Ruszamy z B-ką, Grz. i Zby. do autobusu. Później jedziemy metrem na Manhattan. W sklepiku przy metrze kupuję paczkę „winstonów – 100’s” i okazuje się, że tu w N.Y. wszystkie „extra lengh” [„dłuższe”] są wyłącznie w wydaniu „light”[„lekkie”].

        Jedziemy metrem, głównie tunelem, nie tak jak w Toronto, gdzie, poza śródmieściem metro co chwila „wyskakuje” na powierzchnię, nie, tu większość trasy przebiega pod ziemią. Tutejsze metro liczy sobie ponad sto lat i jest wykute w litej skale(!).

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        Chłonę szczegóły widziane na tylu filmach!

        Manhattan. Zaczynamy od Times Square. I zaraz moje zdziwienie, że ten najsłynniejszy w Nowym Jorku plac, nie jest jedynym placem z odchodzącymi od niego ulicami, ale ogromną przestrzenią poprzecinaną przecznicami Brodway’u, 6th Av.(Avenue of the Americas.) i 42-gą ulicą i tak aż do Central Park. Tam, w tej oazie zieleni w samym centrum Manhattanu, objeżdżamy tylko jej  maleńki fragment. Za dwudziestominutową przejażdżkę płacę $25. Bagatela!

        New York! New York!

        Na skrzyżowaniu Lexington i 42-giej ulicy działa się akcja powieści Carol Oats „Oni”, ale nie tylko. Sąsiednie ulice są mi znane, co prawda nie z autopsji, lecz z kina, ze zdjęć. Wciąż nie chce mi sie wierzyć, że jestem TU! Filmuję fragmenty ulic i alei – długie, niekończące się wąwozy ze ścianami drapaczy chmur, zakrywajacych niebo, którego widoczne są tylko  wąskie skrawki, bo prawie wcale nie dochodzi tu słońce, a jeśli już, to na bardzo krótko. Filmuję budynki i ludzi, jak choćby tych „bum’ów”, obszarpańców zniszczonych przez nałóg, taki lub inny, ale na widok kamery machają w moją stronę, sprawiając wrażenie zadowolonych z życia jakie prowadzą. Filmuję może zbyt chaotycznie, długimi sekwencjami, a potem, kiedy to się już ogląda, widzę, że niepotrzebnie to robiłem, bo staje się to chwilami nudne, niepotrzebne… Ale przecież to tylko moje emocje!

Czas nagli. Gnamy dalej. Teraz B-ka wraca do domu, a my ruszamy dalej z lekko, jak mi się wydaje, już znudzonym Zby. Tylko Grz. jest jak i ja pełen wigoru. On też przeżywa, może trochę inaczej niż ja, swój Nowy Jork. W końcu, w przeciwieństwie do mnie, spędził tu cztery lata.

        Grand Central Station. Wielki ruch. W ogromnej hali dworcowej ogarniam wzrokiem setki ludzi spieszących się w różnych kierunkach, do pociągów podstawianych przy kilkudziesięciu peronach na dwóch poziomach, do metra, a stamtąd do miejskich autobusów i taksówek. Wielki, a może i największy węzeł komunikacyjny Ameryki, albo nawet i świata!

        A gdzieś pod ścianą przycupnął facet grający na gitarze. Poza puszką na datki ma jeszce walizkę taśm ze swoimi nagraniami. Każdy orze, jak może…

        W Empire State Building wjeżdżamy na 102 piętro. Ponad trzy razy wyżej niż w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (imienia się już nie wymienia). Szok wysokości. Widok Manhattanu, po stronie południowej, w kierunku Staten Island, a od południowego zachodu widać bardzo małą, wręcz miniaturową Statuę Wolności na Liberty Island. Na zachód widać w błękitnej mgiełce Jersey City, a na północy oaza zieleni z niebieskimi oczkami stawów – rozległy Central Park i dalej za nim jest Harlem, a od wschodu widać Brooklyn.

        I wciąż dręczy mnie ta myśl „o spełnieniu”, o czymś co się właśnie „spełnia”. Jeszcze nie czas na refleksje. Na razie chłonę. Grz. – jak przypuszczam – wspomina, patrzy, z wielkim smutkiem na tę nowojorską panoramę, patrzy jeszcze bardziej „nostalgicznie” niż tam, na dole. Zadomowił się już, a teraz, żeby móc być razem z żoną i córką przeniósł się do Kanady. Zaczyna nowy etap swojej emigracji w Toronto, także dużym, północnoamerykańskim mieście, a jednak w niczym nieprzypominającym Nowego Jorku. To jego kolejne wygnanie.

        „Poor guy!”[„Biedny facet!”].

        Z Empire State Building  „zeszliśmy na ziemię” a raczej zjechaliśmy windą z dużą, jak sądzę predkością, trudną do ocenienia, bo winda nie miała okien. Linią metra biegnącą pod Broadway’em pojechaliśmy na Lower Manhattan do dwóch bliźniaczych budynków World Trade Center. Filmuję skwer i dwa ogromne, niby z granitu wykute wieżowce. Zawrót głowy, już tu, u podstaw tych dwóch wież. Ze względu na zbyt długą kolejkę, rezygnujemy z wjazdu na górę. Metrem wrcamy na Brooklyn. W pewnej chwili w wagonie kolejki jest nas tylko trzech białych. Nie mam odwagi filmować, a nuż obrazi to któregoś z zakompleksionych Murzynów. Nigdy nie wiadomo!

        W poniedziałek Grz. miał przyjść na wpół do dziewiątej. Przyszedł przed dwunastą i niczym Sammy Lee ze sztuki „Tramwaj zwany pożądaniem”, miota się przy telefonie, żeby wydostać jak najwięcej pieniędzy od instytucji w których uczył. Bez skutku! Są przecież wakacje i ludzie się porozjeżdżali, a ci od których mógłby ewentualnie coś wydostać, trzymają forsę w zaciśniętych łapach, a łapy w kieszeniach.

        New York! New York!

        Po południu jedziemy przez most Kościuszki na Queens. 91-sza ulica, między 34 i 35-tą Av. Latynosi i Polacy. Podwórka studnie, domy z czewonej cegły. Cieniście i drabiniasto (schody przeciwpożarowe wyglądające jak drabiny). Czuć tu ostry zapach gotowanych potraw. Język polski miesza się z hiszpańskim i rosyjskim.

        Grz. przedstawia mi swoich znajomych, braci, Leszka zwanego Aloszą i Jurka (bez ksywy), który tylko przyjechał tu w odwiedziny, a na stałe mieszka w stanie Utah.

        Wchodzimy na dach budynku w którym mieszkał Grz. Stamtąd ogladamy panoramę dzielnicy Queens. Grz. co chwila przerywa swoje opowieści o tym co się wydarzyło jeszcze tak niedawno, a nieubłaganie odchodzi w coraz dalszą przeszłość. Znowu pojawia się w jego oczach jakieś takie, jeszcze bardziej niż przedtem, nostalgiczne zamglenie. I zaraz wraca do swego opowiadania. Słucham, jak kiedyś, jadąc taksówką z pracy w „jesziwie”, a może tylko w „chederze”[jud. średnia i podstawowa szkoła talmudyczna], zapomniał zdjąć jarmułkę i jako „prawowierny” żyd wszedł do katolickiej szkoły, wywołując tym konsternację personelu.

        Grz. jest nauczycielem angielskiego.

        „New York, New York”. Pamiętasz ten film? – zapytałem.

        “Oczywiście! Z De Niro i Lisą[Lajzą] Minelli – odpowiedział z tym samym, albo jeszcze większym smutkiem i patrząc w dal z wysokości dachu na dzielnicę, gdzie mieszkał przez kilka ostatnich lat, znowu na chwilę zamilkł.

        -„Niektórzy mówią o tym mieście – Jew York – powiedział to, jakby z lekkim zawstydzeniem i zaraz dodał, może dla zatuszowania.                 –„Widzisz tamten budynek, tamten podłużny z kawałkiem boiska do siatkówki? To jest szkoła w której zacząłem uczyć… angielskiego”.

        A ja mu już nic nie odpowiedziałem.

Samochodem Jurka („ósemką” combi) prujemy plątaniną autostrad i ulic po telewizor i radio, które Grz. chciałby z sobą zabrać do Kanady. Wreszcie Grz. decyduje się na kupno nowych odbiorników, wobec tego wracamy na 91-szą ulicę.

        Rozmawiamy o naszych dzieciach. Jestem tu ojcem z najdłuższym stażem. Któryś z nich pyta mnie czy ciężko wytrzymać z dorastającym synem nastolatkiem. „Czasami w ogóle nie można wytrzymać”. „I co wtedy?” ”Nic! Nie pozostaje nic poza modlitwą”. Wybuchają śmiechem.

        Zatrzymujemy się przed sklepem i jakiś facet zwraca Jurkowi uwagę, że nie powinien tu parkować. Jurek rozpoznaje w nim „kacapską gębę” i po prostu pyta go: „So, what?” A tamten swoje, „abarot”[z powrotem], jakby koniecznie, ale to koniecznie chciał zabronić Jurkowi zaparkować. I usłyszał od niego, na zakończenie, krótkie: „F… off!”[od…ol się!]. Kacapska Gęba odwdzięcza się mu tym samym.

Koniec konwersacji polsko-ruskiej w języku Szekspira.

        Jedziemy ulicami Queens. Teraz Alosza (Leszek) opowiada o silnej ruskiej mafii trudniącej się handlem, głównie benzyną i ropą. Lepiej z nimi nie zadzierać! „A co z polską mafią?” – pytam. „Nic. Nie istnieje… My Polacy-Wolne Ptacy. Jesteśmy idywidualistami. Lubimy działać w pojedynkę… Ale jak przyjdzie co do czego, jednoczymy się, a wtedy: <drżyjcie narody!>”

        Jedziemy „dołem” pod linią metra biegnącą tu „górą” po żelaznym wiadukcie, który potęguje nie do wytrzymania, odgłos przejeżdżającego pociągu. „Zdaje mi się, że to gdzieś tu kręcili „Francuskiego łącznika”. Pamiętacie?” Jasne, że pamiętamy! Takich filmów się nie zapomina, nawet będąc tak dużymi chłopcami jakimi już jesteśmy.

        Około 8:30 wieczorem ruszam samotnie z powrotem na Brooklyn. Grz. został na noc na swoich „starych śmieciach”. Wjeżdżając na rampę autostrady BQE rozpędzam samochód i kiedy mam już włączyć się do ruchu – niespodzianka! Znak STOP-u!(sic!). Dodatkowo, za sobą słyszę głośne wycie klaksonu gwałtownie hamującej ciężarówki. Nie ma tam ani skrawka pobocza. „Przytulam” się do muru grodzącego autostradę, a ciężarówka niemal ociera się o mnie. Cudem unikam katastrofy! Dopiero po upewnieniu się, że nic mi już nie grozi, włączam się do ruchu.

        Nie spotkałem jeszcze takiego kuriozum: znak stopu na końcu linii przyspieszenia!

Ameryka i w jej sercu coś takiego!

        Po zjeździe z BQE gubię się. Nie wiem gdzie jestem! Błądzę jak „pijane dziecko we mgle”. Próbuję odnaleźć Flatbush Av. Ciemno, nikogo nie widzę na kiepsko oświetlonych, bocznych ulicach. Wjeżdżam w osiedle townhouse’ów, spodziewając się zasiegnąć języka. A tam grupki Czarnych siedzących na maskach samochodów popiją piwo. Chmary dzieciaków ganiają po jezdni. Brr! Przechodzą mnie ciarki na myśl, co może mnie tu zaraz spotkać. Zatrzymuję się i… wysiadam z samochodu, żeby zapytać dwóch Murzynek  o drogę. Nim dociera do nich o co mi „sie rozchodzi”, nad naszymi głowami przelatuje butelka „rozchlustując” resztki niedopitego piwa. Słychać jakieś „kocie” ni to popiskiwania, ni wrzaski Murzynerii poirytowanej pojawieniem się Białego (kota) na ich terenie!

        Ruszam we wskazanym kierunku. Ruszają i oni, poruszeni niecodziennym zjawieniem się gościa w samochodzie na… kanadyjskiej rejestracji. Fruwają butelki, ale żadna nie spada na samochód. Bachory do ostatniej chwili stoją na środku jezdni, jakby chciały mnie zmusić do zatrzymania, albo tylko do zwolnienia i dla draki zrobić mi jakieś „kuku” albo inne „bubu”. Przyspieszam, wiedząc, że te wszystkie „małpiatki” „myślą” ciałem czyli są o wiele bardziej zwinne od Białych.

        Nawet nie potrąciwszy żadnego z nich, nie oberwawszy butelką, ani niczym boleśniejszym, nie draśnięty na ciele i na karoserii mojego „grand AM-a”, widzę dwa policyjne samochody ustawione naprzeciwlegle siebie. „Copy” z braku zajęcia gwarzą sobie. Na widok mojego samochodu wciąż jadącego dość szybko od strony „Murzynowa” gaszą światła wewnątrz swoich „gablot” i widząc, że się zatrzymuję obok nich i… wysiadam z wozu, krzyczą, żebym się nie ruszał, żebym stanął tam, gdzie jestem i nie robił żadnego „nieodpowiedzialnego” ruchu.