rze sko­rup­ki od jajka.
- Poszar­pa­ny, ale miły — powie­dział Beżo­wy w ciem­no­brą­zo­we łaty.
Zamek zro­bił na wszyst­kich tak wiel­kie wra­że­nie, że z tru­dem mogli wydo­być z sie­bie sło­wa. Rze­czy­wi­ście, mimo sta­nu ruiny już na pierw­szy rzut oka widać w nim było coś swoj­skie­go i sym­pa­tycz­ne­go, jak­by miał oso­bo­wość. A przede wszyst­kim  wyglą­dał szla­chet­nie i dostojnie.
- Ależ on musiał dużo przejść… — wes­tchnął  z uzna­niem Siwek.
- Świa­dek dzie­jów — szep­nął Kary.
- Sty­lo­wy — powie­dział z podzi­wem Jasnoszary.
- Strasz­nie duży — mruk­nął Ciem­no­sza­ry takim tonem, jak­by mu to w czymś przeszkadzało.
- Wystar­czy go tyl­ko tro­chę umyć — oce­nił Kasz­tan, któ­ry naj­bar­dziej ze wszyst­kich lubił sprzątać.
- Duchy są na pew­no — pomy­śla­ła Jul­ka z zadowoleniem.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Smok lądo­wał łagod­nym łukiem. Zamek mie­li teraz jak na dło­ni. Ogrom­ny i bia­ła­wy odci­nał się od świe­żej zie­lo­nej tra­wy. W nie­któ­rych miej­scach wyż­szy, w innych znacz­nie niż­szy, z wie­lo­ma wie­ża­mi i zewnętrz­ny­mi scho­da­mi wyraź­nie widocz­ny­mi z góry.  Był w ruinie, a jed­nak dalej stał dum­nie. Smok okrą­żył go powo­li kil­ka razy, po czym zło­śli­wie odle­ciał bar­dzo dale­ko i wylą­do­wał na skra­ju lasu z gło­śnym meta­licz­nym chrzę­stem łusek.
- Spa­cer dobrze wam zro­bi! — ode­zwał się kie­dy tyl­ko zesko­czy­li na tra­wę, po czym szczę­ka­jąc żela­stwem znik­nął na tle nie­ba w prze­cią­gu kil­ku sekund.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Wszy­scy dozna­li ulgi.  Głę­bo­ko ode­tchnę­li czy­stym, świe­żym powie­trzem, cudow­nie pach­ną­cym lasem. Dopie­ro teraz zda­li sobie spra­wę, jak męczą­cy był zapach z pasz­czy smo­ka. Cze­ka­ła ich dłu­ga dro­ga na nogach, ale poczu­li taki przy­pływ ener­gii i rado­ści, że szli jak na skrzy­dłach. Słoń­ce świe­ci­ło moc­no, ale powie­trze było suche i rześ­kie, więc wca­le nie było im gorą­co. Kie­ro­wa­li się według mapy. W odda­li zoba­czy­li kościół ze spi­cza­stym czer­wo­nym dachem i wie­żą zakoń­czo­ną krzy­żem, czy­li wszyst­ko się zgadzało.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Minę­li trzy lasy, kil­ka pól i kil­ka­na­ście stru­my­ków. W każ­dym z nich się kąpa­li, a przy­naj­mniej zanu­rza­li, Jul­ka nogi, a koni­ki kopy­ta. Było lato. Jul­ka poczu­ła się bar­dzo szczę­śli­wa, a koni­ki po pro­stu wycho­dzi­ły z sie­bie. Jul­ka roz­pu­ści­ła wło­sy, a koni­ki uplo­tły jej wia­nek, bo polne kwia­ty rosły wszę­dzie naoko­ło. Uzna­li, że ponie­waż krę­ta dro­ga zaczy­na pro­wa­dzić coraz bar­dziej w górę, powin­ni odpo­cząć. Poło­ży­li się opar­ci o roz­grza­ny głaz, a Ciem­no­sza­ry konik w jasne łaty wycią­gnął szta­lu­gi i malo­wał im por­tre­ty. Jul­ka była ubra­na w bia­łą bluz­kę koszu­lo­wą i dżin­sy. Mie­li przed sobą scho­dzą­ce łagod­nie w dół pola i łąki, na któ­rych pasły się owiecz­ki przy­po­mi­na­ją­ce bia­łe kłacz­ki weł­ny. Jul­ka zaczę­ła się wpa­try­wać w jed­no sta­do, któ­re wyraź­nie róż­ni­ło się od innych.

- Czy wy widzi­cie jakie one mają kolo­ry? — prze­rwa­ła leni­we mil­cze­nie koni­ków poka­zu­jąc im pal­cem sta­do owie­czek pod lasem.
- No fak­tycz­nie, też mi się wyda­wa­ło, że jest w nich coś nie­sa­mo­wi­te­go — Jasno­sza­ry w ciem­ne łaty pierw­szy wytę­żył wzrok. — Wyglą­da­ją jak kolo­ro­wa weł­na w mot­kach. Cie­ka­we czy to ich natu­ral­ne ubarwienie.
- Co ty! Nie­bie­skie, zie­lo­ne? — włą­czy­ły się do roz­mo­wy inne koniki.
- Śliw­ko­we…?!
- Nie, to nie może być naturalne…
- Mają chy­ba ze trzy­dzie­ści róż­nych odcieni.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Nabra­li ocho­ty, żeby z nimi poroz­ma­wiać, tym bar­dziej, że wyda­wa­ło im się, że przy owcach sie­dzi pastu­szek, ale musie­li­by nad­ło­żyć za dużo dro­gi. Zaczę­li się zbie­rać. Ciem­no­sza­ry w jasne łaty roz­da­wał skoń­czo­ne portrety.
- Nie za dobrze wysze­dłem, jakiś taki za ciem­ny — sko­men­to­wał swój por­tret Kary.
- Popatrz na mnie, zro­bił mi uszy jak liście — poka­zał mu swój por­tret konik w kolo­rze zjeł­cza­łej śmietanki.
- To nie moja wina, że jeste­ście koń­mi. Myśli­cie że konia tak łatwo nama­lo­wać. Dam wam far­by, sami się nimi poma­luj­cie i będzie­cie pięk­ni. — Ciem­no­sza­ry w jasne łaty wrzu­cił far­by do wor­ka i ruszył pierw­szy. Zaczy­nał się stro­my odci­nek dro­gi przez las, cze­go zresz­tą wca­le nie było widać na mapie.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Chy­ba nie zabłą­dzi­li­śmy? — zapy­tał z oba­wą konik kolo­ru her­ba­ty z mlekiem.
- Nie, chodź­cie. Widzę na mapie ten stru­mień przed nami — uspo­ko­ił go konik w kolo­rze sko­rup­ki od jajka.
Weszli do lasu. Wąska i kamie­ni­sta ścież­ka pro­wa­dzi­ła pra­wie pio­no­wo w górę. Z odda­li usły­sze­li bicie dzwonu.
- Co to? — Wygrys, któ­ry cały lot spo­koj­nie prze­spał, wychy­lił się z kie­sze­ni Jul­ki i zła­pał ją kur­czo­wo za rękę. Wygrys był jej zabaw­ką z dzieciństwa.
- To tyl­ko dzwon na wie­ży kościel­nej — Jul­ka pogła­ska­ła go po futer­ku. Dzwon brzmiał głę­bo­ko i pięk­nie. Jego dźwięk cał­ko­wi­cie Jul­kę zachwy­cił. Sły­sza­ła coś takie­go pierw­szy raz w życiu.
W tym momen­cie na ścież­ce poja­wi­ła się postać. Scho­dzą­cy z góry pastu­szek zje­chał koło nich na butach, ale był tak roz­pę­dzo­ny, że nie uda­ło mu się zatrzy­mać. Usły­szał pyta­nie Wygry­sa, więc krzyk­nął tylko:
- To dzwon. Bije na Anioł Pań­ski. Musi być dwunasta.
Wdra­py­wa­li się dalej pod górę stro­mą, leśną ścież­ką. W pew­nym momen­cie zro­bi­ło się pła­sko, ale za to dro­gę prze­ci­nał stru­mień pły­ną­cy w głę­bo­kim jarze. Na dru­gą stro­nę trze­ba było przejść po prze­rzu­co­nym przez jar pniu drze­wa. Niko­mu nie było już za weso­ło. Szcze­rze mówiąc, patrzy­li na ośli­zgły pień i bar­dzo się bali. Na doda­tek ścież­ka zro­bi­ła się pod­mo­kła, bo zna­leź­li się w głę­bo­kim lesie. Nagle usły­sze­li za sobą kro­ki pla­ska­ją­ce w mokrej gli­nie. Sza­ry, któ­ry jako pierw­szy wcho­dził już na kład­kę, spło­szył się, cof­nął  i przy­siadł na zadzie na samej kra­wę­dzi jaru.  Za nimi wspi­nał się sta­ry czło­wiek o przy­ja­znej, pomarsz­czo­nej twa­rzy. Kie­dy uśmiech­nął się do nich sze­ro­ko, wszyst­kim zro­bi­ło się raźniej.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Witaj­cie na pod­zam­czu — powie­dział weso­ło. — Ta kład­ka jest dzi­siaj za śli­ska. Chodź­cie za mną, popro­wa­dzę was koło malin i jeżyn. Omi­nie­my jar.

Pan Janek, bo tak się przed­sta­wił,  nie tyl­ko poka­zał im lep­szą dro­gę, ale pomógł nieść baga­że, z któ­rych ple­cak Jul­ki był naj­cięż­szy. Każ­dy konik miał ze sobą jakąś tor­bę i kie­dy dro­ga zro­bi­ła się stro­ma, nie­sio­ne rze­czy zaczę­ły im cią­żyć jak gła­zy. Pan Janek oka­zał się uczyn­ny, a przy tym towa­rzy­ski. Przez całą dro­gę nie prze­sta­wał mówić, a koni­ki słu­cha­ły go z otwar­ty­mi pasz­cza­mi, nie pamię­ta­jąc nawet, że idą pod górę.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Zamek Poszar­pa­ny od daw­na cze­kał na remont. Jest bar­dzo sta­ry. Ale ostat­nio się tu zmie­ni­ło. Naj­pierw urzą­dzi­li biblio­te­kę. Już jest goto­wa. Kie­dy skoń­czą, będzie się chy­ba nazy­wał Zamek Nadziei czy Zamek Nadzie­ja, jakoś tak. Zresz­tą rze­czy­wi­ście gołym okiem widać, że wszyst­ko idzie w nim ku lepszemu.
W ode­rwa­nych zda­niach, mię­dzy któ­ry­mi cięż­ko oddy­chał, Pan Janek snuł swo­ją opo­wieść o nowych miesz­kań­cach zam­ku. Wypę­dze­ni z wła­sne­go domu przez kobie­tę wybit­nie złą, a przy tym pozba­wio­ną rozu­mu i uro­dy, wpro­wa­dzi­li się do zam­ku wyma­ga­ją­ce­go opie­ki i ser­ca. Zamek cze­kał na kogoś, kto powstrzy­ma go od cał­ko­wi­tej ruiny. Na szczę­ście nie wszyst­ko roz­pa­dło się w nim doszczęt­nie. Na przy­kład kuch­nia zacho­wa­ła się w cało­ści, była tyl­ko przy­kry­ta gru­zem. Wystar­czy­ło odko­pać wej­ście, o któ­rym nikt nie wiedział.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

- Kotły sta­ły w niej takie wiel­kie, że moż­na by w zupie ugo­to­wać całe drze­wo, poma­ga­łem przy odgru­zo­wa­niu, więc wiem.

Nawet nie zauwa­ży­li kie­dy zna­leź­li się pod mura­mi. Pan Janek pro­wa­dził ich teraz po ślicz­nej, rów­no ostrzy­żo­nej, mię­ciut­kiej, jasno­zie­lo­nej tra­wie, któ­ra wyczy­ści­ła koni­kom bło­to z kopyt i przy­jem­nie je łecho­ta­ła. Sta­nę­li w cie­niu wyso­kie­go muru. Pan Janek poka­zał im, że mur ma w wie­lu miej­scach wyło­my. Wśli­zgnę­li się przez jeden z nich i doszli do ścia­ny zam­ku z bia­łych, nie­re­gu­lar­nych kamie­ni. Patrzy­li na bra­mę, nad któ­rą wysta­ją­ce z muru gła­zy two­rzy­ły pół­ko­le. Wyglą­da­ła na bocz­ną. Drzwi z gru­bych dech też były zaokrą­glo­ne u góry. Pan Janek zastu­kał w nie meta­lo­wą kołat­ką. Musia­ła być bar­dzo ciężka.
- Wejdź­cie sobie od kuch­ni, tu jest naj­przy­jem­niej. Bądź­cie zdro­wi! Z Bogiem — powie­dział i znik­nął w krzakach.

Zamek z Praw­dzi­we­go Zda­rze­nia — Mar­ta Kot­bur­ska — Zamek z Kolo­ro­wy­mi Oknami

Przez dłuż­szy czas nie dzia­ło się nic oprócz tego, że pod­ko­wa zawie­szo­na nad drzwia­mi drża­ła od koła­ta­nia pana Jan­ka. Jul­ce o wie­le za moc­no biło ser­ce. Zauwa­ży­ła też, że pan Janek, poma­ga­jąc w nie­sie­niu, zgu­bił jeden z jej gumia­ków wsa­dzo­nych do bocz­nych kie­sze­ni plecaka.
„Co za szczę­ście!” pomy­śla­ła. „Nigdy ich nie lubiłam”.

Po dłuż­szej chwi­li waha­nia Jul­ka naci­snę­ła masyw­ną klam­kę, a wła­ści­wie zawie­si­ła się na niej z całej siły. Gru­be drzwi uchy­li­ły się powo­li. Weszli do dłu­gie­go, ciem­ne­go przed­sion­ka, na koń­cu któ­re­go otwie­rał się widok na kuch­nię wiel­ko­ści sali gim­na­stycz­nej. Pano­wał w niej miły kuchen­ny gwar, a uno­szą­ce się wszę­dzie opa­ry ślicz­nie pach­nia­ły goto­wa­ny­mi jarzy­na­mi, przy­pra­wa­mi, pie­czo­nym mię­sem i cia­sta­mi. Pra­co­wa­ło tu mnó­stwo ludzi i wszy­scy wyda­wa­li się bar­dzo zaję­ci. Jul­ka usia­dła z koni­ka­mi przy dłu­gim sto­le pod ścia­ną na ubo­czu. W kącie kuch­ni było ciem­na­wo i nikt nie zwró­cił na nich uwa­gi. Byli napraw­dę zmę­cze­ni, a Wygry­so­wi zro­bi­ło się aż nie­do­brze z wycień­cze­nia, mimo że spał w cza­sie lotu. Pozo­sta­li nie zmru­ży­li oka całą noc, więc nic nie mogli pora­dzić na to, że cho­ciaż była dopie­ro pora obia­du, zasnę­li kie­dy tyl­ko poło­ży­li gło­wy na sto­le. Jul­ce śni­ło się, że przy­szła się z nią przy­wi­tać jej bab­cia, któ­ra ją przy­tu­li­ła i poło­ży­ła w wygod­nym łóż­ku. Nie sły­sze­li jak wró­cił pan Janek i przy­niósł gumiak Jul­ki. Poło­żył go deli­kat­nie koło jej ple­ca­ka i zno­wu wyszedł.