Jak to jest, że niektórzy z nas adoptują się do nowych zwyczajów naszego nowego kraju, i naszych nowych sąsiadów, a inni nie? A niektórzy zatrzymali się w czasie, jakby zamknęli w kapsule z tamtego wieku i tamtego miejsca. Jak to jest, że jeszcze inni zapomnieli o wszystkim? Mam koleżankę, jeszcze ze studiów w Polsce, która po 15 latach w Kanadzie, prawie nie mówi po polsku. A jeśli mówi to tak dziwacznie i z takim jakimś dziwnym akcentem, że aż mnie wywraca od środka. Nie wiem jaki jest jej angielski, ale podejrzewam, że po angielsku mówi z silnym akcentem polskim.

        Tak to jest. Trudno jest nauczyć obcego języka, jeśli dana osoba ledwo co czyta i pisze w języku ojczystym.  Nie powinniśmy się jednak wyśmiewać z tego jak nasi rodacy mówią po angielsku, choć można by o tych  kolubrynach językowych napisać cały słownik. Choć muszę przyznać, że i ja mam problemy ze zrozumieniem moich sąsiadów. Szczególnie jak przejdą na swój ‘naturalny’ angielski. Jeden z nich jest Amerykaninem z Florydy i jak w przypływie sąsiedzkiego braterstwa zacznie zasuwać z tym swoim południowym akcentem i melodyką, to pomimo, że mam dobry słuch do językowej melodii, to trudno mi nadążyć ze zrozumieniem. Ale się nie daję. Metodą Kubusia Puchatka mówię albo ‘nie’, albo ‘tak’, czym wprawiam mojego sąsiada często w istne  osłupienie – widzę po jego minie. Mój drugi sąsiad jest Irlandczykiem. Z tym nie mam większych problemów językowych, bo urodził się już w Kanadzie. Jeśli chodzi o Szkota to staram się pamiętać o jego święcie związanym z poetą Robertem Burns (25 stycznia), a jeśli chodzi o Irlandczyka. No właśnie. Zazwyczaj udawało mi się wyhodować zieloną koniczynkę (shamrock) i mu ją sprezentować na dzień Świętego Patryka (17 marca), ale w tym roku jakieś dziwne rzeczy się porobiły. Do końca lata miałam taki pięknie wyrosły szamrok, wśród równie pięknie wyrosłych żyworódek (kalanchoe). Wszystkie kwiaty piękne przetrwały i już  czekają wystawienia na werandę, tylko… Mój zielony szamrok, zrobił się bordowy. Ki czort? – myślę. Więc go sprawdzam. Z wieczora prawidłowo zwija liście, a z rana rozkłada je w przepisową koniczynkę. Tylko ten kolor! Zagadnęłam najbardziej wyrozumiałe na dziwactwa matki dziecko.

PONIŻEJ KONTYNUACJA TEKSTU

        – Coś mi ten kolor szamroka się zmienił z zielonego na bordowy – zaczynam nieśmiało.

        – Mamo, przecież myśmy ci w zeszłym roku podarowały taki rodzaj bordowy,  bo ten zielony się wykorzenił.

Zamarłam, bo nie pamiętałam.

        – Nie może być! – protestuję. A ta mi wyciąga komórę i pokazuje zdjęcie. A tam widać jak byk, że  na werandzie stoi pięknie wyrosły szamrok koloru bordowego. Z takim dowodem to już nie miałam co się kłócić. Równocześnie spiskowa teoria o  magicznej zmianie koloru szamroka przez rozpylające gazy samolotu odrzutowego upadła.

        – I co ja teraz zrobię? – żałośnie wymamrotałam.

        – Kup zieloną doniczkę i przesadź do niej koniczynkę. To będzie i kolor i symboliczny kwiat.

        Tak też zrobiłam. Za to zostałam zaproszona na zielone piwo. Co prawda jestem nie pijąca, no ale z takiej okazji nie mogłam odmówić. Od lat ja ofiarowuję  mojemu sąsiadowi na świętego Patryka koniczynkę (zazwyczaj zieloną) a on mnie zaprasza na zielone piwo, choć wie, że jestem prawie nie pijąca.

        Prawie jak w rodzinie.

MichalinkaToronto@gmail.com                        Toronto, 12 marca, 2023